Każdy kontakt ze służbą zdrowia kończy się u mnie nie lada wkurwieniem. Tak, brzydko piszę, ale to mój blog i pisać mi wolno nawet nieparlamentarnie. Jak komuś przeszkadza, niech nie czyta. A dzieci przepraszam. Zresztą wątpliwe, by dziecię jakieś czytało moje wypociny…

Wracając do wkurwienia… Od urodzenia Micha kontakt z lekarzami jest na porządku dziennym. Nie ma miesiąca, który byłby wolny od chociaż jednej wizyty (nie licząc tych rehabilitacyjnych w Promyku Słońca, do którego chodzimy trzy razy w tygodniu). Zawsze coś – neurolog, kardiolog, okulista, pediatra, lekarz rehabilitacji, ortopeda, strutypierduty… i tak w kółko. Obecnie poszukujemy endokrynologa. Mamy skierowanie od lekarza POZ, więc cóż, może się uda na nfz? Po dwóch tygodniach dodzwaniania się do szpitala na Wrońskiego (a to zajęte, a to nikt nie odbiera, a to nie wiem co…) wreszcie ktoś podnosi słuchawkę i co słyszę? – termin na 3 listopada… Co mam zrobić? Rejestruję Miśka, ale jednocześnie szukam dalej, może coś prywatnie? Znalazłam dobre opinie o jednym doktorze – niestety nie przyjmuje prywatnie (aż dziwne), a przez przychodnię kolejki takie jak na Wrońskiego. Pytam pediatry czy może kogoś prywatnie polecić. Dr Barg z Onkomedu. Dzwonię. Termin – 10 września. Rejestruję Miśka. Zawsze to dwa miechy wcześniej. Ale szukam dalej. Google – dr Barg przyjmuje jeszcze w Medicoverze. Dzwonię. Po milionie informacji od automatu typu: jak chcesz porozmawiać z satanistą naciśnij 666, w końcu udaje mi się połączyć z rejestracją. Termin – 28 lipca. No, to już całkiem nieźle. Póki co, sprawa nie wydaje się super paląca, więc dwa miesiące możemy poczekać. Rejestruję Miśka. To już trzecie miejsce. Zastanawiam się, czy odwołać w Onkomedzie, ale myślę sobie, że nie, że zostawię, odwołam po wizycie w Medicoverze. No i miałam rację. Po dwóch godzinach telefon. Medicover bardzo przeprasza, ale dr Barg nie przyjmuje pacjentów prywatnych, jedynie tych, którzy mają wykupiony abonament ubezpieczenia zdrowotnego. Ręce opadają. Podobnie zresztą było z ortopedą – najlbliższy termin, gdy pytałam o to w marcu – sierpień, więc jak Michu zacznie dobrze chodzić to i tak będzie trzeba iść prywatnie. To jakieś kpiny. Pomijam fakt, że 4 maja, pierwszego dnia rejestracji na terminy czerwcowe w Promyku Słońca, stałam od wpół do szóstej rano w kolejce, żeby się załapać na wizytę w czerwcu u dr Kwapisz. Stałam tylko trzy godziny w sumie, bo o wpół dziewiątej dotarłam do rejestracji (czynna od 7). Ale jak wychodziłam to kolejka ciągnęła się w dół po schodach jeszcze. A ci, co w ogóle byli na samym początku tej długiej kolejki stali tam już od wieczora dnia poprzedniego. Zresztą, co tu gadać, ja stałam od wpół szóstej, w związku z czym udało mi się tylko zapisać do dr Kwapisz i raz w tygodniu na Bobathy. Mimo że jesteśmy tzw. ośrodkowi, i mamy zlecone Bobathy dwa razy w tygodniu. Nasza terapeutka wyjeżdża na cały czerwiec na kurs, w związku z czym musieliśmy się na ten miesiąc zapisać do kogoś innego. No ale na ile się to udało, sami widzicie.

I powiedzcie – jak tu nie przeklinać? Jak się nie wkurzać? Ręce opadają po prostu.

Obliczyłam składkę w Medicoverze, można to zrobić na stronie. Niestety, nie można zapisać samego dzieciaka, musi być też rodzic jeden. W każdym razie przy ubezpieczeniu zupełnie podstawowym dla dorosłego (internista bez ograniczeń, ginekolog b.o., podstawowe badania krwi i coś tam jeszcze) oraz full wypas ubezpieczenie dla Miśka (z wszelkimi konsultacjami specjalistycznymi i badaniami typu rezonanse i tak dalej) wychodzi jakieś 310-330 zł miesięcznie. Wydaje się trochę drogo. Chociaż, jak pomyślę, że i tak miesięcznie wydajemy sporą kasę na leczenie poza nfz, plus wydzwanianie po przychodniach i googlanie do kogo pójść, to zaczynam rozumieć ten cennik. Może można znaleźć coś tańszego, sprawdziłam parę ofert, ale Medicover wydaje się najsensowniejszy. Może kiedyś… Generalnie masakra. Najgorsze, że i tak trzeba płacić ubezpieczenie zdrowotne państwowe. Dziady parszywe!

Z innej beczki – Misiek zaczął chodzić prowadzany za ręce (16 maja 2009). Za sprawą mamy Mariusza. Po pierwszych wzruszeniach i radościach okazało się, że mamy zakaz prowadzania, bo Micha nogi nie przygotowane do chodzenia do przodu zupełnie. Lewą tak strasznie koślawi, że jak terapeutka zobaczyła to się za głowę złapała. Zabroniła prowadzać, bo robimy krecią robotę – to, co udało się nam wspólnymi siłami u Miśka przez ostatnie miesiące naprawić jeśli chodzi o stopy, przez prowadzanie spartaczymy z powrotem. Bo przy meblach chodząc i stając to Miś już naprawdę dobrze stawia stopy. No a jak go zaczniemy teraz ciągać w przód, to wrócimy do stanu sprzed rehabilitacji, dodatkowo psując coś tam w miednicy i kręgosłupie. Szkoda. Miśkowi bardzo spodobał się chodzenie za ręce i jak mu się przypomni, to tak z raz dziennie bierze mnie za rękę i pokazuje, że chce iść. Nie zawsze uda się odwrócić uwagę. Czasem, przyznaję, że go prowadzę. Chociaż i tak myślę, że najważniejsze w tym wszystkim jest to, że Michu się przełamał i przestał się bać zrobić krok. Miejmy nadzieję, że reszta przyjdzie z czasem. Zasada jest taka, że Michu ma najpierw stanąć pewnie na obydwu stopach, stanąć samodzielnie, i zacząć robić samodzielnie kroki do przodu. Choć jeden. I wtedy można mu pomóc. Do tego czasu – zakaz prowadzania. Nie jest lekko.

Michu się rozgaduje poza tym. Do „mama”, „tata”, „baba”, „ne” (nie) od wczoraj (19 maja 2009) dołączyć można „koko”. Nie bezmyślnie. Pytany „Jak robi kurka?” odpowiada „koko” :) Wypas po prostu. W ogóle to ciągle obserwuję i nadziwić się nie mogę, jak taka prosta rzecz jak pochwała i bicie brawo motywuje dzieciaka. Widzę po Michu, że gdy pochwalę jakąś jego czynność i w dodatku dorzucę brawa, to zaraz piętnaście razy powtórzy oczekując na ciąg dalszy braw. Czasem to się nawet domaga – zrobi coś i jak nie ma reakcji, to sam sobie bije brawo i pokazuje mi, że też mam bić :) Świetne to jest. Czasem, jak się da, próbuję podwyższyć poprzeczkę – mówię na przykład: Misiu, wiem już, że potrafisz świetnie to zrobić. Teraz brawo będzie gdy zrobisz to tak i tak. No i Misiu próbuje :) Nie zawsze zaczai od razu, o co mi chodzi, ale zdarza się, że zrobi coś więcej. Mądry facet :)

Do tego wszystkiego należy dorzucić buziaki. Raz na kilka dni zdarzy się, że Miś da buziaka, takiego standardowego. Wie o co chodzi, gdy proszę: daj buziaka, ale nie zawsze buziak jest. Widać, że facet nie taki łatwy, nie całuje na prawo i lewo ;) Ale za to, gdy z Misiem gdzieś wychodzimy, albo ktoś wychodzi, to na słowo: buziak, Misiek posyła całusa :) Bestia pocieszna :)

Jutro idziemy do kina. Do Micha przyjdzie Ola, a my do Mongolii na „Anioły i demony”. Ciekawe, czy mocno się rozczaruję…

W galerii jest trochę nowych zdjęć. Są tu i tu. Oczywiście Miśkowe. Zapraszam!