Lutowo

No, całkiem nieźle mi idzie – wpis średnio raz na dwa miesiące… Staczam się na dno… No nic, trza się trochę pozbierać i choćby jakiś „teleekspres” z tych dwóch miesięcy zrobić ;)

Święta nam minęły domowo. W tym roku nie przegięliśmy z ilością żarła, co sobie chwalę, bo i taniej, i szczuplej ;) Kilkanaście zdjęć z Wigilii i świątecznych spacerków obejrzeć możecie sobie w galerii.

Michu, począwszy od imienin, dostał tyle prezentów, że już się pogubiłam. W Wigilię dostał wielki warsztat mechanika samochodowego Cobi, stemple z literami i cyframi, liczydło, Makę Pakę do kąpieli i chyba nie pamiętam więcej :) A nie, pamiętam – zestaw ciastoliny „Lodziarnia”.

W Święta udało nam się wybrać na sanki do parku południowego. Michu nie chciał zejść z górki (jedynej w tym parku!), co zaowocowało potem lekkim katarem z przemarznięcia. Jakieś ofiary muszą być ;) Przy okazji – zakupiliśmy przed Świętami iLive’11 na Maca, w związku z czym przetestowałam opcję trailera. Oto wynik:

Część z Was pewnie to widziała, bo wrzucałam na facebooka :)

Sylwestra również spędziliśmy kameralnie w domu. Michu miał posiedzieć z nami, ale padł o 20.00. Cóż, za rok spróbujemy znowu :) Za to my nie mogliśmy się zdecydować, czy oglądać „porywającego” Sylwestra z tvp1 czy też może „szalonego” Sylwestra na Polsacie… Jedno bardziej żenujące od drugiego…

Między świętami i Sylwestrem Mariusz miał urlop, ja przerwę świąteczną, co zamierzaliśmy przeznaczyć na szwędactwo po mieście (bo Michu miał być w przedszkolu). Niestety, plan wypalił tylko pierwszego dnia, bo od poświątecznego wtorku Michu siedział z nami w domu zakatarzony. Ale przynajmniej dzień wcześniej udało nam się dotrzeć do kina na zaległego Harrego Pottera.

W styczniu wylądowałam na cztery dni w szpitalu na Grabiszyńskiej, w klinice chorób płucnych. Bo mi na jesieni wykryto zmiany w płucach i powiększone węzły chłonne śródpiersia. Podejrzenie sarkoidozy. Diagnoza niczym z dra House’a. W grudniu zrobiłam tomografię płuc, a w szpitalu poszerzyli mi diagnostykę o bronchoskopię (fuuuj!), usg, różne badania krwi oraz dyfuzję dwutlenku węgla w płucach, czy jakoś tak. Ze śluzówki w oskrzelach (czy gdzieś w okolicy) pobrano wycinek i wysłano mnie do domu. Ale ostatecznej diagnozy i wyników nie mam, bo jeszcze nie dotarłam po wypis. Ale kiedyś dotrę :) W każdym razie, lekarz powiedział mi, że na 95% jest to sarkoidoza. Na razie do obserwacji, żadnych leków brać nie muszę. Mam pozostać pod opieką poradni sarkoidozy, żeby w razie pogorszenia się sytuacji, od razu zareagować. Na usg wyszło też, że mam guzek na tarczycy. Prawdopodobnie sarkoidalny, ale to ma rozpoznać endokrynolog. Mam też powiększony węzeł chłonny przy lewej piersi – albo od guzka, który mam do wycięcia w lewej piersi, albo ma to związek z węzłami śródpiersia (też powiększonymi), ale tego na razie nikt nie wie. Ogólnie to coś mi jest, ale nie do końca wiadomo co. Pracować w każdym bądź razie mogę, więc za dużo o tym nie myślę, bo nic to raczej nie da. Jedyne tylko, co przyszło mi od razu do głowy po tym, jak się dowiedziałam, że mam coś w płucach, to to, że rodzaj śmierci, której najbardziej się boję, ma związek właśnie z płucami i oddychaniem – przez utopienie albo uduszenie. Ogólnie – że zabraknie mi powietrza. No i co? I w związku z tą schizą muszą mi się rozlatywać płuca. Bo jakżeby inaczej? No, to sobie ponarzekałam, można iść dalej.

Obecnie mamy w domu mały szpital. Ubiegły cały tydzień leżałam w łóżku z gorączką, kaszlem i całym innym dobrodziejstwem grypy. Kaszel i lekki katar jeszcze pozostały, reszta doszła do siebie. Natomiast od ubiegłej środy do wczoraj wieczorem Michu był rozwalony totalnie – 7 bitych dni gorączkował, i to nie byle jak – do 39,1. Masakra. Co mu zbiliśmy temperaturę, to nachodziła po kilku godzinach na nowo. Miał też zapalenie spojówek, masakryczny katar i kaszel. Zjadł całą butlę antybiotyku i średni dało to efekt. Ale dziś chyba jakiś przełom nastąpił – mam taką nadzieję – bo od rana tylko 37,4 i póki co wyżej nie poszło. Bo jakby poszło, to mieliśmy nakaz jechać do kliniki na Bujwida, żeby coś wymyślili. Ale mam nadzieję, że uda się bez tego i że teraz będzie już tylko lepiej.

Jeszcze dwa dni i ferie! Pierwszy tydzień zapowiada się pracowicie – zapisałam się na praktyki do przedszkola na Kozanowie – codziennie po 8h. Ale za to drugi tydzień to będzie sielanka! Razem z Mikołajem, moją siostrą i Antosią jadę na tydzień do Pobierowa. Już nie możemy się doczekać. Michu przeżywa, że będzie siedział z Antosią w samochodzie i że będzie z nią spał :) Przyda mu się towarzystwo starszej kuzynki :) Zwłaszcza, że bardzo się lubią.

Micha wizyty u logopedy przynoszą dobre efekty, choć ostatni tydzień (przerwa chorobowa) przyniosła mały regresik w wymowie. Ale tłumaczę to też tym, że Michu ma totalnie zawalony nos i zwyczajnie trudniej mu się mówi. Co też nasze dziecię, jako leń wrodzony, od razu wykorzystuje i poddaje się temu dyskomfortowi pogarszając zrozumiałość swej wymowy. Co dziwne w tej całej chorobie, rozpiera Micha energia (poza momentami wysokiej gorączki). Gada tyle i tak głośno, że momentami można zwariować. Marzymy już o tym, by poszedł do przedszkola ;) Tak, tak, to piszę ja, wyrodna matka :)

Z okazji trzecich urodzin Micha zrobiłam kilkuminutowy album ze zdjęciami w iMovie. Muza Leibacha :)

Jutro jadę na przegląd naszą kijanką. Matko, po trzech latach ma pyknięte 75 000. Duuużo. Ale dobrze się trzyma. Kochane autko :)

W tym roku czeka mnie praca dyplomowa z logopedii. Temat mam taki: „Diagnoza operacyjna i nominalna dziecka z opóźnionym rozwojem mowy”. Będę nagrywać zajęcia z dzieckiem z pl.Macieja. Po feriach chcę się skontaktować z logopedką, u której będę to realizować. Liczę, że uda mi się zmobilizować i napisać pracę do czerwca, by się przed wakacjami jeszcze obronić. Trzymajcie kciuki, żeby się udało. Jak nie – następny termin to wrzesień.

Tyle na dziś. Dzięki za przeczytanie :)

Krótko, bo już późno

Słów kilka na koniec dnia.

Po pierwsze – wielka i radosna wiadomość: Olgucha-Klucha urodziła dziś o 7.55 rano zdrowego ślicznego synka – Macieja Antoniego :) Poza tym, że dumni jesteśmy niesłychanie, że tak sobie wspaniale poradzili i że gratulujemy z całego serca, to nic więcej napisać się nie da, bo za bardzo się wzruszam od razu :)

Po drugie – obejrzeliśmy właśnie ostatni odcinek 6 sezonu dra House’a. Zaje*** po prostu. Zdradzać nikomu nie będę, jak się kończy, ale powiem tylko, że na takie zakończenie czekałam, kurde, kilka sezonów i wreszcie ktoś się nade mną zlitował. No, to teraz mogę ze spokojnym sumieniem czekać na sezon 7. Bo już się trochę obawiałam, że pomysły się na House’a skończyły scenarzystom. Mam nadzieję, że zaciekawią na nowo jesienią :)

Po trzecie – idę jutro z Romą na koncert Turnaua i Sikorowskiego do Impartu. Znaczy się, wyjście kulturalne mamy :)

Po czwarte – dziękuję wszystkim za życzenia z okazji Imienin :)

Po piąte – byliśmy dziś na testach alergicznych z Michem i wyszło, że alergikiem nie jest. Hura!

Po szóste – egzaminy z ubiegłego weekendu mam już za sobą. Z metody psychostymulacyjnej chyba zdałam na 5, a z lingwistyki to, ogólnie rzecz biorąc, mam nadzieję, że zdałam :)

Po siódme i ostatnie – idę spać.

P.S. Nowe zdjęcia w galerii: krótki spacer po parku zamkowym w Mosznej oraz kilka ujęć z pobytu w Głuchowie.

Wieczorne notatki

Po pierwsze: dr House i Simpsonowie. Piękne :) Obejrzyjcie sami :) Filmik ze strony house-md.pl

Po drugie: przeczytałam tydzień temu pierwszy tom trylogii „Millenium” Stiega Larssona i jestem zachwycona. Zajefajna książka. Obecnie czytam tom drugi – na razie trzyma poziom. O wiele, wiele lepsza niż książki Dana Browna. Zresztą, nie ma porównania.

Po trzecie: rozmowy z Mikołajem (M – Mikołaj, Z – ja)
M:(…) nie, ja!
Z: Tak, ty
M: Nie ty, ja!!
Z: Tak, ty
M: Nie ty, jaaa!!!(…)

I tak w kółko może być. Mam nadzieję, że kiedyś zaczai :)

Po czwarte: poszukiwania pracy trwają. Jak będziecie mieli coś na oku, to dajcie znać :) A swoją drogą, przekopując się przez oferty pracy można znaleźć prawdziwe perełki…

Po piąte: „Władcy marionetek” Sekielskiego. Niby nic nowego, nic odkrywczego, a i tak gul w gardle skacze i się smutno robi, że taki syf mamy w kraju…

Po szóste: idę spać, bo już pora ku temu.

Jesiennie.. A może nawet trochę zimowo :)

Czas ucieka, jesień niecały miesiąc się rządzi, a tu już deszcz ze śniegiem i śnieg zapowiadają. A wew Stolycy to ten śnieg już wręcz spadł rano (Stolyca zawsze przodować musi!). Ja tam jednak wolę jesień, zwłaszcza słoneczną. Przeciwko zimie nic niby nie mam… pod warunkiem, że trwa tylko przez kawałek grudnia (ten ze świętami) i styczeń, i że jest biała i śnieżna, a nie rozchlapana. No i nie zaczyna się w październiku.

Przy okazji jesieni w ubiegłym tygodniu udało mi się porobić trochę jesienno-złoto-parkowych zdjęć Michowi. Część jest z parku południowego, a część z Podwala.

Bo w niedzielę podjechaliśmy właśnie na Podwale. Zrobili tam bardzo ładny deptak; w sam raz na spacer. Co prawda efekt psuje owa wysławiana przez Urząd Wojewódzki kładka za grube pieniądze (szkoda, że jej nie dostosowali stylistycznie, tylko takie pleksi zrobili… kładka obok, taka starodawna, bardziej pasuje do klimatu miejsca), no ale cóż zrobić.

Za to zupełnie dobre wrażenie robi coś, co okazało się placem zabaw, mimo że wcale na niego nie wygląda przy pierwszym zetknięciu: przy deptaku, otoczone płotkiem stoją nowoczesne, metalowe, kolorowe sprzęty, które dopiero jak się podejdzie, obejrzy z bliska i wypróbuje, okazują się elementami iście futurystycznego placu zabaw. Bardzo nam przypadły do gustu. Chociaż Michowi to się chyba najbardziej podobała furtka z klamką do tego placyku. Podchodził, pukał we framugę, otwierał, przechodził na druga stronę, zamykał, pukał, znowu otwierał i przechodził z powrotem. I tak przez pół godziny :) Tu macie filmik:

Trochę mieliśmy pogodę kiepską na tym spacerku (mżyło, więc czasem zdjęcia niewyraźne wyszły), ale ogólnie zadowoleni jesteśmy z tego porannego niedzielnego szwędactwa.

W sobotę natomiast byliśmy w Głuchowie, bo moja babcia świętowała jednocześnie swoje imieniny i 80-te urodziny. Michu nabiegał się po całym mieszkaniu z pękiem kluczy (bo babcia ma kolorowe breloczki przy kluczach), najadł się tortu i mógł wracać do domu :)

W piątek byłam na oddziale jednodniowym w szpitalu wojskowym, bo robili mi biopsję. Jakiś czas temu okazało się, że mam guzki w lewej piersi. Na początku nikt się tym nie przejmował, ale teraz pojawił się drugi i ginekolog poradził je wyciąć, żeby się z tego kiedyś jakieś raczysko nie wywiązało.

Ogólnie bez obaw, nic to strasznego, podobno zwykłe włókniakogruczolaki, no ale stuprocentową pewność będziemy mieli jak zbadają wycinek, czyli za jakieś 1,5 tygodnia. Ogólnie luz :) Jak wygląda sama biopsja to zamierzam napisać więcej w dzieciowisku. Ale raczej jeszcze nie dzisiaj.
Biopsję drugiego guzka (bo robią tylko jeden jednorazowo) zrobią jak zaleczy się porządnie pierś po poprzedniej.

Michu trochę się podziębił. Przez to zrobił się marudny. Ale i tak ostatnio wszystkie terapeutki go chwalą. I w Urwisku na Zabawach Fundamentalnych też był bardzo grzeczny – nawet „świnkę grzeczności” pozwolił sobie przypieczętować na ręce.

W ogóle to Michu ostatnio śmieszne rzeczy wymyśla. Wymyślił sobie na przykład coś takiego: Mariusz siedzi na fotelu, opiera nogi o kanapę i blokuje tym samym przejście przez pokój. Michu podchodzi, naciska placem na nogę Mariusza jak na przycisk w windzie i czeka aż „drzwi z nóg” się otworzą i będzie mógł przejść. Robi tak za każdym razem :) A, i oczekuje jeszcze, by wydawać przy tym odpowiedni syk, bo przecież kto to widział, żeby się drzwi tak bezgłośnie zamykały?

Z Micha zrobił się też prawdziwy krecik, jeśli idzie o odgłosy. „Ojjj”, „ojej” i „o-o” są na porządku dziennym. Jeśli słyszymy któreś z wymienionych wyrażeń, to wiemy, że miała miejsce jakaś akcja. Najczęściej coś Michowi spada. Aczkolwiek „ojjj” woła z takim zadziorem w głosie, zazwyczaj jak coś komuś psoci :)

No i jeszcze zapamiętał z bajki „Kucharz duży, kucharz mały”, że nie wolno dotykać kuchenki elektrycznej, bo (cytując kucharza dużego) „kuchenka jest gorąca, oh-oh-oh”. I teraz chodzi Michu po kuchni, pokazuje na kuchenkę, grozi palcem (jako że nie wolno dotykać) i woła: „ho-ho-ho”. („Oh” widocznie okazało się za trudne, albo nie wiadomo jakie, na to by Michu zaszczycił świat wypowiadaniem go).

Poza tym ciągle się nie możemy napodziwiać, jak nasze dziecko pięknie zasypia wieczorem i w południe. Cały rytuał wygląda tak:
o 19.30 bajka na CBeebies: „Kucharz duży, kucharz mały”. W trakcie mleko. Po bajce (trwa około 20 minut) kąpiel – Michu daje pilota, żeby wyłączyć tv i leci do łazienki, czasem nawet w ciuchach próbuje władować się do wanny. Kąpiel trwa około 10-15 minut. Na koniec wypuszczamy wodę z wanny i jak już wanna jest pusta to Michu daje się wyciągnąć do wytarcia. Zawiniętego w ręcznik wrzucamy do łóżeczka. W tym czasie Mariusz już zasłania okno, włącza muzyczkę i wszystkie trzy małe lampki. Ja ubieram Micha w piżamkę i śpiworek, i możemy zaczynać czytanie. Czytamy co wieczór, obecnie książki z cyklu „Cała Polska czyta dzieciom”. Michu czasem tylko słucha (ostatnio coraz częściej mu się to zdarza), a czasem bawi się w międzyczasie zabawkami, które koniecznie muszą być w łóżeczku. Po czytaniu mówimy dobranoc, dostaję buziaka, po czym koniecznie trzeba nakręcić budzik-zabawkę, który leży w łóżeczku. Następnie Michu macha ręką „papa” i pokazuje na drzwi, że mamy je zamknąć. No to zamykamy. Wychodzimy z pokoju, jeszcze trochę słychać przez drzwi jak Michu się bawi i coś tam gada do siebie, po czym zalega cisza i dziecię zasypia. Po jakiejś godzinie wchodzę do pokoju, gaszę wszystkie lampki, ściszam radio, a dziecię śpi do rana. Ideał po prostu :) Trochę nas kosztowało czasu i cierpliwości osiągnięcie takiego modelu, ale warto było :)
W południe wszystko to wygląda w formie skróconej – bez kąpania i czytania książki.

Michu ostatnio zrobił się wymuszacz – kilka razy zdarzyło się, że się uderzył gdzieś lekko i my niepotrzebnie zareagowaliśmy całowaniem tego miejsca, no i teraz mamy. Michu ledwo się czymś dotknie, to już wyje, że „bamba” (boli) i koniecznie trzeba pocałować. Zaczęliśmy z tym walczyć, co by nam się dziecię zbyt płaczliwe nie zrobiło. Mam nadzieję, że szybko utniemy sprawę :)

Kupiłam dziś Michowi czapkę w KappAhl. Nawet tanią, o dziwo, jak na ten sklep – za 25 zł. Całkiem przyjemna, polar pod spodem, na wierzchu wełna, szaro-granatowa, ze smurfem na czole.

Ponadto odkrywam nowe hobby – szydełkowanie. Popełniłam już w tym kierunku jedno dzieło – miniczapkę. Teraz zamierzam wydziergać Michowi na którąś z grudniowych okazji Makka Pakkę z Dobranocnego Ogrodu. Wczoraj już nawet zaczęłam, ale okazało się, że włóczka z bawełny jest za cienka, więc dziś podjechałam po grubszą.

Wczoraj obejrzeliśmy z Mariuszem piąty odcinek 6 sezonu dr House’a. To jest straszne, że teraz nie mamy całej serii od razu, tylko musimy czekać co tydzień. Ale odbijamy to sobie, bo zaczęliśmy oglądać od początku pierwszy sezon.

Nalewka malinowa, którą robiłam w lipcu „doszła” i w ubiegłym tygodniu ją otworzyliśmy. Jest przepyszna! 2/3 już wypite :)

Tyle na dziś. Kończę, bo kto to potem przeczyta… ;)

Albo jeszcze jeden filmik – z radosnej pomysłowości naszego dziecka. W roli głównej: Mikołaj, rola drugoplanowa: puzzle piankowe z Krecikiem, złożone na kształt pudła:

A już naprawdę na koniec kilka skanów: Pierwszy to mój portret (nie można na to nie wpaść!) wykonany przez Tosię :) A kolejne to najnowsze prace naszego dziecięcia. Sami podziwiajcie!

O Mikołaju po prostu

Misiek ostatnio ma dobre dni. Pod każdym chyba względem :) Bardzo się rozgadał. Co prawda mówi w 99% po swojemu, ale przyznać trzeba, że słowotok ma niezły. Czasem można coś tam zrozumieć, że świeci (sici), że nie ma (ne-na) i że „nie, nie, nie”.

W ogóle co do słownictwa, to póki co nie ma za wiele nowości. Doszło „o-ooo” wypowiadane, gdy coś się dzieje – na przykład, gdy Misiek coś nabroi (czytaj „nasika na dywan”) lub gdy coś np. spadnie. Do tego dołączyć można grożenie palcem i mówienie w tym momencie „nie, nie, nie!” To ma miejsce zazwyczaj, gdy Michu przypomina sobie, że czegoś mu nie wolno.

Ostatnio też zaczęło mu się mylić „mama” z „tata”. Najśmieszniej jest, gdy widzi Mariusza powracającego z pracy i woła do niego: „Mamaaa!”. Na to ja mówię: „Tu jestem, to nie mama”. Na to Michu szybko się poprawia i woła z równym entuzjazmem: „Tataaa!” :) Kilka dni temu pomylił się w drugą stronę i na mój widok woła: „Taaa… Maaa!” Kupa śmiechu z takim Miśkiem :)

Misiek uczy nas porządku. Mariusz i ja generalnie do jakichś wielkich bałaganiarzy nie należymy, ale z pedantycznym porządkiem rzeczy też się raczej nie przyjaźnimy. Michu natomiast ostatnio ma jakieś natręctwa dotyczące porządkowania. Każda rzecz musi być na swoim miejscu. Wszystkie szafki zawsze muszą być zamknięte – gdy jakaś jest otwarta a Miś nie sięga, to ciągnie nas za rękę do tej szafki i pokazuje, że trzeba zamknąć. Wszystkie butelki muszą być pozakręcane, a pojemniki na mydło i szampon zamknięte i postawione zawsze na półce w łazience (broń Boże na wannie). Do tego ostatnio rozbroił Mariusza (wczoraj, aby być dokładną): Mariusz wstawił sobie w czajniku wodę na herbatę. W międzyczasie przygotował sobie kubek i włożył doń torebkę z suszem. Wyszedł z kuchni, po chwili słyszy, że do kuchni biegnie Misiek. Słychać jakiś ruch i stuknięcie szafki, w której stoi kosz na śmieci. Niczego nie świadomy małżonek podąża do kuchni zalać herbatę wodą i co? I widzi, że nie ma w kubku herbaty! Misiek wyrzucił mu ją do kosza – napatrzył się, jak przy sprzątaniu wyrzucamy torebki po herbacie do kosza i postanowił pomóc. Ech… :)

Misiek pomagał mi dziś przy czyszczeniu okien. Oto dowód:

Cóż jeszcze… Wczoraj obejrzeliśmy pierwszy odcinek 6 sezonu dr House’a. Ekstra!!! :) Bardzo mi się podobał. Dziś mam nadzieję, że obejrzymy drugi. Ciekawa jestem jak House poradzi sobie po powrocie z wariatkowa. Mam tylko nadzieję, że nie „znormalnieje” za bardzo :)

Pojutrze ruszamy do Pragi. Już nie mogę się doczekać :)

Wczoraj byłam u fryzjera ściąć i pofarbować włosy. Okazało się, że zapuszczanie włosów mnie przerosło. Nie ma to jak krótka czupryna :) Długie mi się podobają, ale posiadanie ich doprowadziłoby mnie do szewskiej pasji. A tak, problem z głowy (dosłownie :))

W poniedziałek udało mi się upolować w lumpeksie fajne dwie pary dżinsów dla Micha. Trochę są większe, ale już je nosi :)

Dziś dzień chłopaka. Wszystkim chłopakom sto lat! Moi panowie dostaną gofry z bitą śmietaną i owocami na tę okazję, bo jakoś wyleciało mi to święto z głowy i nie zdążyłam nic nabyć w tym kierunku.

Dzięki wszystkim za życzenia urodzinowe! :)

Tyle na dziś. Do przeczytania po powrocie z Pragi :)

Upalne pisanie

Upał, że aż boli. Ale mi to chyba ciężko dogodzić – to za dużo pada, to za zimno, to za ciepło… W sumie to nie, temperatura 22 stopni i słońce załatwiłyby sprawę. Ale to, co się obecnie dzieje za oknem, to już jest przesada! Choć i tak dobrze, że burze ustały (ciekawe na jak długo), bo przez ostatnich kilka dni to nie było popołudnia, żeby nie trzaskały pioruny. Jak jest tak gorąco to mi się mózg lasuje.

Wczoraj bylim w kinie na Epoce Lodowcowej 3. Rewelacja. Dobrze zrobiona animacja. Świetnie rozbudowana opowieść i wyśmienicie zbudowane postaci. Sama przyjemność! Mniejsza przyjemność czekała nas po wyjściu z kina, gdy okazało się, że Misiek zaczął brykać po naszym wyjściu z domu i Ola (opiekunka) musiała wkroczyć do akcji (to znaczy do pokoju), wyjąć zapłakańca z łóżeczka i poprzytulać. Michu trochę zagubiony w tym wszystkim („Gdzie jest mama?????????”), Ola dała sobie świetnie radę, no a my cóż… Mariusz odwiózł Olę, a ja poprzytulałam Miśka, pogłaskałam (głaskanie to jest ostatnio na żądanie niemal, jak Michu bierze moją rękę i kładzie ją sobie na głowie), posiedziałam i zasnął. Było grubo po północy. Na szczęście już się więcej nie budził. Trochę jest Miś podziębiony, więc mogło mu to przeszkadzać w zaśnięciu. No i też te upały! Dzisiaj śpi na golasa, tylko w cienkim śpiworku.
Co do wspomnianej Oli, to niestety, wczoraj ostatni raz opiekowała się Miśkiem, bo wyjeżdża na stałe do Francji, no i kicha :( Teraz to do kina oddzielnie będziemy chodzić :( Bo że chodzić będziemy to pewne – ja już szykuję się na Harrego Pottera, bo wchodzi na ekrany niedługo :)

Tydzień temu skończyliśmy oglądać piąty sezon dr House’a (nigdy o tym wcześniej nie wspominałam, ale jestem wieeelkim fanem tego serialu). No i generalnie masakra. House’a mi psychiatryku zamknęli! Koszmar!

W środę bronię magistra. Swojego, rzecz jasna :) Proszę trzymać kciuki! Temat pracy brzmi: „Rola fotografii w podręcznikach szkolnych do przyrody”. Porywający, czyż nie? ;)

Zastanawiam się nad rezygnacją z rehabilitacji. Ogólnie rzecz biorąc jest jeszcze Michowi potrzebna, ale to, co się ostatnio z Michem dzieje, sprawia, że Bobathy powoli przestają mieć sens. W ubiegły wtorek na zajęciach Mikołaj po raz kolejny tak wył i się wyrywał, że rehabilitantka nic nie była w stanie z nim zrobić. Od poniedziałku wraca nasza pani Kasia, może Mikołaj lepiej zareaguje na nią niż na zastępczynię, choć szczerze mówiąc wątpię, czy to była tylko kwestia zmiany terapeutki. Michu ostatnio jest taki nieprzewidywalny, dostaje jakichś napadów histerii i reaguje na nie waleniem głową w to, co ma akurat pod… głową. Siniak na czole nie schodzi mu od kilku tygodni. No i na terapii wygląda to tak samo. Jak tak dalej pójdzie to będziemy musieli się wycofać, bo bez sensu będzie chodzić i się tylko denerwować. Problem może być tylko w powrocie, bo wątpliwe jest, czy Michu w ogóle jeszcze potem będzie chciał ćwiczyć. Może jak będzie trochę starszy? Może jeszcze jakąś inną metodą? Na razie trzeba poczekać na rozwój wypadków.

Bardzo dobrze idzie nam współpraca z panią psycholog (Wielisława Zwierz-Wasylew). Pani mniej-więcej wyczuła Miśka, wie, że trzeba go czasem trochę pooszukiwać, bo inaczej ona nie osiągnie tego, co chce. I w ten sposób, dzięki temu, że pozwoliła Michowi posiedzieć przy swoim kompie i poklikać w klawiaturę, Michu pozwolił sobie wymasować całe nogi. Dodam, że tydzień wcześniej, logopedzie nie udało się to, bo Michu wył jak wyjec przez całe 40 minut. Generalnie pani psycholog bardzo konkretna. Bardzo mi się podoba.

Jezu, właśnie po raz kolejny w tvn24 słyszę coś na temat „króla popu” i tego, jak wspaniale tańczył i śpiewał na filmiku, który został opublikowany w Internecie. Żenada. Generalnie cała ta szopka wokół Jacksona strasznie mnie już zmęczyła. Ludzie, dajcie spokój! Koleś zmarł, ok, współczuć należy najbliższym i tyle. Być może faktycznie zaznaczył się jakoś w historii muzyki współczesnej, nie zaprzeczam, ja się na tym nie znam. Ale robienie z niego jakiegoś bohatera, to już wielka przesada jest. Z tego, co słychać i co można przeczytać, koleś wiecznie naćpany jakimiś prochami, ledwo się kupy trzymał; jak na niego patrzę na tym filmiku to cały czas mam stresa, że mu zaraz coś odpadnie. Chory człowiek po prostu. Chory psychicznie, żeby było jasne. To, co z sobą zrobił, najlepiej o tym świadczy. Nie chciałabym, żeby był moim idolem. Bo co, miałabym sobie nos oderwać? Żenada… No i te teksty zewsząd, że na tym filmiku z prób widać, że był w świetnej formie. Ludzie, czy wy ślepi jesteście jeszcze, czy tylko głupi? Po czym widać tę świetną formę? Po tym, że on się ledwo na nogach trzymał? Że choreografia, którą tańczył, była żenująco uboga w figury (w porównaniu z tym, co ten koleś robił w czasach swojej świetności) i że patrząc na niego cały czas miałam wrażenie, że ten człowiek się masakrycznie męczy i wręcz boi się ruszać, albo go coś boli? Jezu. Ja się naprawdę dziwię, że on się jeszcze wcześniej nie rozpadł. Masakra. Ok, chory człowiek, żal go, i tyle. Przestańcie robić z niego boga, bo nim nie jest. A jeśli ktoś uważa, że jest, to mu współczuję z całego serca.

Kończę. W galerii kilka nowych zdjęć. Pewnie już niektórzy widzieli. Oczywiście Miśkowe :)