Rodzinnie

Od czwartku do niedzieli gościliśmy naszych Szczeciniaków. W sumie to powinnam pisać „Przecławian” tudzież „Przecławiaków”, ale tak już jakoś nawyk pozostał. W związku z wizytą mieliśmy zapewniony szereg atrakcji :) Udało nam się odwiedzić zoo, ogród japoński, aquapark, zobaczyć fontannę multimedialną wieczorem no i ogólnie pochodzić po mieście. Mikołaj w zoo mógł wreszcie podreptać sam wśród owiec i kóz na dziedzińcu. Oczywiście wyżerały mu wszystkie suchary. Tosia też dokarmiała zwierzaki ku ogólnej uciesze.

Największą atrakcję dla Micha stanowił jednak pies, który u nas przez tych kilka dni mieszkał. Radość była ogromna, gdy Michu się budził i pies wbiegał do niego do pokoju i go zaczepiał. Od razu zaczynał się śmiać (Michu, nie pies) i zły humor związany z przebudzeniem pryskał jak bańka mydlana.

Michu wczoraj „szpanował” na placu zabaw przed pewną młodszą dziewczynką. Masakra :) Tak się przed nią popisywał, że aż nam się głupio robiło. Oczywiście pokazywał, jak to on potrafi świetnie samodzielnie zjeżdżać. Ech… Wcześnie zaczyna to nasze dziecię. Głowę traci dla kobiet w wieku 20,5 miesięcy. A co to będzie dalej??? :)

Misiek w ogóle ostatnio wyprawia nowe rzeczy ze swoim ciałem. Nauczył się kręcić w kółko, chodzić na palcach i czołgać. Wygląda to momentami na wpływ teletubisiów, które robiły ostatnio podobne rzeczy. Śmiesznie wygląda taki Misiek, jak odkrywa, że można kręcić się w kółko, a nie tylko chodzić czy stać. :)

Dzisiaj na rehabilitacji Michu miał swój pomysł na ćwiczenia. Pani Kasia poćwiczyła go na kolanach może z 20-30 minut, a resztę Misiek zaplanował sobie sam – chodził po bieżni, po fakturach, po równoważni i drabinkach. Cieszyłyśmy się nawet z tej pomysłowości, bo przynajmniej trochę sobie integrację sensoryczną poćwiczył :) Nie wspominając też o równowadze na bieżni :)

Przedwczoraj wieczorem byliśmy na pokazie fontanny multimedialnej przy Hali Stulecia. I wyobraźcie sobie, że mi się podobało. Trochę boli, że tyle kasy w to poszło (aż tyle), ale przyznać trzeba, że robi ogromne wrażenie. Co prawda można by trochę poprawić infrastrukturę – brak porządnego oświetlenia podczas dojścia do pergoli, no i oczywiście brak miejsc parkingowych. Tłum był ogromny, zaparkowanie w pobliżu Hali i parku graniczyło z cudem. No ale cóż. W każdym bądź razie podobało mi się, popstrykałam trochę zdjęć, które obejrzeć można tutaj. Nie oddają oczywiście klimatu, bo to trzeba na żywo zobaczyć. Ale przynajmniej kolorystyka jest uchwycona :)

Wczoraj oglądałam pokątnie festiwal tvn w Sopocie. Koncert ku czci Niemena. Żenada. Masakra. I w ogóle strasznie to brzmiało. Jak akademia szkolna. A dzisiaj pokazali Marylę Rodowicz, która stwierdziła po koncercie, że piosenki były trudne, ale poruszały i wzruszały publiczność. No nie wiem. Mnie nie wzruszyły. Bardziej by mnie wzruszyły, gdyby puścili jakiś stary koncert Niemena, bo to wczorajsze wykonanie co najwyżej wzmagało ogólne „podkurwienie” (małoletnich i wrażliwych przepraszam za słownictwo). No ale ważne, że tvn miał swój koncert, teraz będą mieli o czym mówić w porankach przez najbliższe miesiące :)

A, zapomniałam napisać, że przy okazji rodzinnej wizyty w aquaparku w ubiegły piątek po raz pierwszy razem z Michem zjechaliśmy z tzw. zjeżdżalni rodzinnej. Michu miał uciechę nie z tej ziemi, a moja mina pt. „Wielka panika” i okrzyk: „Łap go!!!!!!!” („go” czyli Micha, okrzyk skierowany do szwagra) podobno bezcenne :) Michowi tak się spodobało, że z nadmiaru emocji i natychmiastowej chęci, by zjechać jeszcze użarł mnie w ramię tak, że siniec mam do dziś. No cóż, bywa i tak :)

Na koniec oczywiście kino bambino. Filmik z zoo i karmienia zwierząt :)

A zdjęcia z wizyty Szczeciniaków są tutaj i tutaj. W dwóch miejscach, a co, pomęczcie się trochę :)

M jak Majówka ;)

Mariusz stwierdził, że taki tytuł bloga źle się kojarzy :) Chyba trochę ma rację, bo od razu na początku utknęłam z pisaniem i nie wiem, od czego by tu zacząć. No to może od tej Majówki na M ;)

Pogoda była śliczna, więc postanowiliśmy to wykorzystać. Mariusz zrobił wcześniej mały rekonesans co do imprez majówkowych na Dolnym Śląsku. Wyszło nam, że najciekawiej może być w Kliczkowie (Majówka Rycerska) i na zamku Książ (Festiwal Kwiatów i Sztuki). No więc klamka zapadła, pojechalim. 1 maja spędziliśmy w Kliczkowie. To była chyba jedna z najciekawszych majówek do tej pory, jakie spędziłam. Nie sądziłam, że spodoba mi się klimat rycerski, a tu niespodzianka! Zabawa była przednia! Co prawda nie udało nam się zwiedzić zamku jako takiego (z Miśkiem to ciężko, bo po schodach w zamku się nie da wózkiem), ale za to na terenie wokół zamku było sporo ciekawych imprez z udziałem rycerzy i dam dworu. Ludzie świetnie poprzebierani. Widać było dbałość o każdy szczegół w stroju. Do tego sporo straganów (czyli to, co Zosia lubi najbardziej :)) z różnego rodzaju ciekawymi przedmiotami, strojami itd. Przy tej okazji zakupiliśmy sobie figurki rycerza i księżniczki (na pamiątkę dla Miśka) oraz po świetnym, ręcznie robionym i wypalanym, kubku.

Jedyną chałą było żarcie. Widać było, że firma obsługująca tzw. stoiska z grillem nie wyrobiła się z ilością. W związku z tym dowieziono gotowe żarcie z Wrocławia (małżonek stojący w kolejce widział). To żarcie było w takim stanie, że szkoda gadać. Frytki tak napite olejem, że poszły całe do kosza (a kupiliśmy je z myślą o Miśku), gyros też, karkówka, którą jadł Mariusz w połowie też w koszu wylądowała, bo generalnie wyglądała i smakowała jak podeszwa. Jedyne, co dało radę to pajda chleba ze smalcem. Przynajmniej tym się zapchaliśmy. Wiemy już, że na majówkę do Kliczkowa trzeba zabierać własny prowiant, bo szkoda pieniędzy na coś, co się wyrzuca do kosza po zamówieniu.

Książ. Wreszcie tam dotarliśmy. Już chyba ze dwa lata się wybieraliśmy, by zwiedzić ten zamek. Niestety, tak, jak Kliczków zrobił na nas od razu świetne wrażenie, tak majówka w Książu to było nieporozumienie. Sam zamek śliczny, teren wokół zamku również. Nawet nie udało nam się całego obejść, taki wielki. Ale tłum, jaki tam tego dnia spotkaliśmy przeszedł nasze wyobrażenie. Do tego najgorsze były stragany z mydłem i powidłem (dosłownie i w przenośni) rozstawione przy leśnej ścieżce wiodącej do zamku. Wyglądało to co najmniej jak stragany w Częstochowie. Pełno plastiku, sztucznych kwiatów, dziwnych ubrań za 5 zł i tandetnych zabawek. Widok podróby teletubisia oraz dmuchanego Kubusia Puchatka (że to Puchatek doszliśmy do tego po kolorach ubranka, bo generalnie wyglądał jak krzyżówka świni z ufoludkiem) dopełniał całości kiczu.

Na zamku zastaliśmy już ten właściwy Festiwal. Ufff… Bo już miałam stres, że te stragany z plastikiem to ta „sztuka”… Na dziedzińcach porozstawiane były stoiska z różnymi sadzonkami i krzakami (trochę sobie inaczej to wyobrażałam, liczyłam na stoiska z kwiatami w stanie bardziej ciętym niż w nasionach i cebulkach ;)). Do tego pełno różnego typu sponsorów-ściemniaczy wciskających, że ich bank jest najlepszy, ich ubezpieczenie jest najkorzystniejsze i ich samochód jest najbezpieczniejszy. Ech…

Na szczęście nie wszystko było do d… Małżonek posiedział na ławeczce z Miśkiem a ja poszłam zwiedzać wnętrze zamku. I okazało się, że to był dobry pomysł, bo tam wreszcie znalazłam to, czego się spodziewałam po tym rozreklamowanym festiwalu. Komnaty zamkowe były wystrojone pięknymi bukietami różnym pracowni florystycznych. Do tego na korytarzach rozstawiono stoiska ze sztuką użytkową i biżuterią. Nabyłam więc kolejnego anioła do kolekcji :) Zrobiłam kilka zdjęć i wróciłam do moich dzielnych chłopaków. Potem zeszliśmy do ogrodów zamkowych. Tam Misiek miał raj. Wyjęliśmy go z wózka, w związku z czym Michu zaraz przeszedł na czworaki. Ponieważ nie było tam trawy (to znaczy była, ale tylko taka do podziwiania), więc dziecko nasze odkryło kamyki. A z kamykami można robić różne fajne rzeczy. Na przykład można je wkładać na murek, a potem zrzucać. Albo wrzucać do fontanny. Można je też lizać, ale wtedy mama krzyczy :) Największą frajdą były właśnie fontanny. Misiek nie przepuścił żadnej – przy każdej trzeba było postać kilkanaście minut, by Michu mógł nawrzucać do niej kamyków. Oczywiście każde odejście od fontanny kończyło się histerią i wyciem. Co za Misiek :)

W skrócie naszą majówkę można uznać za bardzo udaną. Do Kliczkowa na pewno jeszcze pojedziemy, i to właśnie też na Majówkę Rycerską, bo warto. Do Książa pojedziemy również, ale na pewno nie na majówkę tudzież inny festiwal, bo nie warto. Po Książu czujemy niedosyt. Tam trzeba pojechać na cały dzień, w zwykłą niedzielę, bez kilkudziesięciu tysięcy ludzi, i spokojnie pozwiedzać i pospacerować. Bo teraz się nie dało.

Cóż poza tym? Dziś byłam z Michem u kardiologa na badaniach kontrolnych. Przedsionki jeszcze nie zrośnięte, ale szpara jest na 2mm, więc malutka, a że serce rośnie, więc jakby się zmniejszała. Poza tym tej wielkości szpara nie przeszkadza w niczym. No chyba że Michu za 20 lat zamarzy sobie zostać nurkiem. Wtedy, jeśli mu się jeszcze do tego czasu nie zrosną, to mu założą jakiegoś klipsa czy coś w tym stylu. A zresztą, nie będą mu musieli zakładać, bo już ja mu wybiję z głowy nurkowanie ;)
Do ponownej kontroli mamy zgłosić się dopiero za rok.

Minione ciepłe dni (od przedwczoraj pogoda zbrzydła nagle) wykorzystywaliśmy na spacerki do parku i piaskownicy. Michu co prawda stracił zainteresowanie piaskiem, ale bardzo chętnie poczyniał różnego rodzaju samodzielne ekspedycje. Generalnie po każdej takiej wyprawie Michu nadawał się do wrzucenia do wanny razem z ciuchami. Taki był brudny. Ale nie ma co się dziwić, w końcu raczkowanie po trawie w parku i kamieniach przy huśtawkach musiało dać taki efekt. Mieliśmy nawet raz z Mariuszem parcie, by zabrać ze sobą koc, położyć Micha na kocu a my paletki i jazda grać. No ale doszliśmy do wniosku, że to się nie sprawdzi. Koc by leżał, paletki też, a my i tak biegalibyśmy za Miśkiem po okolicy. Taki się z niego wycieczkowicz zrobił :) Byle go jakieś kleszcze nie zaatakowały, to będzie dobrze. Mieliśmy go zaczepić, ale był chory, a potem już było podobno za późno. W przyszłym roku trzeba będzie pamiętać.

Jutro idziemy do szczepienia. Przypominająca dawka infanrixu hexa po roku. Jeszcze zostaną nam pokemony (pneumokoki znaczy się) i chyba koniec na ten rok. O ile czegoś nie kręcę. W ogóle byłam u pediatry jakiś czas temu w związku z kartą wypisową, która przyszła ze Szczecina po badaniach krwi zleconych przez dr Hnatyszyn. Pediatra kazała odstawić witaminę d (to zrobiłam już wcześniej, sugerując się zaleceniami z karty) i dała skierowanie do poradni endokrynologicznej. Mają tam dalej badać Miśka pod względem przekroczonego poziomu witaminy. No ale dodzwonić się tam strasznie ciężko. Jak tak dalej pójdzie to trzeba będzie się osobiście pofatygować i zapisać.

W przyszłą środę idziemy na wizytę kontrolną do dr Dołyk, neurolga. Zobaczymy, co powie. Michu nadal nie chodzi samodzielnie. Nawet się za to nie zabiera jeszcze. Nasze próby zachęcenia go nie dają żadnego efektu. No zobaczymy. Pewnie trzeba będzie zrobić rezonans. Jeśli dr Dołyk nam go nie zleci to pewnie zleci go dr Hnatyszyn, bo jakoś słabo możliwe jest, by Michu przez miesiąc zaczął płynnie chodzić. Jeśli się w ogóle nauczy samodzielnie chodzić przez ten miesiąc, to będę uważać to za duży sukces.

No, ale w innych sprawach Michu jest mistrzem :) W ciągu kilku zaledwie minut załapał na czym polega picie przez słomkę. Mimo że nic na to nie wskazywało, że rozumie jak to się robi. A tu dzielny chłopak po kilku demonstracjach mamy i przy kupie śmiechu nagle pokazał, że sam też potrafi! Tak samo było z jeździkiem. Posadziłam go któregoś dnia i pokazałam jak zejść. Po chwili Michu pięknie przełożył nogę i usiadł. W ten sam sposób zszedł po chwili. I nawet sam wykombinował, że jak się chwyci kierownicy z dwu stron, to mu się nie wykopyrtnie :) Do tego wszystkiego zaczął się na jeździku przemieszczać. Co prawda odpycha się na razie do tyłu, ale i tak zuch chłopak!

Nasze częstsze wizyty na pływalni dają zamierzony efekt. Michu przypomniał sobie, że można pływać. Co prawda z koordynacją rąk i nóg jest jeszcze kiepsko, ale nie można mieć wszystkiego od razu. Jakby na to nie spojrzeć, Michu ma dopiero 17 miesięcy. Wiele dzieci w jego wieku jeszcze nigdy na pływalni nie było. A nasze dziecię potrafi już utrzymać się samodzielnie w rękawkach i kółku na wodzie, w samych rękawkach też już kombinuje. Powoli oswaja się z deseczką – że jak nie ma mamy, to się trzeba deseczki chwycić. Cały czas ćwiczymy też przemieszczanie się. Coraz lepiej mu wychodzi. Czasem zdarza mu się przepłynąć bez mojej pomocy kawałek :) W ogóle Misiek kapitalnie oswojony jest z wodą. Wie co robić przy nurkowaniu, żeby się nie zakrztusić. Nie robi tragedii gdy mu ktoś na gębę nachlapie. Przy niespodziewanych podtopieniach tez świetnie sobie radzi. Wodę jednym słowem uwielbia. I chwała nam za to! Moim plecom w szczególności, bo nie ma co ściemniać – każda wyprawa z Michem na basen to dla mnie niezła fizyczna robota. Ale jak widać efekty, to i strzykanie w krzyżu mniej przeszkadza ;)

W ogóle to Michu na basenie znalazł sobie kilka nowych atrakcji (mam na myśli aquapark, bo tam jest puszczany w miarę swobodnie). Pierwsza to łażenie wzdłuż basenu z falami. Puszcza się go przy jednym końcu, a Michu sobie wędruje po brzegu basenu, chlustany falami, na drugi koniec. Przy okazji tej wycieczki staje na kilka minut przy ratowniku i szczerzy do niego zęby. Autentycznie. Aż mi czasem głupio :) Bo Michu centralnie siada na klęczkach przed panem/panią, zadziera głowę i strzela swój uśmiech pod tytułem „policz wszystkie moje 20 zębów”. Ratownik ma polew, czym utwierdza Miśka w przekonaniu, że ma tak dalej stać i się szczerzyć. Ech… ;)

Dalej, atrakcyjna jest zjeżdżalnia przy brodziku. Tu już moje ręce i plecy po kilku zjazdach odmawiają posłuszeństwa. Niestety Michu też posłuszeństwa odmawia i nie chce słyszeć, że ze zjeżdżalni na dziś koniec.

Kilka razy, od kiedy zrobiło się ciepło, wyszłam z Miśkiem na basen zewnętrzny. Woda jest w nim podgrzana, tyle, że jest się na dworze. Zazwyczaj wychodzimy na zwykły basen, ale ostatnio poszliśmy do solanki na zewnątrz. No i tu Michu czuł się jak na uczcie – jak tylko spróbował, że woda jest słona, to nie było siły – cały czas ją chłeptał. Bleee :)

Misiek ma swojego ulubionego pluszaka. Wiem to na pewno. Jakiś czas temu myśleliśmy, że takową rolę spełnia kaczuszka. Ale zauważyłam, że jak jej nie ma, to generalnie Michu tego jakoś szczególnie nie zauważa. Natomiast teraz jest inaczej. Mikołaj na Wielkanoc dostał pluszowego pieska od szczecińskiego zajączka. Piesek od razu przypadł mu do gustu. Na początku nie kładłam mu go do łóżeczka na czas spania, bo wydawał mi się za duży. Aż tu pewnego dnia moje dziecko przed spaniem pokazuje na pieska. Podałam mu go i od tego czasu sprawa wygląda mniej-więcej tak: przed każdym zaśnięciem wszystkie „drobne” pluszaki zostają wyrzucone z łóżeczka, natomiast zostaje tylko piesek i poduszka. Mikołaj kładzie na materacu poduszkę, na podusi pieska, na piesku głowę i tak zasypia najczęściej. Piesek ani razu nie wylądował na podłodze. To w przypadku Miśka oznacza, że piesek ma specjalne względy :) Bardzo mi się to podoba :)

Ostatnio przeżyliśmy z Mariuszem chwilę grozy. Coś tam gadamy o obcinaniu włosów i mówię do Mariusza: „Trzeba Ci w końcu ogolić te kudły”. Na to Misiek, który bawił się obok, łapie się za włosy. Mariusz i ja w szoku. Skąd Misiek zna słowo kudły? Czyżby aż tak często padało w naszym domu, że je przyswoił? Od razu wniosek: trzeba się bardziej pilnować co do tego, co mówimy przy Miśku, bo zaczyna coraz więcej łapać. Któregoś dnia nas skompromituje ;) Na szczęście następnego dnia okazało się, że musiał to być przypadek. Kilkukrotnie pytany gdzie są kudły Misiek nie potrafił pokazać. Całe szczęście. Co prawda niby nic to strasznego, takie kudły, ale wolałabym, aby nasze dziecię choć trochę potrafiło wysłowić się poprawnie ;) Nie tak jak mama i tata ;)

Zaczęliśmy sadzać Miśka na nocnik. Po tygodniu udało się raz wysikać, przy czym Michu nawet tego nie zarejestrował chyba. Z konkretami jest gorzej, bo Michu zazwyczaj robi kupajcę jak śpi. Jak go rano wyciągam z łóżka to już jest po wszystkim. No, ale może kiedyś uda się trafić na czas w nocnik i zakuma :)

To chyba tyle. W galerii są zdjęcia z Kliczkowa i Książa. I jeszcze chyba jakieś Mikołajowe, o ile dobrze kojarzę. Zapraszam serdecznie :)

P.S. Jakiś czas temu pisałam o uwielbieniu Miśka do pisania. Oto dwa dzieła, jedne z pierwszych :) Dla wnikliwych – na tym drugim to kółko jest mojego autorstwa. Miś jeszcze nie „kółkuje” :) A trzeci obrazek to listy napisane przez Tosię, by Zajączek nie pomylił się z włożeniem prezentów do koszyczków :)

Huśtawkowo

Mikołaj skończył dzisiaj 15 miesięcy. Taka ze mnie wyrodna matka, że zapomniałabym o tym zupełnie, gdyby nie Mariusz, który mi przypomniał. Stary byk z niego. Z Miśka, oczywiście, bo małżonek mój jeszcze całkiem młody, buhahaha ;) W każdym razie dobrze się trzyma, jak na swoje lata ;)

Byliśmy dziś rano w aquaparku. Misiek przeszczęśliwy. Ostatnio przeprosił się z wodą i znowu zaczął pływać. Zarówno tydzień temu jak i przedwczoraj na zajęciach z pływania w Pulsantisie dawał czadu. Kwiczał z radości i całkiem sprawnie wykonywał polecenia. Mimo że był śpiący, bo ostatnio mamy w piątki tak, że po Bobathach nie ma czasu położyć Misia spać, tylko od razu jedziemy na pływalnię. Ale tak mu się spodobało na nowo pływanie, że aż miło patrzeć. Zresztą postępy też są – już go czasem można puścić, gdy jest w rękawkach i kółku, albo na makaronie. W ogóle to w aquaparku bardzo mu się podoba. Punkt obowiązkowy to zjeżdżalnia. Biedny tylko mój kręgosłup ;)

Po południu ruszyliśmy na spacerek do Parku Południowego. Mamy z tej wyprawy kilka zdjęć w galerii. W sumie to mamy ich o wiele więcej, ale nie chcieliśmy Was zanudzać. W parku jest plac zabaw, a na nim huśtawka. Pisałam o niej ostatnio. Dziś była do huśtawki kolejka, ale udało się dopchać. I pozjeżdżać na zjeżdżalni też trzeba było, bo by Michu chyba nam nie wybaczył.

Co do nowości Mikołajowych, to Miś potrafi pokazać włosy :) Kolejny sukces :) Dziś wypatrzony. No i Mariusz stwierdził po przeczytaniu ostatniego posta, że nie napisałam, że Michu coraz lepiej i pewniej stoi przy meblach i że się coraz sprawniej przy nich porusza. No to piszę: Mikołaj coraz lepiej i pewniej stoi przy meblach i coraz sprawniej się przy nich porusza. Fakt to niezaprzeczalny :) I dziś zaczął jeszcze mówić coś w stylu „ne-ne”, ale trochę bardziej miękko. W sumie trochę jak „ńe-ńe”. Bo „nie-nie” to jeszcze nie jest. Ale się zastanawiam, czy nie ma jakiegoś przekazu w tym. Ale muszę jeszcze poobserwować. Bo może to tylko zwykłe powtarzanie. A może to już całkiem świadome: „nie”? Dziś w ogóle Michu był świetny. Gdy weszliśmy na teren aquaparku to czekałam z nim na Mariusza. Siedzieliśmy sobie na murku i pokazuję Misiowi, że idzie Mariusz. A na to Miś: „Tata!” No rozwalił mnie tym kompletnie. Mariusza zresztą też. Ale nie ma się w umie co dziwić. Gdy wczoraj byłam na zajęciach to Mariusz cały dzień ćwiczył z Michem mówienie „tata” ;)

We wtorek jedziemy do Szczecina. Mama Szwagra załatwiła nam konsultację neurologiczną. Bardzo się cieszę. Z dwóch powodów: Po pierwsze, że Miśka obejrzy jeszcze ktoś poza doktor Dołyk, a po drugie, że się w końcu spotkam z naszymi ulubionymi Szczeciniakami. Bo bardzo się za nimi stęskniłam! I spotkam się też z mamą, bo akurat jest w Szczecinie. Super :)

Tyle na dziś. Reszta pewnie po powrocie ze Szczecina!

O wszystkim czyli o niczym

Cóż, styczeń ma się ku końcowi. Czas ucieka, zima się zmywa (to znaczy w chwili obecnej ujawnia się ponownie w postaci prószącego śniegu za oknem), więc trzeba było wybrać się jej na przeciw. Dzięki uprzejmości Teściów mogliśmy pojechać sobie we dwójkę do Karpacza na weekend. Nareszcie! :) Hotel udało się zamówić bez problemu (choć obawiałam się, że może być kłopot, tak na ostatnią chwilę, bo przecież ferie są). Nawet mogę Wam pokazać jaki. O taki – Tarasy Wang. Bardzo miłe miejsce. Warto odwiedzić. Pokój był duży, poza czajnikiem nie brakowało niczego. Nawet barek był, z czego oczywiście skorzystaliśmy. Zresztą, brak czajnika odczuwalny mógł być tylko w nocy, bo od rana do wieczora była otwarta hotelowa restauracyjka z bardzo dobrym jedzeniem i herbatą w dowolnej ilości. A najlepsze były śniadania. Nie z racji smakowitości (choć przyznać należy, że były bardzo dobre), ale z powodów dwóch: po pierwsze – nie musiałam go przygotowywać :), a po drugie – z okien restauracji rozciągał się przepiękny widok na panoramę gór ze Śnieżką włącznie. Cudo. Aż się nie chciało wychodzić. W ogóle to hotelik umiejscowiony bosko – zaraz obok świątyni Wang, niedaleko wejścia do parku narodowego. Dzięki temu nie trzeba było się przebijać przez miejski syf Karpacza, by pójść na krótki spacerek do lasu. No, ale kończę te moje zachwyty nad hotelem. Niestety, nikt mi za nie nie płaci ;)

Do Karpacza dotarliśmy w piątek około 15.30. Chwilę przedtem rozszalała się taka wichura, że dawno czegoś podobnego nie widziałam. Po kilku godzinach dołączył do niej śnieg, co dało niezłą zamieć. Generalnie poza przyniesieniem bagaży z samochodu i 5 minutowego spacerku pod świątynię Wang nie ruszyliśmy się już tego dnia z hotelu. Nic przyjemnego.
Cały też czas zastanawialiśmy się jak nam się uda w niedzielę wyjechać, jeśli nas totalnie zasypie. No ale nad ranem przestało padać, a do tego jeździł pług śnieżny i pięknie wszystko poodśnieżał. Na szczęście.

W sobotę przed południem ruszyliśmy na spacerek do parku narodowego. Trasa była w stronę Samotni, ale nie zamierzaliśmy tam dotrzeć. I tak poszliśmy dalej niż się spodziewaliśmy. Z wycieczki mamy kilka zdjęć w galerii. Po drodze odwiedziliśmy jeszcze świątynię Wang. Byłam tam chyba ze dwa razy w czasach podstawówkowych, ale zupełnie już nie pamiętałam, jak tam jest.

Wieczorem, po kolacji postanowiliśmy z Mariuszem zrealizować nasz chytry plan nocnego pleneru pod świątynią. Ona jest bardzo ładnie wieczorem oświetlona, więc szkoda byłoby nie wykorzystać sytuacji. Zabraliśmy cały sprzęcior (to znaczy zabrał go Mariusz, który robił za fizycznego, bo ja objęłam zaszczytną funkcję pstrykacza ;)) i ruszyliśmy pod Wang. Zeszła nam na tym fotografowaniu ponad godzina. Zmarzliśmy totalnie, ale zdjęć kilka wyszło przyzwoitych. Najlepsze zdjęcia udały się dzięki filtrowi połówkowemu szaremu. Serio. Nie sądziłam, że można go wykorzystać przy zdjęciach nocnych, a jednak… Wieża kościółka była tak intensywnie oświetlona w stosunku do reszty, że zdjęcia wychodziły nam na początku strasznie badziewne. Potem małżonek mój wpadł na pomysł, że może z filtrem spróbować. No i trafił! Wyszło super – wszystko równo oświetlone. Pogratulować!

W niedzielę przed południem zwinęliśmy się do domu. Tam zastała nas niespodzianka – Mikołaj w niedzielę po raz pierwszy wstał. Trochę nie do końca nas to zachwyca. Stoi strasznie koślawo, widać, że nogi (a zwłaszcza stopy) są do tego jeszcze nie przygotowane. Wykrzywia je masakrycznie, nie może się utrzymać na nich, stoi skrzywiony w pasie, miednica jeszcze nie wyrabia. No ale powstrzymać się go, niestety, nie da już. Co prawda, od wczoraj zauważamy pewną poprawę – staje już pewniej (co jest naturalne, jak się coś ćwiczy), zazwyczaj potrafi zgiąć nogę, by z niej się odbić do wstania (tzw.raczkowanie w pionie) i czasem zdarza mu się stanąć na całej stópce. Co i tak budzi moje obawy o stan jego stóp. Już widzę jak się terapeutki w Promyku załamią. Cały czas mówiły, że fajnie by było, gdyby się Miś tak nie spieszył ze wstawaniem, bo może sobie tym zaszkodzić. No ale cóż. Stało się. Za to doktor Kwapisz będzie zadowolona, bo ona z kolei podczas ostatniej wizyty stwierdziła, że to źle, że Mikołaj jeszcze nie staje. No i bądź tu człowieku mądry. Przecież dopiero co zaczął raczkować. Wiadomo, że robi to wszystko troszkę później w stosunku do innych dzieci, ale ma swoje tempo, robi wszystko po kolei i jakoś idzie. Poza tym cały czas nam dr Kwapisz mówiła, że mamy iść w jakość, a nie w ilość. A tu jeszcze się Michu porządnie nie rozwinął z raczkowaniem, a ona mu już każe wstawać. Ech… Terapeutka od Vojty powiedziała nam ostatnio, że norma wstawania u dzieci jest do 18 miesiąca, więc w tym wypadku nawet nie byłoby jakiegoś opóźnienia. No ale tak szybko? Tego się nie spodziewaliśmy. No cóż, trzeba będzie uważać na stan kończyn dolnych i liczyć, że nie będzie gorzej niż było. Tak więc, sami widzicie, jakoś średnio mnie obecnie cieszy ten skok rozwojowy. Widzicie jakie to dziwne? Dzieciak się rozwija, a ja marudzę. Ale, niestety, jestem już przewrażliwiona na punkcie różnych nienaturalnych krzywizn ciała Miśka i wyczulona na to, że nie warto się spieszyć, bo to nie opłaca. No, ale miejmy nadzieję, że w razie czego uda nam się doprowadzić go do pionu. Chciałoby się wręcz powiedzieć do prostego pionu, bo samo określenie pion, w przypadku naszego Misia, wcale nie jest takie jednoznaczne ;)

Staramy się od kilku dni uczyć Micha jeść samodzielnie (na ile to oczywiście możliwe). Cóż, nie jest to łatwe. Łyżeczkę do ręki bierze, i owszem, ale nic poza tym, póki co. Próby zachęcenia go do wsadzenia jej sobie do ust też spełzają na niczym. Jednakże wczoraj udało mu się najeść prawie samodzielnie rączkami. Uwieczniłam to w galerii, bo widok był niezapomniany :) Mizeria, kurczak i ziemniaki były wszędzie. Ale, o dziwo, do buzi też się sporo dostało. Cóż, będziemy ćwiczyć wytrwale, może się uda dziecię przekonać do sztućców. Bo na razie to wychodzi na to, że „najlepsze widelce to pazury i kielce” ;)

Zresztą, na samodzielność naszego Pacholęcia narzekać nie możemy, bo bardzo dużo już sam potrafi. Od kilku miesięcy nie trzeba go pilnować z piciem, bierze sobie sam butelkę, trzyma, położy się z nią na podłodze. Pomaga przy ubieraniu i rozbieraniu. Wie, kiedy podać rękę, kiedy wyjąć butelkę z buzi (jeśli akurat pije w tym czasie), żeby można było bluzkę przez głowę przeciągnąć. Od wczoraj też podaje stopy przy ubieraniu rajtek (choć w tym wypadku i tak częściej ucieka przed rajtami niż z własnej woli od razu współpracuje. Ale gdy się go w końcu uda złapać, to pomaga). Nie wspominając, oczywiście, o myciu uzębienia i jedzeniu rzeczy suchych, pokrojonych w kawałki typu: chleb, wafle ryżowe, ciastka Miśkopty, jabłka (no, to to może nie jest suche, ale w kawałkach, więc nie trzeba zbytnio Micha pilnować i wkładać mu tego łyżeczką), banany… Ogólnie sporo już tego jest. Co nas niezmiernie cieszy :)

W związku z rozpoczęciem nowego roku i słabnącą z dnia na dzień kondycją fizyczną (i nie tylko), zapisałam się na jogę. Od stycznia, bowiem, ruszyły zajęcia jogi w strefie fitness naszego aquaparku. Wykupiłam sobie karnet na miesiąc i w poniedziałki i środy śmigam na 20.00 ćwiczyć. Chyba się w jogę wciągnę. Zresztą, myślę, że już się wciągnęłam. Zawsze mnie coś pchało w kierunku tych ćwiczeń, nawet w ciągu ostatniego roku były plany, żeby to zrealizować, ale ciągle nie było kiedy. Ale skoro utworzyli grupę przy WPW, to odczytałam to jako znak, że czas się zabrać za siebie. Dodatkowo zdopingował mnie małżonek, więc nie było wyboru.
Co do samych zajęć to prowadzi je Marianna. Nazwiska nie znam, ale widać, że z jogą ma do czynienia od lat. Poza tym, z tego, co zdążyłam się zorientować, prowadzi też grupę od kilku lat poza aquaparkiem. Jest rewelacyjna, jeśli chodzi o tłumaczenie poszczególnych asan.
Już nawet zainwestowałam w ćwiczenie w domu. Wczoraj kurier przywiózł mi specjalną matę do jogi i pasek. A w Merlinie Mariusz zamówił dodatkowo dwie książki i dvd.
Kurczę, joga to fantastyczna sprawa. Jadę na zajęcia wieczorem, po całym dniu, zmęczona, ćwiczę 1,5 godziny i wracam do domu jak nowo narodzona. Odpoczywam fizycznie (choć zakwasy są, a jakże) i rewelacyjnie wypoczywam psychicznie. Jak macie możliwość, to zapiszcie się na jogę. Serio :)

No i skończę już to pisanie, bo nie wiem, kto mi to przeczyta w całości. Sorry, ale tak się jakoś rozpędziłam… Wytrwałości w czytaniu życzę :)

Na sanki poszliśmy… mimo odwilży :)

No, to sanki przeszły dzisiaj swój chrzest bojowy. Po południu wyskoczyliśmy z domu na pół godzinki, by wypróbować nowy zakup. Ogólnie rzecz biorąc stwierdziliśmy, że sanki są trochę za lekkie, przez to nie do końca stabilne. To znaczy, stabilność zbadał Mariusz, lecz nie był to raczej prawidłowy pomiar, bo nikt normalny w taki sposób sanek z małym dzieckiem raczej nie ciągnie (bez komentarza) ;) Gdy się ciągnie sanki w przyzwoitym tempie i ze średnią prędkością, to nic się nie dzieje :) Więc zakup udany :) Na ten rok styknie, a za rok zobaczymy, bo wszystko zależy od tego, ile nasze dziecię przez następne 12 miesięcy urośnie.

Co do samego Miśka, to trudno określić, czy z sanek zadowolony. Minę miał tradycyjną spacerową – czyli: „gdzie wy mnie znowu wywłóczyliście? tu nie jest tak fajnie i wesoło jak w domu!”, ale też się nie darł, że mu strasznie źle, więc chyba możemy zaliczyć sankowy spacer do udanych. Był moment, że nam się na spacerku Miś nawet rozgadał, więc chyba naprawdę było ok :)

Dziś rano podjechaliśmy do aquaparku. Dawno już nie byliśmy sobie popływać rodzinnie. A Misiek był tak przeszczęśliwy, że trzeba to będzie częściej powtarzać. Generalnie, od kiedy zaczął raczkować, wszystko interesuje go 100 bardziej niż dotychczas. W związku z tym na pływalni raczkował wszędzie gdzie się dało (i gdzie się nie dało też – np. wspinał się w górę zjeżdżalni przy brodziku). Z pływaniem szło różnie. Trochę się ostatnio rozleniwił. Nogami macha tylko jak mu się przypomni, ale i tak nieźle. Nurkowanie za to idzie wypaśnie. Do rękawków już się przyzwyczaił i nawet ich już tak mocno nie obgryza. Dużą atrakcję stanowiła fala morska. Gdy ją włączyli usiedliśmy z Michem na brzegu i mały miał ogromną uciechę, gdy woda chlupała mu w buzię.

Muszę Wam się jeszcze pochwalić moim gapiostwem. Wczoraj nad ranem wyruszyłam w drogę do Poznania, na zajęcia. Dotarłam punkt ósma, chodzę po budynku i szukam mojej grupy… Szukam, szukam… I nic! Powoli zaczyna mi coś świtać w łepetynie… Sprawdzam w kalendarzu… O fuck! Zajęcia mam 18 stycznia, a dziś jest 17! No i tym sposobem zrobiłam sobie wycieczkę do Poznania i z powrotem. Koń by się uśmiał! Oczywiście na zajęcia dzisiaj już nie pojechałam. Nawet wołami by mnie nie zaciągnął! Dwa dni pod rząd wstawać po czwartej to nie dla mnie.

A! I najważniejsze! Przecież zapomniałam dodać, że piszę do Was z mojego własnego komputra! Wreszcie przyjechał, resztę dokupiliśmy we Wrocławiu, wczoraj Mariusz poskładał do kupy i jest!!! Brawo!!!! Hura!!! :))) Dziękuję za gratulacje ;)

W galerii są nowe zdjęcia (wreszcie!). Pewnie większość z Was już je widziała, ale jeśli ktoś się zagapił, to zapraszam. A tutaj wrzuciłam kilka fotek z sanek. Jako dowód, że są i że byliśmy ;)

Zębologia stosowana i sankowe podróże

Powiem Wam, że zamówione na allegro sanki dotarły… Ale nie do Wrocławia. Z własnego roztrzepania, przy zamawianiu, nie zwróciłam uwagi, że nie zmieniłam w moich danych adresu z głuchowskiego na wrocławski, no i się mama wczoraj w Głuchowie zdziwiła, gdy jej kurier przyniósł do domu wielką pakę z saneczkami :) Dobrze, że była w domu, bo nie wiem, gdzie by ją potem kurier znalazł. Albo gdzie byśmy później szukali paczki. No, ale dobrze, że doszła, tak czy siak. W sobotę odbierzemy :) Może jeszcze coś zostanie ze śniegu, żeby je wypróbować w niedzielę, tudzież w przyszłym tygodniu.

Byłam wczoraj z Miśkiem u dentysty. To jego pierwsza wizyta w życiu u tego lekarza. No i rosłam z dumy, tak nas pani chwaliła. Że tak wspaniale dbamy o zęby Miśka. I że podobno jesteśmy niewielkim procentem rodziców, którzy są tak uświadomieni co do tego, że czyścić zęby (a wcześniej dziąsełka) trzeba od samego początku i w ogóle. Kolejne zachwyty były nad tym, ze Miś sam używa szczoteczki. Chociaż to jego samodzielne używanie to w nas trochę rozterek budziło. Bo kiedyś to było tak, że najpierw ja brałam szczotę z pastą, szorowałam Michowi zęby, po czym dawałam Miśkowi i on tam sobie po swojemu grzebał. Ale jak mu zaczęły wychodzić czwórki, to już nie pozwalał sobie czyścić. No więc zaczęłam mu podawać po prostu szczotkę z pastą i sam sobie grzebie (bo szczotkowanie to, rzecz jasna, nie jest). I to właśnie budziło rozterki – czy te zęby są nadal w miarę zadbane. No ale pani dentystka powiedziała, że jak najbardziej. Że Miś przy okazji jak sobie masuje dziąsła to też przeleci po zębach szczotką, i że zawsze coś z tej pasty mu na zęby spadnie. Więc mamy się nie martwić, bo ząbki zdrowe i ładne. I żebyśmy tylko pilnowali, by w nocy nie pił nic słodkiego. No i po myciu zębów, przed spaniem, też nie. Na to wyjaśniłam pani, że Miś po myciu zębów dostaje tylko wodę wieczorem do picia, i w nocy, jak się obudzi (co się zdarza rzadko), też wodę. No i tu pani dentystka stała się moją wielbicielką :) Stwierdziła więc, że koniec wizyty, że możemy się pokazać za 4 miesiące, to obejrzy nowe zęby i tyle. A! A zębów Misiek ma obecnie 12. Wszystkie jedynki, dwójki i czwórki. Teraz przyjdzie czas na trójki :) Jeszcze tylko 8 zębów i szczęka pełna :)

Tak więc od wczoraj pękam z dumy :) W ogóle to stwierdziliśmy z Mariuszem, że to chyba pierwsza lekarka, która tak od początku do końca pochwaliła Miśka. Nic u niego nie znalazła. Chyba będę częściej tam chodzić, by się pochwał nasłuchać ;) W przyszłym tygodniu idziemy z wizytą do doktor Kwapisz, więc pewnie się nasłucham, że Misiek krzywy. Ech… A swoją drogą, ciekawe, co powie, bo od kilku tygodni nie ćwiczymy już Vojty. Po prostu nie dawałam rady już utrzymać Miśka. Pani Dorota stwierdziła, że w takim razie nie muszę, póki co, przychodzić do niej na zajęcia, a jak dr Kwapisz stwierdzi, że koniecznie trzeba dalej vojtować, to znajdziemy jakiś sposób na unieruchomienie Miśka. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.

W niedzielę byliśmy na WOŚP. Główne imprezy odbywały się przy aquaparku, więc przeszliśmy się tam spacerkiem, bo to od nas żabi skok. Miś przy okazji nabrał rumieńców, a my nieźle zmarzliśmy. Porobiłam trochę zdjęć, ale na razie siedzą jeszcze w karcie w aparacie, bo z powodu usterki kompa nie można ich zgrać. Ale jak zgramy, to wrzucę do galerii.

Wiecie, teraz mamy tydzień dobroci dla Zosi :) W końcu znalazło się kilka chwil czasu, żeby spożytkować spłatę stypendium naukowego i wydać je na rozkosze zakupowe ;) Małżonek mój stwierdził, że sobie w zupełności zasłużyłam na to, by kasę ową przepuścić, więc cóż było robić… Na zakupy!!! :) Wczorajsza wizyta w Galerii Dominikańskiej to jeszcze nie koniec. W niedzielę ruszam jeszcze po jeansy, a dziś wieczorem do fryzjera. A co!

Z grubsza to by było na tyle. Do następnego :)

Już lipiec…

Już lipiec, jeszcze kilka dni, jeden egzamin i będę miała wakacje :) Suuuper!

Dziś rano byłam z Miśkiem na basenie. Młody robi postępy – już nie tylko przebiera nogami w pozycji na brzuchu, ale w niedzielę udało mu się tak robić pierwszy raz leżąc w wodzie na plecach. To znaczy – on leżał na plecach, a ja go podtrzymywałam pod pachami. No i powiem Wam, że Miś pływa. Co prawda nie mam odwagi go puścić samego (i pewnie jeszcze długo nie będę miała), ale gdy go tak podtrzymuję, a on mach nogami to czuję, że się przemieszcza. Wypas :) W ogóle to już się bardzo przyzwyczaił do wizyt w basenie. Zna to miejsce i widać, że bardzo lubi. Pluskanie sprawia mu masę przyjemności. Nauczył się wypluwać wodę, jeśli mu naleci do buzi (poza tymi wypadkami, kiedy ją z premedytacją sam zaczyna pić). I już nie płacze (jak na początku) gdy mu woda naleci do nosa. Odkaszlnie sobie wtedy i chlapie się dalej. Prześmieszny ten nasz Miś.

Misiowi chyba wychodzi druga górna dwójka. Jedną już ma – lewą. Teraz czekamy na prawą. W sumie to mamy już pięć sztuk Misiowego uzębienia. Ale to szybko idzie… No i szczotkujemy (za radą dentysty) owo uzębienie pastą. Bardzo się to Miśkowi podoba. Pod koniec szczotkowania wyrywa mi szczoteczkę i sam próbuje. Kończy się to zazwyczaj odruchem wymiotnym, bo szczota wędruje w stronę przełyku. Ale na szczęście wszystko pod kontrolą :)

Rehabilitacja Misia metodą Vojty zmierza w dobrym kierunku. W ubiegły czwartek rehabilitantka powiedziała, że postępy są bardzo duże, że widać, że ćwiczymy systematycznie i poprawnie. No i teraz nie musimy się zgłaszać wcześniej niż za dwa tygodnie do kontroli. Oczywiście dalej ćwiczymy w domu. Misio też już się przyzwyczaja do ćwiczeń. Co prawda marudzi przy nich, ale uspokaja się o wiele szybciej i to bez cycka. Wystarczy, że po zakończeniu ćwiczenia pokula się na brzuszku i dostanie jakąś zabawkę. I już jest dobrze. Dzielny Miś.
O dziwo dziś udało mi się zarejestrować nas na rehabilitację (na NFZ) w Promyku na sierpień. Dzwoniłam chyba z 2 godziny, ale wreszcie poskutkowało. Jestem w szoku.

Misio podłapał okrzyki indiańskie, które mu kiedyś zaprezentowałam. Przynajmniej Mariusz tak twierdzi, że się ode mnie mały nauczył. Teraz co chwilę przykłada rękę do ust, zaczyna wołać „Aaaaaaa” i co chwilę tę rękę odrywa. Wychodzi mu z tego: „Uauauauauauaua” i kwiczy z radości. Nic, tylko tomahawk i pióropusz mu tylko do szczęścia trzeba kupić ;)

Dziwne zainteresowanie ma nasz synek. Otóż bardzo duży zachwyt budzą w nim metki – na ubraniach, kocyku, zabawkach pluszowych… Potrafi zająć się taką metką bardzo długo. Może uczy się je czytać? ;) Zresztą, to nie jedyna dziwna rzecz, która mu się podoba. Istnym uwielbieniem darzy Miś naklejkę w samochodzie na której jest napis dotyczący bezpieczeństwa, żółty trójkąt i przekreślony na czerwono fotelik. Zaśmiewa się na jej widok po pachy. Chciałabym wiedzieć z czym mu się kojarzy :)

Ostatnio (tak to jest, gdy mama wyjeżdża na cały dzień, a chłopcy sami w domu zostają) Mikołaj zaczął rozbrajać laptopa. Mariusz zostawił komputer na łóżku, po którym kulał się Miś. Wreszcie udało mu się dokulać do laptopa (zawsze ma dziką radość, gdy może się zbliżyć do kolorowych diod). Zaczął walić łapkami w klawiaturę, Mariusz nie reagował, bo stwierdził, że nic im nie będzie (zarówno Mikołajowi jak i laptopowi). W dodatku coś tam się Młodemu włączyło i przy każdym walnięciu laptop wydawał jakiś dźwięk, więc zabawa tym bardziej była przednia. Aż tu w pewnym momencie Mariusz zerka, a laptop nie ma dwóch klawiszy. Oczywiście przerażenie było ogromne. Rzecz jasna nie dlatego, że Miś mógł je połknąć, ale dlatego, że KLAWISZE ODPADŁY. Żartuję, rzecz jasna ;) No, ale na szczęście znalazły się obok. Ale śmiech śmiechem, a mogło skończyć się różnie…

Do nowych osiągnięć Miśka (poza pływaniem, okrzykami wojennymi Indian, serwisowaniem klawiatury notebooka) można dodać jeszcze, że się od niedzieli dziecko nasze potrafi przemieszczać już nie tylko poprzez kulanie. Nauczył się, bączek, że może się odpychać rękami, w związku z czym robi niezłe kółeczka wokół własnego pępka. W jednej chwili ma z jednej strony głowę, a po chwili ma już w tym miejscu nogi. Śmiga nieźle :) W sumie jest już nie do opanowania. Ostatnio próbuje zrobić skok z przewijaka. Jak leży na łóżku z wszystkich stron jest obłożony poduchami, a i to nie zawsze daje skutek. A co to będzie, gdy zacznie chodzić… :)

I na koniec jeszcze małe zaproszenie – w naszej galerii w albumie Tosia są sympatyczne zdjęcia z pobytu w Pradze, autorstwa Tosinych rodziców. Polecam :)

Chrzest bojowy czyli Misiek na basenie

Wczoraj dotarliśmy do aquaparku. Nareszcie! :) I powiem Wam, że było suuuper! Misiek bardzo zadowolony, my też. Weszliśmy parę minut po ósmej rano, było już trochę ludzi, ale nie za wiele. Rozłożyliśmy się w przebieralni rodzinnej – świetny wynalazek. Przewijak lepszy niż w domu, z wysokimi krawędziami, więc Misiek leżał, a my nie martwiliśmy się, że się stoczy na podłogę :) Miejsca dużo, mogliśmy się tam spokojnie przebrać i przygotować do wyjścia do wód – naprawdę, wszystko zorganizowane profesjonalnie. Nasze uznanie dla WPW!

Wracając do sprawy – ubraliśmy Miśka w nieprzemakalne gacie z rybką Nemo na przodzie i ruszyliśmy na podbój brodzika. Woda była bardzo cieplutka. Chyba nawet cieplejsza od tej, w której kąpiemy Miśka w domu. Brodzik miał pół metra głębokości i wchodziło się do niego bardzo łagodnym stokiem. Chrztu Miśka w basenie dokonał Mariusz oczywiście :) Mikołaj na początku nie bardzo wiedział o co chodzi, ale po kilku minutach już był oswojony. Nie płakał wcale, raczej się dziwił i rozglądał. Potem doszedł do wniosku, że bardzo mu się podoba taka ilość wody i widać było, że czuje się w niej bardzo swobodnie. Byliśmy z niego dumni! Następnym razem trochę wydłużymy czas pobytu w wodzie, to się pewnie jeszcze bardziej rozbryka. Tak jak w domu podczas kąpieli w ciągu ostatnich kilku dni – przenosimy się z kąpaniem do łazienki, bo nam się Misiek tak rozszalał w wanience, że dwukrotnie mieliśmy zalaną podłogę, matę, koc pod matą, a z komody spływała woda. Rowerki się dziecku zachciało nogami w wodzie robić ;)

W każdym bądź razie wyprawę uważamy za bardzo udaną. Już nie mogę się doczekać następnego razu. Bo to nie tylko dla Miśka była frajda. Dla nas chyba większa, szczerze mówiąc. I większe emocje pewnie. Stresowaliśmy się, że się Misio rozpłacze, a tu miłe zaskoczenie – spisał się na medal. Trzeba więc kontynuować rodzinne pływanie.
Dodam tylko, że, jak zwykle, więcej zdjęć w galerii.

Myję zęby wystające z gęby…

Zęby Miśkowi wyrosły. Nagle i niespodziewanie ;) No, może nie tak do końca niespodziewanie, bo jednak od pewnego czasu się ślinił i wkładał w paszczę wszystko, co mu się udało chwycić. W każdym bądź razie fakt jest faktem, a zębol zębolem – dwie dolne jedynki wyrosły. Fajnie :) Radochę mieliśmy wczoraj niesamowitą, gdy udało mi się je namierzyć. No bo tym szczęśliwcem, który namacał w czeluściach otworu gębowego te nowe dwa wykwity byłam ja! (Mariusz chyba boi się, że już nie odzyska palca, gdy go wsadzi Miśkowi do paszczy ;) ) Co do samego ząbkowania, to na razie jakoś nie zauważyliśmy, żeby mu coś w tej materii dolegało. Chyba, że słabo obserwujemy. Trochę był może Misio bardziej marudny, ale tłumaczę to też tym, że był przeziębiony. Zresztą, jeszcze trochę mu się kaszle, więc to też może mu przeszkadzać w pełni dobrym humorze. Ani gorączki nie miał… No i całe szczęście oczywiście. Tylko wczoraj całą pięść próbował sobie włożyć do buzi. I lubi, jak mu masuję dziąsełka specjalną szczoteczką, ale to nic dziwnego – na pewno go swędzą.

Z nowości Miśkowych to jeszcze mamy przewroty z pleców na boczki. Zaczęło się 1 kwietnia, a w ubiegłym tygodniu nadeszło apogeum. W tej chwili synek nasz śmiga na lewy i prawy bok bez zastanowienia – gdy tylko go coś zainteresuje to zaraz wykręca się tak, że dorosły człowiek to by tego nie przeżył ;) Podoba mu się ta nowa „gimnastyka”. Jeszcze trochę i będzie się kulał na brzuch.

Kolejna nowość to jedzonko. Od kilku dni Miś dostaje po dwie łyżeczki przecierku jarzynowego. Smakuje mu to bardzo i ma wielką radochę, że je łyżeczką. Do łyżeczki jest przyzwyczajony, bo tyle się już najadł syropów i kropelek, że to dla niego żadna nowinka. Niedługo wprowadzimy mu gluten do tej zupki. Bo to teraz taki nowy trynd w żywieniu dzieci, żeby po 4 miesiącu gluten w niewielkich ilościach wprowadzać. Podobno w okresie między 4 a 6 miesiącem w mleku matki jest najwięcej przeciwciał, które naturalnie regulują tolerancję glutenu w organizmie dziecka. W tym czasie daje to najlepsze efekty, jest najmniejsze ryzyko alergii. Zobaczymy. Jak coś się będzie dziać nie tak, to przerwiemy. Póki co Miś jest na samej zupce i nic złego się nie dzieje. Cyca dalej chętnie ciągnie, kolek nie ma, kupsko normalne, tyle, że trochę już gęstsze, alergii też nie widać. Miejmy nadzieję, że wszystko nadal będzie ok.

Jeśli chodzi o nowy schemat żywienia, to tu możecie sobie trochę poczytać. I jeszcze tu.

Przemeblowaliśmy Miśka pokój. Tych, którzy wiedzą, jak wyglądało wcześniej mogę poinformować, że obecnie łóżeczko stoi przy drzwiach, komoda poszła w stronę kaloryfera. Na przeciwko drzwi jest fotel, a pod oknem kanapa. Znalazło się dzięki temu miejsce na matę edukacyjną, więc nam się trochę duży pokój odgracił. Miśkowi chyba też się nowy stan rzeczy podoba ;)

W niedzielę byliśmy na długim spacerku w Parku Południowym. Oczywiście trzeba było zaopatrzyć się w niezbędniki – balonik i wiatraczek :) Spacerek był bardzo udany, Misio grzeczny, a my dotlenieni. Mam nadzieję, że za tydzień też pogoda dopisze i gdzieś wyskoczymy. W końcu kiedyś trzeba obejrzeć ogród botaniczny.

park

Misiek jest świetny. Tak stwierdzamy codziennie z Mariuszem. Ciągle nas czymś zadziwia albo rozśmiesza. Zaczepny się piernik zrobił strasznie. Chichocze w głos, zagaduje, próbuje złożyć ustami to swoje „a-guuu”… I ludzi zaczepia. Ostatnio w przychodni zaczepiał wzrokiem i gadaniem małą różową dziewczynkę. Śmiał się potem do niej, gdy podeszła. Społeczny się robi coraz bardziej. To dobrze. Może będzie mniej socjopatyczny niż rodzice ;) No i „trzepie się” z radości. Gdy mu się coś spodoba, to okazuje to całym ciałem. Super to wygląda :) I grzeczny jest. Wczoraj byliśmy na badaniu krwi. Pani pobierała krew z paluszka, długo go cisnęła w rączkę, bo nie chciało nakapać, a Misio spokojnie siedział i nie marudził. Jak się zaczął po kilku minutach niecierpliwić, to zaśpiewałam mu misiową piosenkę i się ponownie uspokoił. Fajny jest :)

Jutro idziemy do kardiologa. Obyśmy nie zapomnieli, bo ostatnio przeoczyłam wizytę u dentysty. Oczywiście swoją, a nie Miśkową :)

Najbliższy weekend znowu w siodle. Ale w niedzielę jesteśmy już w domciu. Może wreszcie dotrzemy na basen… No bo poprzednio nam się dziecię rozchorowało i z pływania nici. Trzymajcie kciuki, żeby się udało!

Wiosna we Wrocławiu

Wiosnę mamy, wiecie? Co prawda pogoda stara się temu zaprzeczyć, ale ja tam wiem swoje – znaleźliśmy z Miśkiem wiosnę w parku, to jest fakt udokumentowany :) Tak więc śniegu już nie chcemy.

wiosna

Wiosenne spacerki ostatnio udają nam się znakomicie. Czasem nawet dwa razy wychodzimy – raz w południe, a drugi raz jak Mariusz z pracy wraca. Najsympatyczniej jest oczywiście w naszym Parku Skowronim (bo najbliżej). Swoją drogą wyczytałam gdzieś niedawno, że był tam kiedyś cmentarz. Podobno można nawet jeszcze znaleźć jakieś pozostałości po nagrobkach itp. Przy najbliższej okazji trzeba się będzie przyjrzeć parczkowi pod tym kątem.
Misiek bardzo ładnie zachowuje się na spacerkach. Zazwyczaj prześpi całą drogę :) Mam więc okazję, żeby trochę pofotografować. Ale nie za wiele, bo ciężko ciągnąć miśkowy wózek przez trawniki, a samego go przecież na parkowej alejce nie zostawię. Wiedzcie więc, że zdjęcia wiewiórek, które umieściłam w galerii są okupione litrem potu spływającego z czoła po tym, jak przedzierałam się przez trawę w parku. Doceńcie ;)

wiórka

Ubiegły weekend spędziłam z Misiem w Głuchowie. Było super. Doszło do pierwszego spotkania Mikołaja i Tosi. Obawialiśmy się, czy mała nie będzie trochę zazdrosna o kuzyna, ale trzeba przyznać, że „dogadali się” świetnie :) Tosi bardzo podobał się Mikołaj. Opiekowała się nim bardzo ładnie, prawie na krok go nie opuszczała. Nawet gimnastykę razem robili ;) Zresztą tu jest mały dowód – co prawda już po gimnastyce, ale jeszcze na golasa :)

kuzynostwo

Poza tym Mikołaj w niedzielę przeżył swój pierwszy dzień bez mamy i taty. No i poradził sobie dobrze. Trochę pomarudził wieczorem, ale ogólnie i tak nie było źle. Na razie jeszcze mało rozumie, ale niedługo jak już zacznie rozróżniać kto obcy, a kto nie, to może być gorzej.

Dzisiaj rano poszłam zrobić wywiad środowiskowy do aquaparku. Muszę Wam powiedzieć, że wypas. Oczywiście mnie najbardziej interesowało przystosowanie pływalni do wizyty maluszka. No i trzeba powiedzieć, że spełnili oczekiwania. W szatniach stoją przewijaki, są dodatkowe kabinki w przebieralni tzw. przebieralnie rodzinne, gdzie też można przebrać maluszka. Przy brodziku (który jest naprawdę spory) jest pokój dla matki z dzieckiem. Obadałam sprawę i się nie rozczarowałam. Poza kolejnym przewijakiem jest też osobny natrysk, sedes, umywalka. Do tego jest kilka łóżeczek turystycznych, które można rozstawić przy basenie lub leżaczku. Zresztą jest też mnóstwo leżaków, więc jest gdzie się zatrzymać po wyjściu z wody i ochłonąć troszkę. Sam aquapark też robi wrażenie. Oczywiście skorzystałam z kilku przyjemności :) Na przykład z jaccuzi. I z solanki na zewnątrz, z leniwej rzeczki i kilku mniejszych baseników. Powierzchnia robi wrażenie. Krakowska pływalnia siada przy wrocławskiej. W Krakowie, owszem, też jest dużo atrakcji, ale strasznie ciasno, z tego co pamiętam. Tutaj jest i sporo atrakcji, i dużo miejsca. Czego chcieć więcej? Jeśli nic nie stanie nam na przeszkodzie, to w sobotę ruszamy chrzcić Miśka w basenie. Niech ma! :)

W środę byliśmy u chirurga. Jąderka obydwa sprawdzone, są dobrze umiejscowione. Nie wiem, o co chodziło pediatrze. W każdym razie w gabinecie byliśmy około 2 minut i tyle się dowiedzieliśmy. Mamy obserwować i po ukończonym przez Miśka 8 miesiącu zgłosić się do kontroli. Nawet się już zapisaliśmy na 12 sierpnia. W najbliższym czasie czeka nas jeszcze kardiolog – 17 kwietnia.

Wczoraj, przy okazji szwędactwa po mieście w związku z chirurgiem, udało nam się w końcu dotrzeć do Urzędu Wojewódzkiego i złożyć wniosek o paszport. Będzie do odbioru za jakieś 2-3 tygodnie czyli w sam raz przed naszym wyjazdem długoweekendowym do Szczecina. No bo oczywiście zamierzamy jechać przez Niemcy. Co do samego Urzędu to kolejka paszportowa masakryczna. Całe szczęście, że są numerki i wszytko idzie dość żwawo, bo nie wiem, jak Misiek zniósłby dłuższe oczekiwanie. I tak spędziliśmy tam dobre 40 minut. No i koszmar jest jeśli chodzi o parking. Zawalony samochodami tak, że nie ma szansy żeby się wbić gdziekolwiek. Udało nam się dopiero za drugim podejściem.

W przyszłą niedzielę jadę z Misiem do Głuchowa, bo zaczynam od poniedziałku praktyki w szkole. Misiek będzie pod opieką mojej mamy. A Mariusz zostanie sam w domu. Ciekawe, czy choć troszkę za nami potęskni.