Weekend spędziliśmy w Zachełmiu. Bo Mariusza firma miała tam zjazd integracyjny. Miejsce bardzo przyjemne, hotelik również a ludzie bardzo sympatyczni. Choć nie sposób zapamiętać wszystkich – było około 50 osób, o ile mam dobre informacje :)

W sobotę, po przyjeździe, wybraliśmy się większą ekipą do zamku Chojnik. To około 45 minut drogi od naszego hotelu. Co prawda Mariuszowi i mnie zajęło to więcej czasu (bo były momenty, że musiał mnie kulać pod górkę ;) ), ale – koniec końców – daliśmy radę.

Wieczorkiem było ognisko, ale nie za długo przy nim posiedziałam. Zwinęłam się o wpół do ósmej – byłam wykończona po tej popołudniowej wyprawie. Mikołaj za to dostał jakiejś hiperaktywności tej nocy. Tak mocno kopał, że momentami miałam już dość. Do tego zaczęły mi się skurcze. I tak siedziałam do trzeciej w nocy, nie mogąc zasnąć. Poczekałam na Miśka, który z chłopakami siedział na dole, i po jego powrocie udało mi się zasnąć. Rano powtórka z rozrywki – mały dalej kopał i trwał dalszy ciąg skurczów. Ale spokojnie – nie było to takie straszne, jak sie z opisu wydaje :) Tyle, że męczące.

Po śniadaniu ruszyliśmy z Miśkiem na spacerek. Zrobiliśmy kilka fotek, bo udało nam się namierzyć dwie grupy „fingowiczów”, którzy brali udział w grach i zabawach integracyjnych. Potem zjedliśmy obiadek i pojechalim do domu :)

We wtorek mieliśmy gości. Albo raczej – dwie gościówy ;) Bo Olga i Dominika przyjechały. Co prawda strasznie krótko były, zaledwie parę godzin, ale i tak super, że im się chciało jechać taki kawał drogi z Poznania. Udało nam się nawet wyskoczyć na godzinkę do parku południowego. Mam stamtąd parę zdjęć, do obejrzenia w galerii, jak zawsze :)

Dzisiaj rano pojechałam do Mediconceptu na ktg. Badanie wyszło dobrze. Pytałam się położnej o te skurcze (dzisiaj też miałam), orzekła, że to normalne w końcówce ciąży. Bo to już 36 tydzień. Powiedziałam też o bólach w podbrzuszu, pojawiających się zwłaszcza wtedy, jak dużo chodzę. Stwierdziła, że to tez normalne – mały szuka „ujścia” powoli, wciska się w szyjkę macicy i stąd ten ból. Czyli wszystko ok. nic, tylko czekać na pierwsze oznaki porodu :)

Zapomniałam napisać, ze poniedziałek byłam u fryzjera. Chyba wreszcie znalazłam salon, który mnie zadowolił. Poza tym trafiłam na fryzjera-faceta. Jakoś bardziej odpowiada mi, gdy obcina mnie mężczyzna, a nie kobieta. Super by było w ogóle, gdyby ten facet był gejem. Nie jest, niestety, ale nie wymagajmy zbyt wiele :) Z tego, co mówił, ma żonę. Ale i tak się cieszę, że udało mi się w końcu kogoś takiego znaleźć. Faceci w tym fachu jakoś lepiej potrafią dobrać fryzurę.

Co do naszych przygotowań porodowo-połogowych, to mamy już wszystko. W ubiegły piątek kupiliśmy stanik do karmienia, w poniedziałek wygodne klapki, a dzisiaj wkładki laktacyjne. W sumie to już całość. Mogę rodzić :)
Pokoik tez już skończony, przygotowany dla Maluszka. Łóżeczko ubrane, wszystko poukładane w szafach i na półkach… Może już tu Mikołajek zamieszkać :)

No i tyle. Trochę mnie przeziębienie chwyciło. Chyba się od Miśka zaraziłam. Ale ja nie przechodzę tak ciężko jak on. Mariusz cały czas jeszcze kaszle i nie za dobrze się czuje. Dobrze, że chociaż gorączki nie ma, i że ogólnie zmierza ku lepszemu :)