Wakacje!

Witek

Nareszcie wakacje :) Mikołaj czekał na nie już od dawna (jakoś tak od 1 września ;)), my mniej-więcej od maja, gdy po starszej latorośli widać już było „zmęczenie materiału” w postaci rosnącej liczby uwag ze strony wychowawczyni ;) Read more

Kwartalnik

witek łowicki

Od kiedy Witek zagościł w naszym życiu czas biegnie mi tak szybko, że zdziwiłam się dziś niezmiernie, iż ostatni wpis jest prawie sprzed miesiąca! Czas nadrobić zaległości. Read more

Heloł!

To znowu ja! W końcu :) Tłumaczyć się nie będę, bo szkoda miejsca. Od razu przejdę do konkretów.

Misiek nam się postarzał. Trzy lata jak z bicza strzelił. Jak ten czas szybko leci… Niedawno przeglądałam zdjęcia z poprzedniego roku, to różnica w wyglądzie Micha jest ogromna. Teraz się wydaje taki poważny, duży, taki przedszkolakowaty. A jeszcze pół roku temu to taki dzidziuś był ;)

Urodziny i imieniny Mikołaja obchodziliśmy hucznie, jak co roku. Objazdowo. Był tort w Głuchowie, był tort w Gnieźnie, był tort w przedszkolu i był tort w domu. I cała góra prezentów. Najpierw św.Mikołaj przyszedł i przyniósł wymarzoną Upsy-Daisy (przytulanka), parasol z Zygzakiem McQuinnem, tablicę świetlną i quiz edukacyjny. Potem z okazji urodzin Michu dostał kolejną stertę – pizzę drewnianą do krojenia, dvd z „Dobranocnym Ogrodem”, karty do rysowania (takie edukacyjne, ze ściereczką, coby potem te rysunki zmazać i wykorzystać ową kartę raz jeszcze) i torbę z różnymi plastikowymi produktami spożywczymi do zabawy – jakieś 130-parę części. Wczoraj ponadto dostał Miś pralkę do zabawy. Na szafie oraz w szatni w pracy Mariusza czeka kolejnych kilka prezentów, które Gwiazdor przyniesie (dla odróżnienia od św.Mikołaja, który niby wygląda tak samo, ale, wiadomo, wielkopolskich korzeni wyzbyć się nie da, więc Gwiazdor przyjść musi ;)).

Sam Mikołaj po raz pierwszy w życiu przeżył świadomie swoje urodziny. Z chęcią dmuchał wszystkie świeczki na tortach, miał wielką radochę, gdy mu śpiewano „Sto lat” i od tego czasu codziennie pyta się nas czy ma dziś urodziny. I gdy słyszy, że nie, zaraz pociesza się, że gdy tata będzie miał niedługo urodziny (za tydzień znaczy się), to on też będzie miał. Generalnie wkręcił się na maksa :)

Przy okazji wyjazdu urodzinowego do Głuchowa i Gniezna doszło do wymiany prezentów świątecznych. Mikołaj już od września przygotowywał swoje podarunki, babcie wydawały się zachwycone własnoręcznie przez Micha wyklejonymi kalendarzami (zakupionymi wcześniej w surowej wersji w Lidlu) oraz wymalowanymi i wyklejonymi bombkami choinkowymi. Dumny był Miś bardzo ze swoich prac, my również, bo chętnie brał się do zdobienia, zarówno kalendarzy, jak i bombek. W ogóle Michu bardzo lubi wszelkiego rodzaju wyklejanie różnymi brokatami, naklejkami i innymi ozdobnikami. Myślę, że po Nowym Roku zabierzemy się za robienie prezentów wielkanocnych ;)

Mikołaj się rozgadał. Maksymalnie. Buduje już tak piękne zdania, że nie możemy wyjść z podziwu. Codziennie czymś nas zaskakuje nowym. Zmiana logopedy również przyniosła oczekiwany efekt. Mikołaj uwielbia panią Małgosię, ćwiczenie z nią nie jest problemem, jak to bywało wcześniej z dwoma poprzednimi logopedami. No i przede wszystkim coraz lepiej można go zrozumieć. Pięknie wymawia już „k” i „g”. Nie we wszystkich słowach, rzecz jasna, ale bardzo często. Czasem nawet sam się poprawia :) My nie ciśniemy go jakoś szczególnie, staramy się mówić wyraźnie i poprawnie, czasem podpowiemy, ale nie natrętnie. I udaje się. Idzie mu naprawdę dobrze. Już nie woła „Tupę i situ!” ;) No i nie ma już na imię „Nitołaj”, ale „Mikołaj”. Brzmi to naprawdę dumnie :) Któregoś dnia (mam nadzieję, że w święta mi się uda) powrzucam jakieś aktualne filmiki, to sami usłyszycie, jaki nastąpił progres :)

Z okazji, że czeka mnie wkrótce rejestrowanie zajęć logopedycznych do pracy dyplomowej oraz z myślą o przyszłej pracy logopedycznej, małżonek wybrał mi dyktafon – Olympus. Sprzęt daje radę (w końcu wiadomo, że małżonek byle czego nie wybierze), nagrywa rewelacyjnie, ma mnóstwo opcji, ustawienia czułości mikrofonu i inne pierdoły. Przy tej okazji nagrywać zaczęłam też Miśka. Rozmowy z nim czasem powalają :) Myślę, że takie dialogi będą dla niego miłą pamiątką za kilkanaście lat. A jeśli nie dla niego, to dla nas na pewno :)

Święta spędzamy tradycyjnie we Wrocławiu, w swoim trzyosobowym gronie. Rodziny obydwie odwiedziliśmy już, więc nie ma napinki, by w święta jeszcze gdzieś jeździć. Chyba, że nam strzeli coś do głowy i podjedziemy do Głuchowa lub Gniezna na kawę.

Sylwestra też spędzamy w domu. Tylko zimne ognie trzeba kupić :)

Mam trochę nowych zdjęć. Nie za dużo, bo fotografowanie też ostatnio zaniedbałam, ale coś tam, mam nadzieję, w święta wrzucę i wtedy dam znać. Dziś nie wklejam nic, bo już późno, a zdaję sobie sprawę, że jeśli nie wrzucę dzisiaj tego wpisu, to znowu mi przynajmniej kilka dni minie, nim do tego wrócę. Wybaczcie więc brak grafiki jakiejkolwiek. Wkrótce nadrobię i te zaległości.

Na dziś koniec. Choć trochę uzupełniłam braki. Do następnego :)

Krótko, bo już późno

Słów kilka na koniec dnia.

Po pierwsze – wielka i radosna wiadomość: Olgucha-Klucha urodziła dziś o 7.55 rano zdrowego ślicznego synka – Macieja Antoniego :) Poza tym, że dumni jesteśmy niesłychanie, że tak sobie wspaniale poradzili i że gratulujemy z całego serca, to nic więcej napisać się nie da, bo za bardzo się wzruszam od razu :)

Po drugie – obejrzeliśmy właśnie ostatni odcinek 6 sezonu dra House’a. Zaje*** po prostu. Zdradzać nikomu nie będę, jak się kończy, ale powiem tylko, że na takie zakończenie czekałam, kurde, kilka sezonów i wreszcie ktoś się nade mną zlitował. No, to teraz mogę ze spokojnym sumieniem czekać na sezon 7. Bo już się trochę obawiałam, że pomysły się na House’a skończyły scenarzystom. Mam nadzieję, że zaciekawią na nowo jesienią :)

Po trzecie – idę jutro z Romą na koncert Turnaua i Sikorowskiego do Impartu. Znaczy się, wyjście kulturalne mamy :)

Po czwarte – dziękuję wszystkim za życzenia z okazji Imienin :)

Po piąte – byliśmy dziś na testach alergicznych z Michem i wyszło, że alergikiem nie jest. Hura!

Po szóste – egzaminy z ubiegłego weekendu mam już za sobą. Z metody psychostymulacyjnej chyba zdałam na 5, a z lingwistyki to, ogólnie rzecz biorąc, mam nadzieję, że zdałam :)

Po siódme i ostatnie – idę spać.

P.S. Nowe zdjęcia w galerii: krótki spacer po parku zamkowym w Mosznej oraz kilka ujęć z pobytu w Głuchowie.

Wstyd i hańba!

Tak, tak, wstyd i hańba, że tyle czasu minęło od poprzedniego wpisu. Tłumaczyć się nie będę, posypię głowę popiołem i obiecam poprawę :)

Jak to zawsze bywa w takich sytuacjach, nie wiem, od czego zacząć. Nie będę zbytnio cofać się w czasie. Święta minęły nam bardzo dobrze w Przecławiu – zdjęcia są na stronie do obejrzenia, kto jeszcze nie widział. Potem była żałoba, ale o tym już pisałam. Dalej długi weekend. Tenże spędziliśmy w Kliczkowie (zdjęcia do obejrzenia w galerii), we Wrocławiu (w aquaparku i Renomie ;)) oraz w zamku w Mosznej (zdjęć jeszcze nie obrobiłam). Ubiegły natomiast tydzień Misiek i ja byliśmy „wyjechani” do Głuchowa, zostawiając jednocześnie małżonka, by mógł troszkę pouczyć się do egzaminu z Javy. Tyle z wieści „podróżnych”.
kulki

W sobotę byłam na szkoleniu fotograficznym zorganizowanym przez „Świat Obrazu” (www.swiatobrazu.pl). Bardzo sympatyczny kurs, prowadzący to kopalnia wiedzy, informacje podane w bardzo przystępny sposób, dobrze zrobiona prezentacja, wiedza zdobyta bardzo przydatna :) Tyle w skrócie. Być może uda mi się też dotrzeć na warsztaty praktyczne w czerwcu – właśnie w zamku w Mosznej – ale to się jeszcze zobaczy :)

Kupiliśmy nowy komputer. Mac Mini. Śliczny jest :) Do tego mały i cichy. Trochę trzeba się poprzestawiać na oprogramowanie nie-windowsowe, ale póki co daję radę. Mam tu wszystko, czego potrzebuję (jak na razie) i całą furę apple’owych gadżetów. Chyba stanę się fanem tej marki ;)

W sobotę i niedzielę mam egzaminy, więc uczyć się trzeba. Jeden z nich to totalna kolubryna, z lingwistyki. Mam nadzieję, że jakoś pójdzie.

Michu w ostatnim czasie znowu nam chorował – smarkato i kaszlato. Skończyło się antybiotykiem i skierowaniem do alergologa, bo pediatra podejrzewała alergię. Byłam z nim w poniedziałek u specjalisty, z wywiadu i badania nie wynika, żeby Michu był na coś uczulony, ale dla pewności lekarka zapisała go na testy na przyszły tydzień. O dziwo udało nam się dostać do alergologa na nfz i w dodatku tylko tydzień czekaliśmy na wizytę. Szoook!

Michu coraz więcej gada. Już w sumie pogubiłam się co do nowości w słownictwie, ale coś tam spróbuję napisać.
Doszło więc:
tapcia – babcia
toś – kosz na śmieci
diti – dzięki
tataj – tramwaj
tapcieś – basen
tody – lody
tia – kia
emo – MO (Milicja Obywatelska – Mariusz go nauczył, by tak mówił na fiata 125p z napisem „Milicja” – Michu ma takie autko)
teten – jeden
tuti/tuty – żółty
tutiti – Luiggi (autko z „Aut” Disneya)
sen sali – sen o Sally (gdy się Michowi śni Sally z „Aut”)
ciecie – jeszcze
siuś – już
dita – studzienka
otata – otwarta
siom – są
toji – tory (np. kolejowe)

Ponadto Michu od jakiegoś czasu składa wyrazy w proste zdania, w stylu: „mama, cie mniam-mniam” (czytaj: Mamo, chcę jeść) itp. Mamy progres.

Przed weekendem majowym Mikołaj był z kilkorgiem dzieci z Zaczarowanej Krainy na wycieczce u stomatologa (w dodatku u tego samego, do którego sama go wożę na kontrole). Najpierw była u nich w przedszkolu dentystka z programem profilaktycznym, a potem przedszkolaki jechały się przebadać. Ze zdjęć i opowieści opiekunek wynika, że wszystko poszło gładko, dzieciaki bez stresu i płaczu dały sobie w buzie zajrzeć. Dla Micha była frajda tym bardziej, że jechali komunikacją miejską. Wierzcie mi albo nie, ale dla dzieci wożonych ciągle samochodem przejażdżka tramwajem i autobusem to raj na ziemi. Zresztą, dzień wcześniej sama wybrałam się z Michem na taką wycieczkę – po raz pierwszy przejechał tramwajem cały Wrocław. Frajda nie z tej ziemi :)

A tu filmik z tramwajowej jazdy premierowej ;)

Dobra, tyle na dziś z racji nadrabiania zaległości. Będę się teraz pilnować, by nie robić takich przerw. Do przeczytania :)

P.S. A jednak jeszcze coś mi się przypomniało. Mikołaj dostał od dziadków z Gniezna rowerek biegowy – laufrad. Dokupiliśmy kask (Michu sobie wybrał) i teraz ćwiczymy odpychanie :) Idzie mu coraz lepiej, choć z pewnością do ideału jeszcze daleko. Ale wszystko przed nami :) Poniżej krótkie filmiki – pierwszy z Michowego debiutu rowerowego, a drugi z późniejszego spaceru:

Na koniec już zupełny świeżynka z dzisiaj – Michu maluje (się) farbkami:

Przedświątecznie

Ostatnie dwa tygodnie jakoś szybko zleciały. Niestety – ani tutaj, ani w dzieciowisku nie udało mi się nic skrobnąć. Misiek wyrzucił sobie południową drzemkę, w związku z czym odpadł mi błogi czas trzech godzin spokoju w ciągu dnia, które można było przeznaczyć na pisanie choćby. Do tego w niedzielę miałam egzamin, co też znacznie ograniczyło i tak już ograniczony czas. No, ale dość utyskiwań i tłumaczeń. W końcu udało mi się zasiąść. Być może nie napiszę wszystkiego, co bym chciała, ale chociaż zacznę.

To po kolei (mniej-więcej). Półtora tygodnia temu byliśmy w Głuchowie świętować urodzino-imieniny Miśka i imieniny mojej mamy. Był tort, byli goście, były prezenty i było bardzo miło i sympatycznie :) Misiek od swojej „wróżki chrzestnej” (czyt. mojej siostry i jej familii) otrzymał hulajnogę i super strój świętego Mikołaja (jak na imiennika przystało). W stroju owym we wtorek 8 grudnia (w dniu swych drugich urodzin) wparował Misiek do Promyka z torbą pełną pierników i częstował dzieci na zajęciach logopedycznych. Wszyscy byli zachwyceni takim małym św.Mikołajem :)

No tak, Misiek ma już dwa lata. Czas, by zrobić mały bilansik, ale nie w tym wpisie. Bilans dwulatka (mój osobisty) zrobię w poście następnym, bo przypuszczam, że sporo czasu mi to zajmie, a jest jeszcze parę innych rzeczy do opisania na dziś.

Same urodziny spędziliśmy w domu. Tradycyjnie już zamówiliśmy Miśkowi torcik w Filipince. Oczywiście były obowiązkowe świeczki, no i Mariusz kupił w tesco race. Radochę miał Misiek po pachy na widok takiej strzelającej wielkiej świeczki :)
Dmuchanie (świeczek) ma Michu już opanowane do perfekcji (dzięki zajęciom w Urwisku), więc wszystkie dwie zgasły jak trzeba :) Sam tort był w równej mierze zjedzony przeze mnie i Miśka, no i mały kawałek dostał się Mariuszowi (nie miał, biedny, szans z moim i Micha apetytem).

Jeśli rzecz idzie o prezenty, to Misiek dostał od nas garaż-warsztat Pata i Mata, latarkę i puzzle drewniane z pojazdami. Każdy z prezentów trafiony w sedno :) Warsztat udało się wypatrzeć Mariuszowi w tesco. Tani był – 45 zł niecałe, a jaka frajda dla Miśka – bawi się nim cały czas. Mieści się w nim spora część licznej kolekcji różnorodnych autek, do tego ma dwa podjazdy, otwierane bramy, okna, czyli wszystko, czego Misiek od garażu oczekuje :) Do tego przyznać trzeba, że jakość jest bardzo przyzwoita.

Co do puzzli z pojazdami, to są jednymi z czterech ulubionych puzzli Miśka (pozostałe to drewniany alfabet, drewniane cyfry i tekturowe pojazdy). Układanie opanował w kilka minut i teraz każdy ranek rozpoczynamy godziną zabawy puzzlami. Swoją drogą te puzzle też udało nam się wyhaczyć tanio – za jakieś 10 zł w Lidlu, a znanej, dobrej firmy Eichhorn. Wykonanie pierwszorzędne. Trochę żałuję, że kupiliśmy tylko te z pojazdami, bo ogólnie było kilka różnych wzorów.

Latarka też okazała się bardzo przydatna – wieczorem Misiek świeci nią sobie w pokoju, a poza tym (albo raczej przede wszystkim) znakomicie sprawdza się podczas popołudniowych spacerów (które jeśli odbywają się w okolicach godziny 16 to są obecnie raczej spacerami wieczornymi) oraz cotygodniowych wypraw do Urwiska (z samochodu do przedszkola jest dość spory kawałek przez ciemnawą okolicę).

Wcześniej miał Michu też imieniny, z których to okazji też dostał kilka prezentów – jak na przykład chyba z 10 samochodzików (zestaw Hot Wheels i zestaw policyjny). Udało nam się też dostać w empiku książkę z Dobranocnego Ogrodu, a w tesco książkę o Teletubisiach. I trzeba po raz kolejny się pochwalić, że prezenty trafione. Misiek do tej pory szerokim łukiem omijał oglądanie książeczek. Jakoś go nie interesowały (mimo różnych zachęt). Ale książka z Dobranocnego Ogrodu to już co innego… Książka z Dobranocnego Ogrodu oglądana jest kilka razy dziennie, a przy każdym oglądaniu ma miejsce swoisty rytuał poszukiwań wraz z narratorem kocyka Igipigla :) Mam nadzieję, że pojawi się więcej książek z tej serii :) Jak nie, to sama zrobię.

No i jeszcze rzecz najważniejsza – Mikołaj, jako że już kawał chłopa i w ogóle, otrzymał nowe łóżko. Zakup z Ikei, kolor czerwony (zresztą zobaczycie na zdjęciach, jak mi się w końcu uda je zgrać). Dziecię meblem zachwycone. Pomagał usilnie przy składaniu :) Dwie wcześniejsze noce spał na materacu na podłodze, bo łóżeczko wywieźliśmy już do Głuchowa. Generalnie na materacu dał sobie radę świetnie, więc wiedzieliśmy, że z łóżkiem też powinno pójść gładko. No i rzeczywiście. Miś polubił łóżko, polubił kapę z żabą. Od razu widać, że mu w nim lepiej, niż w łóżeczku, bo może się rozłożyć, wyprostować, a w łóżeczku to już spał skulony. Generalnie problemów nie ma – śpi jak dotąd całą noc, wieczorem bawi się jeszcze w swoim pokoju przed zaśnięciem, potem grzecznie wchodzi na łóżko i śpi :) Cudowne dziecko :) Dumna jestem z niego, że tak ładnie przez to wszystko przeszedł.

Przy okazji łóżka zrobiliśmy przemeblowanie w pokoju Micha. Efekt całkiem przyjemny.

Przygotowania do Świąt idą jakoś. Mamy już większość zakupów spożywczych, tylko mięsa, ryby i warzywa będą do dokupienia. Pierniki też już upieczone – wyszły pysznie, jak zawsze :) Przy okazji, muszę się pochwalić dwoma nowymi nabytkami kuchennymi – jeden to mikser electrolux, taki z metalową miską. Do miksera wzdychałam już mniej-więcej od lat dwóch, no i się doczekałam :))) Mikser w domu być musi i basta.

Druga rzecz to już typowy zbytek, natomiast było to głównie marzenie Mariusza (moje trochę też, ale w mniejszym stopniu) – wypiekacz do chleba. Taki z Moulinexu. Ma całe mnóstwo funkcji, włącznie z bagietkami, bułeczkami, wyrabianiem ciast drożdżowych, robieniem dżemów (tylko loda/ów nie robi chyba ;)). Chleb wypiekamy w nim prawie codziennie, bo taki mały bochenek – 750g to akurat nam na dzień wystarcza. Póki co jedziemy z gotowych mieszanek – i o dziwo wszystkie wychodzą! Trochę gorzej z bułkami, nie do końca jest to to, o co mi chodzi, ale będę próbować dalej. Może muszę zmienić przepis, bo z tego, co mam, to bardziej pyzy wychodzą niż bułki :) Maszyna owa piekielna będzie w tym roku wieeelką wyręką dla małżonka mojego, bo nie będzie musiał zarabiać ciasta na: pierogi, makowiec i paszteciki wigilijne. Cuda po prostu! ;) Co do ceny, to z gotowej mieszanki wychodzi około 3 zł za bochenek, czyli bardzo przyzwoicie. Mieszanki są w stylu żytnio-pszennych, orkiszowych itp., które tutaj kosztują około 4 zł za bochenek, więc jak na razie nam się opłaca wypiekanie bardziej niż kupno w sklepie gotowego chleba.

No, to jak już się tak nachwaliłam, to kończę. Nie wiem, czy to już wszystko, co chciałam dziś napisać, ale więcej nie pamiętam. Liczę, ze następny wpis będzie jeszcze przed świętami, ale zapewnić nie mogę.

Na koniec trochę kina. Zdjęcia wrzucę w ciągu najbliższych dni, jak znajdę trochę czasu. A póki co macie:

Michu układający swoje konstrukcje z klocków drewnianych (ostatnio bardzo polubił wszelkie budowanie). Najpierw superwieża (nauczył się od mamy) a następnie Miśkowa wersja Stonehenge ;)

Drugi film, to kolejne z wielu ulubionych zajęć Miśka. Komentować nie trzeba ;)

I jeszcze jeden – z wspomnianymi puzzlami urodzinowymi:

Kochani, niestety, musicie być świadomi, że ilość filmików Miśkowych znacznie wzrośnie. Na Wasze nieszczęście mogę bezpośrednio eksportować filmiki z iPhone’a do Youtube, pomijając komputer. Sprawia to, że przestaję się kontrolować, więc wybaczcie. Jak nie chcecie, to nie oglądajcie. Ale ja umieszczać nadal będę :)

Ech, no dobra, nie wytrzymałam – wrzucam na szybcika fotę łóżka Miśka. Jakość jest, jaka jest, bo zdjęcie telefonem zrobione:

Dwadzieścia miesięcy i jeden dzień

Starym zwyczajem informuję, że Michu wczoraj skończył dwadzieścia miesięcy. I starym zwyczajem mówię: stary byk z niego ;) Jakieś podsumowanie może by się zdało. Generalnie dziecię śmiga na dwóch nogach od 1,5 miesiąca. Z dnia na dzień idzie mu to coraz szybciej, jeśli chodzi o jakość, to nie powala, ale należy liczyć, że się poprawi po rehabilitacjach i wraz z rozwojem. Trochę niepokojąco jednym bioderkiem „zaciąga”, ale głównie wtedy, gdy chodzi niedbale, albo/czyli jest bardzo zmęczony. Co do mówienia, to od ostatniego razu nie zauważyłam żadnych większych zmian. Generalnie widać, że sprawdza się zasada, że jak dziecko nabywa nowej umiejętności, to inne stają w miejscu – od kiedy Michu zaczął chodzić (a teraz nawet biegać) to mowa stoi. Choć od wczoraj zauważamy z Mariuszem jakoby dziecię nasze dorzuciło sobie nowe sylaby do języka. Nie jestem ich jeszcze w stanie wymienić, ale generalnie coś tam próbuje od wczoraj kombinować więcej niż dotychczas. Może wtrąci coś nowego :) Aczkolwiek muszę przyznać, że naprawdę z Michem można już się całkiem przyzwoicie porozumieć i dogadać. Wypas :)

Ponadto Miś coraz bardziej robi się urwisowaty. Potrafi specjalnie napsocić coś tak, żeby nas rozśmieszyć. I ma z tego wielką radochę.

No i jeszcze o Teletubisiach. Michu zapałał nagle gorącą miłością do tych BBC-owskich stworków. Niebywałe to jest dla mnie i zupełnie niezrozumiałe, w czym tkwi fenomen tego programu. Nie przypuszczałam, że Misiek kiedykolwiek stanie się ich fanem. No ale stało się. Mamy CBeebies, a tam Teletubisie chyba trzy razy dziennie lecą, no bo to kanał BBC jest. I kiedyś Michowi włączyłam na Tubisie ciekawa reakcji. Hipnoza. Nawet Niedźwiedzia w dużym niebieskim domu z takim zainteresowaniem nie ogląda. Teletubisie potrafi obejrzeć od początku do końca, co nigdy mu się nie zdarzyło z inną bajką (i dobrze). Ciągle myślę, o co chodzi… Czy o to, że one takie kolorowe i sympatyczne? Czy że takie dziecięce i nieporadne? Czy że tyle jest powtórzeń w ciągu programu i dzięki temu dziecko czuje się bezpieczniej oglądając drugi i trzeci raz jak Dipsy coś liczy? Ech, nie wiem. Sama nie mam nic przeciwko Teletubisiom, co nie zmienia faktu, że namiętność Miśka do tej „bajki” jest zastanawiająca. Nie wspominając, jak emocjonalnie reaguje na różne sytuacje w programie. Jak dzisiaj zobaczył Tubisie zjeżdżające ze zjeżdżalni, to myślałam, że zje telewizor ze śmiechu :)

Kilka dni ubiegłego tygodnia spędziliśmy w Głuchowie. Michu się wybiegał za wszystkie czasy, ja się wymęczyłam, ale grunt, że rodzinka była zadowolona z naszej obecności :) Z Głuchowa przywiozłam dwa filmiki (bardzo króciutkie, więc bez obaw ;)). Pierwszy to Misiek z psem i nieudany buziak, a drugi to jak nasze dziecię robi porządki w piaskownicy.

Dzisiaj, zwyczajowo, bo to przecież niedziela, pojechaliśmy rodzinnie do Kudowy na tradycyjne lody i spacer. Misiek się nachodził, my za nim też, generalnie ubaw po pachy. Kupiliśmy mu rano na Bielanach taką kaczkę na kiju do pchania. Śmiesznie z nią wyglądał, bo jeszcze nie czaił do końca, że ma ją pchać, więc nią stukał w podłoże i wyglądało to trochę, jak nordic walking po Miśkowemu. Może zamiast kaczki trzeba było mu kijki kupić? ;) Oczywiście filmik też mamy z tego:

A zdjęcia z Kudowy to są tutaj, jakby kto pytał, szukał i chciał obejrzeć.

Mikołaj na gigancie ;)

Wpis ten co prawda będzie głównie o naszym wyjeździe do Gierałtowa, ale zacznę od wyjaśnienia tytułu. Michu wczoraj pierwszy raz zwiał z chaty. Zaczęło się. Dziecko dopiero 20-miesięczne, żaden tam nastolatek, a jak widać już wizja wolności miesza mu w głowie! ;) A tak serio, to historia wyglądała mniej-więcej tak:
Leżymy sobie wczoraj z Mariuszem na tapczanie w pokoju. Niedzielne popołudnie, my zmęczeni po wypoczynku w Orliku, Michu lekko zregenerowany, bryka po chacie. Oglądamy tv. Tak sobie leżymy, Michu sobie bryka (tak nam się wydawało przynajmniej), aż tu nagle słyszę, że jakieś dziecko gada na klatce schodowej. Tak sobie słucham tego dzieciaka i myślę, że jakoś go wyraźnie słychać, jakby drzwi były otwarte… W tym momencie mój proces myślowy (trwający tym razem, o dziwo, ułamki sekund) wyglądał tak: dziecko gada-głośno gada-wyraźnie słychać-dziecko brzmi jak Misiek-drzwi na klatkę otwarte-gdzie jest Misiek???? Lecę w dół po schodach, zaglądając po drodze w boczne korytarze i próbuję namierzyć Miśka. Słyszę bardzo zadowolone gadanie gdzieś tam na dole, o, widzę jak mignęła mi za zakrętem czupryna Micha. Ostatni zakręt – jest. Dziecię nasze zeszło samodzielnie (bez wypadku!!! ufff) z drugiego piętra prawie na parter. Całe szczęście, że go usłyszałam, bo pewnie zauważylibyśmy go na placu zabaw przez okno dopiero. Jezu. Generalnie to teraz mamy polew i cała ta sytuacja jest dla nas zabawna, ale wolę nie myśleć, co by się mogło stać. Taki to Misiek. Wychodzi z domu, a nawet się nie spyta, czy może ;) Ale mamy nauczkę, że musimy pamiętać o zamykaniu drzwi na klucz. Bo Michu urósł i sięga do klamki.

Weekend spędziliśmy w Gierałtowie Starym, koło Lądka Zdroju, w Górach Bialskich. Mariusz był tam kiedyś w pensjonacie Orlik na sfruwie integracyjnym z firmy. A że jechali też znajomi, to postanowiliśmy również pojechać i wypróbować w tamtejszych górkach nowe nosidło Miśkowe. No bo kupiliśmy je w zeszłym tygodniu, w Decathlonie. Deuter Kid Comfort czy jakoś tak.

Co do samego Orlika, to miejsce fantastyczne – hektar ogrodu do leżenia nad strumykiem, tudzież siedzenia na kocyku, ławce, huśtawce, czy na czym się chce. Michu miał bezpieczny teren do chodzenia, do tego cisza i spokój, bo ruch tam jest bardzo mały. Pełnia szczęścia była w momencie wejścia do pokoju, gdy okazało się, że widok za oknem mamy na maksa odprężający – wielka zielona góra. Wypas!

Co do nosidła, to my jesteśmy z niego zadowoleni, Misiek mniej. Ryczy zazwyczaj, jak ma do niego wsiąść. Sprawdzaliśmy wszystko, czy przypadkiem nie uwiera, obciera i tak dalej. Ale doszliśmy w końcu do wniosku, że Michu się po prostu w nosidle nudzi. Jak tylko nie jest zbytnio zmęczony, to chce iść sam. Jakoś nie bardzo można mu tego zabraniać, bo w końcu to świetnie, że chce być samodzielny, ale czasem fajnie by było pójść gdzieś dalej niż 100m od domu ;) Swoją drogą, jak Michu się wczoraj zmęczył, to pół godziny siedział w nosidle w drodze do pensjonatu i nawet nie kwęknął, że chce zejść. Ot, taki Misiek samobieżnik :) Liczymy, że się przyzwyczai do nosidła. Na to, że będzie w nim wolał siedzieć niż iść to nie liczymy (zresztą lepiej, żeby się tak nie rozleniwiał), ale może jak mu coś zainstalujemy ciekawego w nosidle, w co by mógł podusić, co by grało i świeciło, to może kiedyś uda nam się wejść na jakąś górkę :) Można by próbować, by Michu szedł na górkę pieszo, ale jak na razie to nasze dziecko ma swoją koncepcję spacerów, nieodgadnioną przez nikogo, i zazwyczaj prowadzi ona w inną stronę niż ta, w którą zmierzamy my – Mariusz i ja. Cóż, można się przyzwyczaić :)

Ponadto Misiek przywiózł sobie z Gierałtowa nowego siniaka na czole, bo rąbnął się głową w asfalt. Oczywiście nie przypadkiem – ze złości na nas. Ale przyznać trzeba, że to tłuczenie głową w co popadnie i tak już jest rzadsze niż wcześniej. Poza tym od dawna nie zdarzyło się, żeby Michu mnie ze złości ugryzł. Progres. Zostało jeszcze szczypanie i bicie, ale już też jakby trochę osłabło. Oby udało się Miśka z tego wyprowadzić. Po prostu nie umie sobie Mikołaj radzić z nadmiarem negatywnych emocji. Gdy mu się czegoś zabrania albo coś go zdenerwuje to tak właśnie się zachowuje. Wczoraj jednakże doszliśmy z Mariuszem do pocieszającego wniosku, że Michu, chociaż się tłucze głową i wkurza na nas, że czegoś mu nie pozwalamy, to jednak, jak słyszy, że czegoś nie wolno, to tego nie robi (zaznaczę, że jak słyszy w porę, bo gdy już się do czegoś dorwie i wtedy mu się mówi, że nie wolno, to już jest „po ptokach”). Czyli nasza konsekwencja daje jednak jakieś rezultaty. Powoli Misiek uczy się też, że są rzeczy, których nie można dotykać, tudzież miejsca, w które nie można chodzić. Zdarza się nawet, że potrafi to zaakceptować bez żadnej reakcji negatywnej. Co prawda jest to jeszcze rzadkie, ale i tak duży sukces :)

Misiu w ostatnim tygodniu zrobił się długodystansowym spacerowiczem. Gdy jest ładna pogoda to chodzimy na spacer dwa razy dziennie – raz przed południem, drugi raz po wieczór, przed spaniem – i kilka ostatnich wypraw osiągało już czas około 2 godzin. Misiek ma swoją stałą trasę. Od naszej klatki schodowej, po schodach w dół, przez ulicę, na plac zabaw do Osady, dalej takim tunelem w bloku na schody przy sklepie i albo znów na plac zabaw albo znów pod naszą klatkę i dalej. Coraz mniej woła na ręce – pamięta zazwyczaj, że jak jest zmęczony, to trzeba sobie usiąść i odpocząć. Siada więc na przykład na schodach, albo na środku chodnika :) I uczy się, że jak pije wodę, to też powinien siedzieć. Czasem o tym zapomina, ale widzę, że się stara :)

Tyle na dziś. Jutro wybieram się z Michem na 3 noce do Głuchowa. Mam nadzieję, że ta burzliwa pogoda się uspokoi, bo szkoda by było być w Głuchowie i siedzieć w domu.

W galerii oczywiście nowe zdjęcia z Gierałtowa. No i są jeszcze trochę mniej nowe – z ubiegłego tygodnia. Kto nie widział, niech zagląda. Link jest tutaj.

W sumie jeszcze nie koniec. Jeszcze kino :) Zgodnie z obietnicą, zamieszczam kolejny filmik z Miśkiem w roli głównej. Tym razem będzie to kino historyczne, z czasów, gdy Miś jeszcze pełzał :) Przedstawiamy talent muzyczny naszego syna:

O gryzieniu i wytykaniu palcem

Mamy z Michem mały kłopot. Micho gryzie. I to nie byle jak! Mariusz ma już strupa na brzuchu, a ja znak na ramieniu. Do tej pory zdarzało się Misiowi podgryzać tylko mnie. Tak od czasu do czasu, nawet chyba kiedyś o tym pisałam. Brałam to za nieumiejętne buziaki, takie tam okazywanie miłości. No ale teraz to zaobserwować możemy gryzienie z dwóch powodów. Pierwszy to taki, gdy Miś nie potrafi sobie poradzić z nadmiarem emocji. Jak się bawi z nami jakoś wariacko i się zaśmiewa, to nagle bach – gryz w udo, bach – gryz w ramię… Ech… To by jeszcze można zrozumieć. Ale drugi rodzaj „gryzów” jest mniej zabawny. Miś w ten sposób zaczął okazywać swoją złość. „Nie pozwalacie mi stukać w klawiaturę taty? To ugryzę tatę! Nie pozwalacie mi dusić po przyciskach na pralce? To ugryzę mamę!” Generalnie o te dwie rzeczy zazwyczaj toczy się wojna. Zwłaszcza o tę klawiaturę. No i co tu zrobić? Mówimy, że nie wolno, odnosimy do pokoiku. Zawsze kończy się rykiem i raczkowaniem w naszą stronę, żebyśmy na pewno widzieli, jaką to krzywdę Miś przeżywa. Tak samo robimy, gdy gryzie. Czasem dociera. Nawet dziś, gdy leżeliśmy sobie w trójkę na dywanie w pokoiku i Miś miał kilka podejść do gryzienia, Mariusz mówił: „Nie wolno”, to Miś stopował. Ale czuję, że jeszcze nie raz będziemy kwiczeć z bólu, zanim całkowicie się oduczy. Ale miejmy nadzieję, że się uda.

Poza tym Miś zaczął pokazywać ręką. To wyczekiwany progres, bo generalnie powinien robić to już od jakichś dwóch miesięcy. Na razie jeszcze rzadko udaje mu się ułożyć palec wskazujący, więc pokazuje całą dłonią, ale i tak cieszymy się z tego jak diabli. To oczywiście owocuje tym, że Miś może oddać się swoistemu lenistwu. Nie musi już podchodzić do przedmiotu, o który go pytamy, tylko wystarczy mu, że pokaże go ręką. Taki to oszczędny w ruchach ten nasz synek :) Ale fajne jest też to, że już potrafi nam pokazać konkretnie, co chce. Że na przykład chce pić. Albo że chce, by mu podać jakąś trudno dostępną zabawkę. Fajne to jest :)

Do rozwijania umiejętności stawania możemy dodać z ostatnich kilku dni to, że Miś nauczył się schodzić ze stojaka do pozycji na kolanach. Nawet szybko to zaczaił. Chyba stwierdził, że nie ma rady, musi się nauczyć, bo na rodziców to się czasem może nie doczekać, aż przyjdą i wyratują ;) W każdym bądź razie Mariusz wyłapał wczoraj dwa sposoby Miśkowego schodzenia. Jedno w kuczki, drugie na kolana ślizgiem. Ot, taki zdolniacha ;) No i jeszcze do tego wszystkiego dziecię nasze nauczyło się wchodzić na tak zwane „wyżki”. Tapczan w pokoju i fotel nie stanowią już dla niego problemu. Włazi, gdzie może :) Nawet mogę powiedzieć, że umie schodzić z tapczana. Co prawda, potrzebna mu jest asekuracja, ale generalnie wie, że może zlecieć na łeb, więc rzucając się szczupakiem z łóżka pięknie wyciąga przed siebie ręce. No i o dziwo, przynosi to pozytywny skutek. Na razie wypadków brak, a Misiek zadowolony, że samowystarczalny :)

Miałam napisać jak tam u psychologa. A więc (pamiętajcie, nie zaczyna się zdania od „więc”) najpierw niedziela. Bo w niedzielę spotkaliśmy się z mamą mojego szwagra (zawiłe to wszystko), która jest psychologiem i akurat zatrzymała się kilka dni w naszym mieście. P.Danusia poobserwowała Misia, wyłapała kilka rzeczy, których Miś nie potrafi zrobić, a już powinien, ale ogólnie była nim zachwycona i stwierdziła, że na nic poważnego się nie zanosi raczej. I że, miejmy nadzieję, wszystko uda się jakoś wyrównać poprzez odpowiednie ćwiczenia i zabawy. Być może uda się jej też załatwić dla Mikołaja konsultację neurologiczną. Dobrze by było.
W poniedziałek natomiast dotarliśmy do centrum Mamy dziecko. Znalazłam je przez Internet. Tam umówieni byliśmy z panią Zwierz-Wasylew, psychologiem. Pani bardzo sympatyczna, Miś szybko ja zaakceptował. Też głównie obserwowała i dużo pytała. Opinię mam do odebrania jutro. Generalnie stwierdziła, że rzeczywiście, może być jakiś ślad uszkodzenia układu nerwowego. Ale nie jest w stanie na razie określić nic więcej. Zaleciła nam kilka zabaw, zakup książek z programu„Zabawy fundamentalne” oraz wkręciła nas na zajęcia logopedyczne w grupie w Promyku Słońca. Ruszamy na nie od wtorku. Poza tym pani stwierdziła, że będziemy cały czas w kontakcie poprzez logopedę prowadzącą zajęcia. I tyle. Generalnie bardzo uspokoiły nas te dwie wizyty. Co prawda, nie możemy powiedzieć, że wszystko jest super, bo jakieś deficyty są, ale rokowania nie są straszne. I to jest najważniejsze. Rzecz jasna nic nie lekceważymy. Ale mamy nadzieję, że jakoś to wszystko, a przynajmniej w większości, da się wyrównać.

„Zabawy fundamentalne”. Seria książek z zabawami i materiałami do tych zabaw dla dzieci od 0 do 6 lat. Opinie na forach super. Każdy to zaleca, zachwyca się, mówi, jak to pomaga w rozwoju dziecka, jak wspaniale stymuluje itd. I co z tego? Książki prawie nie do dostania. Gdzieś tam, w naszym wrocławskim Berku udało mi się namierzyć część „ZF 2”, dla dzieci powyżej 2 roku życia. Ale części pierwszej nie ma po prostu. Jedyną szansą było Allegro. No i za trzecim razem udało mi się wylicytować w końcu tę pierwsza część – w sumie dwie książeczki + książka-przewodnik z płytą z materiałami. Poszło na to prawie całe moje miesięczne stypendium. Bo wylicytowałam to za… 224,50 zł… Masakra. Książki, które można było wcześniej kupić w księgarni z 30zł sztuka. No ale cóż było robić? I tak dobrze, że się udało. Bo walki szły ostre. Książeczki owe na Allegro rozchodzą się jak ciepłe bułeczki. No nic, teraz tylko wpłacić pieniądze trzeba i czekać na przesyłkę.

Cztery dni ubiegłego tygodnia spędziłam z Miśkiem w Głuchowie. Generalnie ten wyjazd po raz kolejny przekonał mnie, że Miś nie nadaje się do spania poza domem i to z kimś w pokoju. Przez trzy noce, jakie spędziliśmy u babci, przespałam w sumie może z 10 godzin… Michu budził się co noc, na 2 – 3 godziny. Po czym liczyłam, że chociaż rano trochę dłużej pośpi. Ale nie. Punkt szósta i zrywał mnie z łóżka jego płacz. Masakra. Jak wracaliśmy w czwartek do domu samochodem, to myślałam, że nie dojadę, tak mi się oczy kleiły. Powiem Wam, że do dzisiaj jeszcze nie jestem do końca wypoczęta. Ale żeby nie było – wróciliśmy do domu i Miś przesypia całe noce… Ech…

W czasie, gdy my byliśmy u babci, Mariusz z ekipą z Fingo pojechał do Pragi na konferencję Oraclową. I przywiózł prezenty!!! Poza piwem, czekoladami studenckimi i lentilkami kupił Miśkowi Krecika i drewnianą klockową zabawkę. Krecik Michowi od razu przypadł do gustu. Nos ma obgryzany notorycznie :) I Mikołaj potrafi już nawet pokazać kto to Krecik :) A co do zabawki drewnianej, to jest wypaśna. W ogóle to Mariusz namierzył w Pradze sklep z zabawkami drewnianymi. Można sobie asortyment obejrzeć na stronie. No i muszę przyznać, u nas jeszcze takiego wyboru, w dodatku tak tanich zabawek drewnianych, nie spotkałam. Spory wybór ma firma Boikido, nawet ciekawe i ładne, ale nie wiem, gdzie poza stroną Marko-zabawki można je znaleźć. A porównując z tym czeskim Woodylandem to… nie ma co porównywać. W każdym razie już postanowiliśmy, że następna wizyta w Pradze będzie obfitować w zakup drewnianych zabawek :) A co!

Dziś rano skoczyliśmy do aquaparku. Postanowiliśmy, że będziemy chodzić w miarę możliwości co tydzień + w piątki nasze zwyczajne zajęcia dla dzieci, bo Michu zapomniał jak się w wodzie poruszać. Szkoda. Liczymy, że jak znowu ostro pochodzimy, to mu to wróci. Wody się na szczęście ciągle nie boi, lubi się pluskać, ale już tak fajnie mu szło pływanie. A teraz, przez przerwę świąteczną i nasze choróbska ostatnie pozapominało mu się. Nawet dziś zainwestowaliśmy w piankowy makaron jako wspomaganie, takie jak mamy na zajęciach. Może to go trochę zmobilizuje.

Ale się ostatnio zaczęłam rozpisywać… Cóż, jak widać, dużo się dzieje. Mam nadzieję, że dotrwaliście do końca :) Jeśli tak, to gratuluję. Jeśli nie, to rozumiem :)

O neurologach i psychologach będzie tu mowa…

Byliśmy z Michem w środę u neurologa. Drugi raz w jego 14 miesięcznym życiu. Pierwszy raz byliśmy prawie rok temu, u dr Ujmy-Czapskiej. No i wtedy z tej wizyty wynikło tyle, że Michu był trzy o trzy miesiące za późno rehabilitowany, bo dr zlekceważyła jego asymetrię. Teraz dr Kwapisz poleciła nam skontaktowanie się z dr Dołyk. Udało nam się nawet szybko załatwić wizytę, cudem, doprawdy, bo zazwyczaj na termin u neurologa dziecięcego we Wrocławiu to czeka się około dwóch miesięcy. A my czekaliśmy dwa tygodnie. Przed wizytą zrobiliśmy zlecone przez dr Dołyk (przez telefon) badania krwi, no i w środę dotarliśmy na 8.30 do Pulsantisu. Co prawda Misiek był jeszcze trochę chory (dwa dni wcześniej okazało się, że chociaż przeszło mu przeziębienie i zeszła temperatura, to zachorowało ucho), ale postanowiliśmy, że pojedziemy, bo potem nie wiadomo kiedy uda się znowu umówić.

Dr Dołyk obadała Miśka od stóp do głów, poobserwowała, porzucała w próbach Vojty, postukała młoteczkiem i wypytała nas doszczętnie o wszystko. Misiek zniósł wizytę nawet znośnie, mimo że był moment, że ryczał jak wół :) Ale to już taki urok – tak ma zakodowane w łepetynie, że jak się rozbiera przy obcej pani, to to pewnie będzie ćwiczenie Vojtą. I profilaktycznie zaczyna wyć. Mam nadzieję, że kiedyś mu przejdzie, bo żal mi się go wtedy strasznie robi. A nie chce posłuchać, że nie ma powodu do płaczu.

Co do diagnozy, to dziś, z perspektywy kilku dni, patrzymy już na nią spokojniej. Ale w pierwszym momencie nas osłabiła. Generalnie dr Dołyk podejrzewa, że Miś ma jakieś uszkodzenie układu nerwowego. Dokładnie jakie to jest uszkodzenie, nie jest w stanie nam, na razie, powiedzieć. Być może coś z móżdżkiem, ale to niepewne. Póki co, nie chce nas wysyłać na rezonans, bo mówi, że by trzeba było Miśka do tego uśpić, a nie warto ryzykować. Natomiast sam rezonans może by i coś pokazał, ale pewności nie ma. Tak więc, na razie, my mamy obserwować wnikliwie rozwój Micha, a ona porówna za trzy miesiące jakie zaszły zmiany.

Jednakże najbardziej powaliło nas coś innego. Dr Kwapisz wysyłając nas do dr Dołyk powiedziała, że generalnie dr Dołyk ma sprawdzić czemu Michu tak przeprostowuje nogi i czemu jeszcze nie wstaje (na dzień dzisiejszy wstaje już od dwóch tygodni). Natomiast dr Dołyk stwierdziła, że ona na razie nie skupiłaby się tak bardzo na motoryce Mikołaja, ale na jego percepcji i rozwoju mowy, bo jej zdaniem tu ma poważne braki. Spytała, czy badał go psycholog. Powiedziałam, że tak, dwa miesiące temu, że w diagnozie było, że nie trzeba terapii, bo rozwija się prawidłowo poza motoryką dużą (ale to akurat nie nowość, no bo w końcu z powodu tyłów w motoryce Miśka rehabilitujemy). Na to dr Dołyk powiedziała, żeby jeszcze raz Miśka zdiagnozować u innego psychologa, w ciągu pół roku od poprzedniego badania. I żeby się skontaktować z jakimś pedagogiem, logopedą lub psychologiem by doradził jakieś konkretne zabawy, które pomogą rozwijać mowę, rozumienie i percepcję. Zasugerowała generalnie, że poprzednia diagnoza psychologiczna była błędna.

Przyznam szczerze, że mnie to trochę przeraziło i podłamało. Generalnie mieliśmy jakieś obawy, czy Miś prawidłowo się rozwija, ale to naturalne przy rehabilitowaniu dziecka, że się rodzą różne lęki. Poszliśmy więc do psychologa i diagnoza była pozytywna. To mnie uspokoiło. Logopeda też go przecież oglądała i mówiła, że nie ma potrzeby terapii, że tylko mamy się co jakiś czas kontrolować. I tu nagle coś takiego. Trochę już się na siłę zaczęliśmy doszukiwać, że może rzeczywiście jest coś nie tak. Kilka rzeczy, owszem, wzbudzało nasz niepokój wcześniej, ale tłumaczyliśmy to sobie, że przecież Miś ma czas, że się nauczy… A tu nagle bach – obuchem w łeb. Ale z perspektywy tych kilku dni jestem jednak spokojniejsza. Zaczęliśmy baczniej przyglądać się Mikołajowi. Jeszcze tydzień temu wydawało nam się (a może było tak naprawdę), że nie potrafi zapamiętać nazw przedmiotów, swoich zabawek, nie potrafi wskazać tego, o co się go pyta. Ale być może pytaliśmy nie o to, co trzeba; nie o to, co leży w kręgu zainteresowań naszego dziecka. Bo Miś doskonale potrafi pokazać pilota od tv :), telefon, but, tygryska, kaczkę, piłkę. W dodatku widać, że wiele rzeczy go interesuje. Każdy przedmiot, który chwyta w ręce wyciąga w naszym kierunku, by powiedzieć mu jak się to nazywa. A że jeszcze nie mówi? Poza mama i tata? Cóż, logopeda powiedziała mi wcześniej, że za każdym razem, gdy dziecko nabiera nowej sprawności ruchowej, to cofa się mowa. I że to naturalne, i przejdzie. Dziecko jest wtedy tak zafascynowane nową umiejętnością, że wszystko inne odchodzi na bok. Zresztą, naukowo dowiedzione jest, że najczęściej chłopcy zaczynają mówić później.

Cóż więc zrobić? Jutro przyjeżdża do Wrocławia mama mojego szwagra. Jest psychologiem, zgodziła się spotkać z nami i przyjrzeć się Mikołajowi, coś doradzić. Poza tym postanowiliśmy zdiagnozować Miśka u psychologa wcześniej niż pół roku po poprzedniej diagnozie. Udało mi się umówić z psychologiem dziecięcym już na poniedziałek. Niech go obejrzy raz jeszcze ktoś niezależny i powie, co myśli. I też coś doradzi. Spróbuję umówić się też w tym samym ośrodku z logopedą. Być może wydaje się to przewrażliwieniem, albo histerią, albo Bóg wie czym jeszcze, ale powiem Wam szczerze, że mi to zupełnie wisi. Mówimy o naszym dziecku, więc dmucham na zimne i wolę iść sprawdzić diagnozę do drugiego specjalisty, bo, niestety, jak już z praktyki wiemy, lekarzom ufać bezgranicznie się nie da. Przekonaliśmy się już o tym trzy razy w sumie, w przeciągu niecałego roku. Tak więc trzymajcie kciuki. Jestem dobrej myśli. Jakoś nikomu wcześniej nie rzuciło się w oczy, że Mikołaj ma jakieś tyły. Wszystkie pozostałe lekarki i rehabilitantki twierdzą, że Miś jest bystry, kontaktowy… Więc tego, póki co, się trzymajmy. Gdy będziemy po wizycie, to skrobnę co nieco, ale nie od razu. Bo w poniedziałek wyjeżdżam z Mikołajem do Głuchowa i wrócę dopiero w czwartek. Ale po powrocie napiszę na pewno.

A co do Miśka, to jego umiejętność wstawania rozwija się. Co prawda ciągle szpotawi prawą stopę (a czasem wykoślawia – zależy jak mu się uda), a na lewej staje na palcach, ale za to dzisiaj zaczął uczyć się schodzić do pozycji na kolanach. To progres :) Bo od kilku dni, jak wstał przez nikogo nie zauważony, to potem wołał płaczliwie, bo nie umiał zejść. Najczęściej zdarzało mu się to rano, tudzież po południowej drzemce, gdy wstawał w łóżeczku i nogi odmawiały posłuszeństwa, a nie potrafił sobie sam poradzić. A dziś nagle zaczaił, że to trzeba się na kolana z powrotem dostać. Na razie jeszcze różnie mu to wychodzi, ale praktyka czyni mistrza :)

A tak z innej beczki, to mieliśmy dzisiaj kolędę. Znaczy wizytę duszpasterską. I powiem Wam, że do tej pory trwam w szoku. Obydwoje trwamy w sumie, Mariusz i ja. Przyszedł ksiądz, pokropił nas wodą święconą, usiadł, spisał nas dokładnie (bo kolędę mieliśmy tu pierwszy raz, więc w papierach nas nie było) i… poszedł. Zrobił to tak szybko i z zaskoczenia, że nawet nie zaczaiłam, że wychodzi i jak głupia goniłam go z kopertą. Kurde, nawet nie próbował jakkolwiek zagaić, zapytać jak zdrowie, cokolwiek… Mariusz od początku sceptycznie nastawiony do wizyty księdza, namówiony przeze mnie, pełen dobrych chęci i otwarty, by w razie czego z księdzem pogadać, a tu ksiądz, jak taki buc, wypełnił papierki i w długą! Po prostu byłam w szoku. Zanim dotarło do mnie, co się stało, ksiądz pewnie kończył kolędę w następnym mieszkaniu. Maskara. Wiecie, nawet jakby człowiek chciał sam zagadać, to nie było szansy! Kurde belek, po choinkę ja leciałam za nim z tą kopertą?! No, ale taki automat się we mnie włączył – cały czas powtarzałam sobie, żeby nie zapomnieć o kasie dla księdza, że oczywiście nie zapomniałam. A szkoda. Byłoby jutro na dobry obiad w Agawie ;) Tak więc, jak widzicie, pecha mamy do księży z naszej parafii. Przyszłoroczne przyjęcie księdza pozostaje pod znakiem zapytania.

Tyle na dziś. Duuużo tego. Odezwę się po powrocie z Głuchowa.