Nie wiem, czy uwierzycie, ale Misiek jest już z nami pół roku! Szok po prostu, jak to szybko zleciało. Zmienia się niemalże z dnia na dzień i z dnia na dzień coraz mocniej się nim cieszymy. Bo, kurczę, powiedzieć należy, że super synka mamy :) Stwierdzamy to w prawdzie każdego dnia, ale w końcu trzeba to oficjalnie ogłosić :)

Miśkowi, jako, że stuknęło mu dziś sześć miesięcy, wyszedł w końcu czwarty ząb. Trzeci (dla niezorientowanych) wyszedł jakieś dwa tygodnie temu. Teraz więc ma nasze dziecię prawdziwe pole do popisu jeśli chodzi o rozgryzanie tajemnic różnych przedmiotów. I moich sutków przy okazji też.
Do prawdziwych osiągnięć ostatnich dni należy też dodać przewracanie się z pleców na brzuch. Jeszcze nie do końca Misio radzi sobie z ręką, na której się kładzie, ale jest już coraz lepiej. Myślę, że wkrótce będzie kulał się też z brzucha na plecy. Nie wiem, kto go wtedy opanuje :) Już teraz urządza sobie niezłą zabawę przy karmieniu – leżymy sobie razem z Misiem na kanapie i ten co chwilę puszcza cyca, kula się na brzuch (z dziką radością na twarzy i równie dzikimi okrzykami), następnie ja go kulam na plecy, na to Miś kula się na bok i z powrotem do cycka. I tak kilkanaście razy w ciągu karmienia. Wesoło mamy :)

Miś rozwija się językowo. Co prawda nie gaworzy jeszcze za wyraźnie, ale widać, że próbuje podejmować dialog z nami. Rozmowa zazwyczaj zaczyna się od zaczepnego „Yyyyy!” (oczywiście za strony Miśka ;) ). I postępuje dalej w tym samym charakterze. My gadamy, a misiek yyy-czy. Fajne to :) Muszę tu jeszcze coś skorygować. Bo w sumie to nasze dziecko nie gada. On po prostu się drze. Na palcach jednej ręki można policzyć momenty, kiedy Misiek powie coś ściszonym głosem. Zazwyczaj jest to tak głośne, że z zewnątrz brzmi z pewnością jakbyśmy się nad nim znęcali ;) Przyznam, że nam czasem w uszach dzwoni od tego gadania ;)

Od ostatniego mojego pisania w galerii pojawiło się trochę nowych zdjęć. Ze dwa razy zrobiłam Miśkowi zdjęcia pseudostudyjne w domu. No i oczywiście są jeszcze ciepłe zdjęcia z dzisiaj. Tak więc chętnych zapraszam.

Muszę tu jeszcze wyrzucić z siebie pewien żal. Otóż w weekend z Bożym Ciałem w tle wybraliśmy się na wycieczkę krajoznawczą po Dolnym Śląsku. Pojechaliśmy do Strzelina (kicha!!!). potem do opactwa cysterskiego w Henrykowie (miejsce przepiękne, szkoda tylko, że był tego dnia zlot tzw.henrykusów – absolwentów szkoły rolniczej, która mieści się opactwie – bo był oczywiście tłum) i w Kamieńcu Ząbkowickim. W Kamieńcu mieści się również pocysterski kompleks oraz zamek. Zamek, który kiedyś wypatrzyliśmy z drogi nr 8, wracając z Kudowy.Robił bardzo dobre wrażenie (zwłaszcza, że Kamieniec od drogi nr 8 jest oddalony o kilka kilometrów, a zamek i tak było widać) i pomyślałam sobie, że fajnie byłoby go kiedyś pojechać zwiedzić. No i pojechaliśmy. W przewodniku przeczytaliśmy, że część zamku jest, owszem, w ruinie, ale że część jest też zaanektowana jako restauracja i hotel. No więc wyobraziliśmy sobie coś w stylu zamku w Gniewie, Chojnika, tudzież czegoś podobnego. Wjechaliśmy więc do Kamieńca i pierwsze, co Mariuszowi rzuciło się w oczy, to to, że nigdzie nie ma oznaczeń jak dojść do zamku. No ale pomyśleliśmy sobie, że może po prostu miasto kiepsko o to zadbało. W końcu spytałam pani ze sklepu o drogę. Dotarliśmy dość szybko, choć było co iść z Miśkiem w wózku pod górę. no ale żyliśmy nadzieją, że po dotarciu do zamku napijemy się czegoś w tamtejszej knajpce, tudzież może nawet zjemy obiad. Trochę dziwne wydało mi się, że droga do zamku strasznie zaniedbana, no ale jakoś to sobie wytłumaczyłam.
Wreszcie dotarliśmy na górę. I myśleliśmy, że nas szlag trafi. Zresztą, ja do dzisiaj na samą myśl o tym wkurzam się na nowo. Wejście na dziedziniec zamkowy ogrodzone wysoką bramą. brama zamknięta, a za bramą kilkanaście szczekających psów. Spotkaliśmy jakiegoś tubylca, który wyjaśnił, że zamek jest zamknięty, że czasem otwierają, ale rzadko. podeszliśmy jeszcze kawałek pod górkę i tu w ogóle żenada – ruiny jakichś murów ze szczelinami w dół o głębokości kilku metrów zupełnie nie oznaczone… Szkoda gadać. Wkurzeni postanowiliśmy wracać. W drodze powrotnej podeszłam jeszcze po schodach, które chyba służyły kiedyś jako wejście główne na zamek. I sami zobaczcie, co tam znalazłam:

Zostawiam to bez komentarza.

Po powrocie do domu znalazłam w sieci informacje, że zamek jest w tej chwili dzierżawiony i że są jakieś konflikty między dzierżawcą a miastem, które jest właścicielem zamku. I że zamek jest zrujnowany, hotel dostępny rzadko, psy, które tam rezydują są głodzone i że w ogóle koszmar. Szkoda gadać. A przecież to wizytówka tego miasta. Widać, że przyciąga turystów, bo mnóstwo ludzi spotkaliśmy po drodze. Tylko niesmak w człowieku się budzi…

Z innej beczki. Trwa właśnie mecz Polska-Niemcy. Oczywiście strzelili już nam gola. I pewnie na tym pozostanie, albo strzelą nam jeszcze jednego. Ale co tam. Piłkarzy mamy jakich mamy. Za to cieszyć się możemy, że Kubica był dziś pierwszy w Grand Prix Kanady. Gratulujemy!!!

Na koniec mała informacja, która rozzłości mojego męża. Ale co w końcu, kurczę blade. Skoro coś umieszcza w Internecie, to chyba ze świadomością, że ktoś to przeczyta. Otóż mąż mój „popisuje” sobie cichcem. Odkryłam to niedawno. Na razie niewiele tego jest, ale wierzę, że się rozwinie. Bo fajnie się to czyta. :) Tu macie linka.