Heloł!

To znowu ja! W końcu :) Tłumaczyć się nie będę, bo szkoda miejsca. Od razu przejdę do konkretów.

Misiek nam się postarzał. Trzy lata jak z bicza strzelił. Jak ten czas szybko leci… Niedawno przeglądałam zdjęcia z poprzedniego roku, to różnica w wyglądzie Micha jest ogromna. Teraz się wydaje taki poważny, duży, taki przedszkolakowaty. A jeszcze pół roku temu to taki dzidziuś był ;)

Urodziny i imieniny Mikołaja obchodziliśmy hucznie, jak co roku. Objazdowo. Był tort w Głuchowie, był tort w Gnieźnie, był tort w przedszkolu i był tort w domu. I cała góra prezentów. Najpierw św.Mikołaj przyszedł i przyniósł wymarzoną Upsy-Daisy (przytulanka), parasol z Zygzakiem McQuinnem, tablicę świetlną i quiz edukacyjny. Potem z okazji urodzin Michu dostał kolejną stertę – pizzę drewnianą do krojenia, dvd z „Dobranocnym Ogrodem”, karty do rysowania (takie edukacyjne, ze ściereczką, coby potem te rysunki zmazać i wykorzystać ową kartę raz jeszcze) i torbę z różnymi plastikowymi produktami spożywczymi do zabawy – jakieś 130-parę części. Wczoraj ponadto dostał Miś pralkę do zabawy. Na szafie oraz w szatni w pracy Mariusza czeka kolejnych kilka prezentów, które Gwiazdor przyniesie (dla odróżnienia od św.Mikołaja, który niby wygląda tak samo, ale, wiadomo, wielkopolskich korzeni wyzbyć się nie da, więc Gwiazdor przyjść musi ;)).

Sam Mikołaj po raz pierwszy w życiu przeżył świadomie swoje urodziny. Z chęcią dmuchał wszystkie świeczki na tortach, miał wielką radochę, gdy mu śpiewano „Sto lat” i od tego czasu codziennie pyta się nas czy ma dziś urodziny. I gdy słyszy, że nie, zaraz pociesza się, że gdy tata będzie miał niedługo urodziny (za tydzień znaczy się), to on też będzie miał. Generalnie wkręcił się na maksa :)

Przy okazji wyjazdu urodzinowego do Głuchowa i Gniezna doszło do wymiany prezentów świątecznych. Mikołaj już od września przygotowywał swoje podarunki, babcie wydawały się zachwycone własnoręcznie przez Micha wyklejonymi kalendarzami (zakupionymi wcześniej w surowej wersji w Lidlu) oraz wymalowanymi i wyklejonymi bombkami choinkowymi. Dumny był Miś bardzo ze swoich prac, my również, bo chętnie brał się do zdobienia, zarówno kalendarzy, jak i bombek. W ogóle Michu bardzo lubi wszelkiego rodzaju wyklejanie różnymi brokatami, naklejkami i innymi ozdobnikami. Myślę, że po Nowym Roku zabierzemy się za robienie prezentów wielkanocnych ;)

Mikołaj się rozgadał. Maksymalnie. Buduje już tak piękne zdania, że nie możemy wyjść z podziwu. Codziennie czymś nas zaskakuje nowym. Zmiana logopedy również przyniosła oczekiwany efekt. Mikołaj uwielbia panią Małgosię, ćwiczenie z nią nie jest problemem, jak to bywało wcześniej z dwoma poprzednimi logopedami. No i przede wszystkim coraz lepiej można go zrozumieć. Pięknie wymawia już „k” i „g”. Nie we wszystkich słowach, rzecz jasna, ale bardzo często. Czasem nawet sam się poprawia :) My nie ciśniemy go jakoś szczególnie, staramy się mówić wyraźnie i poprawnie, czasem podpowiemy, ale nie natrętnie. I udaje się. Idzie mu naprawdę dobrze. Już nie woła „Tupę i situ!” ;) No i nie ma już na imię „Nitołaj”, ale „Mikołaj”. Brzmi to naprawdę dumnie :) Któregoś dnia (mam nadzieję, że w święta mi się uda) powrzucam jakieś aktualne filmiki, to sami usłyszycie, jaki nastąpił progres :)

Z okazji, że czeka mnie wkrótce rejestrowanie zajęć logopedycznych do pracy dyplomowej oraz z myślą o przyszłej pracy logopedycznej, małżonek wybrał mi dyktafon – Olympus. Sprzęt daje radę (w końcu wiadomo, że małżonek byle czego nie wybierze), nagrywa rewelacyjnie, ma mnóstwo opcji, ustawienia czułości mikrofonu i inne pierdoły. Przy tej okazji nagrywać zaczęłam też Miśka. Rozmowy z nim czasem powalają :) Myślę, że takie dialogi będą dla niego miłą pamiątką za kilkanaście lat. A jeśli nie dla niego, to dla nas na pewno :)

Święta spędzamy tradycyjnie we Wrocławiu, w swoim trzyosobowym gronie. Rodziny obydwie odwiedziliśmy już, więc nie ma napinki, by w święta jeszcze gdzieś jeździć. Chyba, że nam strzeli coś do głowy i podjedziemy do Głuchowa lub Gniezna na kawę.

Sylwestra też spędzamy w domu. Tylko zimne ognie trzeba kupić :)

Mam trochę nowych zdjęć. Nie za dużo, bo fotografowanie też ostatnio zaniedbałam, ale coś tam, mam nadzieję, w święta wrzucę i wtedy dam znać. Dziś nie wklejam nic, bo już późno, a zdaję sobie sprawę, że jeśli nie wrzucę dzisiaj tego wpisu, to znowu mi przynajmniej kilka dni minie, nim do tego wrócę. Wybaczcie więc brak grafiki jakiejkolwiek. Wkrótce nadrobię i te zaległości.

Na dziś koniec. Choć trochę uzupełniłam braki. Do następnego :)

Postwakacyjny post

Wakacje się skończyły. Niektórzy odczuli to na własnej skórze (na przykład ci, co poszli do szkoły ;)), niektórzy trochę bardziej pośrednio (wzmogły się korki na mieście przez to). My zakończyliśmy wakacje w Gnieźnie i Poznaniu, co zresztą możecie obejrzeć na zdjęciach w galerii.

W Poznaniu byliśmy w zoo na Malcie. Jak bardzo by tam nie było ładnie, to trzeba powiedzieć, że nachodzić się można za wszystkie czasy. No i niestety, jeśli idzie o oznakowanie ścieżek w tym zoo to… mizerota. Owszem, są gdzieniegdzie jakieś mapki, ale mało czytelne. Do tego brak podstawowej rzeczy – dobrego, jasnego oznakowania drogi do wyjścia. Aż dziwne, że to jest zgodne z przepisami BHP. Zoo wrocławskie, mimo że o wiele mniejsze, na każdym chyba „drogowskazie” ma też strzałki informujące w którą stronę należy udać się do wyjścia. Ale poznańskie zoo stwierdziło widocznie, że nie jest to nikomu potrzebne. No i niestety to jest błąd. Rodzina z małym dzieckiem nie zawsze jest w stanie obejść cały obiekt i w momencie, gdy owo dziecko zaczyna wrzeszczeć i chcieć do domu, chętnie chciałaby szybko dotrzeć do bramy i się ewakuować. Nie wspominając już o sytuacjach, kiedy coś się komuś stanie, tudzież należy natychmiast opuścić zoo. W celu szukania wyjścia można sobie pobiegać dookoła jeziora; może cudem trafi się do wyjścia. Generalnie jeśli porównam zoo wrocławskie z poznańskim nowym, to Wrocław jest ciekawszy i bardziej przyjazny. No i jeszcze kwestia placu zabaw przy sławetnej słoniarni. Niech ktoś spróbuje wytłumaczyć uwielbiającemu zjeżdżalnie dwulatkowi, że jedyna zjeżdżalnia na placu zabaw jest przeznaczona dla dzieci od lat 6. Co za imbecyl to tam wstawił? Swoją drogą, zjeżdżalnia jest tak stroma, że nawet dzieci 6-i-więcej-letnie odbijają na niej swoje tyłki.

W związku z rozpoczęciem się nowego roku szkolnego nasze dziecię otrzymało nowe „obowiązki”. Pierwszym jest kontynuacja zajęć na basenie w Pulsantisie (tam, gdzie chodziliśmy przed wakacjami), drugim są zajęcia pt. „Zabawy fundamentalne” w Urwisku, dla dzieci w wieku 18-24 miesiące. Jeśli chodzi o pływanie to trochę się stresowałam przed tymi pierwszymi (po przerwie) zajęciami – czy Misiek usiedzi tyle czasu w wodzie, czy nie będzie chciał wychodzić i się szwędać na brzegu itd. Ale moje obawy okazały się bezpodstawne. Misiek, jak na pierwszy raz, dał radę swobodnie. Trochę zapomniał jak się pływa, ale, o dziwo, chętnie bawił się przy deseczce. W ubiegłym sezonie to było nie do pomyślenia. No i niestety była dziś inna pani. Nie wiem, czy to już na stałe zmiana, ale nowa pani chyba nie przypadła Miśkowi do gustu tak, jak poprzednia. No ale na to już nie mamy wpływu niestety.

Co do zajęć w Urwisku to muszę przyznać, że są rewelacyjne. Chodzimy na nie w czwartki na 17.30. Pani prowadząca zajęcia jest kapitalna – świetnie przygotowana, cały czas w dobrym kontakcie z dziećmi. Poza tym nieustannie podczas zajęć coś się dzieje – nie ma zbyt wielkiej szansy by taki Misiek się nudził i gdzieś przez to łaził. Nawet jak odejdzie na chwilę od grupy to zaraz pani wyskakuje z jakąś fajną zabawą i Misiek od razu do niej leci. Szok! :) Naprawdę wiemy za co płacimy. Zajęcia trwają pełną godzinę i naprawdę jest to czas wykorzystany. Jak sobie przypomnę zajęcia dla dzieci, na których byliśmy kilka razy w ubiegłym roku w Stumilowym Gaju, to nie ma porównania. W Gaju pani nie bardzo wiedziała co robić z tymi maluszkami, więcej gadała z rodzicami, niż organizowała zabawy dla dzieci. W Urwisku pani jest przygotowana na całą godzinę zajęć, ma mnóstwo pomysłów i potrafi je zrealizować z grupą takich maluszków. Nic tylko pozbierać szczękę z podłogi i pogratulować :)

Miałam trochę obaw o dojazd – na Wejherowską mamy dość daleko i bałam się, że będziemy długo jechać, ale skończyło się na 40 minutach, co jak na wrocławskie warunki jest w normie.

A wracając jeszcze do zajęć to nasze dziecko wczoraj nawet przełamało się, by malować farbami. Misio nasz bardzo nie lubi brudzić rąk – czy to zabawa z kisielem, czy malowanie rączkami czy ciastolina… Nic, co przykleja mu się do rąk nie jest mile widziane. Powoli przełamuje się, by na przykład wykrawać z masy solnej foremką – ale bez dotykania ciasta. No i wczoraj też udało się go zachęcić do robienia pieczątek farbkami. I mimo że miał kilka razy pobrudzone ręce obyło się bez wrzasku, tylko pokazał spokojnie, że ma brudne i żeby mu wytrzeć. Kulturka :)

Cóż jeszcze? Tyle mniej więcej. Wczoraj byłam z Michem na badaniach krwi. Żelazo już ma w normie, resztę też, więc nie trzeba już więcej kropli podawać. Ekstra! W przyszłym tygodniu za to idziemy do endokrynologa i do dr Kwapisz. Zobaczymy, co powiedzą.

Jeszcze coś na koniec. Słownik Mikołajowy :) Misiek rozwija powoli swój język, coś tam zaczyna więcej gadać. W ostatnim czasie ustabilizowało się, że coś „sieci” – to znaczy świeci (lampa, światła drogowe, światła w samochodach, słoneczko). Sporo rzeczy jest nadal nazywanych „tata”. Ale powoli ogólnie rozumiane „tata” zostaje wypierane słowem „baba”. Baba znaczy już nie tylko „żaba” ale także: biedronka, bajka, Cbeebies, czasem nawet lampa, płatki i klamka.
Niekiedy zdarza się usłyszeć „leci” (jak Miś widzi samolot) albo „jedzie” (pociąg). Jest jeszcze „ne-na” czyli „nie ma”, do tego poparte gestem rozłożonych rąk. Poza tym naśladuje Miś wszelkie nasze intonacje, i zawołania typu „ojej”, „o-oo”, „ojojoj” :) No i gada caaały czas. W domu nie jest to tak zauważalne, ale jak jechaliśmy tydzień temu do Gniezna, to myślałam, że w samochodzie zwariujemy przez tego gadułę! :)

Po Świętach już, na całe szczęście…

Dobrze, że już po Świętach, bo jeszcze z dwa dni i byśmy pękli z przejedzenia. Stwierdziliśmy, że to pierwszy i ostatni raz, kiedy w taki sposób spędzamy Boże Narodzenie – czyli w domu przed tv z kopą żarcia. Za rok trzeba zarezerwować jakiś hotel w górach i wyjechać, przynajmniej człowiek mniej się przeje, trochę pospaceruje i mniej namęczy niż stojąc przy garach. A koszty wyjdą pewnie takie same.

Trzeba przyznać, że jeśli chodzi o jedzenie wigilijno-świąteczne, to wyszło mi wszystko super. Większość robiłam po raz pierwszy w życiu i o dziwo nic nie skopałam :) Mariusz stwierdził, że jestem obciążona genetycznie „kucharzeniem”, więc nie mogło nie wyjść. Jednakże ilości wszystkiego były przerażające. A przecież i tak robiłam z pół porcji! W każdym bądź razie całe Święta cierpieliśmy na rozstrój żołądka, bo przyznać należy, że ostatnio nie jadamy ani tak wiele, ani tak intensywnie. No i nie jemy słodyczy wcale, co nadrobiliśmy w ciągu kilku ostatnich dni tak, że mnie już mdli na samą myśl o czekoladzie. A jeszcze mamy pół szafy różnych słodkości. Najwyżej poczekają na Wielkanoc.

Prezenty, prezenty… :) To jest zawsze miła część Świąt :) Św.Mikołaj w tym roku był bardzo rozrzutny, mimo światowego kryzysu. Ja pod choinką znalazłam Vademecum Profesjonalisty do Photoshopa, do tego ekstra wydanie z tutorialami też do PS. Poza tym kolejny sezon Przyjaciół, najnowszą płytę T.Love oraz ekstra zestaw Jacka Danielsa ze szklaneczkami :) No a przedtem to mi jeszcze małżonek przedświątecznie kupił wyczekiwane perfumy oraz ekstra bieliznę :)

Mariuszowi to się akurat w grudniu wszystkie okazje schodzą, więc prezenty dostawał na raty od kilku dni. Składały się głównie z płyt cd, gier i książek.

A Miś dostał Comfy. Ale o tym już wcześniej pisałam. Odpaliliśmy mu to w drugie Święto i trzeba przyznać, że zrobiło dobre wrażenie na użytkowniku :) Nie chciał odejść od komputera. Coś czuję, że mój nowy komputer nie będzie tylko mój… Trzeba będzie także tam Comfy zainstalować i się z nowym pc-maniakiem dzielić ;)

Pierwsze Święto spędziliśmy w Głuchowie ku radości wszystkich spotkanych głuchowiaków. Babcia Tereska (Misiowa prababcia) nie mogła się Mikołajem nacieszyć. Wszyscy małym zauroczeni, zwłaszcza jak zaczepiał bawiąc się w akuku :)

W drugie Święto wcześnie rano (dokładnie to o 8.30) wybraliśmy się na krótki spacer na Stary Rynek. Zamierzaliśmy poodwiedzać szopki w kościołach, ale był taki mróz, że żal Misia było i skończyło się na obejrzeniu szopki w kościele garnizonowym i obejściu wokół Rynku. Klimat był rewelacyjny. Może z 10 osób spotkaliśmy w sumie na całym spacerze. Zaliczyliśmy też chwilową zgubę. O mały włos nie pożegnalibyśmy się z ulubionym Puchatkiem Mikołaja, którego tenże upłynnił gdzieś po drodze. Po truchcie z powrotem tą samą drogą udało mi się Puchatka namierzyć. Szorował nosem po bruku w otoczeniu gołębi, w okolicach ul.Św.Mikołaja… :)

W sobotę pojechaliśmy do Gniezna. Pojechaliśmy, chociaż wszystkie znaki na niebie i ziemi mówiły nam od rana (a w sumie to od nocy), że mamy nie jechać. No ale człowiek głupi, nie posłuchał… Miśkowi akurat wychodzą czwórki na dole (na górze wyszły kilka dni wcześniej), przez co pół nocy nie spał, bo go bolało. W związku z tym my też nie spaliśmy. W sobotę rano byliśmy nieprzytomni, no ale przecież jechać trzeba. W samochodzie Michu spał tylko 50 minut i nic to nie dało, bo i tak był cały czas zmęczony i marudny. Cała wizyta w Gnieźnie też się nie kleiła z powodu naszego zmęczenia i podenerwowania ogólną sytuacją, że jechaliśmy, zamiast odpocząć w domu i dać odetchnąć Miśkowi i jego zębom. I żeby jeszcze tego wszystkiego było mało… skręciłam kostkę! Schodziliśmy po schodach do samochodu, zgasło światło na klatce schodowej. Mariusz pyta, czy zapalić, ja na to, że nie, bo to już końcówka i widzę. I w tym momencie – trach! Byłam pewna, że zeszłam już z ostatniego stopnia na stały grunt, a tu się okazało, że właśnie weszłam na ostatni stopień. W związku z tym zrobiłam trochę większy krok, przez co z tego stopnia zjechałam wyginając nogę w kostce w taki sposób, że i tak jestem pełna podziwu, że jej nie złamałam. Oczywiście w rękach trzymałam Mikołaja. Człowiek to jednak ma jakiś instynkt wbudowany, bo tak go mocno trzymałam, że pewnie nie puściłabym go nawet gdyby mi tę nogę oderwało ;) Ale wracając do nogi, to ja p******ę! Ból masakryczny. Całą drogę do domu to nie wiedziałam w jakiej pozycji mam nogę trzymać, bo w każdej było źle. Potem zaczęły działać tabletki przeciwbólowe, więc trochę ulżyło. Dziś już jest w ogóle lepiej. Jeszcze trochę spuchnięta, ale prawie wcale nie boli i chodzi mi się też o wiele sprawniej. Ale generalnie jak pech, to pech… A żeby było jeszcze ciekawiej, to całą drogę z Wrocławia do Gniezna i z powrotem przejechaliśmy bez dokumentów samochodowych, bo zostawiłam je w domu w portfelu. Całe szczęście, że nie zatrzymała nas policja, bo dopiero by było…

Cóż poza tym… Miś ma już 11 zębów. Co prawda te trzy czwórki to jeszcze trudno nazwać pełnowartościowymi zębami, bo się dopiero wyżynają, ale już je trochę widać na wierzchu.

Nabiera też prędkości w raczkowaniu. Jeszcze, co prawda, jak bardzo mu się gdzieś spieszy, to przechodzi do czołgania, ale jednocześnie nie zaniedbuje tuningowania swoich czworaków :) Czasem zdarza mu się już naprawdę podkręcić prędkość i idzie jak burza :)

Powoli uczy się też budowania wieży z klocków. Jak kilka razy ja zbuduję wieżę, to potem Miś też próbuje położyć jeden klocek na drugim. Co prawda robi to jeszcze krzywo i zazwyczaj zaraz po położeniu klocek spada, ale i tak jestem z niego strasznie dumna :) Poza tym ciągle ćwiczymy kształty. Ciężko mu jeszcze zapamiętać, które to kółko, a które kwadrat, ale coraz lepiej radzi sobie z wkładaniem danego kształtu do dziurki.

W ogóle jeśli chodzi o pokazywanie czegoś naszemu dziecku, to zazwyczaj ciężko idzie. Rzadko chce się patrzeć akurat tam, gdzie chcemy. Dosłownie rzuci okiem i idzie w swoją stronę. Ma swój plan. Tak więc uczenie go, gdzie piesek ma oczko, a kotek nosek jak na razie nie przynosi efektów. Na własnym ciele też nie bardzo chce ćwiczyć. Ale liczę, że z czasem zatrybi. Tak jak z klaskaniem i machaniem ręką. Wydawało nam się, że to nie efektywne, aż któregoś dnia młody zaczaił. I teraz cały czas powtarza :)

No i gaduła robi się z dnia na dzień coraz większy. Gada śmiesznie, coraz częściej pojawia się mama i tata, jakby powoli zaczynał rozumieć, że te słowa jakiś sens mają :) Najśmieszniej jest, gdy pytam się Misia „Gdzie tata?”, a Miś czołgiem taranuje drzwi od łazienki, gdzie w jego mniemaniu powinien znajdować się Mariusz :) Skojarzył to po prostu, że rano jak go wyciągam z łóżeczka, to Mariusz jest akurat w łazience. I tak sobie zakodował, że taty to trzeba tam właśnie szukać :) Zresztą, to szukanie w łazience to niezły czad jest. Jak się człowiek zamknie w kiblu, to po chwili słychać człapanie małego i widać w wywietrzniku w drzwiach (na dole) jedno Miśkowe oko. W tym momencie rozlega się radosny pisk (że zobaczył rodzica siedzącego na klopie, podczas gdy ten w następnej chwili dostał przez to zatwardzenia ;)), po czym pojawia się w owej dziurce paluch. Potem Miś sobie siada pod drzwiami i grzecznie czeka. No i żeby wyjść z łazienki to trzeba wołać Mariusza (a Mariusz Zosię ;)), bo inaczej to się Micha staranuje.

Łazienka to jest w ogóle dla Miśka bardzo atrakcyjne miejsce. Zwłaszcza pralka. A już jak pralka jest włączona, to nie ma przebacz, trzeba przy niej posiedzieć i popilnować, czy dobrze pierze. A czasem jej nawet pomóc dusząc na guziczki. Dobrze, że mamy blokadę, bo inaczej byłoby już pewnie po pralce.

Muszę też tu napisać, że nasze dziecko (poza tym, że jest strasznym telemaniakiem), ma swój ulubiony program telewizyjny. Pomijając, że hipnotyzują go reklamy i wszelkie zwiastuny, to prawie pół godziny potrafi przesiedzieć w bezdechu oglądając na Mini-Mini „Niedźwiedzia w dużym niebieskim domu”. Muszę przyznać, że nam też się ten program podoba bardzo, bo mądry jest i miły. Niedźwiedź duże wrażenie robi na Miśku. Zwłaszcza na początku jak obwąchuje telewizor :) W ogóle głos Niedźwiedzia jest bardzo ciepły i też przykuwa uwagę małego Misia. A największą radość wzbudza wtedy, gdy śpiewa piosenkę szukając Zjawy i gdy na końcu rozmawia i śpiewa z Luną. Wtedy trzeba Misiowi przypominać, żeby oddychał ;) Śmieszny ten nasz Misiek :)

Do ogólnych śmieszności to muszę tu dorzucić, że Miś się nauczył uciekać jak się go goni :) Ciągle może się w to bawić, ku jego ogromnej frajdzie, a moim poobijanym kolanom. A najśmieszniejsze jest to, że nawet jak człowiek obok niego tak zwyczajnie przechodzi, to Misiek zaczyna sapać jak rasowy maratończyk kilka metrów przed metą i czołga się gdzie popadnie :)

No i jeszcze co do Miśka, to uwielbia leżeć w naszej pościeli na łóżku. Jak tylko ma okazję, to chce, żeby go tam położyć i wtedy się w nią wtula, rzuca się na nią, kula się i ma przy tym szaloną radochę. My też :)

A! I znowu klawiatura wróciła do łask. Od kilkunastu dni Miś ciągle „programuje” :) Nawet w nocy, gdy się budził z powodu zębów, to też chciał klawiaturę, kładł ją sobie na kolanach i „klepał” jak rasowy programista. I nie pomogło nawet jak Mariusz przyszedł i powiedział: „Chodź, Mikołaj, pomogę Ci z tym kodem, to szybciej skończysz”. Miś nie chciał oddać klawiatury i pójść spać. Ech… to już chyba taka genetyka… :)

Dobra, powoli kończę, bo nie wiem, kto ten wpis przeczyta. Taaaki długi wyszedł…

Jeszcze tylko na koniec krótka notka o tym, że zmarł Maciej Kuroń. Koleś był niesamowity. I taki świetny kucharz! Bardzo dużo gotowałam z jego przepisów i są to chyba jedyne przepisy, z których potrawy zawsze wychodzą od początku do końca tak, jak trzeba. I rady, które można znaleźć na jego stronie, czy w jego książkach – zawsze trafione i na wagę złota. Żal strasznie człowieka. Tak młodo zmarł… Szkoda :(

Krok po kroku, krok po kroczku najpiękniejsze w całym roku idą Święta…

Idą Święta. Nie da się ukryć. Na mieście i we wszystkich centrach handlowych tłum. Lekka masakra. No ale na szczęście mamy już prawie wszystko zakupione, po resztę Mariusz pojedzie w poniedziałek przed południem do Tesco. Tylko choinkę jutro trzeba załatwić. Co roku obiecujemy sobie, że tym razem kupimy wcześniej, bo potem to same drapaki, no i w końcu i tak wychodzi na to, że mamy krzywusa z dwoma czubkami bo dwa dni przed Wigilią ciężko dostać coś lepszego. No ale co zrobić… :)

W związku z tym, że wszyscy robią zakupy, my też dziś na trochę ruszyliśmy w teren. Udało nam się cudem trafić wreszcie do Factory Outlet. Kawał drogi to od nas, ale jestem usatysfakcjonowana – za niewiele ponad 50 zł kupiliśmy w 5-10-15 trzy pary spodni i bluzę dla Miśka. Do tego też mniej więcej za tyle w Coccodrillo udało nam się znaleźć bluzę i dwie pary body. Wypas :) Na zakupy Miśkowe trzeba będzie właśnie tam jeździć.
No i dla siebie kupiłam też śliczne majtki z Intimissimi, za niecałe 10 zł sztuka.

Po południu – z racji dzisiejszego starzenia się Mariusza – pojechaliśmy do Arkad na urodzinowy obiad. No i kicha. Poszliśmy do Sphinxa i okazało się, że to błąd był. Żarcie okropne po prostu. Szarma – niewielka ilość mięsa, wielka ilość twardych jak kamień frytek i dwie zwiędnięte surówki. Żenua. Trzeba było jednak pojechać na lasagne do Agawy.

W Traffic Club udało mi się dostać „Małomównego i rodzinę” M.Musierowicz. Jak skończymy czytać „Ferdynanda Wspaniałego”, to Małomówny pójdzie w następnej kolejce do wieczornego czytania Miśkowi przed spaniem. Tak sobie ostatnio przypomniałam o Musierowiczowej. Dostałam na Mikołajki od Mariusza nową książkę – „Sprężynę”. Śliczna jest. Przynajmniej mnie bardzo poruszyła. Zwłaszcza wątek dotyczący starości Ignacego. Może kiedyś napiszę coś więcej odnośnie moich przemyśleń związanych z tą książką.
W każdym bądź razie postanowiłam, że teraz będę zbierać od początku wszystkie części Jeżycjady. To takie dobre książki.

Misiek raczkuje :) Od środy, 17 grudnia. Nareszcie się doczekaliśmy :) To dobrze, bo jest szansa na to, że się trochę poprostuje. To bardzo niedobrze, gdy dziecko omija etap raczkowania. Ma to wpływ na całą sylwetkę, na rozwój mięśni ramion, klatki piersiowej, na kręgosłup. Mam nadzieję, że Miś trochę poraczkuje, a nie od razu zabierze się do stawania.
Poza tym coraz ciężej ćwiczy nam się Vojtę. Masakra generalnie. Mały się wygina, ma tyle siły, że nie daję rady go utrzymać. Coś czuję, że jeszcze trochę i zostaną nam tylko Bobathy.

Kupiliśmy kilka dni temu Miśkowi w Lidlu taki namiocik z piłeczkami (250 piłeczek, namiocik w stylu namiotu fotograficznego bezcieniowego, ale nie biały, tylko kolorowy). Stoi to teraz w małym pokoju, zajmuje połowę metrażu, ale Miśkowi się chyba podoba :) Co prawda najbardziej lubi tam siedzieć ze mną (jak jest sam, to się szybko nudzi), ale widzę, że się do tych piłeczek bardziej przekonał niż do tych w basenie w naszym blokowym pokoju zabaw. Bo mamy w naszej klatce schodowej taki wypaśny pokój zabaw dla dzieciaków – z labiryntem typu małpi gaj i z basenem z piłeczkami. Ogólnie to jest za darmo, dla mieszkańców, każdy ma do tego klucz. Gdy poszłam tam z Michem jakiś czas temu, żeby pobawić się z nim w piłeczkach, to nie był tym zbyt zachwycony. Leżał i nie wiedział o co chodzi. Może jak się oswoi w domu w mniejszej ilości, to i tam mu się w końcu spodoba?

Tydzień temu w piątek byliśmy u pani psycholog po opinię. Wynik jest dobry, nie trzeba chodzić na żadną terapię. Psychicznie Miś rozwija się prawidłowo, mamy się zgłosić tylko wówczas, jeśli będzie nas coś niepokoiło. A póki co, nie ma żadnych wskazań, żeby się z panią psycholog jeszcze kiedyś spotykać. To dobrze :)

W środę piekliśmy pierniki. Masa roboty przy tym, sama to raczej nie dałabym rady. Ale na szczęście mam kochanego męża, który ugniótł ciasto. A powiem Wam, że to nie lada wyczyn. Ci, co robili pierniki, wiedzą, o czym mówię. A ci, co nie robili nigdy, niech uwierzą, że wyrobienie ciasta piernikowego (przynajmniej tego z głuchowskiego przepisu) jest sto razy cięższe od wyrobienia ciasta drożdżowego (które też czeka na ręce Mariusza, bo w środę piec będziemy makowca ;)) W każdym razie pierniki upieczone, polukrowane i schowane do pudła (bo mogłyby przypadkiem nie doczekać Świąt) :) Nic tylko Święta wyprawiać :)

Wigilię tego roku też spędzamy w domu u siebie. Bardzo jesteśmy z tego zadowoleni. Podobało nam się takie świętowanie w ubiegłym roku. W pierwsze święto pojedziemy z odwiedzinami do Głuchowa, a w następny weekend do Gniezna. Sylwestra spędzimy w domu. Mam tylko nadzieję, że Miś prześpi noc bez przeszkód, że nie obudzą go żadne petardy.

Tyle na dziś. Nie wiem, czy jeszcze zdążę coś dopisać przed Świętami. Jeśli nie, to zawczasu składam Wam, Kochani, serdeczne życzenia bożonarodzeniowe. Życzę Wam, aby były to pełne miłości, pokoju i rodzinnej atmosfery dni. Żeby się spełniły wszystkie dobre życzenia i aby na Waszych drogach nigdy nie zabrakło dobrych ludzi. Tego Wam życzę. Niech się Wam spełni :)

Pierwszy rok życia Miśkołaja

To już nie są żarty, proszę Państwa! Mikołaj wczoraj obchodził swoje pierwsze urodziny! Jak ten czas zleciał, aż człowieka dziw bierze.

Obchody tego święta zaczęliśmy w sobotę w Gnieźnie. Oczywiście był tort, pyszny obiad, szampan i prezenty. Nasze dziecko dostało swoją pierwszą brykę (nie licząc wózka). Aż strach pomyśleć, co mu trzeba będzie kupić za rok… Może samolot?

W niedzielę świętowaliśmy razem z rodziną w Głuchowie. Tutaj też był pyszny obiadek, kolejny tort i kolejne prezenty :) Część prezentów przyjechała aż ze Szczecina od Tosi i jej rodziców.

No ale oczywiście główne uroczystości były, rzecz jasna, wczoraj, w samym dniu urodzin. Nie mogło zabraknąć oczywiście tortu. Poza tym wspólnymi siłami wystroiliśmy z Mariuszem pokój (kicz serpentyn i baloników jest wielki ;)) Przy tej okazji zrobiliśmy też kilka zdjęć. No i w końcu mamy jedną fotę wspólną – całą rodzinką ;) Oczywiście jest równie kiczowata jak wystrój pokoju, ale czyż nie o to chodziło? ;)

Co przyniósł nam ten rok? Całą gamę przeżyć i emocji. Różnych, najróżniejszych… Począwszy od wzruszeń i szczęścia podczas narodzin, przez obawy i strach, czy podołamy, czy potrafimy dać bezpieczny i ciepły dom takiemu maluchowi, aż po radość, nawet trudno określić, z jakich konkretnie powodów – chyba po prostu radość z bycia razem, z tworzenia rodziny.

Nie da się ukryć – rok temu wszystko się zmieniło i dalej się będzie zmieniać. Dużo spraw trzeba było przewartościować, z wielu zrezygnować, innych się nauczyć, a jeszcze innych oduczyć. Wszystko to dla jednego małego Człowieczka, zwanego Mikołajem, którego z całą pewnością kochamy całym sercem.

A co do samego Misia, to gdy patrzę na jego zdjęcia sprzed roku, to nie mogę wyjść z podziwu, jak bardzo się zmienił, jak urósł (choć to przecież naturalne jest). Jaki się „dorosły” zrobił :)

Zresztą, sami zobaczcie:
Mikołaj sprzed roku:

I Mikołaj dziś:

Co umie na tym etapie? Z podstawowych rzeczy, to siadać, wspinać się na kolana, wchodzić na czworaki i pełzać z prędkością co najmniej dwóch machów ;) Świetnie sobie radzi z pływaniem, dużo gada, lubi jeść, uwielbia się przytulać. Polubił ostatnio zabawy z pluszakami, głównie polegające na tym, że je gryzie :) Ale to tak z radości i miłości. Bo gdy się do mnie przytula, to też mnie podgryza. To chyba jakiś odpowiednik buziaków. Przynajmniej tak to sobie tłumaczę ;)

Nabywa coraz lepszej sprawności manualnych. W zabawki z przyciskami już nie wali całą pięścią gdzie popadnie, ale ślicznie przyciska je kciukiem lub palcem wskazującym. Rozumie proste polecenia: „daj, weź, chodź tu, nie wolno”… Zaczepia ludzi i prowokuje ich do zabawy lub rozmowy. Najczęściej są to ludzie obcy, np w banku lub na poczcie ;)

I chodzi swoimi drogami. Taki z niego mały indywidualista :)

Ogólnie rzecz biorąc kochany jest!

Na koniec dodam, że w galerii są nowe zdjęcia „Świętomikołajowe”. I kilka zdjęć z jarmarku bożonarodzeniowego we Wrocławiu.

Skoki rozwojowe

Mikołaj ostatnio przechodzi samego siebie. Robi tak duże postępy, że aż strach pomyśleć, co będzie dalej ;) Chyba najgorsze mamy już za sobą. Do nowych umiejętności doszło jeszcze samodzielne siadanie z pozycji na boku. Co prawda jeszcze musi poćwiczyć, ale idzie mu coraz lepiej. Sam doszedł do tego, że potrafi siadać. No bo my, ciągle gonieni przez rehabilitantów za to, że dziecka się nie sadza, tylko czeka aż samo usiądzie, staraliśmy się, by zrobił to właśnie samodzielnie.

U dr Kwapisz było tym razem bardzie pozytywnie niż negatywnie. Oczywiście asymetria jest nadal widoczna, ale w tej chwili nie jest to już największy problem, z którym należy walczyć. Obecnie skupiamy się w terapii na budowaniu odruchów obronnych. Związane jest to właśnie z siadaniem – Miś obroni się rączkami przed upadkiem w bok, ale jak spada do tyłu to się bronić nie potrafi. A to grozi rozbiciem głowy. Poza tym dalej ciągniemy Vojtę i Bobathy. I od stycznia ponownie uderzamy na terapię czaszkowo-krzyżową. Choć ja ciągle kiepsko to widzę. Misiek nie jest zbyt szczęśliwy jak ma leżeć na plecach na siłę 45 minut. Spina się wtedy bardzo, co trochę zaprzecza terapii, która ma rozluźniać. No ale zobaczymy. Jak się nie da, to trudno. Osobiście nie jestem przekonana do tej metody, ale wiadomo przecież, że człowiek dla dobra dzieciaka próbuje wszystkiego, o teoretycznie może pomóc.

Kolejną rzeczą, którą ćwiczy ostatnio nasze dziecko jest „pa-pa” :) Po dłuuuugich ćwiczeniach wreszcie w ubiegły czwartek udało mu się! :) Oczywiście, to nie do mnie machał, tylko do Mariusza. Widocznie stwierdził, że skoro mama cały czas mu macha ręką, to umie, a tata może nie umie, więc go trzeba nauczyć. Od czasu do czasu więc macha, ale zazwyczaj jak mu się przypomni, że potrafi, albo jak mu się zachce. Większą radochę, póki co, sprawia mu klaskanie, które wykonuje na lewo i prawo. No i trzeba przyznać, że dzięki temu coraz lepiej mu idzie. :) Zuch chłopak!

Następną nowością jest zabawa z klockami i żyrafą. Jakiś czas temu zaczęłam z Misiem ćwiczyć wrzucanie klocków do środka takiej plastikowej żyrafy z fisher price. Nie jest to proste, bo trzeba rączkę dość wysoko podnieść, przy okazji nie wypuszczając z niej klocka, a potem jeszcze (jak się te dwie poprzednie czynności udają) trafić klockiem w dziurę niewiele tylko większą od klocka. No i w niedzielę (16.11) dziecku się to wszystko samodzielnie udało! Byłam z niego bardzo dumna! Zresztą, cały czas jestem :)

Apogeum nadeszło w niedzielę wieczorem, gdy Miś podczas kąpieli podciągnął się za uchwyty od wanny i stanął na klęczkach. A my, durni, nie wiedzieliśmy co zrobić – łapać, kłaść na brzuchu czy patrzeć co się będzie działo. Pozwoliliśmy mu jeszcze chwilę postać (a raczej poklęczeć) ku jego wielkiej radości, po czym sam doszedł do wniosku, że czas wracać na brzuch. Niemożliwe jest to dziecko ostatnimi czasy!

Do tego wszystkiego oczywiście cały czas ćwiczy stawanie na czworakach i kołysanie się na nich w przód i w tył. Idzie mu to coraz lepiej. Pewnie jeszcze z dwa tygodnie i ruszy raczkowanie :)

A dzisiaj ruszamy do dermatologa, bo coś się Miśkowi wysypka na tyłku utrzymuje od dłuższego czasu. Kremy zapisywane przez pediatrę niewiele dają. Może dermatolog coś poradzi?

W niedzielę mieliśmy świetne przedpołudnie. Chcieliśmy pójść na basen, ale po wejściu do aquaparku okazało się, że kolejka jest gigantyczna, więc zrezygnowaliśmy. W zamian za to (pomysł mojego kochanego małżonka) pojechaliśmy na Stare Miasto na spacerek. Szwędaliśmy się przez dwie godziny, mimo że czasem siąpił deszcz. Misiek się zdrzemnął, a ja zrobiłam kilka zdjęć. I odkryłam świetną klatkę schodową w starej kamienicy. Niestety, bez statywu było ciężko zrobić ostre zdjęcie :(
Już dawno nie mieliśmy takie szwędackiej niedzieli.

Zdjęcie poniżej i zdjęcie na górze strony to dowody naszej łazęgi :)

Cóż poza tym? Planujemy Misiowy roczek. Podzielimy go między Głuchowo i Gniezno. Będą dwa torty :) Już jeden prezent kupiliśmy – klocki duże. Nawet wczoraj je wypróbowaliśmy z Mariuszem jak Michu spał :)

Tyle nowości. I tak dużo :) Jak tak dalej pójdzie, to będę codziennie musiała robić wpis, żeby wszystkie osiągnięcia Miśka upamiętniać :)

Zdjęcia i inne takie

Mamy zdjęcia ze ślubu. A raczej ślubochrzcin :) Dotarły do nas w czwartek – bardzo wyczekiwane. I są świetne. Warto było :)

Oczywiście, po umieszczeniu ich w naszej galerii (oczywiście to nie wszystkie, które mamy) oglądalność wzrosła przez trzy dni do prawie 100 wejść na stronę, więc wnioskuję, że większość z Was już je obejrzała. Ale w razie gdyby ktoś jakimś cudem ich nie widział, to tu jest link. Miłego oglądania.

Autorem zdjęć jest Iza Zdziebko. Prowadzi Pracownię Wspomnień. Jeśli ktoś będzie poszukiwał fotografa na ślub, to gorąco polecam. Dziewczyny (Iza oraz jej asystentka Iwona) są świetne – dobrze się z nimi współpracuje, generalnie w czasie uroczystości w ogóle nie „rzucały” nam się w oczy. Do tego bardzo kontaktowe i z poczuciem humoru. No, ale przede wszystkim, to zdjęcia robią dobre :)

Co do Miśka, to ciągle nabiera prędkości w pełzaniu. Myślę, że trzeba mu urządzić jakieś wyścigi z innymi pełzakami ;) Ma spore szanse na wygraną.
Zaczął się też wyżej podpierać na dłoni, gdy leży na boku. Jeszcze chwila i siądzie.
W piątek byłam z Miśkiem po raz drugi na zajęciach pływania dla niemowląt. Zapisaliśmy się do Fariaszki, zajęcia odbywają się w Pulsantisie. Bardzo nam się – Miśkowi i mnie – tam podoba. To znaczy, basen do cudów nie należy (jest raczej ruderowaty, choć czysty, na szczęście), ale te zajęcia to kapitalna sprawa. Już dwa razy nurkowaliśmy :) Misiek jest po prostu szalenie szczęśliwy w czasie zabaw w wodzie, świetnie sobie radzi, widać, że sprawia mu to ogromną przyjemność. Przyznać trzeba, że nasza w tym zasługa, bo przecież oswajamy go z wodą od dawna i bardzo polubił chlapanie :)

No i do sukcesów ostatnich dni dodać należy, że Miś się rozgadał. Ale nie tak, jak do tej pory. Miś zaczął świadomie powtarzać po nas. Na razie ćwiczy „ma-ma”. Nie łudzę się, że wie, co mówi. Ale świetnie to wygląda, gdy zaczyna się do niego mówić „ma-ma”, a on najpierw układa buzię w ciup, następnie powtarza po cichu, a potem na całe gardło, ku naszej uciesze :) Najczęściej wychodzi mu, tak jak powinno, a czasem „amam”, „mamam”, „aaammm”, „mam”, „mamama” :) Najlepsze jest to, że Miś mówi „mama” także wtedy, gdy podpowiada mu się „ta-ta” :) Ku mojej diablej radości i ku małemu załamaniu Mariusza ;)

Weekend spędziliśmy w Gnieźnie, bo w sobotę zaczęłam zajęcia na Uczelni. Miś świetnie się sprawował. Nie robił problemów ze spaniem w nowym miejscu, zasypiał samodzielnie i grzecznie jak w domu. Zuch chłopak! :)

Kończę na dziś. Pozdrowienia dla Was wszystkich – wytrwałych Czytelników :)

Co nowego?

W sumie to nie za wiele. Szykujemy się na długi weekend. A raczej do wyjazdu długoweekendowego do Szczecina. Mam nadzieję, że pogoda dopisze, bo liczymy, że uda się wyskoczyć któregoś dnia nad morze.

Poza tym od przyszłego poniedziałku czeka mnie druga część praktyk hospitacyjnych w szkole w Głuchowie. Cieszę się, że już będę miała to z głowy, bo to naprawdę bez sensu, że każą nam zrobić aż 50 godzin. Nie wiem, kto układa plan praktyk, ale chyba ktoś bez głowy. Po co 50 godzin (zegarowych, żeby było śmieszniej) hospitacji? Na dziennych chyba mają mniej. Zresztą, co tu dużo mówić, pomysły dziekańskie najczęściej pozostawiają wiele do życzenia. Ale walka z systemem rzadko przynosi jakieś rezultaty.

W niedzielę byliśmy w Gnieźnie. Rodzice Mariusza bardzo ucieszyli się z odwiedzin wnuka. Zabrali go nawet na długi spacer, dzięki czemu mieliśmy chwilę wytchnienia :)

Tydzień temu zaszczepiliśmy Miśka. Zostało nam jeszcze tylko jedno podanie prevenaru za miesiąc i potem chyba dopiero około 13-14 miesiąca. To dobrze, bo kupę forsy kosztowały już nas te szczepionki. Lepiej by było, gdyby zamiast dawać becikowe przeznaczyli tę kasę na lepsze szczepionki. I w ogóle gdyby poszerzyli listę obowiązkowych refundowanych szczepień. To, co oferuje służba zdrowia obecnie, jest po prostu śmieszne. Zresztą ostatnio znowu się odbiliśmy od okienka rejestracji, jeśli chodzi o świadczenia NFZ. Raz chciałam się zapisać do lekarza rodzinnego, to się dowiedziałam, że na najbliższe kilka dni nie ma wolnych miejsc. „No chyba, że ma pani gorączkę, to wtedy jutro w południe możemy panią przyjąć”. Wypas. Skończyło się na prywatnym Dolmedzie tego samego dnia, trzy godziny po telefonie do rejestracji. A drugi raz to była próba zapisania się do ginekologa. „Od piątku będziemy zapisywać na terminy w maju”. Jeszcze większy wypas. Gdyby się coś pilnego działo, to do maja człowiek mógłby zdechnąć przypadkiem. Ale co tam.
Dobrze, że przynajmniej z Miśkiem mamy na razie spokój z lekarzami. Aż dziwnie się z tym czuję ;)

Z Miśka coraz większa gaduła się robi. To dobrze :) W ogóle to w ubiegłym tygodniu dostał super prezent od Fingo (firma Mariusza) – krzesełko do karmienia. Bardzo fajne – z regulacją wysokości i oparcia, z pasami bezpieczeństwa, wyścielone ceratą, coby się tapicerka dała łatwo oczyścić… Naprawdę super! Teraz nasz Prezes ma swój prawdziwy własny fotel ;)

No i tyle na razie. Coś tam pewnie napiszę dopiero za dwa tygodnie, jak wrócę z praktyk, bo wcześniej nie będę miała dostępu do Internetu. Trzymajcie się się cieplutko i miłego weekendu! No i jak zawsze, zapraszamy do obejrzenia nowych zdjęć w galerii. A tu jeszcze najnowsze zdjęcia ze spacerku po wykopaliskach w centrum Wrocławia.

Coś aktualnego…

Z aktualnych spraw to taka, że Mikołajowi wczoraj udało się pierwszy raz samodzielnie (bo z naszą pomocą to już mu się zdarzało) przewrócić z brzuszka na bok i dalej na plecy :) Zrobił to na razie jeden raz, ale będziemy trenować dalej :) No i do wczorajszych sukcesów dorzucić też należy, że Misiek zaczął się interesować swoimi paluszkami. O co chodzi? Już rozwijam temat. Do tej pory Misiek jak sobie leżał. to zazwyczaj miał piąstki zaciśnięte i z reguły kładł je do buzi albo nimi machał w różnych kierunkach. A wczoraj Mariusz zaobserwował, że mały zaczyna się nimi bawić – rozcapierza palce, chwyta palcami jednej rączki paluchy drugiej i potrafi tak się nimi zająć nawet kilkanaście minut! Do tego wszystkiego zaczyna świadomie chwytać przedmioty. Oczywiście jeszcze baaardzo niezdarnie i często mu nie wychodzi, ale widać po nim, jak się stara i jak się na tym skupia :) Dzisiaj rano na przykład leżał na macie i sam chwycił zwisający z łuku księżyc (do tego miał wielką radochę, bo ten księżyc jest wypchany jakąś szeleszczącą folią, więc miał do tego efekty akustyczne!). I nie zrobił tego przypadkiem, bo obserwowałam go uważnie i potem udało mu się to jeszcze kilkukrotnie. W ogóle to widać po nim, że odkrywanie rączek i manipulowanie nimi sprawia mu niezwykłą frajdę. Nam zresztą też, gdy to obserwujemy :) A gada przy tym! I zaczął tak śmiesznie wargę dolną chować pod górną. Wnosi to trochę nowości do jego gadulstwa :)

misio

W ogóle to ciągle nie możemy się z Mariuszem nadziwić jakiego fajnego Miśka mamy w domu :) Bo grzeczny jest i uśmiechnięty :) A najfajniejszy widok przedstawia sobą rano, gdy po przebudzeniu woła nas tym swoim „Yyyyyy”. Zaglądamy wtedy do łóżeczka a tam Misiek leży z rozwichrzonymi włosami (bo sobie w nich ciągle grzebie), przeciąga się i śmieje całą gębą (całą zaspaną gębą, trzeba dodać) :) Świetny jest :)

Ubiegły weekend znowu mieliśmy w siodle. Nie miałam co prawda zajęć, ale odprowadzaliśmy Maciejowi samochód. No i jechaliśmy do Gniezna na urodziny mamy Mariusza. Zmęczyła nas ta wyprawa niesłychanie – zwłaszcza Miśka, któremu się nocne spanie przez to rozregulowało – ale na szczęście po dwóch dniach w domu wrócił do normy. Jakoś ciężko znosi spanie w innym miejscu, wierci się często. My wtedy nie możemy przez to spać, bo nas budzi. I wtedy my się wiercimy i budzimy jego. I tak w kółko. Chyba ze trzy czy cztery razy wstawałam wtedy w nocy do karmienia. A już od tygodnia Misiek jadł w nocy tylko raz. No, ale uregulował się z powrotem i znowu tylko jedno karmienie mamy. Zresztą, nawet gdybym nie musiała wstawać do niego w nocy już wcale, to i tak sie budzę około 3-4, bo pokarmu już mam za dużo i cycki mnie bolą niesłychanie. Jak dobrze, że ktoś wymyślił laktator!

Od tygodnia jeździmy nowym autkiem. Jest super! Na początku miałam strasznego stresa, żeby usiąść za kierownicą, bo to taka kobyła wielka, ale w niedzielę prowadziłam całą drogę z Poznania do domu i już się nie boję. Jednak szybko udało się przyzwyczaić. Choć muszę jeszcze popracować nad pedałami ;) No bo bardzo leciutko chodzą, a ja przyzwyczaiłam się, że trzeba jednak trochę przycisnąć. Ale spoko – tak samo było, gdy przestawiałam się z uno na punto – to dopiero był skok jakościowy! I dałam radę. Teraz też dam.
Co do samego autka, to ma mnóstwo bajerów, które jeszcze nie do końca potrafimy obsługiwać. Mnie się najbardziej podobają takie dwa lustereczka z lampką, hehehe. No i schowek na okulary, chociaż moje się tam nie mieszczą, bo za duże. Nie no żartuję – nie tylko to mi się podoba. Autem się ogólnie świetnie jeździ. Jest o wiele mocniejsze od poprzedniego, no i jest duuuża różnica przy wyprzedzaniu. Udał nam sie zakup :)

Mariusza od dwóch dni rozbiera przeziębienie. Z nosa mu cieknie i kicha straszliwie. Oby tylko się Misiek nie zaraził, bo w przyszłym tygodniu idziemy do szczepienia i szkoda by było, żeby je przekładać.

Zastanawiam się ostatnio nad jednym – czy Mikołaj jest taki „żelazny”, czy też po prostu te wszystkie gadania na temat diety kobiety karmiącej są nieco (?) przesadzone. Pewnie, że dzieciaki miewają alergie pokarmowe itd., ale tak naprawdę ile dzieci jest uczulonych? Wiem, że alergia może się ujawnić w każdej chwili, ale… Ja ostatnio naprawdę nie za bardzo uważam na to, co jem. Wiadomo, że nie obżeram się „nowościami” na potęgę, ale jakoś nie zastanawiam się jakoś specjalnie nad tym, co w jakiej kolejności wprowadzać. I póki co Misiek nie ma alergii. Przyznam się, że jem nawet cytrusy, piję sok pomarańczowy (czasem nawet świeżo wyciskany) i nic się nie dzieje. Jakieś dwa tygodnie temu nagotowałam grochówki i też było ok. Stwierdziliśmy z Mariuszem, że jak mały przeżyje grochówę, to przeżyje wszystko ;) No i nawet go nie wzdęło. Trochę więcej puszczał pryków i na tym się skończyło. Jeśli chodzi o produkty mleczne, to też jem normalnie, tak jak w ciąży i przed ciążą. No i nic. Czasem się zastanawiamy z Mariuszem, czy to normalne, bo tyle się nasłuchaliśmy na temat diety, że aż głupio, że Misiek bez alergii. Oczywiście, nie można wykluczyć, że jej kiedyś nie dostanie, ale póki co zdrów jak ryba, a i ja nie narzekam, bo wreszcie jem sensowne rzeczy (na kurczaka to już prawie patrzeć nie mogę). No i jeśli chodzi o ulewanie, to też widać, że moja dieta nie za wiele ma z tym wspólnego – ostatnio prawie wcale nie ulewa. Czasem mu sie zdarzy, jak jest przejedzony, albo zmęczony, albo czymś się zestresuje. No i tyle.

Kupiliśmy Miśkowi kurteczkę wiosenną. Bo w misiu ze Szczecina to już się nie mieści, a w kombinezonach zimowych to mu już było za gorąco (chociaż podobno ma przyjść ochłodzenie, więc trzeba je będzie przeprosić i znowu ubierać). Kurteczka jest granatowa, z podpinką. Mariusz wybierał. I do tego jest czapa wiosenna. Do kompletu udało się dostać. Ja choruję jeszcze na taki bezrękawnik z bluzą, Ale to może w okolicach kwietnia kupię, jak już będzie na tyle ciepło, żeby mógł nosić. No bo nie wiem, w jakim rozmiarze. Chociaż pewnie tę wiosnę przepyka w 68. Swoją drogą, w ubiegłym tygodniu byłam z małym na kontroli u pediatry. Ważyła go i wyszło 6650g. Grubas mały :) No i jeszcze do chirurga dziecięcego mamy sie zgłosić, bo mu podobno jąderko jedno „ucieka”. Już nas umówiłam – na 9 kwietnia. To są dopiero terminy!

Zdjęć nowych nie mamy na razie. Tylko te z ubiegłego tygodnia (hehehe, pomyślałby ktoś, że one stare). Możecie je obejrzeć tutaj. Teraz będę polować z aparatem na Miśka jak sie paluszkami bawi :)

A! I jeszcze małą informacja – 23 sierpnia będziemy brać ślub i chrzcić Miśka. Mojej mamie udało się załatwić salę w Głuchowie w celu pożarcia obiadku weselnego (wesela jako takiego nie robimy – tylko obiad i deserek dla rodziny). Ślub też będzie prawdopodobnie w Głuchowie. Piszę prawdopodobnie, bo jeszcze nie byliśmy u księdza i nie wiemy do końca, czy nie ma tego dnia już zajętego terminu. Ale jesteśmy dobrej myśli. Poza tym, w razie czego jest jeszcze Kościan i Czempiń – wszystko nam jedno gdzie to będzie. Tak więc my już nie będziemy grzesznym konkubinatem, a Misiek nie będzie poganinem :)

Dobra. Tyle na dziś. Do poczytania kiedyś tam.

Nie, to jednak jeszcze nie koniec! W tym miejscy przyszedł czas na gratulacje dla Izy W. I dla jej Małżonka. Bo urodziło im się drugie dzieciątko – mała Milenka! :) Tak więc gratulujemy serdecznie i życzymy, by dzieciątko było zdrowe i aby było źródłem nieustannej radości dla swoich rodziców. No a Przemkowi gratulujemy siostrzyczki! :)

10 tygodni…

Mikołaj rośnie, co objawia się przede wszystkim w kilku elementach. Po pierwsze w tempie błyskawicznym wyrasta ze swoich ciuchów. Dzisiaj przestawiliśmy się już na ubrania w rozmiarze 68. Niektóre są mu minimalnie za długie, ale większość jest już dobra. Te na 62cm nie dawały już rady. Po drugie – coraz więcej je. Równa się to temu, że dłużej trwa karmienie. Zresztą jest ono coraz bardziej urozmaicane przez Miśka – leży sobie, ciągnie cyca, mruczy coś pod nosem, puszcza cyca, odwraca głowę, ogląda pokój, i znowu – ciągnie cyca, mruczy itd. W ogóle gaduła się zrobił ten nasz synek. Co prawda na razie zgłoskuje tylko „Yyyyyy” i czasem „Uuuu” i „Mmmm”, ale za to potrafi tak przez piętnaście minut jednym ciągiem (z przerwami na śmiech i oddech). A jak się do niego wtedy podchodzi i gada, to można sobie nawet porządną pogawędkę uciąć :) Poza tym Misiek robi się bardzo społeczny. Lubi gdy się przy nim siedzi, gdy się z nim rozmawia. No i bardzo dużo się śmieje. I do obcych też się śmiać potrafi. Wypróbowaliśmy to w ubiegłym tygodniu na Oldze i Dominice. No i w weekend na rodzicach Mariusza. Misiek nie zapamiętuje jeszcze, że to babcia i dziadek, za każdym razem uczy się ich od nowa, ale nie przeszkadza mu to w śmianiu się do nich całą gębą. Zresztą, zdziwiłabym się, gdyby Mikołaj sie nie uśmiechał, w końcu my się do niego dużo śmiejemy, więc jakiś przykład ma.

Ze spaniem u Miśka też coraz lepiej – coraz bardziej wydłuża sobie okresy snu, w tej chwili wstaję do niego tak z dwa razy w nocy, mam nadzieję, że niedługo jeszcze bardziej sobie wydłuży i da mi pospać więcej. Ale i tak nie narzekam. Gdy się go położy wieczorem po kąpaniu, to mamy z Mariuszem nawet sporo wolnego czasu żeby książkę poczytać. A to nowość :)

Tydzień temu odwiedziły nas dwie „ciotki” z Poznania – Dominika i Olga. To było ich pierwsze spotkanie z Mikołajem, chyba wywarli na sobie pozytywne wrażenie. Tylko będę musiała bardziej przyłożyć się do savoire vivre Miśka, bo kto to widział, żeby prawie całą wizytę gości przespać ;) A gdy nie spał, to dziczył z dziewczynami na kanapie – zresztą, sami zobaczcie, jaki z niego playboy się zrobił…

playboy

W ubiegły weekend, ponieważ miałam zjazd tydzień po tygodniu i nie zdążyłam ściągnąć wystarczającej ilości pokarmu, pojechaliśmy całą trójką do Gniezna. Dotarliśmy tam w piątek, w sobotę rano dotarłam na zajęcia, a dwa miśki siedziały u teściów. Wróciliśmy z Gniezna w niedzielę w południe. Mikołaj bardzo dobrze się sprawował. Podobało mu się, że tyle osób się nim zajmuje i nosi go na rękach. Lubi być w centrum uwagi całej rodziny :) Poza tym muszę powiedzieć, że udało mu się przespać całą drogę powrotną – pierwszy raz coś takiego miało miejsce i nie powiem, bardzo nam się podobało :)
Teraz już zawsze miśki będą jeździć ze mną, gdy będę miała zajęcia, bo Mikołaj coraz gorzej znosił moją nieobecność. Tydzień temu Mariusz miał, biedny, niezłą jazdę, bo Misiek nie chciał pić z flaszki, do tego strasznie płakał. Zresztą, sama widziałam jak się żalił zaraz po moim powrocie – aż mi się samej smutno zrobiło, że mu taką wodę z mózgu robię i co dwa tygodnie od cycka odstawiam. No i okazało się, że rzeczywiście, gdy chłopaki jada ze mną, to jest lepiej – Mikołaj pewniej się czuje, zresztą nie ma mnie tylko kilka godzin, więc daje radę.

Dodać muszę, że teraz to już w ogóle będzie nam się super jeździło, bo prawdopodobnie jutro lub dzisiaj odbieramy nowy samochód :) Zdecydowaliśmy się na Kia Cee’d SW. Możecie sobie ją tu obejrzeć. Już się nie mogę doczekać. Bardzo się cieszymy z tego autka :) Trzeba się tylko będzie przestawić na większy rozmiar, ale mam nadzieję, że szybko nam się to uda.

Dobra, wystarczy na razie. Nie będę Was przemęczać zbyt wielką ilością tekstu. Do następnego razu :)