Red Hot Chili Peppers

Przedwczoraj byliśmy znów w Chorzowie. Na koncercie Red Hot Chili Peppers. Zajefajna sprawa :) Mimo że technicznie gorzej niż Genesis. Ale muzyczka i klimat po prostu suuuuper! Troszkę się denerwowałam, bo po wejściu na stadion okazało się, że jest o wiele więcej ludzi niż na Genesis i w związku z tym jest większy ścisk na płycie, ale w rzeczy samej zajęliśmy miejsce na tyłach, przy platformie niepełnosprawnych, gdzie było całkiem spokojnie i bezpiecznie :) W ogóle to koncert był bardzo spokojny i bezpieczny. Nie było żadnych rozrób ani innych przykrych sytuacji. Pacholę dawało znać o sobie i o tym, że podoba mu się muzyczka, bo czuć było jak leciutko podkopuje :) Cóż, rockendrollowe dziecię w końcu chowamy :)

Na koncercie byliśmy większą gromadą. Z nami autkiem przyjechali Dominika i Bartek, a oprócz tego byli jeszcze Wojtek i Śniegu z żonami. Towarzystwo bardzo wesołe i sympatyczne :)

Już się nie mogę doczekać przyszłej środy. No bo na usg idziemy. I dowiemy się czy chłopiec, czy dziewczynka :) Mam nadzieję, że będzie widać porządnie :) Jedyne, co mnie martwi, to wyniki, bo mi ostatnio lecą w dół na łeb, na szyję. Zwłaszcza jeśli o hemoglobinę chodzi. Miesiąc temu miałam na dolnej granicy normy. Obawiam się, że teraz znowu spadła. Zajady mi się robią ciągle i generalnie samopoczucie spada. A przecież wszamiam żelazo gdzie się da. Herbaty z pokrzywy mam już dość i witaminki zjadam. I morele. I tysiące innych rzeczy. No ale zobaczymy za tydzień. W poniedziałek idę do badania krwi, to się okaże.

Muszę jeszcze donieść, że od niedzieli do środy mieliśmy w domku gości. Trzy sympatyczne trutnie w postaci Dominiki, Olgi i Bartka. Co prawda nie widzieli zbyt wiele z Wrocławia, bo prawie cały czas padało, ale nie ma rzeczy, których by się nie dało w przyszłości nadrobić :)

Obydwoje z Mariuszem czekamy na sierpień. W końcu na wakacje pojedziemy. Mam nadzieję, że Misiek trochę odpocznie, bo ma ostatnio w pracy kołomyję. Niektórzy to już urlopują. Na przykład Monika z Bartkiem i Tosią od dzisiaj smażą sie w Egipcie. Ech, takim to dobrze :) Mam nadzieję, że chociaż pocztówkę przyślą ;)

W sobotę jedziemy do Głuchowa na parapetówę do Kieretów :) Fajna impreza się zapowiada :) Od rana ruszamy – najpierw po piwo na granicę, a potem do Głuchowa.

No, a tak w ogóle to ja już mam wakacje od niedzieli! Sesja i zaliczenia poszły całkiem dobrze. Średnia wyszła mi 4,83 nie chwaląc się :) Mam nadzieję na stypendium naukowe od przyszłego roku :) Teraz są wakacje i wieeeelkie wakacyjne plany. Ale ile z nich wyjdzie, to się okaże dopiero :) No bo chcę w końcu tego htmla popchnąć, i Szkołę Fotografowania z Nationale Geographic skończyć. I za angielski się zabrać. I dokończyć Mistrza Klawiatury. I pograć w Harrego Pottera najnowszego. I dokończyć starszego. I na listy poodpisywać. i zrobić porządek w szafach. No i pokoik dziecinny urządzić + umeblować duży, i wyprawkę kupić. Ech…pracowite wakacje to mają być. Ciekawe jakie będą naprawdę :)

Nadrabianie zaległości

O matko, nie sądziłam, że nie pisałam już aż tak długo. Wydawało mi się, że uzupełniłam bloga jakieś 2 tygodnie temu maksymalnie. No ale człowiek się starzeje i nie o wszystkim już pamięta ;)

Pewnie wiecie, że byliśmy nad morzem. Na Helu, we Władysławowie. Było całkiem przyjemnie, poza małymi wyjątkami, których nie będę tu jednak opisywać i komentować. Generalnie to Hel piękny. Pierwszy raz tam byłam. Dzieciątku też się chyba podobało, bo czułam się cały weekend bardzo, bardzo dobrze :) Poza tym było nasze Pacholę zdrowo odżywiane, bo cały czas wszamiałam rybkę :) Co prawda rybka z Bałtyku pochodziła, a nie należy biedak do najczystszych mórz, ale tak czy siak jakieś witaminy miała ;) Najwyżej dziecię po narodzeniu będzie świecić na zielono ;)

Odwiedziliśmy fokarium w Helu. Widzieliśmy karmienie fok. Śmieszne stworzonka, do tego bardzo mądre. Pani podczas karmienia mówiła, że jak foka ugryzie człowieka, to często trzeba daną kończynę amputować, bo foki mają jakieś dziwne bakterie w pyskach i szybko wchodzi zakażenie do krwi człowieka. Nabrałam szacunku do tych zwierzaków. Przy okazji kupiliśmy maskotkę dla naszego Pacholęcia – foczkę srebrną, taką paskudnie piszczącą, ale nie piszczącej nie dało się kupić. Niech ma coś to nasze dziecię z wyjazdu z rodzicami przed narodzeniem.

Kąpaliśmy się w morzu. Nawet się jednego dnia dało zanurzyć.

Jedyną porażką tego wyjazdu była wizyta Busha na Helu. Od samego rana durne BORowiki budziły nas swoimi wyjącymi syrenami, jak przejeżdżali przez Władysławowo. Bo oni nie mogą przecież przejechać po cichu.

Co dalej? Doszliśmy jednak do wniosku, że ślub kościelny odłożymy na razie. Weźmiemy w przyszłym roku, jak będziemy chrzcić Pacholę. A teraz zaślubimy się cywilnie. Termin mamy 1 września o 15, ale nie czujcie się zaproszeni ;) Będą tylko rodzice i rodzeństwo. Zaprosimy Was na kościelny ;)

Obrączki już mamy. Z białego złota, półokrągłe. Mariusz trochę się buntował, że nie będzie nosił, bo to obciach, ale powoli się przekonuje. Ostatnio doszedł do wniosku, że Śniegu też ma białą obrączkę i nosi, więc może on też jednak będzie nosił. Cóż, dla mnie sprawa jest jasna – jak nie będzie nosił, to śpi na balkonie ;)

O, właśnie, balkon. Mamy sporo zielska na balkonie. Pelargonie w korytkach i zioło (nie będę komentować jakie) w doniczkach. I jeszcze jakieś pnące fasole i groszki. I choinkę z Bożego Narodzenia. Ale choinka nie przeżyła ostatnich upałów i zaczynają jej igły opadać. A szkoda…Bo taka ładna była, z dwoma czubkami :)

W ubiegły czwartek byliśmy w Chorzowie na koncercie Genesis. Świetny koncert. Mimo że zmokliśmy strasznie. Od 14 do 24 lało bez przerwy i były burze. Nie dotrwaliśmy do końca koncertu, wyszliśmy jakieś 4 kawałki przed zakończeniem, bo już nas telepało z zimna. Jak już moja kurtka przeciwdeszczowa z Campusa o naprawdę wysokiej nieprzemakalności przemokła, to wyobrażam sobie co musieli czuć ludzie, którzy na ten koncert wybrali się w totalnie lekkiej odzieży i klapeczkach. Z butów nam się wylewało, a w drodze powrotnej rozebraliśmy się do gaci i próbowaliśmy wyschnąć. Buty Mariusza 3 dni suszyły się na balkonie. Ale było warto tak zmoknąć :)

Niedawno byliśmy u lekarza. Zbadał, powiedział, ze wszystko ok i umówiliśmy się na 11 lipca na usg. Będzie już wiadomo, czy syn czy córa. Wszyscy prorokują, że będzie facet. Zobaczymy :)

Wczoraj zdałam na 5 ostatni egzamin. Został mi tylko jeszcze jeden zjazd, w najbliższą niedzielę i wreszcie wakacje.
Mariusz twierdzi, że jestem gestapo. Bo mu cukierki wymierzam, które może zjadać. I chrom mu kupiłam, żeby mu się tych cukierków jeszcze mniej chciało jeść. Okropna sadystka ze mnie podobno ;)

Misiek w ogóle cały czas śni o nowym aparacie i obiektywie. Śni – to jest bardzo dosłowne określenie. Już mu się razy śniło. Ran, że kupił aparat z obiektywami za 20 tys (biada!), a w ubiegłym tygodniu, że byliśmy w MediaMarkt i rzucałam w niego kartami pamięci do aparatu, I to nie byle jakimi, bo takimi z gabloty na kluczyk. A potem biedny musiał za to wszystko płacić, hihihi ;) Ale na razie nie da rady kupić nowej zabawki. W sobotę kupiliśmy nową kartę graficzna, jakąś super wypas (cokolwiek by to miało znaczyć w przypadku karty), więc aparat musi poczekać :) Może trochę stanieje.

Jedziemy nad morze w sierpniu, na tygodniowe wakacje. Do Mielna. Straszne problemy są już z rezerwacją miejsc. Ale za którymś razem w końcu się udało znaleźć coś wolnego w interesującym nas terminie.

Mam nadzieję, że na razie Wam wystarczy czytania moich wypocin. Do następnego razu, zatem!