Radośnie :)

W ubiegłym tygodniu pisałam, że wynik rezonansu Miśkowej mózgownicy był dobry. Do tego we wrześniu cieszyliśmy się z poprawy, jaką w rozwoju ruchowym i postawie zaobserwowała dr Kwapisz. Potem psycholog i logopeda chwaliły Micha, że idzie do przodu, a ostatnio to nawet wyszło u psycholog, że Misiek, o ile jeszcze ma jakieś opóźnienie, to jest ono na skraju normy.

No a dziś byłam z Michem u dr Dołyk, neurologa. Pani go obadała, obejrzała, wypytała mnie o wszystko, przeczytała wynik rezonansu, pooglądała wyniki krwi i powiedziała, że Misiek bardzo ładnie nadrobił straty, że jest zadowolona z postępów, że bardzo się rozgadał i w ogóle poszedł do przodu. W zaleceniach zapisała nam: bez terapii. Oczywiście na terapię ruchową do Promyka chodzić będziemy jeszcze przez jakiś czas. Do logopedy na grupową też, tak długo jak się da, bo tu bardziej o aspekt rozwoju społecznego chodzi, o przebywanie Micha z innymi dziećmi. Ale ogólnie to jest ok :) Jak już dr Dołyk stwierdziła, że jest znaczna poprawa i że jest dobrze, to znaczy, że trzeba otwierać szampana :)

Z takich mniejszych spraw, to dr Dołyk stwierdziła, że dobrze by było pokazać Micha laryngologowi, jako że na rezonansie wyszło, że miał zapalenie zatok szczękowych. No i żeby przed następną wizytą powtórzyć badania krwi, bo enzymy aspat i alat były trochę podwyższone. Mówi, że raczej nie ma wskazań, żeby się tym martwić, bo to normalne u dzieci z obniżonym napięciem mięśniowym, ale kontrolować trzeba. A do kontroli mamy się zgłosić za 6-8 miesięcy dopiero! Ekstra!!!

Co do samego Micha to trochę sobie popłakał na początku wizyty, ale ogólnie dobrze się spisał. Poza tym pierwszy raz Michu dziś jechał taksówką, co było dla niego wielkim przeżyciem – pan taksówkarz miał tyle różnych świecących gadżetów na kokpicie, że młodemu się mózg lasował ;)

A taksówką jechaliśmy dlatego, że mamy samochód u lakiernika – w końcu trzeba było naprawić to przytarcie sprzed roku, które, nie chwaląc się, uczyniłam :) Bo szkoda, żeby zaczął nam rdzewieć.

Poza tym dziś Mariusz dostał super zlecenie – z samego rana pojechał do Lidla, by zrobić bardzo poważne zakupy. Od dzisiaj w Lidlu można było kupić różne instrumenty muzyczne, takie małe, perkusyjne, w kompletach.
I tak mamy oto: cymbałki, tamburyn, bębenek, dwa komplety grzechotek zwanych marakasami, trójkąt, dzwonki i janczary. Wszystko to za niecałe 70 zł.
Do tego mi skapnęły kalosze, bardzo ładne, fioletowo-wzorzyste; Michowi cztery bodziaki z długim rękawem (7 zł za sztukę, 100% bawełna, jakość naprawdę przyzwoita) oraz kocyk z mikrowłókien, taki błękitny z jakimś psiakiem.
Uwielbiam Lidla :) Mamy już stamtąd tyle różnych rzeczy, że nawet ciężko zliczyć. Począwszy od namiotu z piłeczkami, przez wigwam i tunel dla Miśka, laminarkę i gilotynkę, różne książki i zabawki Michowe, aż po dzisiejsze instrumenty i inne duperele :) Nie ma to jak Lidlowy newsletter ;)

Na koniec jeszcze dwa filmiki. Obydwa z naszego blokowego (albo raczej wspólnotowo-mieszkaniowego) pokoju zabaw. Mamy taki w bloku, w dodatku w naszej klatce schodowej, piętro pod nami. Jest on dostępny dla lokatorów za zupełną darmochę (powiedzmy, bo wspólnota mieszkaniowa sobie krzywdy nie zrobi, a ktoś to w końcu też sprząta, co jest piękne wliczone w opłaty za mieszkanie).
Mamy tam bardzo przyjemny dla dzieci „małpi gaj”, zjeżdżalnię i basen z piłeczkami. Ostatnio, z powodów pogodowych, coraz częściej tam bywamy. Michowi coraz lepiej idzie pokonywanie całego małpiego gaju. Utyka w dwóch miejscach na piętrze, parter przechodzi bez problemów. Piętro też przechodzi, ale trzeba mu przypomnieć jak ma te feralne fragmenty przejść, bo są raczej dla trochę większych dzieci. Ale koniec końców radzi sobie z nimi i tak znakomicie :)

A oto kilka minut z owego pokoju:

To był Michu na zjeżdżalni, jak widać. A tu mała lekcja pokazowa (czyt. co już umie nasze dziecię):

Takie tam

Wczoraj byłam z Michem u doktor Dołyk, neurologa. Generalnie znowu mnie zdołowała, powiedziała, że nadal trudno konkrety podać, ale obawia się, że owo opóźnienie u Miśka może przerodzić się w upośledzenie lekkiego stopnia. Mam nadzieję, że się myli, i że jednak Misiek wyrówna wszystkie straty.

Zaleciła zrobić ponowne badania na hormony tarczycy, spróbować jeszcze pochodzić z Miśkiem na zajęcia do psychologa (żeby ktoś mu indywidualny program ułożył), no i położyć Miśka na oddziale neurologii dziecięcej w celu głębszej diagnostyki problemu. Bo ciągle nie wiemy, co tak Micha opóźnia. Co do tego oddziału, to nie jest to konieczne, ale zalecone, więc na razie z Mariuszem postanowiliśmy poczekać do czerwcowej wizyty w Szczecinie u dr Hnatyszyn. Chcemy zobaczyć, co ona zaleci i wtedy zadecydujemy. Pewnie koniec końców Michu i tak wyląduje na oddziale. Póki co to muszę się bardzo spiąć z pracą magisterską, napisać to badziewie jak najszybciej, żeby w razie czego, nie mieć już na głowie pisania, tylko samego Miśka.

Dr Dołyk radzi też powoli rozejrzeć się za odpowiednim przedszkolem dla Miśka. Mówi, żebyśmy dobrze je wybrali, z nastawieniem na przedszkole z dużym wyborem zajęć rozwijających poznawczo, z opieką psychologa i logopedy. Na moje oko to optymalne byłoby jakieś przedszkole montessoriańskie, ale nie wiem, czy jest takie we Wrocławiu. Muszę poszukać. Wiem, że jest jedno – Klub Krasnoludka, które opiera się na pedagogice Montessori i Wygotskiego. Myślę, że i to byłoby ok. Trzeba będzie się rozejrzeć.

Misiek ma ostatnio pęd na robienie „papa” :) Zrozumiał sytuację, w której „papa” zrobić należy i ostatnio macha łapskami wszystkim i wszędzie :) Nawet już mu czasem nie trzeba mówić, żeby zrobił, tylko tak sam z siebie macha :)

Michu dostał w prezencie od dziadków z Gniezna tablicę. Wypatrzyliśmy ją niedawno w Smyku i pomyśleliśmy, że mogłaby się Michowi przydać. Z jednej strony jest czarna, do pisania kredą, z drugiej strony biała – suchościeralna, na pisaki. Do tego na tej białej stronie są klipsy do zawieszania papieru, no i jest namagnesowana. W pakiecie było chyba z pięć kompletów z literkami i cyferkami, które można na magnes przyczepiać. Na razie Michu rysuje kredą (rysuje, kruszy, łamie, zjada i co jeszcze tylko można z kredą robić) i frajdę ma z tego niesamowitą :) Przy okazji ćwiczy też stawanie, może w końcu zaczai, że można stać nie opierając się o nic.

Za tydzień w sobotę mam absolutorium w Poznaniu. W końcu koniec!

No i tyle chyba na dziś. A nie, jeszcze jedno. Wczoraj byliśmy z Mariuszem w kinie na „Star Trek”. Jestem w szoku, bo mi się ten film autentycznie spodobał! Mnie – Zosi, która za fantastyką z kosmosu nie przepada za bardzo! Tak więc polecam, bo warto obejrzeć. Co prawda istnieje ryzyko, że obejrzany w domu na tv nie zrobi już takiego wrażenia, ale do kina na pewno warto się na niego pofatygować :)

M jak Majówka ;)

Mariusz stwierdził, że taki tytuł bloga źle się kojarzy :) Chyba trochę ma rację, bo od razu na początku utknęłam z pisaniem i nie wiem, od czego by tu zacząć. No to może od tej Majówki na M ;)

Pogoda była śliczna, więc postanowiliśmy to wykorzystać. Mariusz zrobił wcześniej mały rekonesans co do imprez majówkowych na Dolnym Śląsku. Wyszło nam, że najciekawiej może być w Kliczkowie (Majówka Rycerska) i na zamku Książ (Festiwal Kwiatów i Sztuki). No więc klamka zapadła, pojechalim. 1 maja spędziliśmy w Kliczkowie. To była chyba jedna z najciekawszych majówek do tej pory, jakie spędziłam. Nie sądziłam, że spodoba mi się klimat rycerski, a tu niespodzianka! Zabawa była przednia! Co prawda nie udało nam się zwiedzić zamku jako takiego (z Miśkiem to ciężko, bo po schodach w zamku się nie da wózkiem), ale za to na terenie wokół zamku było sporo ciekawych imprez z udziałem rycerzy i dam dworu. Ludzie świetnie poprzebierani. Widać było dbałość o każdy szczegół w stroju. Do tego sporo straganów (czyli to, co Zosia lubi najbardziej :)) z różnego rodzaju ciekawymi przedmiotami, strojami itd. Przy tej okazji zakupiliśmy sobie figurki rycerza i księżniczki (na pamiątkę dla Miśka) oraz po świetnym, ręcznie robionym i wypalanym, kubku.

Jedyną chałą było żarcie. Widać było, że firma obsługująca tzw. stoiska z grillem nie wyrobiła się z ilością. W związku z tym dowieziono gotowe żarcie z Wrocławia (małżonek stojący w kolejce widział). To żarcie było w takim stanie, że szkoda gadać. Frytki tak napite olejem, że poszły całe do kosza (a kupiliśmy je z myślą o Miśku), gyros też, karkówka, którą jadł Mariusz w połowie też w koszu wylądowała, bo generalnie wyglądała i smakowała jak podeszwa. Jedyne, co dało radę to pajda chleba ze smalcem. Przynajmniej tym się zapchaliśmy. Wiemy już, że na majówkę do Kliczkowa trzeba zabierać własny prowiant, bo szkoda pieniędzy na coś, co się wyrzuca do kosza po zamówieniu.

Książ. Wreszcie tam dotarliśmy. Już chyba ze dwa lata się wybieraliśmy, by zwiedzić ten zamek. Niestety, tak, jak Kliczków zrobił na nas od razu świetne wrażenie, tak majówka w Książu to było nieporozumienie. Sam zamek śliczny, teren wokół zamku również. Nawet nie udało nam się całego obejść, taki wielki. Ale tłum, jaki tam tego dnia spotkaliśmy przeszedł nasze wyobrażenie. Do tego najgorsze były stragany z mydłem i powidłem (dosłownie i w przenośni) rozstawione przy leśnej ścieżce wiodącej do zamku. Wyglądało to co najmniej jak stragany w Częstochowie. Pełno plastiku, sztucznych kwiatów, dziwnych ubrań za 5 zł i tandetnych zabawek. Widok podróby teletubisia oraz dmuchanego Kubusia Puchatka (że to Puchatek doszliśmy do tego po kolorach ubranka, bo generalnie wyglądał jak krzyżówka świni z ufoludkiem) dopełniał całości kiczu.

Na zamku zastaliśmy już ten właściwy Festiwal. Ufff… Bo już miałam stres, że te stragany z plastikiem to ta „sztuka”… Na dziedzińcach porozstawiane były stoiska z różnymi sadzonkami i krzakami (trochę sobie inaczej to wyobrażałam, liczyłam na stoiska z kwiatami w stanie bardziej ciętym niż w nasionach i cebulkach ;)). Do tego pełno różnego typu sponsorów-ściemniaczy wciskających, że ich bank jest najlepszy, ich ubezpieczenie jest najkorzystniejsze i ich samochód jest najbezpieczniejszy. Ech…

Na szczęście nie wszystko było do d… Małżonek posiedział na ławeczce z Miśkiem a ja poszłam zwiedzać wnętrze zamku. I okazało się, że to był dobry pomysł, bo tam wreszcie znalazłam to, czego się spodziewałam po tym rozreklamowanym festiwalu. Komnaty zamkowe były wystrojone pięknymi bukietami różnym pracowni florystycznych. Do tego na korytarzach rozstawiono stoiska ze sztuką użytkową i biżuterią. Nabyłam więc kolejnego anioła do kolekcji :) Zrobiłam kilka zdjęć i wróciłam do moich dzielnych chłopaków. Potem zeszliśmy do ogrodów zamkowych. Tam Misiek miał raj. Wyjęliśmy go z wózka, w związku z czym Michu zaraz przeszedł na czworaki. Ponieważ nie było tam trawy (to znaczy była, ale tylko taka do podziwiania), więc dziecko nasze odkryło kamyki. A z kamykami można robić różne fajne rzeczy. Na przykład można je wkładać na murek, a potem zrzucać. Albo wrzucać do fontanny. Można je też lizać, ale wtedy mama krzyczy :) Największą frajdą były właśnie fontanny. Misiek nie przepuścił żadnej – przy każdej trzeba było postać kilkanaście minut, by Michu mógł nawrzucać do niej kamyków. Oczywiście każde odejście od fontanny kończyło się histerią i wyciem. Co za Misiek :)

W skrócie naszą majówkę można uznać za bardzo udaną. Do Kliczkowa na pewno jeszcze pojedziemy, i to właśnie też na Majówkę Rycerską, bo warto. Do Książa pojedziemy również, ale na pewno nie na majówkę tudzież inny festiwal, bo nie warto. Po Książu czujemy niedosyt. Tam trzeba pojechać na cały dzień, w zwykłą niedzielę, bez kilkudziesięciu tysięcy ludzi, i spokojnie pozwiedzać i pospacerować. Bo teraz się nie dało.

Cóż poza tym? Dziś byłam z Michem u kardiologa na badaniach kontrolnych. Przedsionki jeszcze nie zrośnięte, ale szpara jest na 2mm, więc malutka, a że serce rośnie, więc jakby się zmniejszała. Poza tym tej wielkości szpara nie przeszkadza w niczym. No chyba że Michu za 20 lat zamarzy sobie zostać nurkiem. Wtedy, jeśli mu się jeszcze do tego czasu nie zrosną, to mu założą jakiegoś klipsa czy coś w tym stylu. A zresztą, nie będą mu musieli zakładać, bo już ja mu wybiję z głowy nurkowanie ;)
Do ponownej kontroli mamy zgłosić się dopiero za rok.

Minione ciepłe dni (od przedwczoraj pogoda zbrzydła nagle) wykorzystywaliśmy na spacerki do parku i piaskownicy. Michu co prawda stracił zainteresowanie piaskiem, ale bardzo chętnie poczyniał różnego rodzaju samodzielne ekspedycje. Generalnie po każdej takiej wyprawie Michu nadawał się do wrzucenia do wanny razem z ciuchami. Taki był brudny. Ale nie ma co się dziwić, w końcu raczkowanie po trawie w parku i kamieniach przy huśtawkach musiało dać taki efekt. Mieliśmy nawet raz z Mariuszem parcie, by zabrać ze sobą koc, położyć Micha na kocu a my paletki i jazda grać. No ale doszliśmy do wniosku, że to się nie sprawdzi. Koc by leżał, paletki też, a my i tak biegalibyśmy za Miśkiem po okolicy. Taki się z niego wycieczkowicz zrobił :) Byle go jakieś kleszcze nie zaatakowały, to będzie dobrze. Mieliśmy go zaczepić, ale był chory, a potem już było podobno za późno. W przyszłym roku trzeba będzie pamiętać.

Jutro idziemy do szczepienia. Przypominająca dawka infanrixu hexa po roku. Jeszcze zostaną nam pokemony (pneumokoki znaczy się) i chyba koniec na ten rok. O ile czegoś nie kręcę. W ogóle byłam u pediatry jakiś czas temu w związku z kartą wypisową, która przyszła ze Szczecina po badaniach krwi zleconych przez dr Hnatyszyn. Pediatra kazała odstawić witaminę d (to zrobiłam już wcześniej, sugerując się zaleceniami z karty) i dała skierowanie do poradni endokrynologicznej. Mają tam dalej badać Miśka pod względem przekroczonego poziomu witaminy. No ale dodzwonić się tam strasznie ciężko. Jak tak dalej pójdzie to trzeba będzie się osobiście pofatygować i zapisać.

W przyszłą środę idziemy na wizytę kontrolną do dr Dołyk, neurolga. Zobaczymy, co powie. Michu nadal nie chodzi samodzielnie. Nawet się za to nie zabiera jeszcze. Nasze próby zachęcenia go nie dają żadnego efektu. No zobaczymy. Pewnie trzeba będzie zrobić rezonans. Jeśli dr Dołyk nam go nie zleci to pewnie zleci go dr Hnatyszyn, bo jakoś słabo możliwe jest, by Michu przez miesiąc zaczął płynnie chodzić. Jeśli się w ogóle nauczy samodzielnie chodzić przez ten miesiąc, to będę uważać to za duży sukces.

No, ale w innych sprawach Michu jest mistrzem :) W ciągu kilku zaledwie minut załapał na czym polega picie przez słomkę. Mimo że nic na to nie wskazywało, że rozumie jak to się robi. A tu dzielny chłopak po kilku demonstracjach mamy i przy kupie śmiechu nagle pokazał, że sam też potrafi! Tak samo było z jeździkiem. Posadziłam go któregoś dnia i pokazałam jak zejść. Po chwili Michu pięknie przełożył nogę i usiadł. W ten sam sposób zszedł po chwili. I nawet sam wykombinował, że jak się chwyci kierownicy z dwu stron, to mu się nie wykopyrtnie :) Do tego wszystkiego zaczął się na jeździku przemieszczać. Co prawda odpycha się na razie do tyłu, ale i tak zuch chłopak!

Nasze częstsze wizyty na pływalni dają zamierzony efekt. Michu przypomniał sobie, że można pływać. Co prawda z koordynacją rąk i nóg jest jeszcze kiepsko, ale nie można mieć wszystkiego od razu. Jakby na to nie spojrzeć, Michu ma dopiero 17 miesięcy. Wiele dzieci w jego wieku jeszcze nigdy na pływalni nie było. A nasze dziecię potrafi już utrzymać się samodzielnie w rękawkach i kółku na wodzie, w samych rękawkach też już kombinuje. Powoli oswaja się z deseczką – że jak nie ma mamy, to się trzeba deseczki chwycić. Cały czas ćwiczymy też przemieszczanie się. Coraz lepiej mu wychodzi. Czasem zdarza mu się przepłynąć bez mojej pomocy kawałek :) W ogóle Misiek kapitalnie oswojony jest z wodą. Wie co robić przy nurkowaniu, żeby się nie zakrztusić. Nie robi tragedii gdy mu ktoś na gębę nachlapie. Przy niespodziewanych podtopieniach tez świetnie sobie radzi. Wodę jednym słowem uwielbia. I chwała nam za to! Moim plecom w szczególności, bo nie ma co ściemniać – każda wyprawa z Michem na basen to dla mnie niezła fizyczna robota. Ale jak widać efekty, to i strzykanie w krzyżu mniej przeszkadza ;)

W ogóle to Michu na basenie znalazł sobie kilka nowych atrakcji (mam na myśli aquapark, bo tam jest puszczany w miarę swobodnie). Pierwsza to łażenie wzdłuż basenu z falami. Puszcza się go przy jednym końcu, a Michu sobie wędruje po brzegu basenu, chlustany falami, na drugi koniec. Przy okazji tej wycieczki staje na kilka minut przy ratowniku i szczerzy do niego zęby. Autentycznie. Aż mi czasem głupio :) Bo Michu centralnie siada na klęczkach przed panem/panią, zadziera głowę i strzela swój uśmiech pod tytułem „policz wszystkie moje 20 zębów”. Ratownik ma polew, czym utwierdza Miśka w przekonaniu, że ma tak dalej stać i się szczerzyć. Ech… ;)

Dalej, atrakcyjna jest zjeżdżalnia przy brodziku. Tu już moje ręce i plecy po kilku zjazdach odmawiają posłuszeństwa. Niestety Michu też posłuszeństwa odmawia i nie chce słyszeć, że ze zjeżdżalni na dziś koniec.

Kilka razy, od kiedy zrobiło się ciepło, wyszłam z Miśkiem na basen zewnętrzny. Woda jest w nim podgrzana, tyle, że jest się na dworze. Zazwyczaj wychodzimy na zwykły basen, ale ostatnio poszliśmy do solanki na zewnątrz. No i tu Michu czuł się jak na uczcie – jak tylko spróbował, że woda jest słona, to nie było siły – cały czas ją chłeptał. Bleee :)

Misiek ma swojego ulubionego pluszaka. Wiem to na pewno. Jakiś czas temu myśleliśmy, że takową rolę spełnia kaczuszka. Ale zauważyłam, że jak jej nie ma, to generalnie Michu tego jakoś szczególnie nie zauważa. Natomiast teraz jest inaczej. Mikołaj na Wielkanoc dostał pluszowego pieska od szczecińskiego zajączka. Piesek od razu przypadł mu do gustu. Na początku nie kładłam mu go do łóżeczka na czas spania, bo wydawał mi się za duży. Aż tu pewnego dnia moje dziecko przed spaniem pokazuje na pieska. Podałam mu go i od tego czasu sprawa wygląda mniej-więcej tak: przed każdym zaśnięciem wszystkie „drobne” pluszaki zostają wyrzucone z łóżeczka, natomiast zostaje tylko piesek i poduszka. Mikołaj kładzie na materacu poduszkę, na podusi pieska, na piesku głowę i tak zasypia najczęściej. Piesek ani razu nie wylądował na podłodze. To w przypadku Miśka oznacza, że piesek ma specjalne względy :) Bardzo mi się to podoba :)

Ostatnio przeżyliśmy z Mariuszem chwilę grozy. Coś tam gadamy o obcinaniu włosów i mówię do Mariusza: „Trzeba Ci w końcu ogolić te kudły”. Na to Misiek, który bawił się obok, łapie się za włosy. Mariusz i ja w szoku. Skąd Misiek zna słowo kudły? Czyżby aż tak często padało w naszym domu, że je przyswoił? Od razu wniosek: trzeba się bardziej pilnować co do tego, co mówimy przy Miśku, bo zaczyna coraz więcej łapać. Któregoś dnia nas skompromituje ;) Na szczęście następnego dnia okazało się, że musiał to być przypadek. Kilkukrotnie pytany gdzie są kudły Misiek nie potrafił pokazać. Całe szczęście. Co prawda niby nic to strasznego, takie kudły, ale wolałabym, aby nasze dziecię choć trochę potrafiło wysłowić się poprawnie ;) Nie tak jak mama i tata ;)

Zaczęliśmy sadzać Miśka na nocnik. Po tygodniu udało się raz wysikać, przy czym Michu nawet tego nie zarejestrował chyba. Z konkretami jest gorzej, bo Michu zazwyczaj robi kupajcę jak śpi. Jak go rano wyciągam z łóżka to już jest po wszystkim. No, ale może kiedyś uda się trafić na czas w nocnik i zakuma :)

To chyba tyle. W galerii są zdjęcia z Kliczkowa i Książa. I jeszcze chyba jakieś Mikołajowe, o ile dobrze kojarzę. Zapraszam serdecznie :)

P.S. Jakiś czas temu pisałam o uwielbieniu Miśka do pisania. Oto dwa dzieła, jedne z pierwszych :) Dla wnikliwych – na tym drugim to kółko jest mojego autorstwa. Miś jeszcze nie „kółkuje” :) A trzeci obrazek to listy napisane przez Tosię, by Zajączek nie pomylił się z włożeniem prezentów do koszyczków :)

Huśtawkowo

Mikołaj skończył dzisiaj 15 miesięcy. Taka ze mnie wyrodna matka, że zapomniałabym o tym zupełnie, gdyby nie Mariusz, który mi przypomniał. Stary byk z niego. Z Miśka, oczywiście, bo małżonek mój jeszcze całkiem młody, buhahaha ;) W każdym razie dobrze się trzyma, jak na swoje lata ;)

Byliśmy dziś rano w aquaparku. Misiek przeszczęśliwy. Ostatnio przeprosił się z wodą i znowu zaczął pływać. Zarówno tydzień temu jak i przedwczoraj na zajęciach z pływania w Pulsantisie dawał czadu. Kwiczał z radości i całkiem sprawnie wykonywał polecenia. Mimo że był śpiący, bo ostatnio mamy w piątki tak, że po Bobathach nie ma czasu położyć Misia spać, tylko od razu jedziemy na pływalnię. Ale tak mu się spodobało na nowo pływanie, że aż miło patrzeć. Zresztą postępy też są – już go czasem można puścić, gdy jest w rękawkach i kółku, albo na makaronie. W ogóle to w aquaparku bardzo mu się podoba. Punkt obowiązkowy to zjeżdżalnia. Biedny tylko mój kręgosłup ;)

Po południu ruszyliśmy na spacerek do Parku Południowego. Mamy z tej wyprawy kilka zdjęć w galerii. W sumie to mamy ich o wiele więcej, ale nie chcieliśmy Was zanudzać. W parku jest plac zabaw, a na nim huśtawka. Pisałam o niej ostatnio. Dziś była do huśtawki kolejka, ale udało się dopchać. I pozjeżdżać na zjeżdżalni też trzeba było, bo by Michu chyba nam nie wybaczył.

Co do nowości Mikołajowych, to Miś potrafi pokazać włosy :) Kolejny sukces :) Dziś wypatrzony. No i Mariusz stwierdził po przeczytaniu ostatniego posta, że nie napisałam, że Michu coraz lepiej i pewniej stoi przy meblach i że się coraz sprawniej przy nich porusza. No to piszę: Mikołaj coraz lepiej i pewniej stoi przy meblach i coraz sprawniej się przy nich porusza. Fakt to niezaprzeczalny :) I dziś zaczął jeszcze mówić coś w stylu „ne-ne”, ale trochę bardziej miękko. W sumie trochę jak „ńe-ńe”. Bo „nie-nie” to jeszcze nie jest. Ale się zastanawiam, czy nie ma jakiegoś przekazu w tym. Ale muszę jeszcze poobserwować. Bo może to tylko zwykłe powtarzanie. A może to już całkiem świadome: „nie”? Dziś w ogóle Michu był świetny. Gdy weszliśmy na teren aquaparku to czekałam z nim na Mariusza. Siedzieliśmy sobie na murku i pokazuję Misiowi, że idzie Mariusz. A na to Miś: „Tata!” No rozwalił mnie tym kompletnie. Mariusza zresztą też. Ale nie ma się w umie co dziwić. Gdy wczoraj byłam na zajęciach to Mariusz cały dzień ćwiczył z Michem mówienie „tata” ;)

We wtorek jedziemy do Szczecina. Mama Szwagra załatwiła nam konsultację neurologiczną. Bardzo się cieszę. Z dwóch powodów: Po pierwsze, że Miśka obejrzy jeszcze ktoś poza doktor Dołyk, a po drugie, że się w końcu spotkam z naszymi ulubionymi Szczeciniakami. Bo bardzo się za nimi stęskniłam! I spotkam się też z mamą, bo akurat jest w Szczecinie. Super :)

Tyle na dziś. Reszta pewnie po powrocie ze Szczecina!

O neurologach i psychologach będzie tu mowa…

Byliśmy z Michem w środę u neurologa. Drugi raz w jego 14 miesięcznym życiu. Pierwszy raz byliśmy prawie rok temu, u dr Ujmy-Czapskiej. No i wtedy z tej wizyty wynikło tyle, że Michu był trzy o trzy miesiące za późno rehabilitowany, bo dr zlekceważyła jego asymetrię. Teraz dr Kwapisz poleciła nam skontaktowanie się z dr Dołyk. Udało nam się nawet szybko załatwić wizytę, cudem, doprawdy, bo zazwyczaj na termin u neurologa dziecięcego we Wrocławiu to czeka się około dwóch miesięcy. A my czekaliśmy dwa tygodnie. Przed wizytą zrobiliśmy zlecone przez dr Dołyk (przez telefon) badania krwi, no i w środę dotarliśmy na 8.30 do Pulsantisu. Co prawda Misiek był jeszcze trochę chory (dwa dni wcześniej okazało się, że chociaż przeszło mu przeziębienie i zeszła temperatura, to zachorowało ucho), ale postanowiliśmy, że pojedziemy, bo potem nie wiadomo kiedy uda się znowu umówić.

Dr Dołyk obadała Miśka od stóp do głów, poobserwowała, porzucała w próbach Vojty, postukała młoteczkiem i wypytała nas doszczętnie o wszystko. Misiek zniósł wizytę nawet znośnie, mimo że był moment, że ryczał jak wół :) Ale to już taki urok – tak ma zakodowane w łepetynie, że jak się rozbiera przy obcej pani, to to pewnie będzie ćwiczenie Vojtą. I profilaktycznie zaczyna wyć. Mam nadzieję, że kiedyś mu przejdzie, bo żal mi się go wtedy strasznie robi. A nie chce posłuchać, że nie ma powodu do płaczu.

Co do diagnozy, to dziś, z perspektywy kilku dni, patrzymy już na nią spokojniej. Ale w pierwszym momencie nas osłabiła. Generalnie dr Dołyk podejrzewa, że Miś ma jakieś uszkodzenie układu nerwowego. Dokładnie jakie to jest uszkodzenie, nie jest w stanie nam, na razie, powiedzieć. Być może coś z móżdżkiem, ale to niepewne. Póki co, nie chce nas wysyłać na rezonans, bo mówi, że by trzeba było Miśka do tego uśpić, a nie warto ryzykować. Natomiast sam rezonans może by i coś pokazał, ale pewności nie ma. Tak więc, na razie, my mamy obserwować wnikliwie rozwój Micha, a ona porówna za trzy miesiące jakie zaszły zmiany.

Jednakże najbardziej powaliło nas coś innego. Dr Kwapisz wysyłając nas do dr Dołyk powiedziała, że generalnie dr Dołyk ma sprawdzić czemu Michu tak przeprostowuje nogi i czemu jeszcze nie wstaje (na dzień dzisiejszy wstaje już od dwóch tygodni). Natomiast dr Dołyk stwierdziła, że ona na razie nie skupiłaby się tak bardzo na motoryce Mikołaja, ale na jego percepcji i rozwoju mowy, bo jej zdaniem tu ma poważne braki. Spytała, czy badał go psycholog. Powiedziałam, że tak, dwa miesiące temu, że w diagnozie było, że nie trzeba terapii, bo rozwija się prawidłowo poza motoryką dużą (ale to akurat nie nowość, no bo w końcu z powodu tyłów w motoryce Miśka rehabilitujemy). Na to dr Dołyk powiedziała, żeby jeszcze raz Miśka zdiagnozować u innego psychologa, w ciągu pół roku od poprzedniego badania. I żeby się skontaktować z jakimś pedagogiem, logopedą lub psychologiem by doradził jakieś konkretne zabawy, które pomogą rozwijać mowę, rozumienie i percepcję. Zasugerowała generalnie, że poprzednia diagnoza psychologiczna była błędna.

Przyznam szczerze, że mnie to trochę przeraziło i podłamało. Generalnie mieliśmy jakieś obawy, czy Miś prawidłowo się rozwija, ale to naturalne przy rehabilitowaniu dziecka, że się rodzą różne lęki. Poszliśmy więc do psychologa i diagnoza była pozytywna. To mnie uspokoiło. Logopeda też go przecież oglądała i mówiła, że nie ma potrzeby terapii, że tylko mamy się co jakiś czas kontrolować. I tu nagle coś takiego. Trochę już się na siłę zaczęliśmy doszukiwać, że może rzeczywiście jest coś nie tak. Kilka rzeczy, owszem, wzbudzało nasz niepokój wcześniej, ale tłumaczyliśmy to sobie, że przecież Miś ma czas, że się nauczy… A tu nagle bach – obuchem w łeb. Ale z perspektywy tych kilku dni jestem jednak spokojniejsza. Zaczęliśmy baczniej przyglądać się Mikołajowi. Jeszcze tydzień temu wydawało nam się (a może było tak naprawdę), że nie potrafi zapamiętać nazw przedmiotów, swoich zabawek, nie potrafi wskazać tego, o co się go pyta. Ale być może pytaliśmy nie o to, co trzeba; nie o to, co leży w kręgu zainteresowań naszego dziecka. Bo Miś doskonale potrafi pokazać pilota od tv :), telefon, but, tygryska, kaczkę, piłkę. W dodatku widać, że wiele rzeczy go interesuje. Każdy przedmiot, który chwyta w ręce wyciąga w naszym kierunku, by powiedzieć mu jak się to nazywa. A że jeszcze nie mówi? Poza mama i tata? Cóż, logopeda powiedziała mi wcześniej, że za każdym razem, gdy dziecko nabiera nowej sprawności ruchowej, to cofa się mowa. I że to naturalne, i przejdzie. Dziecko jest wtedy tak zafascynowane nową umiejętnością, że wszystko inne odchodzi na bok. Zresztą, naukowo dowiedzione jest, że najczęściej chłopcy zaczynają mówić później.

Cóż więc zrobić? Jutro przyjeżdża do Wrocławia mama mojego szwagra. Jest psychologiem, zgodziła się spotkać z nami i przyjrzeć się Mikołajowi, coś doradzić. Poza tym postanowiliśmy zdiagnozować Miśka u psychologa wcześniej niż pół roku po poprzedniej diagnozie. Udało mi się umówić z psychologiem dziecięcym już na poniedziałek. Niech go obejrzy raz jeszcze ktoś niezależny i powie, co myśli. I też coś doradzi. Spróbuję umówić się też w tym samym ośrodku z logopedą. Być może wydaje się to przewrażliwieniem, albo histerią, albo Bóg wie czym jeszcze, ale powiem Wam szczerze, że mi to zupełnie wisi. Mówimy o naszym dziecku, więc dmucham na zimne i wolę iść sprawdzić diagnozę do drugiego specjalisty, bo, niestety, jak już z praktyki wiemy, lekarzom ufać bezgranicznie się nie da. Przekonaliśmy się już o tym trzy razy w sumie, w przeciągu niecałego roku. Tak więc trzymajcie kciuki. Jestem dobrej myśli. Jakoś nikomu wcześniej nie rzuciło się w oczy, że Mikołaj ma jakieś tyły. Wszystkie pozostałe lekarki i rehabilitantki twierdzą, że Miś jest bystry, kontaktowy… Więc tego, póki co, się trzymajmy. Gdy będziemy po wizycie, to skrobnę co nieco, ale nie od razu. Bo w poniedziałek wyjeżdżam z Mikołajem do Głuchowa i wrócę dopiero w czwartek. Ale po powrocie napiszę na pewno.

A co do Miśka, to jego umiejętność wstawania rozwija się. Co prawda ciągle szpotawi prawą stopę (a czasem wykoślawia – zależy jak mu się uda), a na lewej staje na palcach, ale za to dzisiaj zaczął uczyć się schodzić do pozycji na kolanach. To progres :) Bo od kilku dni, jak wstał przez nikogo nie zauważony, to potem wołał płaczliwie, bo nie umiał zejść. Najczęściej zdarzało mu się to rano, tudzież po południowej drzemce, gdy wstawał w łóżeczku i nogi odmawiały posłuszeństwa, a nie potrafił sobie sam poradzić. A dziś nagle zaczaił, że to trzeba się na kolana z powrotem dostać. Na razie jeszcze różnie mu to wychodzi, ale praktyka czyni mistrza :)

A tak z innej beczki, to mieliśmy dzisiaj kolędę. Znaczy wizytę duszpasterską. I powiem Wam, że do tej pory trwam w szoku. Obydwoje trwamy w sumie, Mariusz i ja. Przyszedł ksiądz, pokropił nas wodą święconą, usiadł, spisał nas dokładnie (bo kolędę mieliśmy tu pierwszy raz, więc w papierach nas nie było) i… poszedł. Zrobił to tak szybko i z zaskoczenia, że nawet nie zaczaiłam, że wychodzi i jak głupia goniłam go z kopertą. Kurde, nawet nie próbował jakkolwiek zagaić, zapytać jak zdrowie, cokolwiek… Mariusz od początku sceptycznie nastawiony do wizyty księdza, namówiony przeze mnie, pełen dobrych chęci i otwarty, by w razie czego z księdzem pogadać, a tu ksiądz, jak taki buc, wypełnił papierki i w długą! Po prostu byłam w szoku. Zanim dotarło do mnie, co się stało, ksiądz pewnie kończył kolędę w następnym mieszkaniu. Maskara. Wiecie, nawet jakby człowiek chciał sam zagadać, to nie było szansy! Kurde belek, po choinkę ja leciałam za nim z tą kopertą?! No, ale taki automat się we mnie włączył – cały czas powtarzałam sobie, żeby nie zapomnieć o kasie dla księdza, że oczywiście nie zapomniałam. A szkoda. Byłoby jutro na dobry obiad w Agawie ;) Tak więc, jak widzicie, pecha mamy do księży z naszej parafii. Przyszłoroczne przyjęcie księdza pozostaje pod znakiem zapytania.

Tyle na dziś. Duuużo tego. Odezwę się po powrocie z Głuchowa.