Słów kilka o niedzielnym koncercie Grzegorza Turnaua we Wrocławiu. Po pierwsze: rewelacja!!! To już w sumie trzeci koncert tego artysty, na którym byłam i mogę szczerze powiedzieć, że najlepszy. No i jedyny w swoim rodzaju – bo jedyny taki w Polsce. Turnau wraz z muzykami, z którymi zazwyczaj koncertuje, postanowił zagrać i zaśpiewać przed większą publiką – kilkoma tysiącami ludzi – dlatego też wybór padł na wrocławską Halę Stulecia (tudzież zwaną Ludową). W repertuarze były nie tylko tradycyjne „Grzesiowe” utwory, ale również piosenki, na których Turnau się wychował – m.in. The Beatles, Billy Joel – oraz kilka utworów z repertuaru Grzegorza Ciechowskiego i Marka Grechuty. Wszystko to zagrane z rozmachem, świetnie nagłośnione, dobrze oświetlone…

No i Turnau, jak zwykle, ze swoim fantastycznym poczuciem humoru. Dotykał wszystkiego – sytuacji na giełdzie, meczu Wisły ze Śląskiem… Nawet pogodzie się nie upiekło :)

Nie mogło zabraknąć, rzecz jasna, Jacka Królika – gitarzysty. Uwielbiam tego kolesia. A jeszcze bardziej uwielbiam jak gra.

Zrobiłam podczas koncertu sporo zdjęć. Kilkanaście z nich udało mi się nawet wybrać i wrzuciłam na stronę galerii. Podobne są do siebie (cóż, jedyną choreografią Turnaua była zmiana okularów na przeciwsłoneczne), ale podobają mi się wszystkie, więc trudno, jakoś to przecierpicie :) Musicie jednak wiedzieć, że zdjęcia zostały okupione krwawicą – udało mi się je zrobić mimo upomnień ze strony ochrony.

Koncert trwał ponad dwie godziny, jak dla mnie za krótko.

Co do samej Hali Stulecia, to robi wrażenie nie tylko z zewnątrz. Ona jest ogromna! I równie bardzo zapuszczona i zrujnowana. Szkoda, bo to świetne miejsce, które przecież chyba jakoś na siebie zarabia. Dlaczego nikt tego nie remontuje? Wygląda tak, jakby miało się niedługo zawalić.

Cóż poza tym? Przyjechał kurierem gwiazdkowy prezent dla Miśka – klawiatura Comfy „Easy PC”. Mam nadzieję, że mu się to spodoba i zainteresuje.

Mikołaj wspina się na wszystko na co się da. Jeszcze nie staje, ale na kolana się wspina. W tej chwili nasze mieszkanie wygląda jak okopy – co chwilę coś trzeba zastawiać, żeby się po tym nie wspinał i zębów nie wybił. Przed telewizorem mamy teraz na przykład wielką walizkę. Ale to pikuś, że ona tam stoi. Musiałam ją przywiązać do półki, bo się mała bestia nauczyła, że walizkę można odsunąć. A co to będzie, jak Michu zacznie chodzić…. :)

Kończę, bo czas zabierać się do pisania pracy na infrastrukturę dydaktyczną. Masakra to jakaś, no ale cóż zrobić. Jakoś trzeba to zaliczyć…