Wakacje magistra

No to jestem już magistrem, jak część z Was pewnie wie. Nie było ciężko, rzekłabym wręcz, że było przyjemnie :) Pytania dostałam proste – jedno o charakterystykę fotografii analogowej i fotografii cyfrowej (i małe porównanie) a drugie o metody i techniki, które wykorzystałam podczas badań. No i ogólnie o wynik badań i o moją opinię na ten temat. Profesorowie byli świetni. Zresztą, nie mogę słowa złego powiedzieć na mojego promotora (prof. Wacław Strykowski), bo przez cały proces pisania pracy był bardzo pomocny i wszystko poszło jak po maśle :) Zresztą, muszę przyznać przed samą sobą, że jestem zadowolona z napisanej pracy. Nawet lekko dumna :) Temat na początku mi nie bardzo „leżał”, ale w końcu załapałam, no i poszło. Całkiem przyjemnie mi się to czytało po zakończeniu. Nawet Mariusz stwierdził, że kawał dobrej roboty wykonałam. A swoją drogą, w kierunku Małżonka wielkie ukłony ślę nieustannie, bo tak mi na koniec pięknie pracę sformatował, że sama bym tak nie umiała.

Cóż, trochę mnie ta praca kosztowała. Pisać się nie dało inaczej jak tylko wieczorami lub w południe przez 1,5h gdy Michu spał (gdzieś między praniem, gotowaniem i innym sprzątaniem), bo z Michem to by nie wyszło. Badania na szczęście udało się przeprowadzić w pobliskiej podstawówce, piękne kolorowe wykresy i tabelki (być może szczyt żenady, ale punkty dodatkowe za to były ;)), na koniec format ze strony Mariusza i… i jeszcze trzeba było dokupić drukarkę kolorową, bo w naszej się atrament skończył i stwierdziliśmy, że taniej będzie kupić nową niż do starej komplet tonerów kupować. Drukarkę kupiłam wówczas w Szczecinie, bo we Wrocławiu bym nie zdążyła… Wspomnieć warto w tym miejscu, że obecnie w naszym domu na trzech domowników (z czego jeden niepełnoletni i nie korzystający ze sprzętu jak należy) przypadają cztery działające drukarki (dwie atramentowe, kolorowe, z możliwością druku zdjęć, jedna laserowa czarno-biała i jedna stricte fotograficzna – ta, którą kupiłam na pieniądze wygrane na warsztatach foto) oraz cztery komputery: dwa laptopy (jeden działający standardowo a drugi traktowany jako serwer czy coś tam) i dwa stacjonarne. Nikt mi nie wmówi, że to jest normalne… ;)
Wracając do magisterki – napisałam, wydrukowałam, oprawiłam, wysłałam promotorowi – zaakceptował (bez żadnej poprawki), obroniłam i po wszystkim. Nic, tylko prace magisterskie pisać ;) Ale czas już był najwyższy, bo mi to na sumieniu leżało. A tak już jest z głowy. Zresztą, i tak jestem z siebie dumna, że tak szybko mi poszło, spodziewałam się, że będę się dopiero we wrześniu bronić.

Zaraz po obronie, prosto z Poznania, pojechaliśmy rodzinnie do Szczecina (w sumie to pod Szczecin, do Przecławia) na kilka dni wypoczynku. Nasi Przecławianie mazurzą się na Mazurach, więc skorzystaliśmy z ich wolnej chaty. Po przyjeździe Misiek trochę szukał psa, ale potem przywykł, że pieskowi też się należą wakacje. Z pogodą nie bardzo utrafiliśmy. Trochę padało, a jak nie padało to był zimno i szaro. No ale i tak pojechaliśmy dwa razy nad morze (raz do Międzyzdrojów – mróz, raz do Międzywodzia – upał), no i trochę pochodziliśmy po Szczecinie. Największą frajdę miał Misiek, bo wszędzie niemal puszczaliśmy go „luzem”, więc mógł sobie pochodzić do woli. Nie lubi już wózka nasze dziecko :) Chodzi coraz lepiej, ładniej, pewniej. Nogi (zwłaszcza lewą) jeszcze koślawi fatalnie, no ale nie wszystko się da naprawić. Mam nadzieję, że jak nie teraz, to gdy Michu będzie trochę bardziej „kumaty”, to ćwiczeniami się da stopę choć trochę wyprostować.

Misiek zaliczył bliskie spotkanie z Bałtykiem. Radość była wielka, zwłaszcza, gdy go niespodziewanie fale podmywały i zalewały. Próbował zawrzeć też kilka plażowych znajomości (jako dziecię nad wyraz społeczne), ale spotykał się z rykliwym lub strachliwym oddźwiękiem ze strony rówieśników. Muszą dorosnąć, jak widać ;)
Misiek po plaży chciał chodzić sam, co też czynił skwapliwie, poza momentami, gdy nogi go zaczynały boleć i się piernik nauczył podchodzić do nas, wtulać w nogi, patrząc ufnie i czule w oczy i jęczeć w stylu: „na ręce! błagam, na ręce!!!”. No i cóż było robić… :)
Ogólnie rzecz biorąc Misiek nad morzem rządzi. Super :)

Jednego popołudnia wybraliśmy się do parku Kasprowicza na spacerek i Misiek po raz pierwszy przejechał się na kucyku. Konik bardzo mu się na początku podobał, potem już trochę mu się znudziło, ale mam nadzieję, że w przyszłości będzie chętnie na koniu siadał. Generalnie Michu wysiedział na kucyku 3/4 kółka, i pani powiedziała, że jak na pierwszy raz i na to, że Michu ma półtora roku dopiero to i tak dużo. Cóż, Misiek to już ma w sumie 19 miesięcy, ale dla tej pani to chyba nie ma znaczenia, więc nie tłumaczyłam :)

Urlopowanie skończyliśmy wczoraj. Misiek szczęśliwy wrócił do domu. To niesamowite, jak widać po nim radochę, że może położyć się spać we własnym pokoiku i własnym łóżeczku. To znaczy, że czuje się tu dobrze i bezpiecznie. Chyba o to nam chodziło :)

Przed wyjazdem magistersko-urlopowym byłam u okulisty, bo od jakiegoś czasu często bolały mnie oczy. Okazało się, że mam lekki astygmatyzm i konieczne są okulary. Nie narzekam, bo ja jestem z tego typu, co zawsze chciał bryle nosić, więc cóż. Dziś wybraliśmy oprawki, do końca tygodnia mają być gotowe całe okularki. Kiedyś się pewnie pochwalę jakimś zdjęciem w okularach.

Półtora tygodnia temu w niedzielę byliśmy w Kudowie. My to jednak lubimy ten kiczowaty klimat. Postanowiliśmy, że w sierpniu postaramy się pojechać tam na weekend – tak niesamowicie odprężająco działa na nas tamtejszy park. Jak niemieccy emeryci. Możemy tak się szlajać po tym parczku, Michu ma pełno miejsca do pieszych wędrówek (kilometry robi niezłe, mimo że w sumie wokół jednego klombu ;)). Nic, tylko wypoczywać :) No i dodatkową zaletą parku w Kudowie jest kawiarnia Sissi, gdzie podają pyszne desery lodowe, przeróżne kawy i ciasta w cenach o wiele przyjemniejszych niż wrocławskie :) Kilka fotek z Kudowy jest tutaj. No a zdjęcia ze Szczecina – tutaj.

Cóż jeszcze? Tyle chyba na razie. I tak już sporo napisałam. Do następnego razu!

A jednak nie. Na koniec fragment lingwistyczno-logopedyczny ;) Z Miśkiem daje się już czasem nieźle porozumieć. Co prawda w większości przypadków i tak się raczej trzeba domyślać, ale oto, co Michu potrafi już powiedzieć:

mama – „mama” :)
tata – „tata”
baba – „babcia”
ale też „żaba” (w sumie, to głównie „żaba”)
koko„kurka” tudzież jest to odpowiedź na pytanie „jak robi kurka?”
cieci, sieci, siesi„świeci” – jest to w sumie pierwsze słowo złożone z dwóch różnych sylab, które wymawia nasze dziecko. Najczęściej jest używane w przypadku wszelkiego rodzaju lamp w domu, samochodzie no i najczęściej w odniesieniu do sygnalizacji świetlnej na ulicach, którą to Misiek uwielbia wręcz obserwować. Czasem coś podobnego wypowiada w przypadku, gdy widzi pieska lub kotka, jednak mniej wyraźnie i nie da się tego, póki co, jakoś sklasyfikować i ograniczyć czymś tak prostym jak literki ;)
No, to teraz już mogę spokojnie pójść spać. Obowiązek wypełniony :)

Półtoraroczny żywot Miśkołaja

Nie da się ukryć, Michu ma dziś dokładnie 18 miesięcy i dwa tygodnie. Postarzał nam się facet. Wiek ten uprawnia go już do pełnego korzystania z przywileju, którym jest tzw. bunt dwulatka (mimo iż wnioskując z nazwy powinien się zacząć jak Michu skończy dwa lata, ale zacne „psychologi” i inni znawcy gatunku dziecięcego twierdzą, iż granica jest płynna i może też wystąpić około 1,5 roku). Przyznać trzeba, że niestety, Mikołaj owego buntu kupił chyba ze trzy pakiety i wykorzystuje je już od jakiegoś czasu. Dochodzi czasem do scen gorszących ;) Staramy się być konsekwentni i w ogóle, ale wiadomo, różnie to bywa. Czasem Michu tak się da we znaki, że szkoda gadać. Cóż. Taki wiek rozwojowy. A nam tylko przeczekać zostaje. Swoją drogą, z Micha to niezły aparat jest. Z reguły cichy i spokojny, grzeczny, społeczny, uśmiechający się, pogodny, taki „przytul mnie”. Na pierwszy rzut oka kochane dziecko. Jak czasem gadam z kimś nowo poznanym, to nie chce wierzyć, że z Micha może być gagatek. Do czasu, aż dojdzie do sytuacji ekstremalnej, czyli słów: „Mikołaj, nie wolno!”. Wtedy Michu wyciąga z kieszeni cały arsenał wrzasków, bicia, szczypania, gryzienia i bóg wie czego jeszcze, no i przegwizdane. Trzeba wierzyć, że z tego wyrośnie.

Od tygodnia Mikołaj samodzielnie chodzi. Co prawda zalążki tego chodzenia obserwujemy od około 3 tygodni, ale tydzień temu, we wtorek 16 czerwca, zaczęło się na dobre. Dodam, że pierwsze kroki nasze dziecię stawiło obcując ze sztuką na podłodze Opery Szczecińskiej. Arteterapia chyba jakaś zadziałała, czy coś ;) Teraz przy odrobinie motywacji przechodzi samodzielnie kilka kroczków. Bardzo się z tego cieszymy. No i dodać należy, że równocześnie zaczął samodzielnie wstawać. Brawo, Mikołaj!!! :)))

W ubiegłym tygodniu byłam razem z Miśkiem i moją mamą w Szczecinie. Pojechaliśmy we wtorek, bo tego dnia Tosia miała zakończenie zajęć w studio baletowym. Owo zakończenie przybrało postać pokazu baletowego kilku klas tegoż studio. Tosia też tańczyła. Relację fotograficzną macie tutaj. A poniżej mały fragmencik:

Przyznać trzeba, że była to bardzo miła uroczystość. No i niezłe emocje – oglądać swoją siedmioletnią siostrzenicę-baletnicę na deskach szczecińskiej Opery. Co prawda zbyt wiele nie widziałam, bo Michu nie był za bardzo zainteresowany i wolał chodzić po korytarzu, no ale coś jednak udało mi się obejrzeć i byłam pod wrażeniem :)

Przy okazji pobytu w Szczecinie podjechaliśmy sobie do Międzyzdrojów nad morze. Pogoda akurat tego dnia była śliczna, więc udało nam się posiedzieć trochę na plaży. Kilka widoczków z tej wyprawy macie tutaj i tutaj.

Głównym celem wyjazdu do Szczecina była wizyta u dr Hnatyszyn, neurologa. Obadała Micha i stwierdziła, że opóźnienie nadal jest, ale się nie pogarsza, więc trzeba to uznać za pozytyw. Chodzenia Miśka ocenić jeszcze nie mogła, no bo chodził dopiero od dwóch dni. Ale kazała obserwować, czy dalej będzie tak szeroko nogi stawiał. I jeśli będzie tak stawiał dłużej niż miesiąc to konieczny rezonans głowy. A tak, to rezonans tylko według naszego uznania. Ale skierowanie nam wypisała, więc już Micha zarejestrowałam od razu. Termin jest na 23 września, pod narkozą. Nawet nie tak odległy, myślałam, że będzie gorzej. Musimy się jeszcze zorientować jak wyglądają terminy tutaj na oddziale, bo może udałoby się szybciej. Muszę zadzwonić i się dopytać. Albo najlepiej to podjechać osobiście.
Postanowiliśmy zrobić ten rezonans, bo generalnie liczymy na to, że będzie jasność w końcu – czy są jakieś uszkodzenia mózgu, czy nie ma. I wtedy można też trafniej terapię dobrać. Mam nadzieję, że w końcu się dowiemy na czym stoimy.

Napisałam pracę magisterską. Więcej – już ją nawet oddałam z całą dokumentacją do dziekanatu i 8 lipca mam obronę. Nareszcie! Przyznać muszę, że dużo wysiłku mnie to kosztowało w ostatnim miesiącu. Pisać mogłam tylko jak Michu spał, więc tego czasu nie było zbyt wiele. No, ale najważniejsze, że się udało i jeszcze dwa tygodnie i będę magistrem. Co prawda niewiele lub w ogóle nic to nie zmieni, ale przynajmniej kolejny punkt w „sprawach do załatwienia” będzie do odhaczenia. Zaraz po obronie planujemy wyjechać na kilka dni do Szczecina. Mam nadzieję, że pogoda będzie ładna, bo to co się teraz dzieje, to jest jakieś nieporozumienie.

Ach, zapomniałam napisać, że dwa tygodnie temu w niedzielę pojechaliśmy do wrocławskiego zoo. Miejsce bardzo przyjemne, zwierzaki ładne i ciekawe. Co prawda Michu za wiele jeszcze nie czaił, no ale generalnie podobały mu się kotki (lwy znaczy się), pieski (hieny i wilki) oraz misie. No ale najwięcej frajdy miał na tzw. dziedzińcu. To jest takie miejsce w tutejszym zoo, gdzie na wolnym wybiegu, wśród ludzi, chodzą kozy :) Co więcej, kozy te można karmić. Więc Michu z całą swą szczerością karmił kozy herbatnikami i chrupkim chlebem. Za co kozy były mu niezmiernie wdzięczne obskakując niewinne dziecię ze wszech stron. Co dziwne, Miś wcale się zwierzaków nie bał, nawet jak go oblazły totalnie, że tylko rączki wózka było widać. Uciechę miał tylko wielką, czym prowokował uśmiechy na gębach innych odwiedzających „koziarnię” :)
Tak więc spacerek po naszym zoo wart jest polecenia. Aczkolwiek jeśli chcecie zrobić to w niedzielę, to lepiej uderzać tam z samego rana, od 9, bo godzinę później tworzą się korki i ciężko zaparkować.
A tutaj kilka zdjęć zoologicznych :)
Na fotce poniżej, pod tym kozim tłumem, dzielnie trwa Misiek z uśmiechem na gębie, o dziwo :)

Pewnie słyszeliście o nowo otwartej fontannie multimedialnej w Parku Szczytnickim przy Hali Stulecia. Wrocław chwali się na prawo i lewo, że największa taka w Europie. Więcej info i foty można znaleźć tutaj. My jeszcze nie widzieliśmy, trzeba się pewnie będzie wybrać kiedyś, by obejrzeć ten kicz. W końcu patriotyzm lokalny trzeba szerzyć ;)

Cóż jeszcze… Nie przychodzi mi na razie nic do głowy. Tak długa przerwa w pisaniu zawsze źle wpływa na moją pamięć, więc możliwe, że coś ważnego bardziej lub mniej pominęłam. Trudno.

Do następnego :)

Skrót wydarzeń ostatniego miesiąca

Dłuuugo nie pisałam. Nawet nie sądziłam, że ostatni wpis jest sprzed miesiąca. Zapuściłam się.
W ogóle to dziś dotarło do mnie, że mój blog istnieje już dwa lata! Ale ten czas leci. Dwa lata już czytacie te moje wypocinki. Dzięki Wam za to serdeczne :)

Tak nie bardzo już wiem, czego nie wiecie, a co już wiecie. I nie bardzo pamiętam już, co się wydarzyło przez ten miesiąc… No ale postaram się przypomnieć sobie kilka wydarzeń :)

Może zacznę od Wielkanocy. Pojechaliśmy do Szczecina, jak już niektórym wiadomo. Święta super, rodzinne i z ładną pogodą. Do Tosi i Mikołaja przyszedł w nocy Zajączek i zostawił prezenty w koszyczkach, które dzielnie zrobiła Tosia. Misiek jeszcze nie bardzo czaił, o co chodzi z szukaniem koszyczka, ale generalnie widać było, że z prezentów był zadowolony :) Najbardziej to chyba z pluszowego psiaka, który zaczyna wypierać ulubioną kaczuszkę. Pies jest w chwili obecnej najczęściej duszoną i przytulaną zabawką. Kaczuszka pewnie odsapnęła ;) Poza tym trafnym prezentem okazał się zestaw plażowy złożony tradycyjnie z masy foremek, łopatki, grabek, wiaderka i jakichś innych piaskowych niezbędników. Przydały się wszystkie w Lany Poniedziałek, gdy pojechaliśmy nad morze na kilka godzin. Tak swoją drogą, to Michu na plaży dostał prawie kociokwiku mózgu ze szczęścia. Tyle piasku na raz! Nie bardzo pamięta morze sprzed roku. Zresztą, było wtedy zimno i nie dało się go położyć na piachu. No to teraz nadrobił straty. Gdy po 1,5h zbieraliśmy się do powrotu to był straszny płacz. W ogóle to na początku Michu był bardzo ostrożny, jeśli chodzi o poznawanie okolicy – siedział grzecznie na kocu i tylko łopatką grzebał w piasku. Ale po jakimś czasie to go już trzeba było szukać i gonić po plaży, tak nam się dziecko rozbestwiło :) Sama radość!

Kolejna atrakcja Szczecina to pies. Michu z psem w dobrej komitywie. Indiana o Micha czasem zazdrosna, ale generalnie chyba go bardzo lubi, bo Michu stanowił dla niej źródło dodatkowych przekąsek. To znaczy, nie chodzi tu bynajmniej o to, że Indi go podgryzała, ale o to, że porywała Michowi wszystko, co mu dawałam do ręki, by jadł. Taka pasożytnicza przyjaźń między naszymi czworonogami ;)

Michu w ogóle to bardzo ładnie dawał rade na wyjeździe. Dość ładnie spał, nie był marudny, bardzo się ośmielił. Widać postępy :)

Co do samego Micha… Sporo się nauczył w ostatnim czasie. Rozgadał się wreszcie. Może nie do końca zrozumiale, bo nawija po swojemu, ale „mama”, „tata” i „baba” mówi już bardzo świadomie. Czasem zdarza mu się coś po nas powtórzyć, ale robi to tylko raz. (W sumie nie wiem dlaczego. Przecież powtórzenie słów: prognoza pogody, infantylizm oraz niesubordynacja w wieku 16 miesięcy powinno iść jak po maśle ;))) Po proszony o kolejne powtórzenie zawstydza się i zaczyna gadać po swojemu. No ale idzie do przodu, to najważniejsze. Czekam dziś na książkę z GWP z zabawami logopedycznymi, może będzie coś fajnego, co nam jakoś pomoże lepiej ćwiczyć mowę.

Michu zrobił się w ciągu ostatniego miesiąca bardzo powtarzalski, jeśli chodzi o czynności życia codziennego. Notorycznie pokazuje już części ciała, o których się mówi. Nawet jeśli nie mówi się do niego, tylko na przykład powiem: Byłam u fryzjera podciąć włosy, to Michu zaraz się maca po głowie i pokazuje gdzie ma te krzywo opitolone przeze mnie kudły :) Pięknie nauczył się pokazywać jaki jest duży i jakie coś jest dobre. Ciągle myli serduszko z brzuszkiem, ale wcale mu się nie dziwię :) Gdy jest w łazience to koniecznie musi dostać grzebień, żeby się nim uczesać i bardzo ładnie pokazuje jak się myje rączki. Zresztą, przy okazji powrotu ze Szczecina przez Niemcy wstąpiliśmy do Berlina do mojego ulubionego centrum A10 i zakupiliśmy Michowi specjalny podest antypoślizgowy. Ma dwa stopnie. Co prawda Michu, ponieważ nie potrafi jeszcze samodzielnie stać i chodzić, nie wchodzi jeszcze na to sam, ale jak się go postawi sięga do umywalki w łazience. W związku z tym mycie rąk ćwiczymy teraz regularnie przy użyciu wody i mydła odstawiając mokre chusteczki. A największą frajdę sprawia mu wyciskanie mydła w płynie na rękę :)

Co do powtarzania, to zrobił się też z niego pomocnik przy sprzątaniu ;) Gdy wycieram kurze, albo przecieram lustra, Michu musi mieć swoją szmatkę i też czyści co się da. Zazwyczaj podłogę, albo lustro w swoim pokoju :) No i nie wystarcza mu już, gdy nałożymy mu pastę na szczoteczkę do zębów. Domaga się tubki, po czym dokłada sobie jeszcze pasty sam. Oczywiście to mały szczegół, że tubka jest zakręcona ;)

Miś nauczył się także posługiwać widelcem. Największa frajda z jedzenia obiadu jest wtedy, gdy może go zjeść samodzielnie. Bardzo to miłe :) Ile czasu przy tym zyskuję :) Gorzej jeszcze idzie z łyżką, ale liczę, że i to wkrótce opanujemy. Poza tym Michu ostatnimi czasy stał się bardzo owocolubnym. Na szczęście nie wychodzi mu żadna wysypka i może jeść bez przeszkód. Ostatnio pożera truskawki, kiwi i winogrona. Pomarańczą też nie wzgardzi. Zresztą, na razie nie odkryłam jeszcze owocu, którego Michu by nie zjadł. Nawet kwaśne mandarynki, których my nie daliśmy z Mariuszem rady zjeść, Michu wtrząchał aż miło.

Jednakże są też pokarmy, których nasze dziecię nie bardzo chce ruszać. Wczoraj na przykład pod żadnym pozorem nie dał się przekonać do naleśnika. Dotknął placem, zaczął obracać kawałek naleśnika w ręce i robił to z takim obrzydzeniem, że aż człowiekowi apetyt mijał. A przecież racuchy z jabłkami to wtrążala do oporu. Poza tym Mikołaj stwierdził widocznie, że on już nie jest taka mała dzidzia, co to może jeść niedoprawione rzeczy. Ostatnio dostaliśmy od teściów kilka słoiczków z obiadkiem Gerber, takich od 9 miesiąca, bo teść kupił teściowej, jak leżała w szpitalu. Nie zjadła, dała nam. Więc któregoś dnia pomyślałam sobie, że fajnie, mam gotowe żarcie dla Micha, to nie muszę robić obiadu. I zonk. Michu spróbował łyżeczkę i tyle. Nie byłam w stanie go przekonać. Nie ma lekko. Przyzwyczaił się do smacznego jadełka autorstwa mamusi (nie chwaląc się ;)) to teraz przegwizdane. Chcę czy nie chcę, ugotować muszę :)

Planujemy w najbliższym czasie nauczyć Miśka załatwiania chociaż grubszych spraw do nocnika. Chcemy zrobić to powoli i na spokojnie, żeby mu znowu zamętu nie wprowadzać. Czekaliśmy może długo, a może to w sam raz, ale wcześniej przy takiej ilości rehabilitacji, to nie bardzo było możliwe. Zresztą, nocnik byłby dla niego kolejnym stresem wtedy, a jak na swoje 16-miesięczne życie nasze dziecko miało już stresów sporo. Zobaczymy jak pójdzie. Miejmy nadzieję, że dobrze.

Ach, muszę jeszcze Wam napisać, że udało nam się znaleźć dla Micha opiekunkę! Ola, bo tak ma na imię, przychodzi raz w tygodniu na kilka godzin wieczorem, dzięki czemu możemy wreszcie swobodnie wyjść z Mariuszem do kina czy po prostu poszwędać się po mieście. Ekstra! Michu Olę lubi, Ola Miśka też, więc póki co wszystko jest w jak najlepszym porządku.

Co do Miśka, to jeszcze jedną rzecz „opanował”. Dotarło do niego, że telefon nie służy już tylko do naciskania guziczków. Telefon przykłada się do ucha i coś się do niego mówi! Wiedzieliście? Nie??? No co Wy! To na szkolenie do Micha zapraszam ;) Miś przepięknie, od jakichś trzech tygodni, bierze telefon, przykłada do uszka i dzwoni do taty. Co temu tacie mówi, tego nie wie nikt, ale ważne, że mówi :) Zresztą, telefon może zostać zastąpiony przez każdy inny przedmiot. Jedno zdjęcie Michu nawet ma takie, jak „dzwoni” statkiem. Oczywiście też do taty. Do mnie prawie wcale nie zdarza mu się dzwonić. Widocznie ma z Mariuszem jakieś ważne sprawy do omawiania na bieżąco ;)

Misiek nareszcie zaczął się też konkretniej interesować obrazkami w książeczkach. Potrafi przysiąść ze mną dłużej niż minutę i bardzo jest zainteresowany tym, co widzi. Jak na razie dwie rzeczy są najbardziej zajmujące – pierwsza to książeczka z wierszykiem o Panu Hilarym. Jest tam jeden obrazek, który Michu wręcz uwielbia oglądać. Widać na nim Hilarego, który ROZMAWIA PRZEZ TELEFON!!! I wszystko jasne, prawda? Ale to nie koniec. Hilary ma przecież na nosie okulary, a na nogach skarpetki. Do tego obok stoi kot, lampa, a na ścianie wisi zegar. I wszystko to Mikołaj potrafi pokazać ku jego i naszej ogromnej radości. Ostatnio odkrył też, że Hilary ma uszy i nos, ale jak mu się mówi, żeby pokazał gdzie Hilary ma uszy i nos, to i tak pokazuje na sobie :) Dobre i to :)
Drugą ulubioną książeczką jest… rozkładówka kanałów z naszej telewizji kablowej :) To bije rekordy popularności. Trzeba mu będzie z Vectry przynieść nową, bo ta już jest zmacerowana maksymalnie :) Po pierwsze na pierwszej stronie widać tam wielkiego pilota do dekodera. No i to już jest początek ekstazy. A na następnych kilku stronach są nazwy kanałów, a przy nich tradycyjne logo każdego z nich. No i Mikołaj może to studiować pół dnia, te małe obrazeczki. A zapytany pokazuje logo tvn24, MiniMini i tvn Style :) Hahaha! Od razu widać, co starzy oglądają. Powoli zaczyna rozpoznawać też logo tv publicznej oraz zwykłego tvn-u :) „Miszczu” po prostu :)

Kupiliśmy Miśkowi nową spacerówkę-parasolkę. Coneco Jupiter. A może Saturn?… Nieważne. Bardzo miły wózeczek :) Miśkowi też w nim wygodniej, niż w poprzedniej parasolce, bo ma amortyzację na tylnych kołach i ogólnie więcej w niej miejsca.

Co jeszcze? Chyba tyle. I tak już masakrycznie dużo napisałam. To trzymajcie się i do następnego!

P.S. Polecamy jednogłośnie filmy: „Lektor” z Kate Winslet i „Vicki. Cristina. Barcelona” W.Allena. Teraz jesteśmy już w temacie :) A filmy naprawdę zaj… no, świetne, po prostu :)

A teraz maj, i maj, i maj…

Połowa maja już za nami, a ja dopiero teraz mogę skrobnąć kilka słów. Bo wcześniej nie było jak ani kiedy. Dużo rzeczy się ostatnio działo, więc wybaczcie, że takie zaległości narosły. Ale po kolei i do rzeczy.

Długi weekend majowy. Szybko minął, bo był bardzo sympatyczny. A jak powszechnie wiadomo, wszystko, co dobre, szybko się kończy. Pojechaliśmy na 4 dni do Szczecina. Odpoczęliśmy sobie trochę nareszcie. Udało nam się też wyskoczyć jednego dnia nad morze. Misiek miał swoje pierwsze spotkanie z Bałtykiem. Nie wiem, jakie wrażenie na morzu zrobił Misiek, ale na Miśku morze nie zrobiło większego wrażenia. Generalnie miał zlew, poza tym, że chyba mu się podobało, jak szumi. No i zimno mu było ;) Bo wiało okropnie, jak to nad wodą bywa.

Ciekawym doświadczeniem było też to, że Mikołaj spał w pokoju razem z Tosią. Sama wyszła z taką propozycją. Nie byłam przekonana, czy to dobry pomysł (bałam się, że będą się budzić nawzajem), ale okazało się, że intuicja Tosi nie zawiodła. Mała obudziła się tylko pierwszej nocy, gdy Misiek zaczął wołać za jedzeniem. Zresztą, zaraz zasnęła. Drugiej nocy nie obudziła się wcale, mimo że Misiek wołał jak zawsze. A trzeciej nocy sam Misiu był chyba tak wymęczony wrażeniami znad morza, że spał do 6 rano bez przerwy. W związku z tym my też mogliśmy się troszkę wyspać, bo gdy śpimy z małym w pokoju to jest to mordęga straszna – ciągle budzą nas odgłosy, jakie wydaje przez sen, jak się wierci itd. Wtedy my się wiercimy i budzimy jego. A tak to było „po domowemu” – my w jednym pokoju, Mikołaj w drugim. I dobrze :)

W niedzielę kończącą długi weekend miałam wraz z Miśkiem maraton. Najpierw rano przejechaliśmy 500 km ze Szczecina do Wrocławia, a potem, po przepakowaniu się, ruszyłam z Miśkiem do Głuchowa na drugą część praktyk szkolnych. To była masakra. Mały był wymęczony, ja zresztą też. A trasa, którą przejeżdżamy zwykle w dwie godziny, zajęła nam prawie cztery. Koszmar. No ale czego się spodziewać, w końcu ludzie wracali z długiego weekendu do domów. Swoją drogą to nie dziwię się, że było kilkadziesiąt trupów z wypadków drogowych w ciągu tych 4 dni. Jak widziałam w jaki sposób jeżdżą ludzie, to aż mi się włosy na głowie jeżyły. No ale co zrobić. Nieodpowiedzialni zdarzają się wszędzie.

Co do pobytu w Głuchowie, to było bardzo sympatycznie. Praktykę już skończyłam. Mam już spokój na ten rok. Ostatniego dnia zrobiłam prezentację multimedialną na temat zagrożeń w korzystaniu z Internetu w dwóch klasach. Nawet fajnie wyszło :)

Misiek nam się po powrocie z Głuchowa rozregulował zupełnie. Rozpieścili go tam maksymalnie i trochę trzeba było czasu, by poskładać go do kupy. Ale już jest znacznie lepiej. Powoli wracamy do normy.

Ostatnio ulubioną zabawą Miśka jest „akuku”. Takie tradycyjne. Radochę ma niesamowitą, gdy mu się mama lub tata wyłaniają zza drzwi albo zza jakiejś szmatki z okrzykiem „akuku”! Piszczy wniebogłosy :) Śmieszny ten nasz Mikołaj.

Byliśmy wczoraj u lekarza. Zmniejszyła nam dawkę Vigantolu. Poza tym zważyła małego – równe 8 kilo. Pytałam się, czy to normalne, że mały nie przewraca się jeszcze z pleców na brzuch i odwrotnie. Powiedziała, że już powinien to robić i że możemy się przejść do rehabilitantki żeby pokazała jakieś ćwiczenia. Oczywiście zaraz po powrocie do domu zadzwoniłam do Promyka Słońca, żeby się umówić (wizyta refundowana, tzw.program wczesnej interwencji). No i usłyszałam: „Od 2 czerwca rejestrujemy na lipiec”. Wyyypas. Spytałam o wizytę prywatną. Pani umówiła nas na 12 czerwca, ale powiedziała, że to jest tylko wizyta u lekarza-rehabilitanta i nie może on nam wypisać potem skierowania na rehabilitację. No i kit z tym, bo skierowanie my już mamy. Zapiszemy się na ten lipiec, a w międzyczasie pójdziemy do lekarza. Niech obejrzy małego i jak oceni, że trzeba więcej ćwiczyć, to będziemy chodzić na rehabilitację. A jeśli się okaże, że nie trzeba, to zrezygnujemy i tyle. Bo to wcale nie jest wykluczone, że Misiek do tego czasu sam nadrobi braki. Zresztą, nie uważam, póki co, żeby jakieś braki miał, bo w końcu dzieci rozwijają się w różnym, swoim tempie, i niektóre sprawności zdobywają wcześniej, a niektóre trochę później. Póki co się nie martwimy tym zanadto. Tym bardziej, że jak przeszukuję literaturę dotyczącą rozwoju niemowląt i tak zwanych kamieni milowych, to generalnie istnieje cała rozpiętość w miesiącach, kiedy dziecko powinno nauczyć się przekręcania – niektóre źródła pokazują 5 miesiąc, niektóre szósty, a niektóre już czwarty. Tak więc, póki co, uznajemy, że jest dobrze.

A swoją drogą, kolejny raz muszę się pożalić na służbę zdrowia. Przecież jeśli do poradni rehabilitacyjnej zgłasza się dziecko, które ma prawdziwy, poważny problem z rozwojem motorycznym, to umówienie go na za dwa miesiące jest jakimś nieporozumieniem. Przecież dwa miesiące to kawał życia u takiego niemowlaka. To może być czas, którego potem nie da się tak szybko albo w ogóle nadrobić. Szkoda słów…

A! Dziękuję wszystkim za życzenia imieninowe, które wczoraj do mnie napłynęły. Było mi bardzo miło :) Fajnie jest mieć imieninki :) Jeszcze raz dzięki!