Mikołaj I Groźny

I znowu wywaliło mi posta prawie całego. I to przy zapisywaniu. „Gupi” jakiś. No nic, napiszę jeszcze raz, a co mi tam.

To może zacznę od tytułu… Dlaczego Groźny? Bo robi groźną minę. I próbuje nas nią straszyć. Zresztą, nie tylko nas. Ktokolwiek do Micha podejdzie zostaje na dzień dobry postraszony. Generalnie widać, że Michu sobie jaja w ten sposób z ludzi robi. Po kim taki szyderca i jajcarz rośnie, tego nie wie nikt… ;)

Wizyta w Szczecinie. Udało nam się tam spotkać (dzięki p.Danusi i Monice) z neurologiem, logopedą i rehabilitantką. W skrócie wygląda to tak:
Neurolog stwierdziła opóźnienie 2-3 miesięczne, psychoruchowe. Zleciła nam badania krwi (zrobili je na miejscu następnego dnia) w kierunku cytomegalii i toksoplazmozy oraz sprawdzenie poziomu wit. D3. Generalnie szukamy przyczyny opóźnienia. A poziom D3 kazała zbadać dlatego, że Michu długo już przyjmuje dość wysoką dawkę i jest ryzyko, że poszło w nerki. Miejmy nadzieję, że nie. Ponadto zasugerowała rezygnację z Vojty na rzecz masażu suchego całego ciała. I jeśli Misiek po ukończeniu 18 miesięcy nie będzie jeszcze płynnie chodził to zleci wtedy rezonans pod narkozą.

Logopeda była z Micha zadowolona. Miś pokazał co potrafi, pogadał trochę. Pani z kolei pokazała nam jak się bawić, w co i co trenować. No to trenujemy :)

Rehabilitantka opracowała kilka ćwiczeń do wykonywania w domu oraz masaż. Mam nadzieję, że Michu da się przekonać do masażu, bo ostatnio wszelkie próby dotyku i robienia czegokolwiek z jego ciałem kończą się wrzaskiem – taki prezent od Vojty. Mam nadzieję, że tymi ćwiczeniami oraz Bobathami uda się Micha skłonić do płynnego chodzenia, bo wolałabym uniknąć rezonansu.

Ważnym elementem wizyty w Szczecinie był pies :) I spotkanie psa z Mikołajem. Albo raczej Mikołaja z psem. Ogólnie wywarli na sobie chyba pozytywne wrażenie. W każdym bądź razie Misiek psem zafascynowany. Bawił się z Indianą, pozwalał się zaczepiać i sam nie był dłużny. Co prawda widzieli się z doskoku – więcej nas w domu nie było niż byliśmy, ale jest szansa, że jak pojedziemy na Wielkanoc, to się więzi zacieśnią :)

We wtorek poza tym byliśmy u okulisty i ortopedy. Okulista w Spektrum na Olszewskiego. Już tam raz byliśmy, w czerwcu, gdy Michowi oczy ropiały. Teraz trafiliśmy do tej samej lekarki, bardzo sympatycznej zresztą. Zbadała Misiowi oczy i powiedziała, że wszystko jest ok, i że za rok do kontroli.
Co do ortopedy, to wizyta była koszmarna, bo Michu cały czas wył. Niezależnie od tego, czy go lekarz badał, czy tylko jego rentgen oglądał. W każdym razie ortopeda stwierdził, że Michu ma ogromny przykurcz na szyi (ten od kręcza szyi) i że on by radził naciąć mięsień chirurgicznie, ale najpierw mamy się skonsultować na Borowskiej u ortopedy. Ponadto wyczaił płaskostopie i zalecił buty – takie sandałki ortopedyczne. I do kontroli za trzy miesiące. Ciąć Micha nie zamierzamy, ale do tego ortopedy na Borowskiej pójdziemy. Nawet już skierowanie załatwiłam.

W piątek byliśmy u dr Kwapisz na kontroli. Szłam tam z nastawieniem bojowym, coby przeforsować rezygnację z Vojty i czaszkowo-krzyżowej, a tu szok! Albo pani doktor była w dobrym humorze, albo nie mam pojęcia co się stało. W każdym bądź razie wizyta była bardzo przyjemna, pani doktor super miła, Mikołaj płakał tylko podczas badania na stole, a tak to fikał i brykał na podłodze w samym pampersie i pokazywał lekarce na co go stać. Co do diagnozy, to jest pozytywna :) Nastąpiła duża poprawa. Dr Kwapisz jest przekonana, że trzeba dać Mikołajowi czas, to wszystko sobie nadrobi. Mówi tylko, żeby go nie prowadzać za ręce. Ma chodzić jak najwięcej przy meblach bokiem, bo wtedy sobie koryguje to koślawienie stóp. Mówi też, że buty od ortopedy mamy założyć dopiero wtedy, gdy Michu zacznie dobrze chodzić, czyli gdy chodzenie będzie przeważało w ciągu dnia. Bo dopóki głównie raczkuje, to raczkując w butach będzie sobie Michu jeszcze bardziej nogi koślawił. Ponadto stwierdziła poprawę jeśli chodzi o kręcz – jest już pełny obrót głową w obie strony, choć w lewą troszkę utrudniony. Ale nie ma już blokady. Wypas! Więc jak widać, ortopeda nie do końca miał świadomość z jakiego przykurczu Micha wyprowadziliśmy.
Co do Vojty, to dr Kwapisz stwierdziła, że jak chcemy, to możemy zrezygnować. No to powiedziałam, że rezygnujemy. Z czaszkowo-krzyżowej też rezygnujemy, tylko jeszcze raz, może dwa pójdziemy, coby się utrwaliło.

Wczoraj byłam na zajęciach w Poznaniu. Zrobił się syf z naszymi praktykami w szkole. Od listopada słyszeliśmy gadkę, że jeśli ktoś nie chce uprawnień do pracy w szkole, to nie musi robić praktyk. No to trzy osoby z naszej grupy (w tym ja, rzecz jasna), przestały o tym myśleć w ogóle. Mieliśmy tylko złożyć pismo do dziekana, że rezygnujemy z uprawnień. No i się wczoraj okazało, że jednak praktyki robić trzeba, bo jest za nie 8 punktów ECTS, a nie mają już nam ich na co zamienić. Super po prostu! Pojechaliśmy do dziekana, dziekan stwierdził, że nie ma pojęcia dlaczego opiekun praktyk wprowadził nas w błąd i że mamy pogadać ze Strykowskim, może coś nam pomoże. Wypas. Jeśli jemu się nie uda, to trzeba będzie pokombinować w tempie ekspresowym, bo nie zaliczenie praktyki oznacza nie wydanie dyplomu i nie ukończenie studiów. Po prostu sielanka.

A z innej beczki. Wróciłam wczoraj wieczorem do domu, Michu spał, więc nie zaglądałam już do niego. Dziś rano wchodzę do pokoiku, patrzę – Michu w samej piżamie. Myślę sobie – zdjął śpiworek (już mu się kiedyś zdarzyło). Rozglądam się za owym śpiworkiem, a on leży jakiś metr od łóżeczka. W dodatku to był śpiworek na zatrzaski, a Michu potrafi rozpiąć tylko ten na zamek. Na ale myślę: a nuż dzisiaj był ten pierwszy raz, gdy Michu rozpiął wszystkie zatrzaski? Ale skąd śpiworek wziął się tak daleko od łóżeczka? Przecież Michu jeszcze nie rzuca na taką odległość… „Mariuuuusz! Czy Ty założyłeś wczoraj śpiworek Miśkowi?” Przychodzi Mariusz, widzę konsternację na twarzy. Mówi: „Eee… Nie wiem, nie pamiętam. Ale możliwe, że nie” :) Masz ci los :) Zmęczony całodziennym trudem opiekuńczym nad Michem, Mariusz był tak szczęśliwy, że udało mu się złapać Miśka i ubrać go w piżamkę (to nie lada wyczyn, Michu notorycznie ucieka gdy się chce go ubrać lub przewinąć), że zapomniał o śpiworku i wrzucił po prostu Micha do łóżeczka do spania. Co prawda zimno Michowi jakoś szczególnie chyba nie było (mimo że śpi bez skarpetek), stopy miał rano w miarę ciepłe. No ale komfortowo się chyba raczej nie czuł :) W sumie to i tak dobrze, że piżamkę miał na sobie… ;) Tak się dziś nalewam cały dzień z małżonka. Niech ma!

Co do nowości Michowych, to mogę rzec, że się Misiu nauczył pokazywać brzuszek i serduszko. Powoli zaczyna łapać, że serduszko jest wyżej, a brzuszek niżej. No i pokazuje włosy – że się po nich można głaskać. Bierze moją albo Mariusza rękę, kładzie sobie na głowie i każe się w ten sposób głaskać :) Pieszczoch mały :) Czasem zdarza mu się nawet nas pogłaskać. Ale tylko chwilkę. Jednak bardziej lubi, gdy to my głaszczemy :)
Zauważyłam ponadto, że już nie trzeba Miśkowi podpowiadać przy ubieraniu. Już wyjaśniam o co chodzi. Generalnie gdy ubieram Micha, to Miś pomaga – tzn. podnosi ręce lub nogi, podnosi głowę kiedy trzeba. Zawsze popierałam słowo gestem. Np. gdy mówiłam: „Podnieś/podaj rękę” to delikatnie klepałam daną rękę. A dziś zauważyłam, że wystarczy powiedzieć: „Podnieś rękę” i Miś podaje rękę. Myślę, że dzięki temu nauczył się pokazywać, gdzie jest ręka. Ostatnio wałkujemy bowiem włosy, brzuch, serduszko, paluszki i nogi. Rąk jeszcze nie przerabialiśmy jakoś konkretniej. No i dziś na czuja mówię do Misia: „Pokaż, gdzie masz rękę”. A na to Miś z dziką radością zaczyna ruszać dłonią, a po chwili machać całą ręką :) Straszna ze mnie matka. nawet się nie spodziewałam, że mam takie mądre dziecko :)

Z kolejnych rzeczy to Miś nauczył się rzucać i popychać piłkę. Nie robi tego jakoś spektakularnie, odległości można mierzyć w kilkunastu centymetrach, ale potrafi i to się liczy! Reszta się udoskonali :)

Od jakichś dwóch tygodni ulubionym zajęciem naszego dziecięcia jest trafianie kluczem do dziury. Nieważne jakim kluczem i do jakiej dziury. Ważne, że jest klucz i jest dziura. Dzisiaj zajmował się tym ponad pół godziny. Miał do wyboru dwa pęki kluczy i cztery dziury (od śrubek, w puszce od kablówki), więc było co robić :) Może trza mu jaką wielką kłódkę kupić?

Mikołaj miał w sobotę 21 marca swój pierwszy poważny (bo krwawy) wypadek. Przygrzmocił twarzą w skrzynię na pościel w naszym tapczanie. W pierwszych chwilach wyglądało to naprawdę bardzo groźnie. Krew kapała, Misiek krzyczał, mnie się wydawało, że Michu uderzył nosem, i że nos ma złamany, Mariuszowi wydawało się, że Michu przegryzł sobie kawałek języka. Generalnie masakra. Po kilkunastu minutach uspokajania, po wypiciu przez Misia kubka zimnej wody, okazało się, że krew przestała lecieć i że generalnie nie wygląda to strasznie. Zęby wszystkie i całe, język i nos też. Tylko warga spuchnięta bardzo i otarta. Nasze pierwsze myśli, to: co i jak Misiek teraz będzie jadł? Stoimy tak nad nim i gadamy na głos, że może mleko mu na razie podać, bo nie będzie chciał jeść na pewno nic twardszego, bo go pewnie będzie boleć itd. A na to nasze dziecko patrzy na nas i od niechcenia ściąga ze stołu twardego suchara i gryzie aż mu się uszy trzęsą. I wszystko jasne!
Na dzień dzisiejszy Misiek wygląda jakby w ogóle już nie pamiętał co się stało, do skrzyni z pościelą ładuje się nadal, a opuchlizna z wargi zeszła. Tylko ślad po otarciu pozostał. Jakby nie patrzeć – goi się jak na psie ;)

Dobra, dosyć tego dobrego. Może w końcu dziś opublikuję tego posta, bo piszę go już równo tydzień. Jeśli dotarliście do tego miejsca, to gratuluję :) Mieliście co czytać :)

O neurologach i psychologach będzie tu mowa…

Byliśmy z Michem w środę u neurologa. Drugi raz w jego 14 miesięcznym życiu. Pierwszy raz byliśmy prawie rok temu, u dr Ujmy-Czapskiej. No i wtedy z tej wizyty wynikło tyle, że Michu był trzy o trzy miesiące za późno rehabilitowany, bo dr zlekceważyła jego asymetrię. Teraz dr Kwapisz poleciła nam skontaktowanie się z dr Dołyk. Udało nam się nawet szybko załatwić wizytę, cudem, doprawdy, bo zazwyczaj na termin u neurologa dziecięcego we Wrocławiu to czeka się około dwóch miesięcy. A my czekaliśmy dwa tygodnie. Przed wizytą zrobiliśmy zlecone przez dr Dołyk (przez telefon) badania krwi, no i w środę dotarliśmy na 8.30 do Pulsantisu. Co prawda Misiek był jeszcze trochę chory (dwa dni wcześniej okazało się, że chociaż przeszło mu przeziębienie i zeszła temperatura, to zachorowało ucho), ale postanowiliśmy, że pojedziemy, bo potem nie wiadomo kiedy uda się znowu umówić.

Dr Dołyk obadała Miśka od stóp do głów, poobserwowała, porzucała w próbach Vojty, postukała młoteczkiem i wypytała nas doszczętnie o wszystko. Misiek zniósł wizytę nawet znośnie, mimo że był moment, że ryczał jak wół :) Ale to już taki urok – tak ma zakodowane w łepetynie, że jak się rozbiera przy obcej pani, to to pewnie będzie ćwiczenie Vojtą. I profilaktycznie zaczyna wyć. Mam nadzieję, że kiedyś mu przejdzie, bo żal mi się go wtedy strasznie robi. A nie chce posłuchać, że nie ma powodu do płaczu.

Co do diagnozy, to dziś, z perspektywy kilku dni, patrzymy już na nią spokojniej. Ale w pierwszym momencie nas osłabiła. Generalnie dr Dołyk podejrzewa, że Miś ma jakieś uszkodzenie układu nerwowego. Dokładnie jakie to jest uszkodzenie, nie jest w stanie nam, na razie, powiedzieć. Być może coś z móżdżkiem, ale to niepewne. Póki co, nie chce nas wysyłać na rezonans, bo mówi, że by trzeba było Miśka do tego uśpić, a nie warto ryzykować. Natomiast sam rezonans może by i coś pokazał, ale pewności nie ma. Tak więc, na razie, my mamy obserwować wnikliwie rozwój Micha, a ona porówna za trzy miesiące jakie zaszły zmiany.

Jednakże najbardziej powaliło nas coś innego. Dr Kwapisz wysyłając nas do dr Dołyk powiedziała, że generalnie dr Dołyk ma sprawdzić czemu Michu tak przeprostowuje nogi i czemu jeszcze nie wstaje (na dzień dzisiejszy wstaje już od dwóch tygodni). Natomiast dr Dołyk stwierdziła, że ona na razie nie skupiłaby się tak bardzo na motoryce Mikołaja, ale na jego percepcji i rozwoju mowy, bo jej zdaniem tu ma poważne braki. Spytała, czy badał go psycholog. Powiedziałam, że tak, dwa miesiące temu, że w diagnozie było, że nie trzeba terapii, bo rozwija się prawidłowo poza motoryką dużą (ale to akurat nie nowość, no bo w końcu z powodu tyłów w motoryce Miśka rehabilitujemy). Na to dr Dołyk powiedziała, żeby jeszcze raz Miśka zdiagnozować u innego psychologa, w ciągu pół roku od poprzedniego badania. I żeby się skontaktować z jakimś pedagogiem, logopedą lub psychologiem by doradził jakieś konkretne zabawy, które pomogą rozwijać mowę, rozumienie i percepcję. Zasugerowała generalnie, że poprzednia diagnoza psychologiczna była błędna.

Przyznam szczerze, że mnie to trochę przeraziło i podłamało. Generalnie mieliśmy jakieś obawy, czy Miś prawidłowo się rozwija, ale to naturalne przy rehabilitowaniu dziecka, że się rodzą różne lęki. Poszliśmy więc do psychologa i diagnoza była pozytywna. To mnie uspokoiło. Logopeda też go przecież oglądała i mówiła, że nie ma potrzeby terapii, że tylko mamy się co jakiś czas kontrolować. I tu nagle coś takiego. Trochę już się na siłę zaczęliśmy doszukiwać, że może rzeczywiście jest coś nie tak. Kilka rzeczy, owszem, wzbudzało nasz niepokój wcześniej, ale tłumaczyliśmy to sobie, że przecież Miś ma czas, że się nauczy… A tu nagle bach – obuchem w łeb. Ale z perspektywy tych kilku dni jestem jednak spokojniejsza. Zaczęliśmy baczniej przyglądać się Mikołajowi. Jeszcze tydzień temu wydawało nam się (a może było tak naprawdę), że nie potrafi zapamiętać nazw przedmiotów, swoich zabawek, nie potrafi wskazać tego, o co się go pyta. Ale być może pytaliśmy nie o to, co trzeba; nie o to, co leży w kręgu zainteresowań naszego dziecka. Bo Miś doskonale potrafi pokazać pilota od tv :), telefon, but, tygryska, kaczkę, piłkę. W dodatku widać, że wiele rzeczy go interesuje. Każdy przedmiot, który chwyta w ręce wyciąga w naszym kierunku, by powiedzieć mu jak się to nazywa. A że jeszcze nie mówi? Poza mama i tata? Cóż, logopeda powiedziała mi wcześniej, że za każdym razem, gdy dziecko nabiera nowej sprawności ruchowej, to cofa się mowa. I że to naturalne, i przejdzie. Dziecko jest wtedy tak zafascynowane nową umiejętnością, że wszystko inne odchodzi na bok. Zresztą, naukowo dowiedzione jest, że najczęściej chłopcy zaczynają mówić później.

Cóż więc zrobić? Jutro przyjeżdża do Wrocławia mama mojego szwagra. Jest psychologiem, zgodziła się spotkać z nami i przyjrzeć się Mikołajowi, coś doradzić. Poza tym postanowiliśmy zdiagnozować Miśka u psychologa wcześniej niż pół roku po poprzedniej diagnozie. Udało mi się umówić z psychologiem dziecięcym już na poniedziałek. Niech go obejrzy raz jeszcze ktoś niezależny i powie, co myśli. I też coś doradzi. Spróbuję umówić się też w tym samym ośrodku z logopedą. Być może wydaje się to przewrażliwieniem, albo histerią, albo Bóg wie czym jeszcze, ale powiem Wam szczerze, że mi to zupełnie wisi. Mówimy o naszym dziecku, więc dmucham na zimne i wolę iść sprawdzić diagnozę do drugiego specjalisty, bo, niestety, jak już z praktyki wiemy, lekarzom ufać bezgranicznie się nie da. Przekonaliśmy się już o tym trzy razy w sumie, w przeciągu niecałego roku. Tak więc trzymajcie kciuki. Jestem dobrej myśli. Jakoś nikomu wcześniej nie rzuciło się w oczy, że Mikołaj ma jakieś tyły. Wszystkie pozostałe lekarki i rehabilitantki twierdzą, że Miś jest bystry, kontaktowy… Więc tego, póki co, się trzymajmy. Gdy będziemy po wizycie, to skrobnę co nieco, ale nie od razu. Bo w poniedziałek wyjeżdżam z Mikołajem do Głuchowa i wrócę dopiero w czwartek. Ale po powrocie napiszę na pewno.

A co do Miśka, to jego umiejętność wstawania rozwija się. Co prawda ciągle szpotawi prawą stopę (a czasem wykoślawia – zależy jak mu się uda), a na lewej staje na palcach, ale za to dzisiaj zaczął uczyć się schodzić do pozycji na kolanach. To progres :) Bo od kilku dni, jak wstał przez nikogo nie zauważony, to potem wołał płaczliwie, bo nie umiał zejść. Najczęściej zdarzało mu się to rano, tudzież po południowej drzemce, gdy wstawał w łóżeczku i nogi odmawiały posłuszeństwa, a nie potrafił sobie sam poradzić. A dziś nagle zaczaił, że to trzeba się na kolana z powrotem dostać. Na razie jeszcze różnie mu to wychodzi, ale praktyka czyni mistrza :)

A tak z innej beczki, to mieliśmy dzisiaj kolędę. Znaczy wizytę duszpasterską. I powiem Wam, że do tej pory trwam w szoku. Obydwoje trwamy w sumie, Mariusz i ja. Przyszedł ksiądz, pokropił nas wodą święconą, usiadł, spisał nas dokładnie (bo kolędę mieliśmy tu pierwszy raz, więc w papierach nas nie było) i… poszedł. Zrobił to tak szybko i z zaskoczenia, że nawet nie zaczaiłam, że wychodzi i jak głupia goniłam go z kopertą. Kurde, nawet nie próbował jakkolwiek zagaić, zapytać jak zdrowie, cokolwiek… Mariusz od początku sceptycznie nastawiony do wizyty księdza, namówiony przeze mnie, pełen dobrych chęci i otwarty, by w razie czego z księdzem pogadać, a tu ksiądz, jak taki buc, wypełnił papierki i w długą! Po prostu byłam w szoku. Zanim dotarło do mnie, co się stało, ksiądz pewnie kończył kolędę w następnym mieszkaniu. Maskara. Wiecie, nawet jakby człowiek chciał sam zagadać, to nie było szansy! Kurde belek, po choinkę ja leciałam za nim z tą kopertą?! No, ale taki automat się we mnie włączył – cały czas powtarzałam sobie, żeby nie zapomnieć o kasie dla księdza, że oczywiście nie zapomniałam. A szkoda. Byłoby jutro na dobry obiad w Agawie ;) Tak więc, jak widzicie, pecha mamy do księży z naszej parafii. Przyszłoroczne przyjęcie księdza pozostaje pod znakiem zapytania.

Tyle na dziś. Duuużo tego. Odezwę się po powrocie z Głuchowa.

O wszystkim czyli o niczym

Cóż, styczeń ma się ku końcowi. Czas ucieka, zima się zmywa (to znaczy w chwili obecnej ujawnia się ponownie w postaci prószącego śniegu za oknem), więc trzeba było wybrać się jej na przeciw. Dzięki uprzejmości Teściów mogliśmy pojechać sobie we dwójkę do Karpacza na weekend. Nareszcie! :) Hotel udało się zamówić bez problemu (choć obawiałam się, że może być kłopot, tak na ostatnią chwilę, bo przecież ferie są). Nawet mogę Wam pokazać jaki. O taki – Tarasy Wang. Bardzo miłe miejsce. Warto odwiedzić. Pokój był duży, poza czajnikiem nie brakowało niczego. Nawet barek był, z czego oczywiście skorzystaliśmy. Zresztą, brak czajnika odczuwalny mógł być tylko w nocy, bo od rana do wieczora była otwarta hotelowa restauracyjka z bardzo dobrym jedzeniem i herbatą w dowolnej ilości. A najlepsze były śniadania. Nie z racji smakowitości (choć przyznać należy, że były bardzo dobre), ale z powodów dwóch: po pierwsze – nie musiałam go przygotowywać :), a po drugie – z okien restauracji rozciągał się przepiękny widok na panoramę gór ze Śnieżką włącznie. Cudo. Aż się nie chciało wychodzić. W ogóle to hotelik umiejscowiony bosko – zaraz obok świątyni Wang, niedaleko wejścia do parku narodowego. Dzięki temu nie trzeba było się przebijać przez miejski syf Karpacza, by pójść na krótki spacerek do lasu. No, ale kończę te moje zachwyty nad hotelem. Niestety, nikt mi za nie nie płaci ;)

Do Karpacza dotarliśmy w piątek około 15.30. Chwilę przedtem rozszalała się taka wichura, że dawno czegoś podobnego nie widziałam. Po kilku godzinach dołączył do niej śnieg, co dało niezłą zamieć. Generalnie poza przyniesieniem bagaży z samochodu i 5 minutowego spacerku pod świątynię Wang nie ruszyliśmy się już tego dnia z hotelu. Nic przyjemnego.
Cały też czas zastanawialiśmy się jak nam się uda w niedzielę wyjechać, jeśli nas totalnie zasypie. No ale nad ranem przestało padać, a do tego jeździł pług śnieżny i pięknie wszystko poodśnieżał. Na szczęście.

W sobotę przed południem ruszyliśmy na spacerek do parku narodowego. Trasa była w stronę Samotni, ale nie zamierzaliśmy tam dotrzeć. I tak poszliśmy dalej niż się spodziewaliśmy. Z wycieczki mamy kilka zdjęć w galerii. Po drodze odwiedziliśmy jeszcze świątynię Wang. Byłam tam chyba ze dwa razy w czasach podstawówkowych, ale zupełnie już nie pamiętałam, jak tam jest.

Wieczorem, po kolacji postanowiliśmy z Mariuszem zrealizować nasz chytry plan nocnego pleneru pod świątynią. Ona jest bardzo ładnie wieczorem oświetlona, więc szkoda byłoby nie wykorzystać sytuacji. Zabraliśmy cały sprzęcior (to znaczy zabrał go Mariusz, który robił za fizycznego, bo ja objęłam zaszczytną funkcję pstrykacza ;)) i ruszyliśmy pod Wang. Zeszła nam na tym fotografowaniu ponad godzina. Zmarzliśmy totalnie, ale zdjęć kilka wyszło przyzwoitych. Najlepsze zdjęcia udały się dzięki filtrowi połówkowemu szaremu. Serio. Nie sądziłam, że można go wykorzystać przy zdjęciach nocnych, a jednak… Wieża kościółka była tak intensywnie oświetlona w stosunku do reszty, że zdjęcia wychodziły nam na początku strasznie badziewne. Potem małżonek mój wpadł na pomysł, że może z filtrem spróbować. No i trafił! Wyszło super – wszystko równo oświetlone. Pogratulować!

W niedzielę przed południem zwinęliśmy się do domu. Tam zastała nas niespodzianka – Mikołaj w niedzielę po raz pierwszy wstał. Trochę nie do końca nas to zachwyca. Stoi strasznie koślawo, widać, że nogi (a zwłaszcza stopy) są do tego jeszcze nie przygotowane. Wykrzywia je masakrycznie, nie może się utrzymać na nich, stoi skrzywiony w pasie, miednica jeszcze nie wyrabia. No ale powstrzymać się go, niestety, nie da już. Co prawda, od wczoraj zauważamy pewną poprawę – staje już pewniej (co jest naturalne, jak się coś ćwiczy), zazwyczaj potrafi zgiąć nogę, by z niej się odbić do wstania (tzw.raczkowanie w pionie) i czasem zdarza mu się stanąć na całej stópce. Co i tak budzi moje obawy o stan jego stóp. Już widzę jak się terapeutki w Promyku załamią. Cały czas mówiły, że fajnie by było, gdyby się Miś tak nie spieszył ze wstawaniem, bo może sobie tym zaszkodzić. No ale cóż. Stało się. Za to doktor Kwapisz będzie zadowolona, bo ona z kolei podczas ostatniej wizyty stwierdziła, że to źle, że Mikołaj jeszcze nie staje. No i bądź tu człowieku mądry. Przecież dopiero co zaczął raczkować. Wiadomo, że robi to wszystko troszkę później w stosunku do innych dzieci, ale ma swoje tempo, robi wszystko po kolei i jakoś idzie. Poza tym cały czas nam dr Kwapisz mówiła, że mamy iść w jakość, a nie w ilość. A tu jeszcze się Michu porządnie nie rozwinął z raczkowaniem, a ona mu już każe wstawać. Ech… Terapeutka od Vojty powiedziała nam ostatnio, że norma wstawania u dzieci jest do 18 miesiąca, więc w tym wypadku nawet nie byłoby jakiegoś opóźnienia. No ale tak szybko? Tego się nie spodziewaliśmy. No cóż, trzeba będzie uważać na stan kończyn dolnych i liczyć, że nie będzie gorzej niż było. Tak więc, sami widzicie, jakoś średnio mnie obecnie cieszy ten skok rozwojowy. Widzicie jakie to dziwne? Dzieciak się rozwija, a ja marudzę. Ale, niestety, jestem już przewrażliwiona na punkcie różnych nienaturalnych krzywizn ciała Miśka i wyczulona na to, że nie warto się spieszyć, bo to nie opłaca. No, ale miejmy nadzieję, że w razie czego uda nam się doprowadzić go do pionu. Chciałoby się wręcz powiedzieć do prostego pionu, bo samo określenie pion, w przypadku naszego Misia, wcale nie jest takie jednoznaczne ;)

Staramy się od kilku dni uczyć Micha jeść samodzielnie (na ile to oczywiście możliwe). Cóż, nie jest to łatwe. Łyżeczkę do ręki bierze, i owszem, ale nic poza tym, póki co. Próby zachęcenia go do wsadzenia jej sobie do ust też spełzają na niczym. Jednakże wczoraj udało mu się najeść prawie samodzielnie rączkami. Uwieczniłam to w galerii, bo widok był niezapomniany :) Mizeria, kurczak i ziemniaki były wszędzie. Ale, o dziwo, do buzi też się sporo dostało. Cóż, będziemy ćwiczyć wytrwale, może się uda dziecię przekonać do sztućców. Bo na razie to wychodzi na to, że „najlepsze widelce to pazury i kielce” ;)

Zresztą, na samodzielność naszego Pacholęcia narzekać nie możemy, bo bardzo dużo już sam potrafi. Od kilku miesięcy nie trzeba go pilnować z piciem, bierze sobie sam butelkę, trzyma, położy się z nią na podłodze. Pomaga przy ubieraniu i rozbieraniu. Wie, kiedy podać rękę, kiedy wyjąć butelkę z buzi (jeśli akurat pije w tym czasie), żeby można było bluzkę przez głowę przeciągnąć. Od wczoraj też podaje stopy przy ubieraniu rajtek (choć w tym wypadku i tak częściej ucieka przed rajtami niż z własnej woli od razu współpracuje. Ale gdy się go w końcu uda złapać, to pomaga). Nie wspominając, oczywiście, o myciu uzębienia i jedzeniu rzeczy suchych, pokrojonych w kawałki typu: chleb, wafle ryżowe, ciastka Miśkopty, jabłka (no, to to może nie jest suche, ale w kawałkach, więc nie trzeba zbytnio Micha pilnować i wkładać mu tego łyżeczką), banany… Ogólnie sporo już tego jest. Co nas niezmiernie cieszy :)

W związku z rozpoczęciem nowego roku i słabnącą z dnia na dzień kondycją fizyczną (i nie tylko), zapisałam się na jogę. Od stycznia, bowiem, ruszyły zajęcia jogi w strefie fitness naszego aquaparku. Wykupiłam sobie karnet na miesiąc i w poniedziałki i środy śmigam na 20.00 ćwiczyć. Chyba się w jogę wciągnę. Zresztą, myślę, że już się wciągnęłam. Zawsze mnie coś pchało w kierunku tych ćwiczeń, nawet w ciągu ostatniego roku były plany, żeby to zrealizować, ale ciągle nie było kiedy. Ale skoro utworzyli grupę przy WPW, to odczytałam to jako znak, że czas się zabrać za siebie. Dodatkowo zdopingował mnie małżonek, więc nie było wyboru.
Co do samych zajęć to prowadzi je Marianna. Nazwiska nie znam, ale widać, że z jogą ma do czynienia od lat. Poza tym, z tego, co zdążyłam się zorientować, prowadzi też grupę od kilku lat poza aquaparkiem. Jest rewelacyjna, jeśli chodzi o tłumaczenie poszczególnych asan.
Już nawet zainwestowałam w ćwiczenie w domu. Wczoraj kurier przywiózł mi specjalną matę do jogi i pasek. A w Merlinie Mariusz zamówił dodatkowo dwie książki i dvd.
Kurczę, joga to fantastyczna sprawa. Jadę na zajęcia wieczorem, po całym dniu, zmęczona, ćwiczę 1,5 godziny i wracam do domu jak nowo narodzona. Odpoczywam fizycznie (choć zakwasy są, a jakże) i rewelacyjnie wypoczywam psychicznie. Jak macie możliwość, to zapiszcie się na jogę. Serio :)

No i skończę już to pisanie, bo nie wiem, kto mi to przeczyta w całości. Sorry, ale tak się jakoś rozpędziłam… Wytrwałości w czytaniu życzę :)

Zębologia stosowana i sankowe podróże

Powiem Wam, że zamówione na allegro sanki dotarły… Ale nie do Wrocławia. Z własnego roztrzepania, przy zamawianiu, nie zwróciłam uwagi, że nie zmieniłam w moich danych adresu z głuchowskiego na wrocławski, no i się mama wczoraj w Głuchowie zdziwiła, gdy jej kurier przyniósł do domu wielką pakę z saneczkami :) Dobrze, że była w domu, bo nie wiem, gdzie by ją potem kurier znalazł. Albo gdzie byśmy później szukali paczki. No, ale dobrze, że doszła, tak czy siak. W sobotę odbierzemy :) Może jeszcze coś zostanie ze śniegu, żeby je wypróbować w niedzielę, tudzież w przyszłym tygodniu.

Byłam wczoraj z Miśkiem u dentysty. To jego pierwsza wizyta w życiu u tego lekarza. No i rosłam z dumy, tak nas pani chwaliła. Że tak wspaniale dbamy o zęby Miśka. I że podobno jesteśmy niewielkim procentem rodziców, którzy są tak uświadomieni co do tego, że czyścić zęby (a wcześniej dziąsełka) trzeba od samego początku i w ogóle. Kolejne zachwyty były nad tym, ze Miś sam używa szczoteczki. Chociaż to jego samodzielne używanie to w nas trochę rozterek budziło. Bo kiedyś to było tak, że najpierw ja brałam szczotę z pastą, szorowałam Michowi zęby, po czym dawałam Miśkowi i on tam sobie po swojemu grzebał. Ale jak mu zaczęły wychodzić czwórki, to już nie pozwalał sobie czyścić. No więc zaczęłam mu podawać po prostu szczotkę z pastą i sam sobie grzebie (bo szczotkowanie to, rzecz jasna, nie jest). I to właśnie budziło rozterki – czy te zęby są nadal w miarę zadbane. No ale pani dentystka powiedziała, że jak najbardziej. Że Miś przy okazji jak sobie masuje dziąsła to też przeleci po zębach szczotką, i że zawsze coś z tej pasty mu na zęby spadnie. Więc mamy się nie martwić, bo ząbki zdrowe i ładne. I żebyśmy tylko pilnowali, by w nocy nie pił nic słodkiego. No i po myciu zębów, przed spaniem, też nie. Na to wyjaśniłam pani, że Miś po myciu zębów dostaje tylko wodę wieczorem do picia, i w nocy, jak się obudzi (co się zdarza rzadko), też wodę. No i tu pani dentystka stała się moją wielbicielką :) Stwierdziła więc, że koniec wizyty, że możemy się pokazać za 4 miesiące, to obejrzy nowe zęby i tyle. A! A zębów Misiek ma obecnie 12. Wszystkie jedynki, dwójki i czwórki. Teraz przyjdzie czas na trójki :) Jeszcze tylko 8 zębów i szczęka pełna :)

Tak więc od wczoraj pękam z dumy :) W ogóle to stwierdziliśmy z Mariuszem, że to chyba pierwsza lekarka, która tak od początku do końca pochwaliła Miśka. Nic u niego nie znalazła. Chyba będę częściej tam chodzić, by się pochwał nasłuchać ;) W przyszłym tygodniu idziemy z wizytą do doktor Kwapisz, więc pewnie się nasłucham, że Misiek krzywy. Ech… A swoją drogą, ciekawe, co powie, bo od kilku tygodni nie ćwiczymy już Vojty. Po prostu nie dawałam rady już utrzymać Miśka. Pani Dorota stwierdziła, że w takim razie nie muszę, póki co, przychodzić do niej na zajęcia, a jak dr Kwapisz stwierdzi, że koniecznie trzeba dalej vojtować, to znajdziemy jakiś sposób na unieruchomienie Miśka. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.

W niedzielę byliśmy na WOŚP. Główne imprezy odbywały się przy aquaparku, więc przeszliśmy się tam spacerkiem, bo to od nas żabi skok. Miś przy okazji nabrał rumieńców, a my nieźle zmarzliśmy. Porobiłam trochę zdjęć, ale na razie siedzą jeszcze w karcie w aparacie, bo z powodu usterki kompa nie można ich zgrać. Ale jak zgramy, to wrzucę do galerii.

Wiecie, teraz mamy tydzień dobroci dla Zosi :) W końcu znalazło się kilka chwil czasu, żeby spożytkować spłatę stypendium naukowego i wydać je na rozkosze zakupowe ;) Małżonek mój stwierdził, że sobie w zupełności zasłużyłam na to, by kasę ową przepuścić, więc cóż było robić… Na zakupy!!! :) Wczorajsza wizyta w Galerii Dominikańskiej to jeszcze nie koniec. W niedzielę ruszam jeszcze po jeansy, a dziś wieczorem do fryzjera. A co!

Z grubsza to by było na tyle. Do następnego :)

Skoki rozwojowe

Mikołaj ostatnio przechodzi samego siebie. Robi tak duże postępy, że aż strach pomyśleć, co będzie dalej ;) Chyba najgorsze mamy już za sobą. Do nowych umiejętności doszło jeszcze samodzielne siadanie z pozycji na boku. Co prawda jeszcze musi poćwiczyć, ale idzie mu coraz lepiej. Sam doszedł do tego, że potrafi siadać. No bo my, ciągle gonieni przez rehabilitantów za to, że dziecka się nie sadza, tylko czeka aż samo usiądzie, staraliśmy się, by zrobił to właśnie samodzielnie.

U dr Kwapisz było tym razem bardzie pozytywnie niż negatywnie. Oczywiście asymetria jest nadal widoczna, ale w tej chwili nie jest to już największy problem, z którym należy walczyć. Obecnie skupiamy się w terapii na budowaniu odruchów obronnych. Związane jest to właśnie z siadaniem – Miś obroni się rączkami przed upadkiem w bok, ale jak spada do tyłu to się bronić nie potrafi. A to grozi rozbiciem głowy. Poza tym dalej ciągniemy Vojtę i Bobathy. I od stycznia ponownie uderzamy na terapię czaszkowo-krzyżową. Choć ja ciągle kiepsko to widzę. Misiek nie jest zbyt szczęśliwy jak ma leżeć na plecach na siłę 45 minut. Spina się wtedy bardzo, co trochę zaprzecza terapii, która ma rozluźniać. No ale zobaczymy. Jak się nie da, to trudno. Osobiście nie jestem przekonana do tej metody, ale wiadomo przecież, że człowiek dla dobra dzieciaka próbuje wszystkiego, o teoretycznie może pomóc.

Kolejną rzeczą, którą ćwiczy ostatnio nasze dziecko jest „pa-pa” :) Po dłuuuugich ćwiczeniach wreszcie w ubiegły czwartek udało mu się! :) Oczywiście, to nie do mnie machał, tylko do Mariusza. Widocznie stwierdził, że skoro mama cały czas mu macha ręką, to umie, a tata może nie umie, więc go trzeba nauczyć. Od czasu do czasu więc macha, ale zazwyczaj jak mu się przypomni, że potrafi, albo jak mu się zachce. Większą radochę, póki co, sprawia mu klaskanie, które wykonuje na lewo i prawo. No i trzeba przyznać, że dzięki temu coraz lepiej mu idzie. :) Zuch chłopak!

Następną nowością jest zabawa z klockami i żyrafą. Jakiś czas temu zaczęłam z Misiem ćwiczyć wrzucanie klocków do środka takiej plastikowej żyrafy z fisher price. Nie jest to proste, bo trzeba rączkę dość wysoko podnieść, przy okazji nie wypuszczając z niej klocka, a potem jeszcze (jak się te dwie poprzednie czynności udają) trafić klockiem w dziurę niewiele tylko większą od klocka. No i w niedzielę (16.11) dziecku się to wszystko samodzielnie udało! Byłam z niego bardzo dumna! Zresztą, cały czas jestem :)

Apogeum nadeszło w niedzielę wieczorem, gdy Miś podczas kąpieli podciągnął się za uchwyty od wanny i stanął na klęczkach. A my, durni, nie wiedzieliśmy co zrobić – łapać, kłaść na brzuchu czy patrzeć co się będzie działo. Pozwoliliśmy mu jeszcze chwilę postać (a raczej poklęczeć) ku jego wielkiej radości, po czym sam doszedł do wniosku, że czas wracać na brzuch. Niemożliwe jest to dziecko ostatnimi czasy!

Do tego wszystkiego oczywiście cały czas ćwiczy stawanie na czworakach i kołysanie się na nich w przód i w tył. Idzie mu to coraz lepiej. Pewnie jeszcze z dwa tygodnie i ruszy raczkowanie :)

A dzisiaj ruszamy do dermatologa, bo coś się Miśkowi wysypka na tyłku utrzymuje od dłuższego czasu. Kremy zapisywane przez pediatrę niewiele dają. Może dermatolog coś poradzi?

W niedzielę mieliśmy świetne przedpołudnie. Chcieliśmy pójść na basen, ale po wejściu do aquaparku okazało się, że kolejka jest gigantyczna, więc zrezygnowaliśmy. W zamian za to (pomysł mojego kochanego małżonka) pojechaliśmy na Stare Miasto na spacerek. Szwędaliśmy się przez dwie godziny, mimo że czasem siąpił deszcz. Misiek się zdrzemnął, a ja zrobiłam kilka zdjęć. I odkryłam świetną klatkę schodową w starej kamienicy. Niestety, bez statywu było ciężko zrobić ostre zdjęcie :(
Już dawno nie mieliśmy takie szwędackiej niedzieli.

Zdjęcie poniżej i zdjęcie na górze strony to dowody naszej łazęgi :)

Cóż poza tym? Planujemy Misiowy roczek. Podzielimy go między Głuchowo i Gniezno. Będą dwa torty :) Już jeden prezent kupiliśmy – klocki duże. Nawet wczoraj je wypróbowaliśmy z Mariuszem jak Michu spał :)

Tyle nowości. I tak dużo :) Jak tak dalej pójdzie, to będę codziennie musiała robić wpis, żeby wszystkie osiągnięcia Miśka upamiętniać :)

Kolejny miesiąc za nami…

Michu kilka dni temu skończył jedenaście miesięcy. Jeszcze miesiąc i będziemy imprezować na roczku ;) Ten miesiąc przyniósł kilka zmian rozwojowych. Pewnie nie są jakieś spektakularne, ale są :) I to jest najważniejsze! Chociaż nie, w sumie jedna zmiana zwaliła mnie z nóg. Nasze dziecko nauczyło się klaskać! Nie wiem, czy to wcześnie, późno, czy w sam raz. Ważne, że załapał po kilku (?) tygodniach ciągłego mojego klaskania, że on też potrafi. Przy czym dziecię nasze nie robi „kosi-kosi” tylko „brawo-brawo”. Może kiedyś na „kosi-kosi” też zareaguje. Teraz ćwiczymy nową umiejętność, coby pacholę nie zapomniało. Najchętniej klaszcze przy jedzeniu. Może dlatego, że wtedy ma zazwyczaj obie ręce wolne. Bo jak pełza, to zazwyczaj ma czymś zajęte. Pełzaniem na przykład. Albo jakąś zabawką. Tudzież wygrzebywaniem jakiegoś paprocha nie nadającego się do konsumpcji ale i tak do konsumpcji przeznaczonego. A jak siedzi w krzesełku to sam z siebie zaczyna klaskać. Nawet nie trzeba go jakoś szczególnie zachęcać. Może klaszcze z radości, że w końcu jakieś żarło dostanie, bo żywienie się paprochami to raczej sycące nie jest. ;)

Poza tym coraz wyżej się wspina. Przy swoim chicco-szycie spędza coraz więcej czasu na klęczkach (jak będzie niegrzeczny będziemy mu tam pod dywan groch sypać) i łomocze w to ku ogólnej radości – swojej i naszej (bo liczymy, że to wkrótce udoskonali i zacznie wstawać). Zabawka sama w sobie genialna. Zastanawiam się tylko ile jeszcze wytrzyma, bo w tej chwili owe plastiki znoszą prawie 11-kilogramowy ciężar naszego pieszczocha. Któregoś dnia pewnie będziemy zbierać połamane plastiki i wybite uzębienie (sztuk osiem) naszego dziecięcia. Ale może do tego czasu Miś nauczy się ciężar ciała przenosić na nogi zamiast na zabawkę.

Do tego wszystkiego dodać jeszcze należy, że przedwczoraj po raz pierwszy nasze dziecko przeszło na chwilę na czworaki. Oczywiście tradycyjnie zrobił to w wannie, bo mu łatwiej. Ale wczoraj zrobił powtórkę na sucho u terapeutki, więc jest szansa, że to kwestia kilku dni czy tygodnia aż zacznie się doskonalić. Poza tym sięga coraz wyżej. Ściąga co się tylko da, ciągle wyłącza Mariuszowi komputer i zgłaśnia radio. I zaczyna roszczeniowo podchodzić do wielu spraw. A jak mu się nie uda postawić na swoim to zaczyna śmiesznie skrzeczeć. Taki się mądrala zrobił!

Jutro mamy wizytę u dr Kwapisz. Pewnie znowu się dowiemy, że jest beznadziejnie, że krzywy, że nic, tylko sobie w łeb strzelić. Ta kobieta jest naprawdę świetnym specjalistą, tego nie da się zakwestionować. Ale jeśli chodzi o podejście do pacjenta, to motywacja po tytułem: „Nastraszyć rodziców porządnie, żeby terapia przyniosła efekt” jest dla mnie słabym pomysłem. Wychodzę z założenia, że jeśli rodzicowi zależy na zdrowiu dziecka, to będzie chodził z nim na terapię i będzie ćwiczył z dzieckiem w domu. A miło byłoby usłyszeć od czasu do czasu, że jest poprawa, nawet jeśli niewielka, bez żadnego „ale…”. I to nie tylko ja zauważam. Gdy się rozmawia z innymi rodzicami na korytarzu, czy z terapeutami, to słychać, że nie jestem jedyna, którą taka motywacja demotywuje. Terapeuci po wizytach u dr Kwapisz muszą uspokajać rodziców, że nie jest tak źle, że dziecko będzie chodzić, że doktor przesadza czasami, że taki ma styl… No ale co zrobić. I tak będziemy do niej chodzić, bo jakkolwiek by nie wyglądał system motywacyjny, to jednak bada bardzo rzetelnie i jak się siedzi w gabinecie 45 minut to jest to czas wykorzystany, a nie czcze pogaduchy.

Czasem się tylko zastanawiamy z Mariuszem, ile tak naprawdę dają te wszystkie terapie, a ile nasza praca z Mikołajem w domu. Bo są dni, że Miś od rana do wieczora tylko jeździ do Promyka Słońca na rehabilitacje. Jak jest w domu, to śpi. O czasie na zabawę nie ma wtedy mowy. Wówczas te skoki rozwojowe jakoś wolno idą. Po czym gdy tylko są jakieś luźniejsze dni, że więcej posiedzimy w domu, że pobawimy się razem w pokoju, poczytamy, pokulamy, poukładam go w czasie zabawy do pozycji na klęczkach czy na siedząco, to potem nagle się okazuje, że dziecko potrafi. Tylko trzeba mu dać czas i możliwość.

Mamy jeszcze jedną nowość. Łóżeczko. Bo poprzednie zjadły… korniki. Masakra. Pewnie jeszcze długo by jadły niezauważone. Ale postanowiliśmy przedwczoraj obniżyć Miśkowi poziom. No i się wydało. Śrut się sypał, robaczki mikroskopijnej wielkości łaziły… Brrrr… Do teraz jak sobie o tym przypomnę to mnie odrzuca. Cały pokój trzeba było gruntownie wysprzątać, włącznie z praniem firan, bo po wysypaniu się pyłu czuć go było wszędzie przez kilka godzin. Masakra, mówię Wam. Jedną nockę Miś przespał w łóżeczku turystycznym, a wczoraj przed południem podjechałam po nowe. Mam tylko nadzieję, że jakiś szczep korników nie przetrwał i nie zeżre nam kolejnego. To by już była przesada!

Tyle. póki co. Zdjęć nowych ciągle nie ma. Wybaczcie.

Jeszcze jedno. W RMF FM właśnie leci nowy Feel-hit. Powiedzcie mi, jak można śpiewać w refrenie coś w stylu „a-huuuuu”?! Czy Wam to się nie kojarzy? Zwłaszcza, gdy to „a-huu…” śpiewa Kupicha, co równa się temu, że jest zaśpiewane przez gardło, co dalej równa się temu, że nie idzie tego do końca zrozumieć, więc daje to mniej więcej skojarzenie: „A-ch…j”. Ale co tam. Nastolatkom się spodoba i tak. I będzie kolejny Złoty Dziób radia Wawa. Tak, taki tekst jest wart Złotego Dzioba… Tylko Złoty Dziób może zaśpiewać coś takiego. I nie zostanie zabity śmiechem. Niestety…

10 miesięcy!

Mikołaj kilka dni temu skończył dziesięć miesięcy. Tradycyjnie powiem: stary byk z niego ;) Czas leci jak szalony, Misiek się zmienia równie szybko. Co potrafi? Sporo już. Między innymi: pełzać z prędkością światła i czasem nawet ultradźwiękowo (można go przez to rozdeptać przypadkiem, bo nie słychać, jak się zbliża), powtarzać „ma-ma”, „ta-ta”, „ba-ba”, „da-da”. Rozumie co znaczy słowo „daj” poparte gestem. Słowo „weź” też rozumie. I bardzo się cieszy, gdy mu się potem bije brawo :) Potrafi się wspinać na poduszki (wtedy się na kolanach podpiera). I nauczył się, diablo mały, że jak mama wychodzi na balkon drzwiami w dużym pokoju, to można ją podglądać przez drzwi balkonowe w małym pokoju :) Stuka we wszystko, co się da, rączkami. Zaczepia, żeby się z nim bawić, tudzież do niego zagadać. Wie, że przedmioty nie znikają, ale że ktoś je gdzieś schował – potrafi ich szukać (często z wielkim zacięciem). Potrafi chwytać i bawić się maleńkimi przedmiotami (wszystkie „koty” z zakurzonej podłogi potrafi powyciągać ;)). Ma osiem zębów i dziewiąty jest w drodze. Waży około 10 kg i jest bardzo długi (wysoki znaczy się). I włoski trochę mu podrosły. I gęstnieją.

Jest też jednak kilka rzeczy, których Miś jeszcze nie robi, choć powinien. Nie potrafi jeszcze siedzieć samodzielnie i stabilnie. Nie raczkuje jeszcze, o wstawaniu i chodzeniu nie wspominając. Rozwój ruchowy jest opóźniony, trzeba postawić sprawę jasno. Chodzimy na rehabilitacje – metodą Vojty, metodą Bobath, czaszkowo-krzyżową. Ale rezultaty są ostatnio znikome, a co do asymetrii to wręcz się pogorszyło. Czasem to aż żal tego malca, bo miewa dni, że od rana jeździ po lekarzach i rehabilitantach. Bez szansy na normalną zabawę. No ale jakoś trzeba to wszystko pogodzić.
Dobrze chociaż, że logopedycznie wszystko ok. Czeka nas jeszcze wizyta u psychologa, ale nie wiemy kiedy, bo na razie to jesteśmy wpisani na listę oczekujących. Dostaliśmy skierowanie od dr Kwapisz, bo podobno przy okazji pierwszego roku życia (a Michu się do roczku zbliża) dzieci ośrodkowe (z ośrodka dziennego w Promyku Słońca) mają się raz przejść profilaktycznie do takiego specjalisty. Ale to dobrze. Może psycholog jakoś przebada, czy intelektualnie wszystko ok. Nam się wydaje, że ok, ale my możemy nie być obiektywni.

W każdym bądź razie, jakby nie było, to ogromną radość przynosi nam Mikołaj każdego dnia. Śmieje się po prostu przecudownie, jest bardzo żywy. Zmienił nasze życie. Rzec by można, że wręcz wywrócił je do góry nogami, ale nie wyobrażam sobie teraz, że mogłoby go nie być. Kochany jest :)

Kudowa i Bolków

Ostatnie dwa weekendy mieliśmy wyjazdowe. Tydzień temu byliśmy w Kudowie. Upał był nie z tej ziemi, więc zaraz po lodach w mojej ulubionej Sissi, poszliśmy na podbój parku zdrojowego (w celu znalezienia godnego miejsca do odpoczynku). No i tak sobie chodzimy i chodzimy, aż dotarliśmy do stawu na końcu parku. Wokół spacerują ludzie, trawka nad stawem świeżo skoszona, zacieniona… Tylko jakoś nikt na tej trawie nie leży. No więc my, jak to my, przeszliśmy się obok owej trawy dwa razy i postanowiliśmy przełamać bariery i na niej zlec. Rozłożyliśmy kocyk, położyliśmy na nim Miśka (przeszczęśliwego, bo pierwszy raz w życiu miał tak bliski kontakt z trawą) i rozpoczęliśmy leniuchowanie :) Zabawa była przednia. Udało nam się nawet trochę pograć w badmintona (następnego dnia tylko Mariusza ręka bolała od machania). Ale najlepsze było to, że jak ludzie koło nas przechodzili, to najpierw bacznie nas obserwowali (no bo widać tam nie ma zwyczaju wylegiwania się na tej przyciętej trawie), po czym patrzymy za jakiś czas na trawę obok, a tu kolejni się przysiadają :) Nie ma to jak łamać bariery :)

Z Kudowy pojechaliśmy jeszcze na zakupy do Nachodu (oczywiście lentilkowo-piwne), a potem do zamku na Szczytniku. Sam zamek nie jest dostępny dla zwiedzających (bo mieści się tam dom pomocy społecznej), ale warto tam podjechać z dwóch powodów – bardzo przyjemnej kaplicy zamkowej (można ją obejrzeć) oraz platformy widokowej.

No a wczoraj umówiliśmy się z Moniką i Bartkiem, i ruszyliśmy do Bolkowa. W końcu udało nam się zwiedzić ten zamek, bo już kilka razy koło niego przejeżdżaliśmy i jakoś nie było okazji wstąpić. A jest bardzo ładny. I bardzo malownicze widoczki można z niego obejrzeć.

Namierzyliśmy też miejsce naszego przyszłorocznego urlopu – Paprotki. Obecnie trzy tygodnie spędzają tam Monika i Bartek, i są bardzo zadowoleni. Bo tam jest ślicznie. No i jest to świetna baza wypadowa na całe południe Dolnego Śląska. Wypas :)

Byliśmy na wizycie u dr Kwapisz w Promyku Słońca. Krzywizna Misia zmniejsza się, ale jeszcze trzeba ćwiczyć. Doktor zaleciła nam dodatkowo nową terapię – czaszkowo-krzyżową. Też będziemy chodzić na nią do Promyka, raz w tygodniu. Ćwiczenia robi tylko terapeuta, w domu nie trzeba. Niestety wizyty nie są refundowane. Ale jak trzeba, to trzeba.

Poza tym, jeśli chodzi o Miśka, to zasypianie samodzielne weszło nam już w nawyk. On czasem jeszcze protestuje (bezskutecznie zresztą). Ale my się już chyba trochę uodporniliśmy na te jego „jęki z Białołęki”. Zresztą, jak się czasem do niego wchodzi, to widać, że te płacze, to wymuszanie czyjegoś towarzystwa. Bo jak się nachylamy nad łóżeczkiem, to się zaczyna śmiać. A jak tylko odchodzimy, to wyje. Cały Misiek.
Ponadto coraz wyżej wspiera się na dłoniach. Może w końcu uda mu się unieść tyłek i raczkować…
Z gaworzeniem też coraz lepiej. Nasze dziecko popisuje się ostatnio nienaganną dykcją w wymawianiu „a-ba-ba-ba-ba”. Szkoda tylko, że robi to najczęściej w środku nocy. A my, durni rodzice, nie potrafimy wtedy jakoś docenić tych starań ;)

W ubiegłym tygodniu byłam na trzy dni w Głuchowie. Oczywiście razem z Mikołajem. To były bardzo intensywne dni. Ale udało mi się prawie wszystko pozałatwiać – oczywiście do ślubu. Kupiłam suknię. Ale jaką, to nie powiem – kto będzie, to zobaczy. A kto nie będzie, to najwyżej później na zdjęciach obejrzy :) Trochę trzeba ją poprzerabiać, ale pani w sklepie powiedziała, że spokojnie zdążą przed 23 sierpnia. W czwartek jadę do pierwszej przymiarki. A dzisiaj buty jeszcze dokupiłam. Tak więc jakoś powolutku się wszystko posuwa do przodu. Mam już też umówioną kosmetyczkę i fryzjerkę oraz zamówiony bukiet. Jeszcze tylko muszę się umówić tutaj u fryzjera, żeby mi włosy pofarbował i podciął.

Tyle na dziś. W piątek jedziemy do Pragi na trzy dni. Już nie mogę się doczekać. Kolejny wpis pewnie będzie po powrocie. :)

A-ha! Utworzyliśmy w galerii nowy album – Landszafty ładne i ładniejsze. To po to, żeby się pochwalić nowym obiektywem szerokokątnym. Żartuję :) Nie, to dlatego, że ostatnio coraz więcej ładnych widoczków przywozimy do domu i postanowiliśmy stworzyć dla nich nową kategorię. Więc zaglądajcie tam czasem, proszę :)