Praskie tajemnice ;)

No to bylim w Pradze. Bardzo nam się podobało. Koniec :)

No dobra, napiszę trochę więcej.
Dojechaliśmy w piątek około 14.30. Droga zajęła nam mniej-więcej 4h, bo padało (do Wrocławia jechaliśmy 3,5h). Hotel bardzo przyzwoity, pokój przyjemny. Drink bar czynny do nocy, więc było gdzie siedzieć wieczorem :)

Szwędactwo po Pradze zaczęliśmy w sobotę od rana – chodziliśmy w sumie jakieś 8h. Mariusza do dziś bolą mięśnie po tych „spacerkach” ;) Połaziliśmy po Starówce, po Hradczanach, trochę po Malej Stranie i po jakimś wzgórzu, którego nazwy ciągle nie znam (i nie jest to wzgórze Petrin). Na owym wzgórzu stał niegdyś gigantyczny pomnik Stalina, który potem wysadzili w powietrze (jego części podobno do dziś leżą na dnie Wełtawy), a na jego miejscu postawili wielki metronom. Drogę na owo wzgórze odkryliśmy przypadkowo (jak i wiele innych miejsc w Pradze). Widać stamtąd piękną panoramę miasta.

Dalej szliśmy „na czuja” (z przerwą na kawkę) w stronę Hradczan i o dziwo udało nam się tam dotrzeć bez większych zgrzytów (choć były momenty, gdy myśleliśmy, że wybraliśmy jakąś baaardzo okrężną trasę). Na Hradczanach jak zawsze kolejka do katedry, więc się odbiliśmy i pozostawiliśmy ten punkt do zaliczenia jakimś innym razem.

Z Hradczan pomaszerowaliśmy w dół do ogrodów Wallensteina, a potem do metra i w stronę Wyszehradu. Niestety po dotarciu na stację Wyszehrad stwierdziliśmy, że jesteśmy masakrycznie zmęczeni i nie damy rady iść jeszcze taki kawał drogi na zamek, więc wróciliśmy na Malą Stranę i na Kampie zjedliśmy obiad. Potem poszwędaliśmy się jeszcze mostem Karola i Starówką, zrobiliśmy trochę zakupów i wróciliśmy na piwo i drinka do hotelu. W skrócie tak wyglądała sobota :)

W niedzielę po śniadaniu załadowaliśmy się do samochodu i w ramach pożegnania przejechaliśmy się samochodem po Starym Mieście i Malej Stranie. Dobrze, że był to niedzielny poranek (ruch sporadyczny), bo przynajmniej mogliśmy spokojnie pojeździć w miejsca, gdzie zwyczajowo są tłumy pieszych i samochodów.
Udało nam się też prawie wjechać na most Karola samochodem. O więcej nie pytajcie ;)

Generalnie po naszej drugie wizycie w tym mieście doszliśmy do wniosku, że wciąż jest tam wiele miejsc, które chcemy zobaczyć, więc nie jest to nasza ostatnia wyprawa.

A zdjęcia możecie obejrzeć w galerii.

Co do Micha, to dzielnie zniósł weekend z dziadkami. Przywieźliśmy mu torbę prezentów, no i jak to bywa, najbardziej ucieszył się z samej tej torby (taka do prezentów, tyle, że z Krecikiem). Dopiero potem zaczął się interesować zabawkami, które z torby zostały wyjęte.

A swoją drogą, jak wchodzę do czeskich sklepów z zabawkami, to mózg mi się lasuje. Mają tam tyle pięknych rzeczy. Na Starówce jest cale mnóstwo sklepów z zabawkami z drewna, wykonanymi ręcznie w Czechach. Owszem, mają swoje ceny, ale jakość rewelacyjna, no i są bardzo i przemyślane. A już Krecików to mają tony i to w każdej postaci (każdej, poza szklaną – Mariusz szukał szklanych Krecików, nie znalazł niestety).

W związku ze szwędactwem po czeskich sklepach z zabawkami Michu otrzymał: puzzle drewniane – cyferki, puzzle piankowe (takie duże, 8 sztuk 30cmx30cm jeden) z Krecikiem, pacynkę Jeżyka, sorter kształtów i wielkości oraz koparkę :)

Cóż poza tym… Dziś u nas padało, więc porobiły się kałuże. Misiek wcześnie zwlekł się z południowej drzemki, więc zanim pojechaliśmy po Mariusza przeszliśmy się na „kałużowy spacer”. Efekty są widoczne tutaj :) Miało dziecko frajdę. Ja, przyznam się, też, patrząc na jego radochę.

Na koniec oczywiście radość była pełna, bo dziecię nasze znalazło wieeelki kij. Na powrót do domu musiałam namawiać wizją cukierka i bajki. A i tak skończyło się wzięciem na ręce, bo nie było wózka (spacerek miał trwać kilka minut tylko), a gdybym liczyła na dobrą wolę naszego prawie dwulatka („nie!!!!”), to bym się przeliczyła.

W każdym razie moja kurtka, jakkolwiek wodoszczelna okazała się nie być błotoszczelna, co zaowocowało przeniesieniem części błota z Micha na mnie. No ale cóż. I tak warto było się poświęcić, by zobaczyć szczęście Micha tarzającego się błocie (nasuwa mi się tu tylko jedno skojarzenie – pewnego zwierzęcia tarzającego się w błocie, ale na tym poprzestanę ;))

Jutro zamierzam napisać coś wreszcie w dzieciowisku. Ale o czym, to jeszcze nie wiem – czas pokaże, a życie podpowie :)

Na koniec jeszcze filmik z błotnym Mikołajem. Jest na co popatrzeć. Dodam, że gdy wracaliśmy do domu Mikołaj miał też brudną twarz, a kurtka nadawała się tylko do prania (reszta odzieży zresztą też).

P.S. Jest jeszcze kilka zdjęć z naszej wrześniowej wyprawy na Ślężę – link macie tutaj.

Harry Potter i inne nowinki

Harry Potter i Książę Półkrwi od trzech dni gości na ekranach kinowych w Polsce. Czekałam na tę ekranizację od długiego czasu, zwłaszcza, że ta część nakręcona była dużo wcześniej, tylko zwlekano z premierą. No i cóż. Wybrałam się wczoraj wieczorem do kina, nastawiona na wartką akcję i porcję adrenaliny (jak przy Czarze Ognia co najmniej) i zonk lekki! Kurde, po raz pierwszy muszę zgodzić się z recenzjami, które przed obejrzeniem filmu przeczytałam choćby w Wyborczej. Faktycznie – film rozczarował. Uwaga skupiała się więcej na miłostkach uczniów Hogwartu niż na walce z Voldemortem i tworzeniu ruchu oporu walczącego z maskującym wszystko Ministerstwem Magii. Nie pamiętam już za bardzo książki, czytałam ją dawno, ale kurde, ludzie, to jest przedostatnia część serii, Voldemort rośnie w siłę, więc czemu zrobiono z tego film obyczajowy zamiast mrocznego trillera? Jakoś tak to wszystko się rozmyło. Ech… No cóż, i tak przyznać muszę, że mi się film podobał, mimo pewnego rozczarowania. Efekty specjalne na szczęście jak zwykle wymiatały, choć chyba nie mogłoby być już inaczej. W końcu film miał ogromny budżet do wykorzystania, i z części na część efekciarstwo i grafika były coraz lepsze. No ale żeby z tego M jak Miłość zrobić?… Buuuu!

Cóż ponadto? Wczoraj zrobiliśmy sobie wycieczkę krajoznawczą po Górach Sowich. Pojechaliśmy rano do Kudowy, ale ponieważ lało, więc ograniczyliśmy się tylko do przejechania przez miasto, podjechania do marketu w czeskim Nachodzie (po słodycze i kilka fajnych zabawek dla Miśka, które można tam kupić za 3/4 ceny polskiej) i stwierdziliśmy, że w związku z tym pojeździmy sobie po okolicy. Tak więc z Kudowy do Karłowa pod Szczeliniec, dalej przez Radków, Kłodzko i w Ząbkowicach skręciliśmy na Srebrną Górę. Tam wspinaczka niemal pod samą twierdzę i zjazd w stronę Bielawy, dalej Dzierżoniów i Wrocław. No i szczęki nam opadały na widok Gór Sowich. Mamy je w zasięgu ręki, godzinkę od domu, bo okolice Bielawy przecież. Górki śliczne, wcale nie niskie, a takie przez nas niedocenione. Mamy postanowienie gorące, że trzeba nadrobić zaległości i zamiast jeździć po Szczawnicach i innych odległych górach, wybrać się w Góry Sowie na wycieczkę. Mam nadzieję, że uda się nam to zrealizować.

Z Miśkiem zazwyczaj ok. Wczoraj spadł z tapczanu i nabił sobie wielkiego guza na czole, ale to akurat nie pierwszyzna ;) Poza tym rozchodził się totalnie, w wózku siedzieć nie chce za bardzo, wszędzie go nosi. Rozwija też swoją pasję związaną z sygnalizacją świetlną. Wydrukowałam mu ostatnio 3 obrazki ze światłami, zalaminowałam i teraz je ciągle ogląda i powoli zaczyna łapać który kolor jak się nazywa. W dodatku jak bierze je do samochodu, to jak stoimy na światłach, to potrafi na swoim obrazku pokazać jakie światło akurat się świeci. Mała rzecz, a jak nas cieszy! :)

Do okularów już się chyba przyzwyczaiłam. Na początku było ciężko, ale teraz to już nawet nie zwracam uwagi, że je mam.

Tyle na razie. Nic więcej nie przychodzi mi do głowy.

O gryzieniu i wytykaniu palcem

Mamy z Michem mały kłopot. Micho gryzie. I to nie byle jak! Mariusz ma już strupa na brzuchu, a ja znak na ramieniu. Do tej pory zdarzało się Misiowi podgryzać tylko mnie. Tak od czasu do czasu, nawet chyba kiedyś o tym pisałam. Brałam to za nieumiejętne buziaki, takie tam okazywanie miłości. No ale teraz to zaobserwować możemy gryzienie z dwóch powodów. Pierwszy to taki, gdy Miś nie potrafi sobie poradzić z nadmiarem emocji. Jak się bawi z nami jakoś wariacko i się zaśmiewa, to nagle bach – gryz w udo, bach – gryz w ramię… Ech… To by jeszcze można zrozumieć. Ale drugi rodzaj „gryzów” jest mniej zabawny. Miś w ten sposób zaczął okazywać swoją złość. „Nie pozwalacie mi stukać w klawiaturę taty? To ugryzę tatę! Nie pozwalacie mi dusić po przyciskach na pralce? To ugryzę mamę!” Generalnie o te dwie rzeczy zazwyczaj toczy się wojna. Zwłaszcza o tę klawiaturę. No i co tu zrobić? Mówimy, że nie wolno, odnosimy do pokoiku. Zawsze kończy się rykiem i raczkowaniem w naszą stronę, żebyśmy na pewno widzieli, jaką to krzywdę Miś przeżywa. Tak samo robimy, gdy gryzie. Czasem dociera. Nawet dziś, gdy leżeliśmy sobie w trójkę na dywanie w pokoiku i Miś miał kilka podejść do gryzienia, Mariusz mówił: „Nie wolno”, to Miś stopował. Ale czuję, że jeszcze nie raz będziemy kwiczeć z bólu, zanim całkowicie się oduczy. Ale miejmy nadzieję, że się uda.

Poza tym Miś zaczął pokazywać ręką. To wyczekiwany progres, bo generalnie powinien robić to już od jakichś dwóch miesięcy. Na razie jeszcze rzadko udaje mu się ułożyć palec wskazujący, więc pokazuje całą dłonią, ale i tak cieszymy się z tego jak diabli. To oczywiście owocuje tym, że Miś może oddać się swoistemu lenistwu. Nie musi już podchodzić do przedmiotu, o który go pytamy, tylko wystarczy mu, że pokaże go ręką. Taki to oszczędny w ruchach ten nasz synek :) Ale fajne jest też to, że już potrafi nam pokazać konkretnie, co chce. Że na przykład chce pić. Albo że chce, by mu podać jakąś trudno dostępną zabawkę. Fajne to jest :)

Do rozwijania umiejętności stawania możemy dodać z ostatnich kilku dni to, że Miś nauczył się schodzić ze stojaka do pozycji na kolanach. Nawet szybko to zaczaił. Chyba stwierdził, że nie ma rady, musi się nauczyć, bo na rodziców to się czasem może nie doczekać, aż przyjdą i wyratują ;) W każdym bądź razie Mariusz wyłapał wczoraj dwa sposoby Miśkowego schodzenia. Jedno w kuczki, drugie na kolana ślizgiem. Ot, taki zdolniacha ;) No i jeszcze do tego wszystkiego dziecię nasze nauczyło się wchodzić na tak zwane „wyżki”. Tapczan w pokoju i fotel nie stanowią już dla niego problemu. Włazi, gdzie może :) Nawet mogę powiedzieć, że umie schodzić z tapczana. Co prawda, potrzebna mu jest asekuracja, ale generalnie wie, że może zlecieć na łeb, więc rzucając się szczupakiem z łóżka pięknie wyciąga przed siebie ręce. No i o dziwo, przynosi to pozytywny skutek. Na razie wypadków brak, a Misiek zadowolony, że samowystarczalny :)

Miałam napisać jak tam u psychologa. A więc (pamiętajcie, nie zaczyna się zdania od „więc”) najpierw niedziela. Bo w niedzielę spotkaliśmy się z mamą mojego szwagra (zawiłe to wszystko), która jest psychologiem i akurat zatrzymała się kilka dni w naszym mieście. P.Danusia poobserwowała Misia, wyłapała kilka rzeczy, których Miś nie potrafi zrobić, a już powinien, ale ogólnie była nim zachwycona i stwierdziła, że na nic poważnego się nie zanosi raczej. I że, miejmy nadzieję, wszystko uda się jakoś wyrównać poprzez odpowiednie ćwiczenia i zabawy. Być może uda się jej też załatwić dla Mikołaja konsultację neurologiczną. Dobrze by było.
W poniedziałek natomiast dotarliśmy do centrum Mamy dziecko. Znalazłam je przez Internet. Tam umówieni byliśmy z panią Zwierz-Wasylew, psychologiem. Pani bardzo sympatyczna, Miś szybko ja zaakceptował. Też głównie obserwowała i dużo pytała. Opinię mam do odebrania jutro. Generalnie stwierdziła, że rzeczywiście, może być jakiś ślad uszkodzenia układu nerwowego. Ale nie jest w stanie na razie określić nic więcej. Zaleciła nam kilka zabaw, zakup książek z programu„Zabawy fundamentalne” oraz wkręciła nas na zajęcia logopedyczne w grupie w Promyku Słońca. Ruszamy na nie od wtorku. Poza tym pani stwierdziła, że będziemy cały czas w kontakcie poprzez logopedę prowadzącą zajęcia. I tyle. Generalnie bardzo uspokoiły nas te dwie wizyty. Co prawda, nie możemy powiedzieć, że wszystko jest super, bo jakieś deficyty są, ale rokowania nie są straszne. I to jest najważniejsze. Rzecz jasna nic nie lekceważymy. Ale mamy nadzieję, że jakoś to wszystko, a przynajmniej w większości, da się wyrównać.

„Zabawy fundamentalne”. Seria książek z zabawami i materiałami do tych zabaw dla dzieci od 0 do 6 lat. Opinie na forach super. Każdy to zaleca, zachwyca się, mówi, jak to pomaga w rozwoju dziecka, jak wspaniale stymuluje itd. I co z tego? Książki prawie nie do dostania. Gdzieś tam, w naszym wrocławskim Berku udało mi się namierzyć część „ZF 2”, dla dzieci powyżej 2 roku życia. Ale części pierwszej nie ma po prostu. Jedyną szansą było Allegro. No i za trzecim razem udało mi się wylicytować w końcu tę pierwsza część – w sumie dwie książeczki + książka-przewodnik z płytą z materiałami. Poszło na to prawie całe moje miesięczne stypendium. Bo wylicytowałam to za… 224,50 zł… Masakra. Książki, które można było wcześniej kupić w księgarni z 30zł sztuka. No ale cóż było robić? I tak dobrze, że się udało. Bo walki szły ostre. Książeczki owe na Allegro rozchodzą się jak ciepłe bułeczki. No nic, teraz tylko wpłacić pieniądze trzeba i czekać na przesyłkę.

Cztery dni ubiegłego tygodnia spędziłam z Miśkiem w Głuchowie. Generalnie ten wyjazd po raz kolejny przekonał mnie, że Miś nie nadaje się do spania poza domem i to z kimś w pokoju. Przez trzy noce, jakie spędziliśmy u babci, przespałam w sumie może z 10 godzin… Michu budził się co noc, na 2 – 3 godziny. Po czym liczyłam, że chociaż rano trochę dłużej pośpi. Ale nie. Punkt szósta i zrywał mnie z łóżka jego płacz. Masakra. Jak wracaliśmy w czwartek do domu samochodem, to myślałam, że nie dojadę, tak mi się oczy kleiły. Powiem Wam, że do dzisiaj jeszcze nie jestem do końca wypoczęta. Ale żeby nie było – wróciliśmy do domu i Miś przesypia całe noce… Ech…

W czasie, gdy my byliśmy u babci, Mariusz z ekipą z Fingo pojechał do Pragi na konferencję Oraclową. I przywiózł prezenty!!! Poza piwem, czekoladami studenckimi i lentilkami kupił Miśkowi Krecika i drewnianą klockową zabawkę. Krecik Michowi od razu przypadł do gustu. Nos ma obgryzany notorycznie :) I Mikołaj potrafi już nawet pokazać kto to Krecik :) A co do zabawki drewnianej, to jest wypaśna. W ogóle to Mariusz namierzył w Pradze sklep z zabawkami drewnianymi. Można sobie asortyment obejrzeć na stronie. No i muszę przyznać, u nas jeszcze takiego wyboru, w dodatku tak tanich zabawek drewnianych, nie spotkałam. Spory wybór ma firma Boikido, nawet ciekawe i ładne, ale nie wiem, gdzie poza stroną Marko-zabawki można je znaleźć. A porównując z tym czeskim Woodylandem to… nie ma co porównywać. W każdym razie już postanowiliśmy, że następna wizyta w Pradze będzie obfitować w zakup drewnianych zabawek :) A co!

Dziś rano skoczyliśmy do aquaparku. Postanowiliśmy, że będziemy chodzić w miarę możliwości co tydzień + w piątki nasze zwyczajne zajęcia dla dzieci, bo Michu zapomniał jak się w wodzie poruszać. Szkoda. Liczymy, że jak znowu ostro pochodzimy, to mu to wróci. Wody się na szczęście ciągle nie boi, lubi się pluskać, ale już tak fajnie mu szło pływanie. A teraz, przez przerwę świąteczną i nasze choróbska ostatnie pozapominało mu się. Nawet dziś zainwestowaliśmy w piankowy makaron jako wspomaganie, takie jak mamy na zajęciach. Może to go trochę zmobilizuje.

Ale się ostatnio zaczęłam rozpisywać… Cóż, jak widać, dużo się dzieje. Mam nadzieję, że dotrwaliście do końca :) Jeśli tak, to gratuluję. Jeśli nie, to rozumiem :)

Vojta, Nachod i inne nowości…

Od prawie dwóch tygodni rehabilitujemy Miśka. Okazało się bowiem, że dziecię nasze najmilsze jest poważnie zagrożone skoliozą – ma kręcz szyi i poważną asymetrię ciała. Wyszło to prawie że przypadkiem, gdy poszłam z Misiem na wizytę do lekarza rehabilitacji w Promyku Słońca. Byliśmy umówieni w związku z tym, że Misio się nie przewracał z pleców na bok. Co prawda nie przekręcał się na początku maja, termin wizyty mieliśmy na 12 czerwca i w międzyczasie Misio się już zaczął przewracać, no ale stwierdziliśmy, że i tak lepiej pójdziemy, niech go specjalista obejrzy. No i co się okazało? Że to wcale nie było nienormalne, że się Mały nie przekręcał na początku maja. Lekarka stwierdziła, że to jest umiejętność 6-miesięcznego dziecka, a nie 5-cio. Zaniepokoiło ją jednak, że Mikołaj przewraca się tylko w jedną stronę i że do tej pory nie opiera się na dłoniach (a już powinien). Obadała go więc wszerz i wzdłuż i stwierdziła kręcz szyi i asymetrię. Powiedziałam, że byliśmy u neurologa dziecięcego w marcu i że tamta lekarka uspokajała (na moje pytanie o krzywą głowę Miśka), że to się wyrówna, że wystarczy kłaść na brzuchu i przestawić łóżeczko w drugą stronę. No i rehabilitantka naprostowała nas – asymetria może się cofnąć samoistnie do 3 miesiąca życia. A po 3 miesiącu, jeśli nadal jest i nie jest rehabilitowana, zaczyna się utrwalać. Usłyszałam też, że ogólnie rzecz biorąc powinniśmy się zgłosić do niej już 3 miesiące temu. Super po prostu. Była zdziwiona, że żaden lekarz wcześniej nie zauważył, że Misiek ma wadę postawy. To podobno najczęściej zaniedbywana rzecz przez pediatrów – diagnozowanie wad postawy u dzieci. Ale mniejsza z tym. Ogólnie rzecz biorąc dostaliśmy skierowanie na rehabilitację metodą Vojty. O samej metodzie możecie sobie poczytać na fachowej stronie. Jeśli chodzi o naszą rehabilitację, to raz w tygodniu chodzimy do rehabilitantki, która uczy nas jednego lub dwóch nowych ćwiczeń, które następnie przez cały tydzień robimy z Miśkiem w domu cztery razy dziennie. Ćwiczenia nie są przyjemne, Misio bardzo płacze przy nich, ale to podobno normalne (w końcu co tu dużo mówić – prostujemy mu kręgosłup i naciągamy mięśnie). No i niestety – trzeba to robić dla jego dobra. Na szczęście widzimy rezultaty tych ćwiczeń. Misio rzeczywiście zaczyna się prostować. No i zaczął się przewracać także w prawą stronę, a nie tylko w lewą. Zresztą nauczył się też, piernik mały, przewracać z brzucha na plecy, w związku z czym mamy nieraz niezły maraton na łóżku – gonimy kulającego się Miśka, żeby nie spadł z tapczanu ;)

Trochę więcej fachowych informacji na temat wspomagania rozwoju ruchowego małego dziecka możecie znaleźć w Dzieciowisku. Zapraszam!

Mikołaj doczekał się nowej wanienki. Średnio mu się chyba ona podoba, bo był przyzwyczajony, że w tamtej miał półleżącą pozycję, a tu leży na płasko. Ale miejmy nadzieję, że przywyknie.

Wczoraj pojechaliśmy na wycieczkę do Nachodu. To czeskie miasteczko zaraz za granicą w Kudowie. Byliśmy już tam rok temu, ale nie zwiedziliśmy go wtedy za bardzo. A wczoraj postanowiliśmy nadrobić zaległości. Zrobiliśmy więc spacerek po deptaku, ryneczku i weszliśmy na górę, by zwiedzić zamek. Zamek nas nie rozczarował (w przeciwieństwie do zamku w Kamieńcu Ząbkowickim!!!). Można go zwiedzać, jest tez restauracja i bardzo ładny ogród. Warto zobaczyć!
Po zejściu z góry poszliśmy na obiadek – pyszne czeskie knedliczki :) Mariusz był wniebowzięty ;)
Na najbliższą niedzielę też planujemy wycieczkę (Kudowa, Bardo, zamek Szczytnik). No ale to wszystko zależy od ogólnego samopoczucia i pogody. Zobaczymy.

Dziś jest Dzień Ojca. Daliśmy – Misiek i ja – w związku z tym Mariuszowi prezent. Wyglądał na ucieszonego :)

Jeszcze dwa tygodnie i mam wakacje. W sumie to już się czuję, jakbym je miała, bo zdałam tydzień temu najgorszy egzamin w tej sesji. Mam jeszcze dwa przedmioty do zaliczenia i egzamin 5 lipca. Ale to już „pikuś”. Jakoś to będzie.

W ubiegły czwartek byliśmy z Mariuszem w parafii wypełnić papiery do ślubu. Nawet sympatyczny ten nasz proboszcz. Mimo że bardzo zakręcony. Ale obszedł się z nami bardzo ładnie i miło. Nawet poczęstował Miśka cukierkiem (którego, gdy tylko ksiądz znikł za horyzontem, musiałam mu siłą wyrwać, bo był na dobrej drodze do wepchania go sobie w paszczę). Ogólnie rzecz biorąc od ubiegłej niedzieli są wyczytywane w kościele nasze zapowiedzi. I po 6 lipca mamy się zgłosić do księdza, aby dokończyć wypełnianie papierów. Z tego wszystkiego zapomnieliśmy dać księdzu kasę na zapowiedzi. Ale najwyżej damy po wszystkim.

Poza tym szukamy fotografa na ślub. To nie jest trywialne, na dwa miesiące przed ślubem, znaleźć kogoś dobrego, kto ma wolny termin w sierpniu. Umieściliśmy ogłoszenie na forum fotografii ślubnej i jak na razie zgłosiło się kilku fotografów. Spodobały nam się zdjęcia jednej dziewczyny, myślę, że się na nią zdecydujemy. Ale musimy to jeszcze przegadać.

Cóż ponad to, co już napisałam? Chyba nic więcej. I tak już nieźle Was namęczyłam. Na koniec ponownie zapraszam do zaglądania na bloga mojego mężula – czasem coś tam nowego dopisze :) Linka macie tutaj oraz w „ulubionych” na bocznym pasku.