O gryzieniu i wytykaniu palcem

Mamy z Michem mały kłopot. Micho gryzie. I to nie byle jak! Mariusz ma już strupa na brzuchu, a ja znak na ramieniu. Do tej pory zdarzało się Misiowi podgryzać tylko mnie. Tak od czasu do czasu, nawet chyba kiedyś o tym pisałam. Brałam to za nieumiejętne buziaki, takie tam okazywanie miłości. No ale teraz to zaobserwować możemy gryzienie z dwóch powodów. Pierwszy to taki, gdy Miś nie potrafi sobie poradzić z nadmiarem emocji. Jak się bawi z nami jakoś wariacko i się zaśmiewa, to nagle bach – gryz w udo, bach – gryz w ramię… Ech… To by jeszcze można zrozumieć. Ale drugi rodzaj „gryzów” jest mniej zabawny. Miś w ten sposób zaczął okazywać swoją złość. „Nie pozwalacie mi stukać w klawiaturę taty? To ugryzę tatę! Nie pozwalacie mi dusić po przyciskach na pralce? To ugryzę mamę!” Generalnie o te dwie rzeczy zazwyczaj toczy się wojna. Zwłaszcza o tę klawiaturę. No i co tu zrobić? Mówimy, że nie wolno, odnosimy do pokoiku. Zawsze kończy się rykiem i raczkowaniem w naszą stronę, żebyśmy na pewno widzieli, jaką to krzywdę Miś przeżywa. Tak samo robimy, gdy gryzie. Czasem dociera. Nawet dziś, gdy leżeliśmy sobie w trójkę na dywanie w pokoiku i Miś miał kilka podejść do gryzienia, Mariusz mówił: „Nie wolno”, to Miś stopował. Ale czuję, że jeszcze nie raz będziemy kwiczeć z bólu, zanim całkowicie się oduczy. Ale miejmy nadzieję, że się uda.

Poza tym Miś zaczął pokazywać ręką. To wyczekiwany progres, bo generalnie powinien robić to już od jakichś dwóch miesięcy. Na razie jeszcze rzadko udaje mu się ułożyć palec wskazujący, więc pokazuje całą dłonią, ale i tak cieszymy się z tego jak diabli. To oczywiście owocuje tym, że Miś może oddać się swoistemu lenistwu. Nie musi już podchodzić do przedmiotu, o który go pytamy, tylko wystarczy mu, że pokaże go ręką. Taki to oszczędny w ruchach ten nasz synek :) Ale fajne jest też to, że już potrafi nam pokazać konkretnie, co chce. Że na przykład chce pić. Albo że chce, by mu podać jakąś trudno dostępną zabawkę. Fajne to jest :)

Do rozwijania umiejętności stawania możemy dodać z ostatnich kilku dni to, że Miś nauczył się schodzić ze stojaka do pozycji na kolanach. Nawet szybko to zaczaił. Chyba stwierdził, że nie ma rady, musi się nauczyć, bo na rodziców to się czasem może nie doczekać, aż przyjdą i wyratują ;) W każdym bądź razie Mariusz wyłapał wczoraj dwa sposoby Miśkowego schodzenia. Jedno w kuczki, drugie na kolana ślizgiem. Ot, taki zdolniacha ;) No i jeszcze do tego wszystkiego dziecię nasze nauczyło się wchodzić na tak zwane „wyżki”. Tapczan w pokoju i fotel nie stanowią już dla niego problemu. Włazi, gdzie może :) Nawet mogę powiedzieć, że umie schodzić z tapczana. Co prawda, potrzebna mu jest asekuracja, ale generalnie wie, że może zlecieć na łeb, więc rzucając się szczupakiem z łóżka pięknie wyciąga przed siebie ręce. No i o dziwo, przynosi to pozytywny skutek. Na razie wypadków brak, a Misiek zadowolony, że samowystarczalny :)

Miałam napisać jak tam u psychologa. A więc (pamiętajcie, nie zaczyna się zdania od „więc”) najpierw niedziela. Bo w niedzielę spotkaliśmy się z mamą mojego szwagra (zawiłe to wszystko), która jest psychologiem i akurat zatrzymała się kilka dni w naszym mieście. P.Danusia poobserwowała Misia, wyłapała kilka rzeczy, których Miś nie potrafi zrobić, a już powinien, ale ogólnie była nim zachwycona i stwierdziła, że na nic poważnego się nie zanosi raczej. I że, miejmy nadzieję, wszystko uda się jakoś wyrównać poprzez odpowiednie ćwiczenia i zabawy. Być może uda się jej też załatwić dla Mikołaja konsultację neurologiczną. Dobrze by było.
W poniedziałek natomiast dotarliśmy do centrum Mamy dziecko. Znalazłam je przez Internet. Tam umówieni byliśmy z panią Zwierz-Wasylew, psychologiem. Pani bardzo sympatyczna, Miś szybko ja zaakceptował. Też głównie obserwowała i dużo pytała. Opinię mam do odebrania jutro. Generalnie stwierdziła, że rzeczywiście, może być jakiś ślad uszkodzenia układu nerwowego. Ale nie jest w stanie na razie określić nic więcej. Zaleciła nam kilka zabaw, zakup książek z programu„Zabawy fundamentalne” oraz wkręciła nas na zajęcia logopedyczne w grupie w Promyku Słońca. Ruszamy na nie od wtorku. Poza tym pani stwierdziła, że będziemy cały czas w kontakcie poprzez logopedę prowadzącą zajęcia. I tyle. Generalnie bardzo uspokoiły nas te dwie wizyty. Co prawda, nie możemy powiedzieć, że wszystko jest super, bo jakieś deficyty są, ale rokowania nie są straszne. I to jest najważniejsze. Rzecz jasna nic nie lekceważymy. Ale mamy nadzieję, że jakoś to wszystko, a przynajmniej w większości, da się wyrównać.

„Zabawy fundamentalne”. Seria książek z zabawami i materiałami do tych zabaw dla dzieci od 0 do 6 lat. Opinie na forach super. Każdy to zaleca, zachwyca się, mówi, jak to pomaga w rozwoju dziecka, jak wspaniale stymuluje itd. I co z tego? Książki prawie nie do dostania. Gdzieś tam, w naszym wrocławskim Berku udało mi się namierzyć część „ZF 2”, dla dzieci powyżej 2 roku życia. Ale części pierwszej nie ma po prostu. Jedyną szansą było Allegro. No i za trzecim razem udało mi się wylicytować w końcu tę pierwsza część – w sumie dwie książeczki + książka-przewodnik z płytą z materiałami. Poszło na to prawie całe moje miesięczne stypendium. Bo wylicytowałam to za… 224,50 zł… Masakra. Książki, które można było wcześniej kupić w księgarni z 30zł sztuka. No ale cóż było robić? I tak dobrze, że się udało. Bo walki szły ostre. Książeczki owe na Allegro rozchodzą się jak ciepłe bułeczki. No nic, teraz tylko wpłacić pieniądze trzeba i czekać na przesyłkę.

Cztery dni ubiegłego tygodnia spędziłam z Miśkiem w Głuchowie. Generalnie ten wyjazd po raz kolejny przekonał mnie, że Miś nie nadaje się do spania poza domem i to z kimś w pokoju. Przez trzy noce, jakie spędziliśmy u babci, przespałam w sumie może z 10 godzin… Michu budził się co noc, na 2 – 3 godziny. Po czym liczyłam, że chociaż rano trochę dłużej pośpi. Ale nie. Punkt szósta i zrywał mnie z łóżka jego płacz. Masakra. Jak wracaliśmy w czwartek do domu samochodem, to myślałam, że nie dojadę, tak mi się oczy kleiły. Powiem Wam, że do dzisiaj jeszcze nie jestem do końca wypoczęta. Ale żeby nie było – wróciliśmy do domu i Miś przesypia całe noce… Ech…

W czasie, gdy my byliśmy u babci, Mariusz z ekipą z Fingo pojechał do Pragi na konferencję Oraclową. I przywiózł prezenty!!! Poza piwem, czekoladami studenckimi i lentilkami kupił Miśkowi Krecika i drewnianą klockową zabawkę. Krecik Michowi od razu przypadł do gustu. Nos ma obgryzany notorycznie :) I Mikołaj potrafi już nawet pokazać kto to Krecik :) A co do zabawki drewnianej, to jest wypaśna. W ogóle to Mariusz namierzył w Pradze sklep z zabawkami drewnianymi. Można sobie asortyment obejrzeć na stronie. No i muszę przyznać, u nas jeszcze takiego wyboru, w dodatku tak tanich zabawek drewnianych, nie spotkałam. Spory wybór ma firma Boikido, nawet ciekawe i ładne, ale nie wiem, gdzie poza stroną Marko-zabawki można je znaleźć. A porównując z tym czeskim Woodylandem to… nie ma co porównywać. W każdym razie już postanowiliśmy, że następna wizyta w Pradze będzie obfitować w zakup drewnianych zabawek :) A co!

Dziś rano skoczyliśmy do aquaparku. Postanowiliśmy, że będziemy chodzić w miarę możliwości co tydzień + w piątki nasze zwyczajne zajęcia dla dzieci, bo Michu zapomniał jak się w wodzie poruszać. Szkoda. Liczymy, że jak znowu ostro pochodzimy, to mu to wróci. Wody się na szczęście ciągle nie boi, lubi się pluskać, ale już tak fajnie mu szło pływanie. A teraz, przez przerwę świąteczną i nasze choróbska ostatnie pozapominało mu się. Nawet dziś zainwestowaliśmy w piankowy makaron jako wspomaganie, takie jak mamy na zajęciach. Może to go trochę zmobilizuje.

Ale się ostatnio zaczęłam rozpisywać… Cóż, jak widać, dużo się dzieje. Mam nadzieję, że dotrwaliście do końca :) Jeśli tak, to gratuluję. Jeśli nie, to rozumiem :)

Jesienne zapiski

Jesień pełną gębą – większość drzew wyłysiała, coraz częściej przez okno nic nie widać… Nie dlatego, że brudne, ale dlatego, że mgły. Ma to swój urok. Chyba, że trzeba zdążyć na ósmą rano na zajęcia rehabilitacyjne do Promyka Słońca, a mgła zwiększa korki. Wtedy to nie urok raczej.

Misiek rośnie. Pełza już prawie symetrycznie – włączył drugą rękę i coś tam kombinuje z drugą nogą. Tak czy siak, ciągle nabiera prędkości. Wydawać by się mogło, że szybciej pełzać już się nie da, a jednak… :) Ostatnio spodobało mu się siedzenie. Siąść co prawda sam nie potrafi jeszcze za bardzo, ale terroryzuje nas, by go sadzać. Ma wtedy wielką frajdę – zupełnie nowe wrażenia, zupełnie inny kontekst w widzeniu świata. Do tego siedzenia zachęciła go tak naprawdę nowa zabawka. Nabyliśmy tzw. zestaw gimnastyczny z Chicco. Ustawiliśmy go w pozycji stoliczka i teraz Misiek nieustannie próbuje walić w niego łapkami. A że nie sięga z pozycji leżącej, to kombinuje. Całkiem sprawnie mu to idzie – dzięki temu, zaczyna wspinać się na kolana (okazuje się, że zasada „wszystko zależy od motywacji” sprawdza się wyśmienicie), żeby sięgnąć. I wyżej wspiera się na prawej ręce – myślę, że lada chwila i zaczai, że z tej pozycji można usiąść samodzielnie. Cieszy nas to bardzo, nie powiem. A mój kręgosłup cieszy się najbardziej. :)

W ubiegłym tygodniu Miś służył jako model na kursie Vojty w Promyku Słońca. Bardzo dzielny był, dał się giąć przez ponad 1,5 h. Ale był tak zmęczony po powrocie do domu, że poszedł spać o wpół do siódmej i przespał bez przerwy 12h. Zazwyczaj śpi około 10,5h. A bycie modelem, niestety, nie wniosło do naszych wiadomości w diagnozie Miśka nic nowego. Poza tym, że nasłuchałam się pochwał, jakie to mam dzielne i grzeczne dziecko. Wiadomo :)

Zaczęłam rodzić w bólach pracę magisterską. Dosłownie. Jest to bardziej męczące niż poród. Tam przynajmniej wiadomo, że dziecko w końcu się urodzi. Ale czy mi się coś urodzi w tej pracy, tego pewną być nie mogę. No ale co tam. Tyle prac pisałam na studiach, że i jeszcze jedną machnę. Co prawda, jak mówi profesor S., powinno to być dzieło mego życia, ale póki co będzie to raczej „koszmar minionego lata”. Albo roku. Albo ostatnich pięciu lat. Jak kto woli.

Zamówiliśmy niedawno przez Internet fajne rzeczy do kąpania Misiowego – naklejki-przyklejki i zabawki-psikawki (nie ma to jak marketingowe nazwy!) firmy Alex. Powoli zaczyna kapować o co chodzi w psikawkach. Co do przyklejek, to nie robią większego wrażenia. Pewnie dlatego, że to ja je przyklejam i to powyżej zasięgu Miśkowych łap. W przeciwnym razie zaczyna je „rozgryzać”. I to nie była przenośnia. Zresztą, z tego wszystkiego i tak największa frajdę mam ja. Przynajmniej mam się czym bawić w wannie, jak się kąpię. Żart to był! ;)

Ostatnio cały czas się przeziębiamy. Zaczęło się kiedyś, dawno, od Mariusza, i tak się ciągnie po nas wszystkich. Misiek i Mariusz już drugi raz zaczynają chorować. A w lodówce na półce leżą trzy dawki szczepionki przeciwko grypie. No ale nie ma kiedy się zaszczepić, bo wciąż kichamy. Przekichane :)

Zdjęć żadnych nowych Miśkołaja nie mam na razie. Nie mogę mu nic zrobić, bo jak tylko widzi mnie z aparatem, to zaraz nabiera prędkości i leci, żeby go poślinić. Ale jest trochę nowych zdjęć – z cmentarza żydowskiego (po raz kolejny, ale z innej perspektywy) oraz ze zjazdu integracyjnego Fingo w Michałowicach. Zapraszam.

Co nowego?

W sumie to nie za wiele. Szykujemy się na długi weekend. A raczej do wyjazdu długoweekendowego do Szczecina. Mam nadzieję, że pogoda dopisze, bo liczymy, że uda się wyskoczyć któregoś dnia nad morze.

Poza tym od przyszłego poniedziałku czeka mnie druga część praktyk hospitacyjnych w szkole w Głuchowie. Cieszę się, że już będę miała to z głowy, bo to naprawdę bez sensu, że każą nam zrobić aż 50 godzin. Nie wiem, kto układa plan praktyk, ale chyba ktoś bez głowy. Po co 50 godzin (zegarowych, żeby było śmieszniej) hospitacji? Na dziennych chyba mają mniej. Zresztą, co tu dużo mówić, pomysły dziekańskie najczęściej pozostawiają wiele do życzenia. Ale walka z systemem rzadko przynosi jakieś rezultaty.

W niedzielę byliśmy w Gnieźnie. Rodzice Mariusza bardzo ucieszyli się z odwiedzin wnuka. Zabrali go nawet na długi spacer, dzięki czemu mieliśmy chwilę wytchnienia :)

Tydzień temu zaszczepiliśmy Miśka. Zostało nam jeszcze tylko jedno podanie prevenaru za miesiąc i potem chyba dopiero około 13-14 miesiąca. To dobrze, bo kupę forsy kosztowały już nas te szczepionki. Lepiej by było, gdyby zamiast dawać becikowe przeznaczyli tę kasę na lepsze szczepionki. I w ogóle gdyby poszerzyli listę obowiązkowych refundowanych szczepień. To, co oferuje służba zdrowia obecnie, jest po prostu śmieszne. Zresztą ostatnio znowu się odbiliśmy od okienka rejestracji, jeśli chodzi o świadczenia NFZ. Raz chciałam się zapisać do lekarza rodzinnego, to się dowiedziałam, że na najbliższe kilka dni nie ma wolnych miejsc. „No chyba, że ma pani gorączkę, to wtedy jutro w południe możemy panią przyjąć”. Wypas. Skończyło się na prywatnym Dolmedzie tego samego dnia, trzy godziny po telefonie do rejestracji. A drugi raz to była próba zapisania się do ginekologa. „Od piątku będziemy zapisywać na terminy w maju”. Jeszcze większy wypas. Gdyby się coś pilnego działo, to do maja człowiek mógłby zdechnąć przypadkiem. Ale co tam.
Dobrze, że przynajmniej z Miśkiem mamy na razie spokój z lekarzami. Aż dziwnie się z tym czuję ;)

Z Miśka coraz większa gaduła się robi. To dobrze :) W ogóle to w ubiegłym tygodniu dostał super prezent od Fingo (firma Mariusza) – krzesełko do karmienia. Bardzo fajne – z regulacją wysokości i oparcia, z pasami bezpieczeństwa, wyścielone ceratą, coby się tapicerka dała łatwo oczyścić… Naprawdę super! Teraz nasz Prezes ma swój prawdziwy własny fotel ;)

No i tyle na razie. Coś tam pewnie napiszę dopiero za dwa tygodnie, jak wrócę z praktyk, bo wcześniej nie będę miała dostępu do Internetu. Trzymajcie się się cieplutko i miłego weekendu! No i jak zawsze, zapraszamy do obejrzenia nowych zdjęć w galerii. A tu jeszcze najnowsze zdjęcia ze spacerku po wykopaliskach w centrum Wrocławia.