Przedwiośnie…

Wiosnę już czuję pod skórą, a tu w prognozie pogody zapowiadają śnieżycę na sobotę. No bez przesady! Ile można?! Śnieżycy i śniegowi na najbliższe miesiące mówię stanowcze NIE i niech ktoś nie odpowiedzialny weźmie to sobie do serca. Bo jak się zdenerwuję…!

W związku z ozdrowieniem Mikołaja (po dwóch seriach antybiotyków, dwóch tygodniach siedzenia w domu i w sumie pięciu wizytach u lekarzy) udało nam się przedwczoraj wybrać na pierwszy od dawna spacer. Słoneczko piękne świeciło, więc postanowiłam zabrać aparat. Kilka zdjęć wrzuciłam do galerii, możecie sobie obejrzeć, kto ciekaw :)

Na spacerze towarzyszyła nam kaczka. Kaczkę ową kupiliśmy prawie rok temu, ale do tej pory nie wzbudzała szczególnego zainteresowania u naszego dziecięcia. Aż do wtorku, kiedy to postanowił zabrać ją na spacer. W pierwszym momencie chciałam powiedzieć „nie”, bo stanęła mi przed oczami wizja rzuconej po 5 minutach zabawki i noszenia jej potem za Michem. No, ale koniec końców stwierdziłam, że niech będzie. I jakie było moje zdumienie, gdy kaczka wytrwale przez cały spacer tkwiła w ręku Miśka. A Misiek bardzo dzielnie z nią maszerował, chociaż chwilami nie było mu łatwo. Pierwsze chwile grozy przeżyłam, gdy Michu sprowadzał ptactwo po schodach – „Jaaa!” – usłyszałam tylko w odpowiedzi na moją propozycję, że mu/kaczce pomogę. Serce prawie wyskoczyło mi z piersi na widok karkołomnych prób schodzenia Miśka&kaczki, ale nie było wyjścia – jedyne, co mi pozostało to uważna asekuracja. Na szczęście obyło się bez upadków. Ech… Przekonajcie dwulatka, że nie wszystko potrafi zrobić samodzielnie… Medal dla takiej osoby! ;)

Po dwóch tygodniach przerwy Miś wrócił do swojego klubu malucha. Trochę się obawiałam tego powrotu po chorobie, ale dziecię było tak stęsknione za paniami, dziećmi i miejscem, że prawie nie zwróciło na mnie uwagi i pobiegło do sali. Wczoraj i dziś było już trochę gorzej. Popłakało się Misio kochane. Aczkolwiek wiem, że płacz ten trwa chwilę i znika po moim wyjściu za drzwi, więc jestem spokojna.

Wczoraj panie z klubiku podczas zajęć uczyły dzieci nazw kolorów. I były w szoku, że Mikołaj potrafi bezbłędnie pokazać który to czerwony, który zielony, który niebieski i który żółty. To, że Michu je zna i rozróżnia to wiemy od dość dawna (trzech podstawowych nauczył się na sygnalizatorach drogowych), ale nigdy się jakoś nie zastanawialiśmy nad tym, że to może nie być standard u dwulatków. Hmmm… Właśnie, ciekawa jestem jak to wygląda, tak ogólnie, wśród dzieci. Myślę, że to nic wielkiego – nauka kolorów. Pewnie opanowują to szybko, pod warunkiem, że rodzice/opiekunowie stosunkowo często im dane kolory pokazują i nazywają.
Jakby jednak na to nie spojrzeć, byłam dumna i blada z takiej pochwały mojego dziecka :)

Swoją drogą, wiem też, że Mikołaj rozróżnia bardzo wiele cyfr i liter. Niestety ciągle jeszcze stosunkowo słabo potrafi je wyartykułować. Ale myślę, że jak już zacznie, to na dobre :)

W sumie, to ostatnio doszło kilka nowych słów. O jaju już wspominałam, doszło więc jeszcze „pciepcie”, będące niekiedy „ciepciem”. Wiecie co to? Przejście dla pieszych! Mikołaj od jakiegoś tygodnia ma ulubione zajęcie: sadza mnie lub Mariusza na swoim dywanie ikeowskim (takim z drogą dla samochodzików), wręcza auto i każe jeździć. Należy zatrzymać się przy każdym przejściu dla pieszych, co Michu komentuje entuzjastycznie: „Pciepcie!”… i można jechać dalej. Koniecznie trzeba też przejechać przez rondo, które z niewiadomych powodów zostało nazwane… „siusia” – tak samo, jak siusiak… Gdy my mówimy: rondo, to Mikołaj przytakuje, ale gdy prosimy, by powtórzył słyszymy: „siusia”… Przyznać mi się, kto siusiał na rondzie i został na tym przyłapany przez moje dziecko, hę? ;) Bo mam dowody na filmiku, że wcześniej rondo to było „dodo”. Więc ktoś mi tu dziecko zmanipulował! ;)

Ponadto ewoluowało słowo „światła” (chodzi o sygnalizator drogowy). Już nie ma „sici”. Już są „siapa” zamiennie z „siafa”. Mamy też „fafy” – farby, „fafel” – wafel, „siok” – sok, „sio” – w sensie „chodź” oraz niekiedy „siaban/siafan” na słowo szlaban. Do tego dodajmy: „Siali” – bajkowa Sally, „Sisa/Sysa” – Zygzak (McQuinn, oczywiście), „tuj” – w zależności od potrzeby: Wójt (dla niezorientowanych w Autach Disneya – jeden z bohaterów), albo „stój” (gdy powtarzamy wierszyk z Teletubisiów: „Nie przechodź na drugą stronę, jeśli światło jest czerwone. Czerwone znaczy STÓJ”), „Siamf” – Humf, futrzak z kreskówki z CBeebies, „tom” – tom, to określenie na traktor ogólnie (wywodzi się od bajki o traktorze Tomie). Więcej na razie nie pamiętam :)

Ostatnio musieliśmy zaprzestać oglądania bajki „Auta”. Gdy tylko się kończyła i pojawiały się napisy, Michu zaczynał tak szlochać, że ciężko było go uspokoić. Pierwszy raz widziałam, żeby dziecko tak bardzo reagowało na koniec jakiejś bajki. Aż go żal było. Stwierdziliśmy, że na razie zrobimy przerwę, bo szkoda Miśka i naszych nerwów. Aczkolwiek mania „Aut” trwa nadal. Bajki na cd nadal Misiek chce słuchać, ubrania jak wybieramy z szafy, to koniecznie muszą być z jakimś pojazdem (jak na razie Zygzak widnieje tylko na jednej bluzie, ale na szczęście Michu zadowala się też innymi pojazdami – byle miały kółka). Ostatnio też wyhaczyliśmy jajka z niespodzianką z serii Cars. Dzięki temu mamy już trzy Sally (ku zachwytowi Mikołaja), jednego Zygzaka, jednego Luiggiego i jednego Wójta. Ech… :)

Mikołaj ogólnie bardzo interesuje się tematyką „pojazdowo-drogową”. Ostatnio jego uwagę przykuły znaki drogowe. Wydrukowaliśmy mu więc z Mariuszem w kolorze kilkanaście najczęściej spotykanych i przydatnych, zalaminowaliśmy i teraz Mikołaj się nimi bawi. Doskonale rozpoznaje: przejście dla pieszych, dla rowerzystów, ograniczenie prędkości, wszelkie znaki związane z przejazdami kolejowymi (mówi na nie „ciucia” – ciuchcia), rondo, droga z pierwszeństwem przejazdu, stop, zakaz wjazdu, parking, uwaga dzieci, przystanek autobusowy i tramwajowy oraz znak…Bam! Znak „Bam” jest to swoisty ewenement, gdyż nigdy nie zwracaliśmy Mikołajowi na niego uwagi, co z kolei oznacza, że nasze dziecię samo wykoncypowało, że gdy znak taki się pojawia, to znaczy, że samochód zaraz zrobi „bam”. Co to za znak? Próg zwalniający! Ciągle trwamy z Mariuszem w zdumieniu z powodu spostrzegawczości i logiki myślenia naszego dziecka (po kim on to ma…?).
Znaki te (i jeszcze kilka innych) są nieustannie układane na dywaniku i trzeba przy każdym się zatrzymać i mówić, co oznacza. A jak – oczywiście przypadkiem ;) – powiem źle, to Mikołaj od razu woła: „Nieee!” i jakoś tam mnie po swojemu poprawia :) Zdolna bestia :)

Odebraliśmy Michową opinię od pani psycholog. Misiek dobił do normy, jedyne, co jeszcze kuleje, to mowa czynna, ale jak widać powyżej nabiera ona tempa, więc nie ma się czym martwić.

Mikołaj w ostatnich tygodniach się umuzykalnił ;) Po pierwsze coraz częściej wyjmuje swoje instrumenty (z promocji z Lidla) i grzechocze, dzwoni, bębni i co się tylko jeszcze da. Nauczył się też porządnie dmuchać w harmonijkę ustną i flet. Na razie jeszcze skromne dowody, ale jednak, mamy na filmikach:

Po drugie Michu polubił tańczyć. Zwłaszcza do jednej piosenki Arki Noego, z ostatniej płyty. Nie pamiętam tytułu, ale jest druga w kolejności, i do tego moja ulubiona z tej płyty :) Gdy Michu ją słyszy woła: „Mami!” (w sensie, że to mamy ulubiona piosenka) i ciągnie mnie za ręce do tańca :)

W ostatnią niedzielę przekonaliśmy się z Mariuszem jak niewiele dziecku potrzeba do szczęścia. Zamówiliśmy pizzę. Pizza, jak to pizza, wiadomo, przyniesiona w kartonie. Karton po opróżnieniu i rozłożeniu zaprezentował takie jakby dwie zakładki, które Michowi skojarzyły się z drzwiami. Naprzynosił sobie małych samochodzików i dawaj przez te drzwi je przepychać. No to wzięłam pisak i namalowałam na tym kartonie ulice, rondo, jakiś domek… Michu przeszczęśliwy. Bawił się tym chyba ze trzy dni. Bawiłby się pewnie dłużej, ale niedobra matka postanowiła podczas nieobecności dziecka pozbyć się kartonu, bo zaczął z lekka podśmierdywać pizzą…

A tu kawałek „pciepciowania” na drodze z kartonu od pizzy :)

Teraz jeszcze kilka słów nie o Mikołaju :) Udało nam się w końcu w ostatni weekend lutego dotrzeć do Karpacza na wyczekiwany wyjazd we dwoje :) Pogoda dopisała, wszystko udało się świetnie :) Muszę przyznać, że pokój, w ramach zamówionego pakietu, mieliśmy po prostu rewelacyjny. Był ogromny, około 40m2, do tego ogromny taras. W ramach pakietu w pokoju czekał kosz owoców i szampan. Na sobotę zamówiliśmy sobie uroczystą kolację – przy świecach, winku, w dodatku w oddzielnej sali restauracyjnej, byliśmy tam tylko my dwoje. Trzeba przyznać, że się postarali :)
Co do nas, to jedyną naszą aktywnością był dwugodzinny spacerek w sobotę po Karpaczu. Resztę czasu spędziliśmy leżąc na łóżku, gapiąc się w telewizor, bijąc rekordy w Kulki na Facebooku i czytając odmóżdżające gazety. Rewelacyjnie wypoczęłam! :)

Chyba czas już skończyć, bo kto to potem przeczyta… Brawa dla wszystkich, którzy dotarli do tego momentu :)

Szpital na peryferiach – część kolejna…

Tak, znowu jesteśmy chorzy… Zaczęło się od Miśka, przeszło na Mariusza, a skończyło na mnie. To znaczy taka była kolejność startu, bo ogólnie to Mariusz w tej chwili ma się najlepiej, mnie ciągle boli gardło i kawałek ucha, a Michu, jedyny leczony przez lekarza, ma obecnie taki kaszel, że budzi nas nim w nocy. Co dziwne, sam Misiek kaszleniem swoim się nie budzi. Nie wiem skąd nam się owo cudo chorobotwórcze przywlokło, ale mogłoby już sobie pójść.

Z powodów wyżej wymienionych, jak i z dodatkowego – zachorowania Mariusza taty – musieliśmy przełożyć wyjazd na nasz romantyczny (he he he) weekend do Karpacza na przyszły tydzień. Na szczęście udało się dogadać i nie straciliśmy zaliczki. Mam nadzieję, że do piątku wydobrzejemy wszyscy, bo szkoda byłoby znowu odwoływać.

Michu jutro zostaje w domu, bo nie miałabym sumienia posłać go do przedszkola. A rano muszę zadzwonić do przychodni i zapisać go do pediatry, bo po tych lekach, które dostał w piątek, nie polepszyło się wcale, a wręcz kaszle jeszcze gorzej. Może coś innego poradzą. O ile uda się na jutro zarejestrować.

W czwartek zrobiłam porządne porządki na balkonie. Już mi wstyd było patrzeć przez okno. Na szczęście poprawiła się piękna pogoda – w czwartek wyszło słoneczko – więc ruszyłam do boju. Udało mi się usunąć cały lód z posadzki, uporządkować różne rupiecie, no i przede wszystkim rozebrać choinkę (w końcu już Wielki Post), pociąć ją na drobne i wynieść na śmietnik. Co prawda trzon choinki wraz z doniczką zdobią jeszcze balkon (za ciężkie dla mnie, by wynieść), ale i tak już nieźle. Na koniec umyłam posadzkę i okna, i teraz jest wręcz bajecznie :) Swoją drogą, pogoda od kilku ostatnich dni nas rozpieszcza. Marzę, by się już taka (i lepsza) utrzymała do następnej zimy. A myśląc krótkoterminowo – przynajmniej do naszego wyjazdu do Karpacza.

Z nowych rzeczy, to Michu zaczął mówić o sobie „ja”. Tylko momentami wątpi, jak dochodzi do wymiany zdań w stylu: „Kto zjadł wszystkie ciastka?” M: „Ja!” „Ty?” M:”Ta, ty” (i pokazuje na siebie). No, ale powoli, mam nadzieję, uda mu się wytłumaczyć, że gdy on mówi „ja”, a ja mówię do niego „ty”, to ciągle mówimy o nim ;)

Dzięki bytności w przedszkolu (no wiem, że to nie przedszkole, a klub malucha, ale tak mi wygodniej pisać) Michu ma obecnie fazę na dzieci. Uwidacznia się to nawet w słownictwie wyrazem „dzici” (coś pomiędzy „dzicy” a „dzieci”, co w mojej opinii powinno znaczyć to samo ;)). „Dzici” są zauważane wszędzie: w Teletubisiach, Waybaloo, na ulicy, na obrazku, w gazecie… gdzie się da. „Dzici” też Misiek słucha na płycie „Arki Noego”. Chociaż od kilku dni coś innego zajmuje 1 miejsce w rankingu ulubionych płyt Micha. Mamy bowiem na cd całą kolekcję bajek Disneya do słuchania. Od kilku miesięcy puszczaliśmy przed spaniem kolejne części (w sumie chyba 25). Aż nasze dziecko odkryło „Auta”. Uwierzcie, że dziś już prawie wymiotowałam tą bajką – słuchał jej Miś caaały dzień, a każda próba zmiany płyty kończyła się wrzaskiem. Co gorsza, nie udało mi się jeszcze obejrzeć pełnej wersji na dvd (a wydaje się być bardzo ładna), a tu już mam jej dość. Niestety ta wersja na cd jest okrojona do jakichś 20 minut i to tak momentami beznadziejnie, że szkoda gadać. A rozpoczynający opowieść tekst „Zygzak McQuinn był szybki…” śni mi się po nocach.

Wciągnęliśmy się z Mariuszem w grę w kulki na iPhone’a. Co prawda gierkę mamy już dawno, ale jakiś tydzień temu podłączyliśmy ją pod facebooka. Zmieniły się trochę zasady – teraz jedna runda trwa minutkę i szybciej zdobywa się punkty, ale tak strasznie nas zaczęła wciągać, że prawie każdą wolną chwilę przez to marnujemy. Ale cóż zrobić – gierka rewelacyjnie odmóżdża, do tego sama w sobie trwa krótko. Nic, tylko grać.

Tyle na dziś. Zdrowia nam życzcie i trzymajcie kciuki, by najbliższy weekendowy wyjazd w końcu wypalił. Pozdrowienia!