Wakacje się skończyły. Niektórzy odczuli to na własnej skórze (na przykład ci, co poszli do szkoły ;)), niektórzy trochę bardziej pośrednio (wzmogły się korki na mieście przez to). My zakończyliśmy wakacje w Gnieźnie i Poznaniu, co zresztą możecie obejrzeć na zdjęciach w galerii.

W Poznaniu byliśmy w zoo na Malcie. Jak bardzo by tam nie było ładnie, to trzeba powiedzieć, że nachodzić się można za wszystkie czasy. No i niestety, jeśli idzie o oznakowanie ścieżek w tym zoo to… mizerota. Owszem, są gdzieniegdzie jakieś mapki, ale mało czytelne. Do tego brak podstawowej rzeczy – dobrego, jasnego oznakowania drogi do wyjścia. Aż dziwne, że to jest zgodne z przepisami BHP. Zoo wrocławskie, mimo że o wiele mniejsze, na każdym chyba „drogowskazie” ma też strzałki informujące w którą stronę należy udać się do wyjścia. Ale poznańskie zoo stwierdziło widocznie, że nie jest to nikomu potrzebne. No i niestety to jest błąd. Rodzina z małym dzieckiem nie zawsze jest w stanie obejść cały obiekt i w momencie, gdy owo dziecko zaczyna wrzeszczeć i chcieć do domu, chętnie chciałaby szybko dotrzeć do bramy i się ewakuować. Nie wspominając już o sytuacjach, kiedy coś się komuś stanie, tudzież należy natychmiast opuścić zoo. W celu szukania wyjścia można sobie pobiegać dookoła jeziora; może cudem trafi się do wyjścia. Generalnie jeśli porównam zoo wrocławskie z poznańskim nowym, to Wrocław jest ciekawszy i bardziej przyjazny. No i jeszcze kwestia placu zabaw przy sławetnej słoniarni. Niech ktoś spróbuje wytłumaczyć uwielbiającemu zjeżdżalnie dwulatkowi, że jedyna zjeżdżalnia na placu zabaw jest przeznaczona dla dzieci od lat 6. Co za imbecyl to tam wstawił? Swoją drogą, zjeżdżalnia jest tak stroma, że nawet dzieci 6-i-więcej-letnie odbijają na niej swoje tyłki.

W związku z rozpoczęciem się nowego roku szkolnego nasze dziecię otrzymało nowe „obowiązki”. Pierwszym jest kontynuacja zajęć na basenie w Pulsantisie (tam, gdzie chodziliśmy przed wakacjami), drugim są zajęcia pt. „Zabawy fundamentalne” w Urwisku, dla dzieci w wieku 18-24 miesiące. Jeśli chodzi o pływanie to trochę się stresowałam przed tymi pierwszymi (po przerwie) zajęciami – czy Misiek usiedzi tyle czasu w wodzie, czy nie będzie chciał wychodzić i się szwędać na brzegu itd. Ale moje obawy okazały się bezpodstawne. Misiek, jak na pierwszy raz, dał radę swobodnie. Trochę zapomniał jak się pływa, ale, o dziwo, chętnie bawił się przy deseczce. W ubiegłym sezonie to było nie do pomyślenia. No i niestety była dziś inna pani. Nie wiem, czy to już na stałe zmiana, ale nowa pani chyba nie przypadła Miśkowi do gustu tak, jak poprzednia. No ale na to już nie mamy wpływu niestety.

Co do zajęć w Urwisku to muszę przyznać, że są rewelacyjne. Chodzimy na nie w czwartki na 17.30. Pani prowadząca zajęcia jest kapitalna – świetnie przygotowana, cały czas w dobrym kontakcie z dziećmi. Poza tym nieustannie podczas zajęć coś się dzieje – nie ma zbyt wielkiej szansy by taki Misiek się nudził i gdzieś przez to łaził. Nawet jak odejdzie na chwilę od grupy to zaraz pani wyskakuje z jakąś fajną zabawą i Misiek od razu do niej leci. Szok! :) Naprawdę wiemy za co płacimy. Zajęcia trwają pełną godzinę i naprawdę jest to czas wykorzystany. Jak sobie przypomnę zajęcia dla dzieci, na których byliśmy kilka razy w ubiegłym roku w Stumilowym Gaju, to nie ma porównania. W Gaju pani nie bardzo wiedziała co robić z tymi maluszkami, więcej gadała z rodzicami, niż organizowała zabawy dla dzieci. W Urwisku pani jest przygotowana na całą godzinę zajęć, ma mnóstwo pomysłów i potrafi je zrealizować z grupą takich maluszków. Nic tylko pozbierać szczękę z podłogi i pogratulować :)

Miałam trochę obaw o dojazd – na Wejherowską mamy dość daleko i bałam się, że będziemy długo jechać, ale skończyło się na 40 minutach, co jak na wrocławskie warunki jest w normie.

A wracając jeszcze do zajęć to nasze dziecko wczoraj nawet przełamało się, by malować farbami. Misio nasz bardzo nie lubi brudzić rąk – czy to zabawa z kisielem, czy malowanie rączkami czy ciastolina… Nic, co przykleja mu się do rąk nie jest mile widziane. Powoli przełamuje się, by na przykład wykrawać z masy solnej foremką – ale bez dotykania ciasta. No i wczoraj też udało się go zachęcić do robienia pieczątek farbkami. I mimo że miał kilka razy pobrudzone ręce obyło się bez wrzasku, tylko pokazał spokojnie, że ma brudne i żeby mu wytrzeć. Kulturka :)

Cóż jeszcze? Tyle mniej więcej. Wczoraj byłam z Michem na badaniach krwi. Żelazo już ma w normie, resztę też, więc nie trzeba już więcej kropli podawać. Ekstra! W przyszłym tygodniu za to idziemy do endokrynologa i do dr Kwapisz. Zobaczymy, co powiedzą.

Jeszcze coś na koniec. Słownik Mikołajowy :) Misiek rozwija powoli swój język, coś tam zaczyna więcej gadać. W ostatnim czasie ustabilizowało się, że coś „sieci” – to znaczy świeci (lampa, światła drogowe, światła w samochodach, słoneczko). Sporo rzeczy jest nadal nazywanych „tata”. Ale powoli ogólnie rozumiane „tata” zostaje wypierane słowem „baba”. Baba znaczy już nie tylko „żaba” ale także: biedronka, bajka, Cbeebies, czasem nawet lampa, płatki i klamka.
Niekiedy zdarza się usłyszeć „leci” (jak Miś widzi samolot) albo „jedzie” (pociąg). Jest jeszcze „ne-na” czyli „nie ma”, do tego poparte gestem rozłożonych rąk. Poza tym naśladuje Miś wszelkie nasze intonacje, i zawołania typu „ojej”, „o-oo”, „ojojoj” :) No i gada caaały czas. W domu nie jest to tak zauważalne, ale jak jechaliśmy tydzień temu do Gniezna, to myślałam, że w samochodzie zwariujemy przez tego gadułę! :)