No i mały Misiek jest już z nami. Ale wszystko po kolei…

Na porodówkę poszłam około 9 rano. Standardowo podłączyli mi ktg i po krótkim czasie dostałam kroplówkę. Opiekowała się mną tego dnia pani Mariola – położna, znajoma pani Joli. Pani Jola prosiła ją, by się mną zajęła i by mi pomogła urodzić naturalnie. Kroplówka leciała o wiele szybciej niż w środę – ciekawe, jakim problemem było podkręcić ją już wtedy… Skurcze zaczęły mnie brać dość szybko. I nawet dość porządne. Bolało w cholerę. W międzyczasie badała mnie lekarka z porodówki i pani Mariola. Zaczynało się robić jakieś rozwarcie. Najpierw na jeden palec, potem na dwa… Powoli zaczynałam mieć nadzieję, że się w końcu uda. Oksytocyna dawała czadu. Wkrótce zaczęły się skurcze krzyżowe. Co tu dużo pisać – jak któraś z Was rodziła, to wie, o czym mówię i jak to może boleć… Położna przyniosła mi piłkę, żeby sobie na niej posiedzieć, pomasować krocze – żeby trochę ból złagodzić. Rzeczywiście pomagało – na piłce odnalazłam jedyną pozycję, w której dało się znieść skurcze.

Około wpół do czwartej kolejny raz zbadała mnie pani Mariola. Okazało się, że pęcherz płodowy jest już bardzo napięty, więc go przebiła. Odeszły mi wody – okazało się, że miały już seledynowy kolor. Wtedy położna stwierdziła, że jakby na to nie spojrzeć, dzisiaj na pewno urodzę. I że mogę już zadzwonić po Mariusza.

Misiek przyjechał bardzo szybko. Wolę nie wiedzieć, jak wyglądała ta jego podróż do szpitala ;) Wpuścili go do mnie na salę, mimo że leżałam w boksie do porodów ogólnych, bo obok nikt inny nie rodził. No a sale do rodzinnego były akurat zajęte. Siedzieliśmy więc sobie za parawanikiem, ja na piłce, Mariusz na niewygodnym krześle. Po jakimś czasie poszliśmy pod prysznic, trochę ulżyło, ale nie za bardzo.

Po badaniu lekarka stwierdziła, że dam radę urodzić sama, że macica podjęła czynność, mimo że odłączyli już kroplówkę. Ucieszyliśmy się bardzo. Wizja cesarki oddaliła się.

O 20.00 znowu zostałam zbadana – rozwarcie było już na 3 palce (6 cm). Położna ponownie wysłała mnie pod prysznic i potem miałam mieć podłączone ktg. W międzyczasie przenieśliśmy się na salę do porodu rodzinnego. Misiek mógł tam wreszcie jakoś normalnie usiąść, bo na fotelu. Ja większość czasu klęczałam przy łóżku na kolanach, bo tak było najwygodniej – piłka już nie dawała rady. Dostałam wtedy też jakąś kroplówkę przeciwbólową. Ale nie poskutkowała.

Około 21.30 przyszła pani Mariola i ponownie mnie zbadała. Okazało się, że rozwarcie się nie powiększa. Zawołała lekarkę. Okazało się, że akcja porodowa stanęła w miejscu. I rzeczywiście – nawet skurcze stawały się rzadsze i słabsze. Pani doktor zadecydowała, że trzeba w trybie pilnym zakończyć poród przez cesarskie cięcie. Zrobiło mi się bardzo przykro. Bo wierzyłam, że uda się tego uniknąć. Do tego strasznie bałam się tej operacji, znieczulenia. No ale nie było już innego wyjścia. Prosiłam tylko Mariusza, żeby zaraz po porodzie wziął Mikołaja na ręce, by do niego mówił, by przy nim był. Bo po porodzie naturalnym dziecko od razu wędruje w ramiona mamy i taty. A po cesarce sama nie wiedziałam kiedy go zobaczę po raz pierwszy. A nie chciałam, żeby sam leżał w wózeczku gdzieś na sali.

Do operacji przygotowali mnie bardzo szybko. Znieczulenie w kręgosłup podziałało od razu, tak jak powinno. Bardzo się go bałam, ale dało się przeżyć. Potem rozłożyli mnie na stole, przegrodzili parawanem, bym nic nie widziała, no i zaczęło się. W międzyczasie zaczęło mi bardzo spadać ciśnienie. Anestezjolog bardzo się zdenerwowała. A mi się robiło słabo i ciemno przed oczami. Słyszałam tylko, jak anestezjolog wyzywała kogoś z porodówki, że kolejny raz przyprowadzili wygłodzoną i odwodnioną prawie pacjentkę, że mogli mi dać chociaż glukozę albo sól fizjologiczną. No ale po kilku minutach zaczęło mi rosnąć ciśnienie i dochodziłam do siebie.

Nie wiem jak długo to wszystko trwało. W pewnym momencie usłyszałam tylko jakiś pisk. Dowiedziałam się wtedy, że doktor wyjął już główkę i za chwilę pójdzie reszta. I rzeczywiście – po kilku chwilach usłyszałam płacz dziecka i się popłakałam. To był pierwszy objaw dla mnie, że z Mikołajem jest ok. Lekarz zaczął mnie zszywać, a w tym czasie Misiaczek powędrował już do kącika noworodka na wszystkie badania. Po paru minutach przyszła położna i powiedziała, że mały dostał 10 punktów w skali Apgar. I że ma widoczne cechy przenoszenia (i niech mnie w d…e pocałują wszyscy ci, którzy mi wpierali, że źle termin obliczyliśmy!!!). Trochę się tym zdenerwowałam, ale okazało się, że to nic groźnego.

Jak już mnie pozszywali to zawołali Mariusza, żeby mnie pomógł przenieść na łóżko. I wywieźli mnie do dyżurki, żeby jeszcze trochę poobserwować.

I wtedy przynieśli mi Mikołajka. Co prawda leżałam plackiem i nie mogłam się ruszać, ale lekarka położyła mi go na piersiach i pomogła przystawić, by mały troszkę possał. I udało mu się! Chwilę musiał poćwiczyć, ale wreszcie zassał! A mi łzy płynęły ze szczęścia, że mamy zdrowe dziecko. Mariusz cały czas był przy nas. I też jakoś nic nie mówił… Chyba też ze wzruszenia :)

misiek

Potem przewieźli mnie na oddział położniczy na salę pooperacyjną. Byłam tam sama przez całą noc. Ale nie za bardzo mogłam pospać. Gdy przestało działać znieczulenie to rana tak mnie zaczęła boleć, że myślałam, że nie wytrzymam. Miałam podłączoną kroplówkę ze środkami przeciwbólowymi, ale zaczęła działać dopiero o 3.30 w nocy, a ja na pooperacyjnej leżałam od około północy. Przeszło zupełnie dopiero nad ranem. Zresztą – „zupełnie” to złe określenie. Bo szycie bolało cały czas. Ale już nie byłam tak bardzo obolała.

Rano, mimo że jeszcze nie mogłam wstawać, położna przywiozła mi Mikołajka i położyła obok mnie na łóżku. Mały spał. Potem go zabrali na obchód, a w międzyczasie przyjechał Mariusz. No i kazali mi też wstawać. To była kolejna masakra, bo zupełnie nie miałam siły, a bolało jak cholera. No ale jakoś się udało i mogłam już przenieść się do zwykłej sali. Poszłam pod prysznic, przyprowadziliśmy z Mariuszem Mikołaja i tak nam mijała niedziela – pierwszy dzień życia naszego synka.

Reszty pobytu w szpitalu nie będę już opisywać. Najważniejsze już za nami – poród. A reszta zleciała szybko na szczęście i w ubiegłą środę wypisali nas już do domu.

Jedno wiem na pewno – jeśli będę rodzić drugie dziecko, to na pewno nie we Wrocławiu. Jakoś mam awersję do tutejszej służby zdrowia. Mariusz też. Życie…

Zdjęcia naszej Pociechy są oczywiście do obejrzenia w galerii. Zapraszam!