Dzisiaj najedliśmy się strachu…Po południu rozbolał mnie brzuch bardzo mocno. Wylądowaliśmy u naszego lekarza, trochę trzeba było poczekać, ale w końcu przyjął nas bez umówionej wizyty. Obejrzał, obadał i powiedział, że nie wie od czego tak boli. Z Pacholęciem wszystko ok, bo zrobił usg. Ma już 10 tygodni i mierzy 32mm. I w dodatku widać już maleńką główkę, tułów i maleńkie rączki i nóżki. A żeby było ciekawiej to na usg było cudnie widać jak rusza wszystkimi swymi małymi kończynami. Śliczne to było.
Nie zmienia to jednak faktu, że brzuch nadal bolał i jeszcze trochę boli. Lekarz przepisał tablety, dał zwolnienie na 2 tygodnie i kazał odpoczywać. No i zastrzyk dała mi położna w tyłek, rozkurczowy jakiś. Trochę pomaga, ale do końca jeszcze ból nie przeszedł. No ale najważniejsze, że z Maleństwem nic się nie dziej złego, bo tym martwiliśmy się najbardziej. Mariuszowi też, biedakowi, do tej pory nerwy puszczają, tak się zestresował nami.
Tyle tylko, że ze Szczawnicy nici. Leżeć mam trochę i nie męczyć się. Poza tym strach by było tak daleko jechać, tu przynajmniej lekarz jest pod ręką. Tak więc weekend spędzimy raczej po wrocławsku. A w sobotę za tydzień podjedziemy do Głuchowa, jak nic się nie będzie złego działo.
No i jeszcze kolokwium mi przepadnie w niedzielę, ale nic na to nie poradzę. Mam tylko nadzieję, że kobita zrozumie i wyznaczy mi jakiś następny termin.
A do lekarza za 2 tygodnie mamy pójść, do kontroli. 14 maja, dzień przed imieninkami. Muszą być więc dobre wiadomości.
Gadałam też z Miśką przez telefon dzisiaj. Pożyczą nam łóżeczko i fotelik do samochodu dla Maleństwa. Super, bo zawsze trochę zaoszczędzilibyśmy. Dzięki! :)
We wtorek byliśmy u znajomej Mariusza z pracy i jej męża – u Ani i Arka. Mają ślicznego synka, Marcinka, w czerwcu skończy dwa latka. Byliśmy nim zachwyceni, a Mariusz po wnikliwej obserwacji Małego powiedział mi wieczorem w domu: „Wiesz, ja już nie będę ściemniał, że jest mi wszystko jedno. Ja chcę syna”. No i weź mu tu teraz wykombinuj „ynusia” jak ja cichcem liczę, że będzie dziewczynka z warkoczykami i w ładnych sukienusiach. Ech…Nie jest lekko ;) Mariusz się śmieje, że będzie albo syn albo mała różowa bestia. Pewnie jakaś racja w tym jest. Jak się wda w tatusia to na pewno z niej bestia wyrośnie. ;)
A wracając do wizyty u Ani i Arka, to bardzo się dobrze bawiliśmy. Świetni, sympatyczni ludzie, bardzo weseli. Potrzebne nam było to spotkanie. :)
No i tyle na dziś. Zaraz kładę się spać. Jestem wykończona tym stresem dzisiejszym. Buziaki dla wszystkich czytających.