Ale masakra. Jak sobie myślę, że mam opisać cały dzisiejszy dzień tutaj, to zbiera mi się na śmiech.

Poranna wizyta w poradni patologii ciąży nie wniosła do naszego życia nic poza skierowaniem do przyjęcia na oddział patologii ciąży. Lekarz, który mnie tam przyjął, to jakiś dziwak był, delikatnie mówiąc. O dziwo zbadał mnie (bo we wtorek jakoś chyba nie widział potrzeby), ale nic nie powiedział. Pokręcił się po gabinecie (ja cały czas grzecznie siedziałam na krzesełku) i stwierdził, że muszą mnie przyjąć na oddział, mimo że nie ma miejsc.

Poszliśmy z Mariuszem do rejestracji (bo od tego momentu zaczęła się szpitalna biurokracja). Tam pani wypisała jakieś papierki, z którymi odesłała mnie na izbę przyjęć. Na izbie przyjęć kazano mi się przebrać w koszulę i znowu wypełniali jakieś dokumenty. Z tą różnicą, że zmierzyli mi dodatkowo temperaturę i dali do podpisania jakiś kwit, że zgadzam się na to, że w razie śmierci moją dokumentację przekażą Mariuszowi. Ciekawe, czy ciało też by mu przekazali ;)

Potem z panią z izby przyjęć pojechaliśmy na oddział. Tam wylądowałam na dyżurce u położnej, która wypełniała kolejne papierzyska. I zmierzyła mi ciśnienie. Zrobiła też wywiad dotyczący alergii i innych pierdoł (ważnych z punktu widzenia medycyny). Po papierach położnej przyszedł czas na spotkanie ze stażystą, który też robił ze mną jakiś wywiad i zapełniał kolejne arkusze. Szczegół, że sporo pytań powtarzało się z tymi, które zadawała położna. Może sprawdzali moją prawdomówność – czy się nie plączę w zeznaniach ;)

W końcu dostałam łóżko. Ale tylko na chwilę, bo zabrali mnie na ktg. Czy zapis był dobry, tego się nie dowiedziałam, mimo iż spytałam. „Wszystkie wyniki ogląda lekarz” usłyszałam. I tyle.

W tym czasie Misiek pilnował mi łóżka. Jak przyszłam, to już nawet miałam pościel założoną. Ale nie było czym się zachwycać – pościel (głównie prześcieradło, ale nie tylko) jest podarta w trzy dupy. Nie wiem też w jakie słowa ubrać stan stolika nocnego, bo słowo złom wydaje się być zbyt delikatne. Jedzenia nie komentuję, bo to osobny rozdział. W końcu ja dość wybredna jestem, a może innym smakuje. W każdym razie jutro Misiek ma dowieźć mi kanapki, bo po kiepskim obiedzie i chlebie z masłem na kolację czuję pewien niedosyt. I herbatę w termosie mi obiecał, bo tu nie ma czajnika, żeby sobie zaparzyć.

Co do samego oddziału, to rzec można przede wszystkim, że jest przepełniony i zapuszczony. Rozbrajają mnie ubikacje, w których nie można się zamknąć od środka. Chyba będę mieć przez to mega-zatwardzenie, bo nie mogę się tu skupić.

W sali leżę z 2 babkami. Jesteśmy wymieszane – jedna leży z noworodkiem, a my dwie jesteśmy „patologiczne”. Ale na towarzystwo to akurat nie mogę narzekać, bo obydwie są sympatyczne.

Żeby dopełnić lekko „montypythonowską”wizją szpitala dodać warto, że położna prosiła, by Mariusz przywiózł mi jutro termometr, bo mają za mało.

Ech… Nawet się na to wszytko nie denerwuję, bo i tak nic się nie da przecież z tym zrobić. Miśka tylko szlag trafia. Ja to mam wisielczy humor raczej. Chociaż nie – to jest głupawka. Wszystko mnie rozśmiesza na razie. Ciekawe jak długo. Mam nadzieję, że nie będę tu wiekować. Mógłby się wreszcie mały zdeklarować. Bo poznałam tu dziewczynę, która jest już 2 tygodnie po terminie i ciągle chodzi. Oby mnie to nie spotkało…