Parę nowości…

Oj, nie mam ostatnio czasu żeby popisać tu cokolwiek – staczam się ;) Oczywiście to wszystko wina Mikołaja ;) (na kogoś trzeba zwalić) Ale dziś mam jakoś tak dziwnie dużo czasu. Mikołaj dał mi się w miarę wyspać w nocy, wstałam po 7.00, udało mi się ogarnąć mieszkanie i obiadek ugotować. Trochę potowarzyszył mi mały, a trochę pospał w międzyczasie. Zresztą, nawet w tej chwili śpi tu obok mnie, na kanapie, bo zasnął mi niedawno na kolanach. Śmieszny jest gdy tak sobie śpi -czasem posapuje, czasem warczy jak szczeniaczek… I wierzga nogami :) W ogóle to sił ma sporo ten nasz synek. Głowę podnosi prosto i utrzymuje przez długi czas. Odpycha się nogami (na szczęście jeszcze nie do końca świadomie – raczej gdy mu coś przeszkadza, to w to kopie i się odpycha). I strasznie się duży przez ten miesiąc zrobił. Z ciuchów na 56cm już wyrósł zupełnie. Te na 62 są mu w większości dobre, tylko kilka jest troszkę dłuższych. No i pucołowaty jest bardzo :) Wygląda jak Rysiu Kalisz. Ma dwa podbródki i okrąglutki brzuszek :) Czyli ogólnie słodki :) Zresztą, sami zobaczcie wieeelkie brzucho naszego malca:

Misiek jutro kończy pierwszy miesiąc życia. Stary chłop z niego. Przedwczoraj Mariusz kupił mu matę edukacyjną Chicco 3D. Jest co prawda przeznaczona dla dzieci od 3 miesięcy, ale wyszliśmy z założenia, że jeśli zaczniemy go na niej kłaść już teraz, choćby na kilkanaście minut dziennie, to się do niej szybciej przyzwyczai i będzie uważał ją za swoje miejsce zabawy lub odpoczynku. Bo jak się taką matę funduje dzieciakowi, który już pełza lub raczkuje, to trudno go potem do niej przekonać – z prostego powodu – nie ma go jak na niej zatrzymać :) A tak, może nam się uda trochę Miśka zainteresować matą. Na razie się na niej nie bawi. Hałasujemy mu tylko grzechotkami do niej dołączonymi – bardzo ładnie na nie reaguje. Dzisiaj udało mi się go też zainteresować gitarą. Troszkę sobie marudził, więc zaczęłam grać i śpiewać. O dziwo bardziej podobały mu się hałaśliwe kawałki typu „Whisky” i „Teksański” – przy spokojnym Starym Dobrym Małżeństwie rozdarł się na nowo :) Chyba dały się we znaki koncerty Red Hot Chili Peppers oraz Genesis, które przeżył będąc jeszcze w brzuszku. Rockendrollowe dziecię rośnie. Tatuś się cieszy z tego bardzo ;)

Cóż jeszcze… W Sylwestra Mikołaj wreszcie pozbył się pępowiny. Już dorosły facet z niego :)

W ubiegłym tygodniu ponownie byliśmy z małym u lekarza. Z wynikami krwi i moczu. Mocz wyszedł ok, tylko w badaniach krwi wyszło, że ma bilirubinę podwyższoną. No i dalej nam charczy i ulewa. Lekarka stwierdziła, że trzeba porobić dalsze badania. I tak dostaliśmy cały plik skierowań – na próbę wątrobową, do gastroenterologa, na usg jamy brzusznej, do ortopedy i neurologa. Te dwa ostatnie to tak tylko kontrolnie – ortopeda, żeby skontrolować bioderka, a neurolog dlatego, że mały jest z cesarskiego cięcia. Oczywiście dostać się gdziekolwiek do lekarza na NFZ to jest maskara jakaś. Do gastroenterologa mamy termin na 30 stycznia, do neurologa są terminy dopiero na luty, więc próbujemy prywatnie. Do ortopedy też były terminy na luty, więc już się prywatnie umówiliśmy na 21 stycznia. Tylko na usg udało się szybko w miarę – bo już na pojutrze. Koszmar po prostu. Najbardziej liczę na wizyt ę u gastro… bo tylko on tak naprawdę chyba może nam powiedzieć, czy z układem pokarmowym jest ok – i jaka jest przyczyna tego charczenia i ulewania. Chociaż od kilku dni jakby mniej ulewa. Bo zaczęłam ściągać przed karmieniem trochę pokarmu z piersi. Jak mały dostaje cyca to już mu tak nie tryska mleko i pije mniej łapczywie. Może to coś pomoże. Tylko, że dalej charczy. Jak na razie to moja dieta bezbiałkowa nic nie daje, więc miejmy nadzieję, że to nie alergia pokarmowa. Bo zjadłabym coś normalnego, a nie tylko w kółko białe bułki, rosołki i kurczaka. Zobaczymy, jak będzie dalej. Może się unormuje jakoś to wszystko. Na szczęście po Mikołaju nie widać, żeby mu to charczenie przeszkadzało. Pewnie nie jest mu z tym lekko, ale przynajmniej się przez to nie budzi, no i ogólnie marudny nie jest.

Dzisiaj było wielkie wydarzenie – po kilku werandowaniach poszliśmy wreszcie na piętnastominutowy pełnowartościowy spacer :) Co prawda na razie tylko wokół bloku, ale zawsze :) Mały spał jak zabity, dobrze mu zrobiło świeże powietrze. No a ja mogłam przetestować wózek – ogólnie daje radę :) Nawet udało nam się zostawić stelaż od wózka w wózkowni – póki jej po malowaniu nie zawalili rowerami. Trochę miejsca nam w domu przez to przybyło. No i dźwigać przede wszystkim nie będę musiała – tylko Miśka z gondolką. Mam nadzieję, że jutro też będzie ładnie na dworze, bo znowu chętnie wyjdziemy na spacerek.

A w sobotę Mikołajek skończył równe 4 tygodnie. Z tej okazji dostałam od Mariusza piękny bukiet róż – za to, że wytrzymałam już 4 tygodnie z dwoma Miśkami (cytuję za Miśkiem Starszym) :)

No i tak sobie jakoś żyjemy. Coraz bardziej przybliża się też zakup samochodu. Już niby był wybrany – Hyundai i30, ale po wizycie Mariusza w salonie jakieś mu się wahania włączyły, czy na pewno taki, a nie inny. Zobaczymy. Może uda mi się w tym tygodniu też podjechać do Hyundaia, to sama obejrzę i pomacam. A jak nie, to będziemy myśleć dalej.

Za chwilkę wybieram się do fryzjera – pofarbować i podciąć włosy. Bo znowu wyglądam jak buszmen. Testuję nowego fryzjera – zobaczymy, co z tego wyjdzie :)

Dopisek z 8 stycznia – tak wyglądam po wizycie u fryzjera. Całkiem całkiem… :)

Red Hot Chili Peppers

Przedwczoraj byliśmy znów w Chorzowie. Na koncercie Red Hot Chili Peppers. Zajefajna sprawa :) Mimo że technicznie gorzej niż Genesis. Ale muzyczka i klimat po prostu suuuuper! Troszkę się denerwowałam, bo po wejściu na stadion okazało się, że jest o wiele więcej ludzi niż na Genesis i w związku z tym jest większy ścisk na płycie, ale w rzeczy samej zajęliśmy miejsce na tyłach, przy platformie niepełnosprawnych, gdzie było całkiem spokojnie i bezpiecznie :) W ogóle to koncert był bardzo spokojny i bezpieczny. Nie było żadnych rozrób ani innych przykrych sytuacji. Pacholę dawało znać o sobie i o tym, że podoba mu się muzyczka, bo czuć było jak leciutko podkopuje :) Cóż, rockendrollowe dziecię w końcu chowamy :)

Na koncercie byliśmy większą gromadą. Z nami autkiem przyjechali Dominika i Bartek, a oprócz tego byli jeszcze Wojtek i Śniegu z żonami. Towarzystwo bardzo wesołe i sympatyczne :)

Już się nie mogę doczekać przyszłej środy. No bo na usg idziemy. I dowiemy się czy chłopiec, czy dziewczynka :) Mam nadzieję, że będzie widać porządnie :) Jedyne, co mnie martwi, to wyniki, bo mi ostatnio lecą w dół na łeb, na szyję. Zwłaszcza jeśli o hemoglobinę chodzi. Miesiąc temu miałam na dolnej granicy normy. Obawiam się, że teraz znowu spadła. Zajady mi się robią ciągle i generalnie samopoczucie spada. A przecież wszamiam żelazo gdzie się da. Herbaty z pokrzywy mam już dość i witaminki zjadam. I morele. I tysiące innych rzeczy. No ale zobaczymy za tydzień. W poniedziałek idę do badania krwi, to się okaże.

Muszę jeszcze donieść, że od niedzieli do środy mieliśmy w domku gości. Trzy sympatyczne trutnie w postaci Dominiki, Olgi i Bartka. Co prawda nie widzieli zbyt wiele z Wrocławia, bo prawie cały czas padało, ale nie ma rzeczy, których by się nie dało w przyszłości nadrobić :)

Obydwoje z Mariuszem czekamy na sierpień. W końcu na wakacje pojedziemy. Mam nadzieję, że Misiek trochę odpocznie, bo ma ostatnio w pracy kołomyję. Niektórzy to już urlopują. Na przykład Monika z Bartkiem i Tosią od dzisiaj smażą sie w Egipcie. Ech, takim to dobrze :) Mam nadzieję, że chociaż pocztówkę przyślą ;)

W sobotę jedziemy do Głuchowa na parapetówę do Kieretów :) Fajna impreza się zapowiada :) Od rana ruszamy – najpierw po piwo na granicę, a potem do Głuchowa.

No, a tak w ogóle to ja już mam wakacje od niedzieli! Sesja i zaliczenia poszły całkiem dobrze. Średnia wyszła mi 4,83 nie chwaląc się :) Mam nadzieję na stypendium naukowe od przyszłego roku :) Teraz są wakacje i wieeeelkie wakacyjne plany. Ale ile z nich wyjdzie, to się okaże dopiero :) No bo chcę w końcu tego htmla popchnąć, i Szkołę Fotografowania z Nationale Geographic skończyć. I za angielski się zabrać. I dokończyć Mistrza Klawiatury. I pograć w Harrego Pottera najnowszego. I dokończyć starszego. I na listy poodpisywać. i zrobić porządek w szafach. No i pokoik dziecinny urządzić + umeblować duży, i wyprawkę kupić. Ech…pracowite wakacje to mają być. Ciekawe jakie będą naprawdę :)

Nadrabianie zaległości

O matko, nie sądziłam, że nie pisałam już aż tak długo. Wydawało mi się, że uzupełniłam bloga jakieś 2 tygodnie temu maksymalnie. No ale człowiek się starzeje i nie o wszystkim już pamięta ;)

Pewnie wiecie, że byliśmy nad morzem. Na Helu, we Władysławowie. Było całkiem przyjemnie, poza małymi wyjątkami, których nie będę tu jednak opisywać i komentować. Generalnie to Hel piękny. Pierwszy raz tam byłam. Dzieciątku też się chyba podobało, bo czułam się cały weekend bardzo, bardzo dobrze :) Poza tym było nasze Pacholę zdrowo odżywiane, bo cały czas wszamiałam rybkę :) Co prawda rybka z Bałtyku pochodziła, a nie należy biedak do najczystszych mórz, ale tak czy siak jakieś witaminy miała ;) Najwyżej dziecię po narodzeniu będzie świecić na zielono ;)

Odwiedziliśmy fokarium w Helu. Widzieliśmy karmienie fok. Śmieszne stworzonka, do tego bardzo mądre. Pani podczas karmienia mówiła, że jak foka ugryzie człowieka, to często trzeba daną kończynę amputować, bo foki mają jakieś dziwne bakterie w pyskach i szybko wchodzi zakażenie do krwi człowieka. Nabrałam szacunku do tych zwierzaków. Przy okazji kupiliśmy maskotkę dla naszego Pacholęcia – foczkę srebrną, taką paskudnie piszczącą, ale nie piszczącej nie dało się kupić. Niech ma coś to nasze dziecię z wyjazdu z rodzicami przed narodzeniem.

Kąpaliśmy się w morzu. Nawet się jednego dnia dało zanurzyć.

Jedyną porażką tego wyjazdu była wizyta Busha na Helu. Od samego rana durne BORowiki budziły nas swoimi wyjącymi syrenami, jak przejeżdżali przez Władysławowo. Bo oni nie mogą przecież przejechać po cichu.

Co dalej? Doszliśmy jednak do wniosku, że ślub kościelny odłożymy na razie. Weźmiemy w przyszłym roku, jak będziemy chrzcić Pacholę. A teraz zaślubimy się cywilnie. Termin mamy 1 września o 15, ale nie czujcie się zaproszeni ;) Będą tylko rodzice i rodzeństwo. Zaprosimy Was na kościelny ;)

Obrączki już mamy. Z białego złota, półokrągłe. Mariusz trochę się buntował, że nie będzie nosił, bo to obciach, ale powoli się przekonuje. Ostatnio doszedł do wniosku, że Śniegu też ma białą obrączkę i nosi, więc może on też jednak będzie nosił. Cóż, dla mnie sprawa jest jasna – jak nie będzie nosił, to śpi na balkonie ;)

O, właśnie, balkon. Mamy sporo zielska na balkonie. Pelargonie w korytkach i zioło (nie będę komentować jakie) w doniczkach. I jeszcze jakieś pnące fasole i groszki. I choinkę z Bożego Narodzenia. Ale choinka nie przeżyła ostatnich upałów i zaczynają jej igły opadać. A szkoda…Bo taka ładna była, z dwoma czubkami :)

W ubiegły czwartek byliśmy w Chorzowie na koncercie Genesis. Świetny koncert. Mimo że zmokliśmy strasznie. Od 14 do 24 lało bez przerwy i były burze. Nie dotrwaliśmy do końca koncertu, wyszliśmy jakieś 4 kawałki przed zakończeniem, bo już nas telepało z zimna. Jak już moja kurtka przeciwdeszczowa z Campusa o naprawdę wysokiej nieprzemakalności przemokła, to wyobrażam sobie co musieli czuć ludzie, którzy na ten koncert wybrali się w totalnie lekkiej odzieży i klapeczkach. Z butów nam się wylewało, a w drodze powrotnej rozebraliśmy się do gaci i próbowaliśmy wyschnąć. Buty Mariusza 3 dni suszyły się na balkonie. Ale było warto tak zmoknąć :)

Niedawno byliśmy u lekarza. Zbadał, powiedział, ze wszystko ok i umówiliśmy się na 11 lipca na usg. Będzie już wiadomo, czy syn czy córa. Wszyscy prorokują, że będzie facet. Zobaczymy :)

Wczoraj zdałam na 5 ostatni egzamin. Został mi tylko jeszcze jeden zjazd, w najbliższą niedzielę i wreszcie wakacje.
Mariusz twierdzi, że jestem gestapo. Bo mu cukierki wymierzam, które może zjadać. I chrom mu kupiłam, żeby mu się tych cukierków jeszcze mniej chciało jeść. Okropna sadystka ze mnie podobno ;)

Misiek w ogóle cały czas śni o nowym aparacie i obiektywie. Śni – to jest bardzo dosłowne określenie. Już mu się razy śniło. Ran, że kupił aparat z obiektywami za 20 tys (biada!), a w ubiegłym tygodniu, że byliśmy w MediaMarkt i rzucałam w niego kartami pamięci do aparatu, I to nie byle jakimi, bo takimi z gabloty na kluczyk. A potem biedny musiał za to wszystko płacić, hihihi ;) Ale na razie nie da rady kupić nowej zabawki. W sobotę kupiliśmy nową kartę graficzna, jakąś super wypas (cokolwiek by to miało znaczyć w przypadku karty), więc aparat musi poczekać :) Może trochę stanieje.

Jedziemy nad morze w sierpniu, na tygodniowe wakacje. Do Mielna. Straszne problemy są już z rezerwacją miejsc. Ale za którymś razem w końcu się udało znaleźć coś wolnego w interesującym nas terminie.

Mam nadzieję, że na razie Wam wystarczy czytania moich wypocin. Do następnego razu, zatem!