Krótko, bo już późno

Słów kilka na koniec dnia.

Po pierwsze – wielka i radosna wiadomość: Olgucha-Klucha urodziła dziś o 7.55 rano zdrowego ślicznego synka – Macieja Antoniego :) Poza tym, że dumni jesteśmy niesłychanie, że tak sobie wspaniale poradzili i że gratulujemy z całego serca, to nic więcej napisać się nie da, bo za bardzo się wzruszam od razu :)

Po drugie – obejrzeliśmy właśnie ostatni odcinek 6 sezonu dra House’a. Zaje*** po prostu. Zdradzać nikomu nie będę, jak się kończy, ale powiem tylko, że na takie zakończenie czekałam, kurde, kilka sezonów i wreszcie ktoś się nade mną zlitował. No, to teraz mogę ze spokojnym sumieniem czekać na sezon 7. Bo już się trochę obawiałam, że pomysły się na House’a skończyły scenarzystom. Mam nadzieję, że zaciekawią na nowo jesienią :)

Po trzecie – idę jutro z Romą na koncert Turnaua i Sikorowskiego do Impartu. Znaczy się, wyjście kulturalne mamy :)

Po czwarte – dziękuję wszystkim za życzenia z okazji Imienin :)

Po piąte – byliśmy dziś na testach alergicznych z Michem i wyszło, że alergikiem nie jest. Hura!

Po szóste – egzaminy z ubiegłego weekendu mam już za sobą. Z metody psychostymulacyjnej chyba zdałam na 5, a z lingwistyki to, ogólnie rzecz biorąc, mam nadzieję, że zdałam :)

Po siódme i ostatnie – idę spać.

P.S. Nowe zdjęcia w galerii: krótki spacer po parku zamkowym w Mosznej oraz kilka ujęć z pobytu w Głuchowie.

Jesiennie.. A może nawet trochę zimowo :)

Czas ucieka, jesień niecały miesiąc się rządzi, a tu już deszcz ze śniegiem i śnieg zapowiadają. A wew Stolycy to ten śnieg już wręcz spadł rano (Stolyca zawsze przodować musi!). Ja tam jednak wolę jesień, zwłaszcza słoneczną. Przeciwko zimie nic niby nie mam… pod warunkiem, że trwa tylko przez kawałek grudnia (ten ze świętami) i styczeń, i że jest biała i śnieżna, a nie rozchlapana. No i nie zaczyna się w październiku.

Przy okazji jesieni w ubiegłym tygodniu udało mi się porobić trochę jesienno-złoto-parkowych zdjęć Michowi. Część jest z parku południowego, a część z Podwala.

Bo w niedzielę podjechaliśmy właśnie na Podwale. Zrobili tam bardzo ładny deptak; w sam raz na spacer. Co prawda efekt psuje owa wysławiana przez Urząd Wojewódzki kładka za grube pieniądze (szkoda, że jej nie dostosowali stylistycznie, tylko takie pleksi zrobili… kładka obok, taka starodawna, bardziej pasuje do klimatu miejsca), no ale cóż zrobić.

Za to zupełnie dobre wrażenie robi coś, co okazało się placem zabaw, mimo że wcale na niego nie wygląda przy pierwszym zetknięciu: przy deptaku, otoczone płotkiem stoją nowoczesne, metalowe, kolorowe sprzęty, które dopiero jak się podejdzie, obejrzy z bliska i wypróbuje, okazują się elementami iście futurystycznego placu zabaw. Bardzo nam przypadły do gustu. Chociaż Michowi to się chyba najbardziej podobała furtka z klamką do tego placyku. Podchodził, pukał we framugę, otwierał, przechodził na druga stronę, zamykał, pukał, znowu otwierał i przechodził z powrotem. I tak przez pół godziny :) Tu macie filmik:

Trochę mieliśmy pogodę kiepską na tym spacerku (mżyło, więc czasem zdjęcia niewyraźne wyszły), ale ogólnie zadowoleni jesteśmy z tego porannego niedzielnego szwędactwa.

W sobotę natomiast byliśmy w Głuchowie, bo moja babcia świętowała jednocześnie swoje imieniny i 80-te urodziny. Michu nabiegał się po całym mieszkaniu z pękiem kluczy (bo babcia ma kolorowe breloczki przy kluczach), najadł się tortu i mógł wracać do domu :)

W piątek byłam na oddziale jednodniowym w szpitalu wojskowym, bo robili mi biopsję. Jakiś czas temu okazało się, że mam guzki w lewej piersi. Na początku nikt się tym nie przejmował, ale teraz pojawił się drugi i ginekolog poradził je wyciąć, żeby się z tego kiedyś jakieś raczysko nie wywiązało.

Ogólnie bez obaw, nic to strasznego, podobno zwykłe włókniakogruczolaki, no ale stuprocentową pewność będziemy mieli jak zbadają wycinek, czyli za jakieś 1,5 tygodnia. Ogólnie luz :) Jak wygląda sama biopsja to zamierzam napisać więcej w dzieciowisku. Ale raczej jeszcze nie dzisiaj.
Biopsję drugiego guzka (bo robią tylko jeden jednorazowo) zrobią jak zaleczy się porządnie pierś po poprzedniej.

Michu trochę się podziębił. Przez to zrobił się marudny. Ale i tak ostatnio wszystkie terapeutki go chwalą. I w Urwisku na Zabawach Fundamentalnych też był bardzo grzeczny – nawet „świnkę grzeczności” pozwolił sobie przypieczętować na ręce.

W ogóle to Michu ostatnio śmieszne rzeczy wymyśla. Wymyślił sobie na przykład coś takiego: Mariusz siedzi na fotelu, opiera nogi o kanapę i blokuje tym samym przejście przez pokój. Michu podchodzi, naciska placem na nogę Mariusza jak na przycisk w windzie i czeka aż „drzwi z nóg” się otworzą i będzie mógł przejść. Robi tak za każdym razem :) A, i oczekuje jeszcze, by wydawać przy tym odpowiedni syk, bo przecież kto to widział, żeby się drzwi tak bezgłośnie zamykały?

Z Micha zrobił się też prawdziwy krecik, jeśli idzie o odgłosy. „Ojjj”, „ojej” i „o-o” są na porządku dziennym. Jeśli słyszymy któreś z wymienionych wyrażeń, to wiemy, że miała miejsce jakaś akcja. Najczęściej coś Michowi spada. Aczkolwiek „ojjj” woła z takim zadziorem w głosie, zazwyczaj jak coś komuś psoci :)

No i jeszcze zapamiętał z bajki „Kucharz duży, kucharz mały”, że nie wolno dotykać kuchenki elektrycznej, bo (cytując kucharza dużego) „kuchenka jest gorąca, oh-oh-oh”. I teraz chodzi Michu po kuchni, pokazuje na kuchenkę, grozi palcem (jako że nie wolno dotykać) i woła: „ho-ho-ho”. („Oh” widocznie okazało się za trudne, albo nie wiadomo jakie, na to by Michu zaszczycił świat wypowiadaniem go).

Poza tym ciągle się nie możemy napodziwiać, jak nasze dziecko pięknie zasypia wieczorem i w południe. Cały rytuał wygląda tak:
o 19.30 bajka na CBeebies: „Kucharz duży, kucharz mały”. W trakcie mleko. Po bajce (trwa około 20 minut) kąpiel – Michu daje pilota, żeby wyłączyć tv i leci do łazienki, czasem nawet w ciuchach próbuje władować się do wanny. Kąpiel trwa około 10-15 minut. Na koniec wypuszczamy wodę z wanny i jak już wanna jest pusta to Michu daje się wyciągnąć do wytarcia. Zawiniętego w ręcznik wrzucamy do łóżeczka. W tym czasie Mariusz już zasłania okno, włącza muzyczkę i wszystkie trzy małe lampki. Ja ubieram Micha w piżamkę i śpiworek, i możemy zaczynać czytanie. Czytamy co wieczór, obecnie książki z cyklu „Cała Polska czyta dzieciom”. Michu czasem tylko słucha (ostatnio coraz częściej mu się to zdarza), a czasem bawi się w międzyczasie zabawkami, które koniecznie muszą być w łóżeczku. Po czytaniu mówimy dobranoc, dostaję buziaka, po czym koniecznie trzeba nakręcić budzik-zabawkę, który leży w łóżeczku. Następnie Michu macha ręką „papa” i pokazuje na drzwi, że mamy je zamknąć. No to zamykamy. Wychodzimy z pokoju, jeszcze trochę słychać przez drzwi jak Michu się bawi i coś tam gada do siebie, po czym zalega cisza i dziecię zasypia. Po jakiejś godzinie wchodzę do pokoju, gaszę wszystkie lampki, ściszam radio, a dziecię śpi do rana. Ideał po prostu :) Trochę nas kosztowało czasu i cierpliwości osiągnięcie takiego modelu, ale warto było :)
W południe wszystko to wygląda w formie skróconej – bez kąpania i czytania książki.

Michu ostatnio zrobił się wymuszacz – kilka razy zdarzyło się, że się uderzył gdzieś lekko i my niepotrzebnie zareagowaliśmy całowaniem tego miejsca, no i teraz mamy. Michu ledwo się czymś dotknie, to już wyje, że „bamba” (boli) i koniecznie trzeba pocałować. Zaczęliśmy z tym walczyć, co by nam się dziecię zbyt płaczliwe nie zrobiło. Mam nadzieję, że szybko utniemy sprawę :)

Kupiłam dziś Michowi czapkę w KappAhl. Nawet tanią, o dziwo, jak na ten sklep – za 25 zł. Całkiem przyjemna, polar pod spodem, na wierzchu wełna, szaro-granatowa, ze smurfem na czole.

Ponadto odkrywam nowe hobby – szydełkowanie. Popełniłam już w tym kierunku jedno dzieło – miniczapkę. Teraz zamierzam wydziergać Michowi na którąś z grudniowych okazji Makka Pakkę z Dobranocnego Ogrodu. Wczoraj już nawet zaczęłam, ale okazało się, że włóczka z bawełny jest za cienka, więc dziś podjechałam po grubszą.

Wczoraj obejrzeliśmy z Mariuszem piąty odcinek 6 sezonu dr House’a. To jest straszne, że teraz nie mamy całej serii od razu, tylko musimy czekać co tydzień. Ale odbijamy to sobie, bo zaczęliśmy oglądać od początku pierwszy sezon.

Nalewka malinowa, którą robiłam w lipcu „doszła” i w ubiegłym tygodniu ją otworzyliśmy. Jest przepyszna! 2/3 już wypite :)

Tyle na dziś. Kończę, bo kto to potem przeczyta… ;)

Albo jeszcze jeden filmik – z radosnej pomysłowości naszego dziecka. W roli głównej: Mikołaj, rola drugoplanowa: puzzle piankowe z Krecikiem, złożone na kształt pudła:

A już naprawdę na koniec kilka skanów: Pierwszy to mój portret (nie można na to nie wpaść!) wykonany przez Tosię :) A kolejne to najnowsze prace naszego dziecięcia. Sami podziwiajcie!