O Gdańsku…

O Gdańsku mogę powiedzieć tyle: piękny jest. Przełaziliśmy go w trzy dni, nie udało nam się dotrzeć na Westerplatte, ale przynajmniej jest powód, by wrócić ;) Starówkę przewałkowaliśmy z każdej strony. I parę innych miejsc również.

Niesamowite wrażenie zrobił na mnie pomnik przy Stoczni. W ogóle obejrzenie tego miejsca na żywo, a nie tylko kojarzenie go z telewizji budzi wiele emocji.

Jedno przedpołudnie poświęciliśmy na Sopot. I tu spotkała nas miła niespodzianka. Spodziewaliśmy się bowiem kolejnej nadmorskiej „pipidówy” pod znakiem straganów z chińszczyzną, a tu tym czasem okazało się, że z Sopotu faktycznie elegancki kurort zrobili. Deptak zadbany, okolice molo i samo molo również, aż przyjemnie było spacerować. Jedyny zgrzyt wywołała w nas totalnie, koszmarnie brudna plaża. Spodziewałam się czegoś lepszego. W Kołobrzegu piach nie jest tak zanieczyszczony, jak w Sopocie. Pełno petów, śmieci walających się wszędzie… Ogólna masakra. Bo że w wodzie Zatoki nie ma się po co kąpać, to wiemy – brudna masakrycznie. Ale plażę to chyba miasto jest w stanie jakoś oczyszczać?

Jest jeszcze jedna rzecz, która nas w Gdańsku i w ogóle w Trójmieście powaliła – komunikacja miejska. Czadowe rozwiązanie z kolejką miejską, kursującą co kilkanaście minut, do tego dość dobrze rozbudowana sieć tramwajowa i autobusowa. Od momentu przyjazdu do Gdańska nie ruszyliśmy z parkingu samochodu, przez całe 4 dni poruszając się tylko kolejką i tramwajami. I było bosko!

Co do samej naszej noclegowni w Gdańsku, to trochę nie do końca była trafiona. Miała dwa minusy – bliskość bardzo ruchliwej ulicy (przez co w nocy nie dawało się spać przy otwartym oknie) i całą masę szczekających psów przy domkach w okolicy. Oczywiście psy owe uwielbiały rozszczekiwać się w nocy lub nad ranem. Chatka nasza miała za to jeden ogromny plus, który zdecydowanie anuluje owe minusy – miała dużą wannę z jacuzzi! Jak nie chodziliśmy po mieście to siedzieliśmy w tej wannie :) Przydała nam się ona zwłaszcza po powrocie z koncertu Openerowego.

Cóż jeszcze o Gdańsku? Mariusz namówił mnie na wspinaczkę na wieżę kościoła dominikańskiego, sam siedząc wygodnie w tym czasie w kościelnej ławeczce i kontemplując ciszę (dzięki pozbyciu się gadatliwej żony) ;) Już nigdy więcej na żadną wieżę bez windy nie wchodzę! SIC!

Zdjęć mamy trochę, ale nie z cyfrówki. Z cyfrówki mamy mało, bo ja tym razem postanowiłam odkurzyć naszego analoga, zaopatrując go w czarno-białe klisze. Same zdjęcia wyszły nawet całkiem całkiem, tylko strasznie kontrastowe. Nie wiem, czy to wina kliszy, czy może w zakładzie kiepsko zeskanowali. Dopóki nie zeskanuję sama lub nie zrobią tego lepiej w innym fotolabie, to chyba nie będę wrzucać. Chociaż kto wie… Jak się zdecyduję i znajdę chwilę, to może coś tam Wam pokażę ;)

Tyle o Gdańsku.
Pora na Openera.

Nadrabiamy zaległości

Ponad miesiąc bez słowa. Nie wiem od czego zacząć. Generalnie podzielę sobie wpis na kilka części – w sumie to na kilka oddzielnych postów będzie najsensowniej, co by Was długością tekstu nie zabić. A przecież o wszystkim napisać trzeba. Po kolei więc będzie o: Gdańsku, Openerze, Kołobrzegu i pozostałych domowych nowinkach. Wytrwałych zapraszam do przeczytania wszystkiego, co będzie się pojawiać, a mniej wytrwałych do przejrzenia tego, co ich interesuje szczególnie. To do dzieła!

Bez tytułu dzisiaj

Dzisiaj będzie bez tytułu, bo nie bardzo wiedziałam, jaki wybrać :) Przepraszam od razu za długą nieobecność. Już się poprawiam :)

Ostatnie prawie dwa tygodnie mieliśmy chorowite. Najpierw Michu zaczął kaszleć jak gruźlik, potem okazało się, że ma gronkowca i do tego pediatra podejrzewała też chlamydię. Na szczęście chlamydii nie potwierdziły badania, na gronkowca Michu dostał antybiotyk (my też) i od wczoraj bezpiecznie znowu śmiga do Zaczarowanej Krainy. I jak się dowiedzieliśmy – śmigać będzie nadal, bo do przedszkola państwowego się nie dostał. Nawet już mi się narzekać na to nie chce. Do wczoraj trwała druga rekrutacja – na te miejsca, które ktoś zwolnił po pierwszej rekrutacji. No i mi pani z przedszkola na Orlej narobiła nadziei, że Mikołaj jest wpisany jako drugi z dwóch chętnych ubiegających się o dwa wolne miejsce, więc praktycznie na 100% się dostanie. Coś mi się to podejrzane wydawało, ale pomyślałam, że może akurat faktycznie takie szczęście nas spotkało? No i co? No i kiszka! Po dwóch godzinach telefon z przedszkola, że zaszła pomyłka i wpisali Micha na listę czterolatków, natomiast na liście trzylatków jest już kilkadziesiąt chętnych i szanse na przedszkole zerowe. Ech…

Michu od jutra zaczyna indywidualną terapię logopedyczną w związku z opóźnionym rozwojem mowy. Trochę za mały nacisk położyliśmy na jego gadatliwość, do tego zbyt dobrze go rozumieliśmy i wyręczaliśmy w mówieniu i teraz mamy. Ale pocieszające jest to, że jak już jesteśmy świadomi i Micha bardziej ciśniemy, i pilnujemy sami siebie, by go prowokować do mówienia czymś więcej niż półsłówkami, okazuje się, że robi całkiem niezłe postępy. Do tego od jutra logopeda z prawdziwego zdarzenia zacznie go „męczyć”, więc powinno wszystko dojść do normy.

Za tydzień jedziemy z Mariuszem do Gdańska. W sobotę idziemy na Openera, głównie na koncert Skunk Anansie, a pozostałe trzy dni (jesteśmy tam od 1 do 4 lipca) będziemy zwiedzać Gdańsk i okolice. Bo w sumie to w Trójmieście byłam raz i to nie do końca w celach turystycznych, więc czas nadrobić straty :) Mapę i przewodnik mamy, więc Gdańsk, ani Gdynia, ani nawet Sopot nie będą nam straszne :) Dodać należy, że Michu w tym czasie będzie miał swój debiut bez nas w Gnieźnie. Mam nadzieję, że da radę.

Dwa tygodnie temu, w tzw. długi weekend czerwcowy, zafundowaliśmy sobie dwie krajoznawcze wycieczki po Dolnym Śląsku. Obie, co prawda, prowadziły w tę samą okolicę – Góry Kaczawskie – ale odwiedziliśmy zupełnie różne miejsca. W galerii jest trochę zdjęć z naszej ekspedycji. A cóż można powiedzieć o owych górach? Że są piękne, mało znane i totalnie nie przygotowane na przyjęcie turystów. Gdyby nie to, że drugiego dnia mieliśmy ze sobą przewodnik, do kilku miejsc w ogóle byśmy nie dotarli. Na zaporę Pilchowicką trafiliśmy tylko dlatego, że przejechaliśmy Pilchowice i – nie znalazłszy początkowo drogi – musieliśmy się wrócić. Okazało się, że tablica wskazująca drogę do zapory jest, owszem. Ale widoczna tylko wówczas, gdy przejeżdża się przez Pilchowice od strony Jeleniej Góry. Jak ktoś jedzie z przeciwnej, to niech zapomni o zaporze…

Kolejna rzecz to tzw. organy Wielisławskie. Jest to przepiękny zastygnięty naciek magmy z dawno wygasłego wulkanu. Udało nam się co prawda znaleźć do nich drogę, ale jej stan… Aż dziw, że się nie zakopaliśmy samochodem.

Polska Fudżijama – wygasły wulkan Ostrzyca. Przejeżdżaliśmy obok, wokół same pola, droga dojazdowa też polna, nawet nie utwardzona… No i zero oznaczenia, że to właśnie tu, między tymi polami jest dojazd. Jedyna szansa do dotarcie, to zostawienie samochodu przy szosie (a potem pewnie szukanie opon w pobliskiej miejscowości). Żenada. Ostrzyca musi poczekać, aż Michu dorośnie, bo nie dalibyśmy rady z nim tam teraz wejść. Zmęczyłby się samym dojściem do podnóża…

Zamek we Wleniu – udało nam się go znaleźć, ale niestety, nieczynny. Podobno w remoncie. Może kiedyś uda się go zwiedzić.

Zamek Grodziec – tu nam się udało całkiem przyjemnie spędzić czas. Akurat trafiliśmy na jakiś piknik rycerski, co zaowocowało zabawą Micha z armatą :)

Pałac Staniszów – to była bardzo przyjemna rzecz, na którą trafiliśmy niemal przypadkiem. Śliczny pałac na wodzie, odnowiony, z ładną fontanną i przyjemną restauracją. Obok był też plac zabaw, co szczególnie uradowało Micha.

Perła Zachodu i jezioro Modre – tego szukaliśmy długo i gdyby nie dopytanie się miejscowych o drogę, nie pomógłby nawet nasz przewodnik. A miejsce prześliczne. Zabytkowe schronisko zawieszone na skale nad jeziorkiem powstałym na Bobrze po zbudowaniu zapory. Miejsce urokliwe, warte odwiedzenia i z pewnością dłuższego spaceru.

Tyle o atrakcjach Krainy Wygasłych Wulkanów :) Dużo jest jeszcze do zwiedzenia, ale póki co, tyle wystarczy na dwa dni. Z pewnością jeszcze tam wrócimy.

Muszę się wszem i wobec pochwalić. Zdałam egzamin z lingwistyki i to na pięć! Dwie piątki w grupie :) Szczerze przyznaję, że jestem z siebie dumna, bo materiał nie należał do łatwych.

Dziś przeczytałam w „Polityce”, że w drugiej turze kandydaci na prezydenta będą bili się o poparcie głosujących na Grzegorza Napieralskiego. Cóż, miło wiedzieć, że ktoś będzie bił się o mój głos ;) Jak na razie obydwom kandydatom idzie miernie. Jeden przegina przesadnie starając zbratać się z lewicą (bo to już nie postkomuna podobno), drugi… drugi to za całokształt też na głos nie zasługuje… Ale trza będzie wybrać między młotem a kowadłem, zwłaszcza, że odstałam dziś godzinę w kolejce po zaświadczenie, by móc głosować w Gdańsku. Nie po to „kolejkowałam”, żeby teraz to zmarnować.

Kilka dni temu, jak wiadomo powszechnie, był Dzień Ojca :) Michu, z moją minimalną pomocą, zrobił dla Mariusza laurkę w postaci serduszka wyklejonego kolorowym papierem. Do tego kupiliśmy kwiatki, czekoladki i Misiu powiedział wierszyk – „Tato, tato, coś Ci dam – jedno serce, które mam. A w tym sercu duży kwiat – Tato, tato, żyj sto lat!”. Gdzieś w telefonie mam filmik z jednej z próbnych recytacji owego artystycznego tworu poezji dziecięcej. Muszę wrzucić na youtube, bo boki można zrywać, jak Michu angażuje się zwłaszcza w końcówkę :) W przedszkolu natomiast Miś zrobił dla Mariusza bransoletę z drewnianych kostek z napisem „tata”. Tylko Mariusz jakiś niechętny noszeniu ;)

Wczoraj byłam z Michem na ślubie i kawałku wesela Kuby i Jagody. Michu, niestety, był zmęczony całodniową wyprawą, więc nie udało się go przetrzymać dłużej i przed szóstą już się zwinęliśmy. Ale ogólnie wizja tańców z mamą bardzo się dziecięciu spodobała :) A Miś był tak padnięty, że jak tylko ruszyliśmy zasnął jeszcze przed Kościanem, a obudził się dopiero we Wrocławiu.

Dziś byłam z Michem w parku szczytnickim na spacerku. O 14.00 i 15.00 w każdą niedzielę przy fontannie multimedialnej jest organizowany specjalny pokaz dla dzieci. Polega on głównie na tym, że z głośników leci muzyka przeznaczona dla najmłodszych, a przy małej fontannie (tej, po której mogą biegać dzieciaki) szczudlarka i dwa chyba-klowny (w każdym bądź razie jacyś ludzie ubrani kolorowo i z pomalowanymi twarzami) puszczają wielkie bańki mydlane. Niby takie nic, a dzieciaki frajdę mają ogromną – tym bardziej, że po kilku minutach ekipa od baniek rozstawia na brzegach małej fontanny wiadra z płynem, daje młodym sprzęt do baniek i pozwala im się bawić na całego. Bardzo sympatyczny pomysł, rzec trzeba. Zrobiłam Michowi całą masę zdjęć z fontanny, ale jeszcze nie zrzuciłam. Przy okazji dam znać.

Tyle chyba, póki co. Spać mi się chce totalnie, poza tym czeka na mnie trzecia część trylogii Stiega Larssona „Millenium”. Swoją drogą, świetne książki koleś napisał. Wciągają totalnie. Muszę powiedzieć, że czyta mi się je lepiej niż Dana Browna (zwłaszcza, jak pomyślę o „Zaginionym Symbolu”), mimo że są o wiele grubsze. Jeśli lubicie coś z pogranicza thrillera i kryminału, do tego wartką akcję i oryginalnych bohaterów, to koniecznie zacznijcie czytać „Millenium”.

Dobra. Kończę już na pewno. Dziś wrzucam tylko dwa filmiki, bo nie zdążyłam więcej załadować. Następny wpis będzie więc pewnie filmowy zupełnie, bo mam jeszcze kilka kawałków nagranych, które zamierzam wrzucić, ale ciągle zapominam. Może przed wyjazdem do Gdańska się jeszcze uda.

Do następnego, zatem!

P.S. Pierwszy film jest z zamku Grodziec. Michu tańczy na napotkanym przy okazji podeście w którejś z zamkowych sal. Do muzyki, która mu w duszy gra ;)

Drugi film jest z pałacu w Staniszowie. Kończy się „pochlapaniem” taty (taki był cel – realizacja wyglądała raczej na wytarcie rąk w ojcowe spodnie) wodą z fontanny.

P.S.2. Zapomniałam napisać, że 12 czerwca byłam na warsztatach fotograficznych w Mosznej. Niestety zawiodłam się srodze. Nie dowiedziałam się niczego nowego, natomiast, przyznacie, że zapłacenie 250 zł za to, żeby w upalne południe, wśród gromady komarów, porobić zdjęcia zamku, z których z racji pory dnia i pogody i tak z góry było wiadomo, że cuda nie wyjdą, było dość kosztowną imprezą. I nawet certa nie dali. No po prostu żenada…

Wstyd i hańba!

Tak, tak, wstyd i hańba, że tyle czasu minęło od poprzedniego wpisu. Tłumaczyć się nie będę, posypię głowę popiołem i obiecam poprawę :)

Jak to zawsze bywa w takich sytuacjach, nie wiem, od czego zacząć. Nie będę zbytnio cofać się w czasie. Święta minęły nam bardzo dobrze w Przecławiu – zdjęcia są na stronie do obejrzenia, kto jeszcze nie widział. Potem była żałoba, ale o tym już pisałam. Dalej długi weekend. Tenże spędziliśmy w Kliczkowie (zdjęcia do obejrzenia w galerii), we Wrocławiu (w aquaparku i Renomie ;)) oraz w zamku w Mosznej (zdjęć jeszcze nie obrobiłam). Ubiegły natomiast tydzień Misiek i ja byliśmy „wyjechani” do Głuchowa, zostawiając jednocześnie małżonka, by mógł troszkę pouczyć się do egzaminu z Javy. Tyle z wieści „podróżnych”.
kulki

W sobotę byłam na szkoleniu fotograficznym zorganizowanym przez „Świat Obrazu” (www.swiatobrazu.pl). Bardzo sympatyczny kurs, prowadzący to kopalnia wiedzy, informacje podane w bardzo przystępny sposób, dobrze zrobiona prezentacja, wiedza zdobyta bardzo przydatna :) Tyle w skrócie. Być może uda mi się też dotrzeć na warsztaty praktyczne w czerwcu – właśnie w zamku w Mosznej – ale to się jeszcze zobaczy :)

Kupiliśmy nowy komputer. Mac Mini. Śliczny jest :) Do tego mały i cichy. Trochę trzeba się poprzestawiać na oprogramowanie nie-windowsowe, ale póki co daję radę. Mam tu wszystko, czego potrzebuję (jak na razie) i całą furę apple’owych gadżetów. Chyba stanę się fanem tej marki ;)

W sobotę i niedzielę mam egzaminy, więc uczyć się trzeba. Jeden z nich to totalna kolubryna, z lingwistyki. Mam nadzieję, że jakoś pójdzie.

Michu w ostatnim czasie znowu nam chorował – smarkato i kaszlato. Skończyło się antybiotykiem i skierowaniem do alergologa, bo pediatra podejrzewała alergię. Byłam z nim w poniedziałek u specjalisty, z wywiadu i badania nie wynika, żeby Michu był na coś uczulony, ale dla pewności lekarka zapisała go na testy na przyszły tydzień. O dziwo udało nam się dostać do alergologa na nfz i w dodatku tylko tydzień czekaliśmy na wizytę. Szoook!

Michu coraz więcej gada. Już w sumie pogubiłam się co do nowości w słownictwie, ale coś tam spróbuję napisać.
Doszło więc:
tapcia – babcia
toś – kosz na śmieci
diti – dzięki
tataj – tramwaj
tapcieś – basen
tody – lody
tia – kia
emo – MO (Milicja Obywatelska – Mariusz go nauczył, by tak mówił na fiata 125p z napisem „Milicja” – Michu ma takie autko)
teten – jeden
tuti/tuty – żółty
tutiti – Luiggi (autko z „Aut” Disneya)
sen sali – sen o Sally (gdy się Michowi śni Sally z „Aut”)
ciecie – jeszcze
siuś – już
dita – studzienka
otata – otwarta
siom – są
toji – tory (np. kolejowe)

Ponadto Michu od jakiegoś czasu składa wyrazy w proste zdania, w stylu: „mama, cie mniam-mniam” (czytaj: Mamo, chcę jeść) itp. Mamy progres.

Przed weekendem majowym Mikołaj był z kilkorgiem dzieci z Zaczarowanej Krainy na wycieczce u stomatologa (w dodatku u tego samego, do którego sama go wożę na kontrole). Najpierw była u nich w przedszkolu dentystka z programem profilaktycznym, a potem przedszkolaki jechały się przebadać. Ze zdjęć i opowieści opiekunek wynika, że wszystko poszło gładko, dzieciaki bez stresu i płaczu dały sobie w buzie zajrzeć. Dla Micha była frajda tym bardziej, że jechali komunikacją miejską. Wierzcie mi albo nie, ale dla dzieci wożonych ciągle samochodem przejażdżka tramwajem i autobusem to raj na ziemi. Zresztą, dzień wcześniej sama wybrałam się z Michem na taką wycieczkę – po raz pierwszy przejechał tramwajem cały Wrocław. Frajda nie z tej ziemi :)

A tu filmik z tramwajowej jazdy premierowej ;)

Dobra, tyle na dziś z racji nadrabiania zaległości. Będę się teraz pilnować, by nie robić takich przerw. Do przeczytania :)

P.S. A jednak jeszcze coś mi się przypomniało. Mikołaj dostał od dziadków z Gniezna rowerek biegowy – laufrad. Dokupiliśmy kask (Michu sobie wybrał) i teraz ćwiczymy odpychanie :) Idzie mu coraz lepiej, choć z pewnością do ideału jeszcze daleko. Ale wszystko przed nami :) Poniżej krótkie filmiki – pierwszy z Michowego debiutu rowerowego, a drugi z późniejszego spaceru:

Na koniec już zupełny świeżynka z dzisiaj – Michu maluje (się) farbkami:

Wiosenny duet muzyczny Mikołaja i inne historie

Nareszcie mamy wiosnę! Nie tylko kalendarzową. Wiosnę czuć w powietrzu, a potwierdzają to: dzisiejsze 18 stopni na termometrze i słońce na niebie :) Zimo, precz!

W związku z nastaniem wiosny, Mikołaj zainaugurował sezon turnieju czterech skoczni: zjeżdżalni w parku Skowronim, zjeżdżalni w parku Południowym, zjeżdżalni na naszym dziedzińcu i zjeżdżalni na osiedlu SM Osada. Premierowy skok został wykonany na tej ostatniej. Oto dowód:

Ponadto dzisiaj spędziliśmy prawie dwie godziny na placu zabaw w parku Skowronim, a jutro, jeśli pogoda nadal dopisze, nalatujemy na Południowy. Sama przyjemność teraz w przesiadywaniu na dworze.

Miniony weekend mieliśmy wyjazdowy. W sobotę pojechaliśmy do Gniezna, a w niedzielę, w drodze powrotnej, wstąpiliśmy do Głuchowa. Z Głuchowa przywieźliśmy piękny filmik :) Babcia Tereska – w sensie moja babcia, a Mikołaja prababcia – doczekała się wreszcie prawnuka, który chętnie (jak na razie) podejmuje tradycję rodzinną i gra na harmonijce ustnej :) Oto wiosenny duet Mikołaja z prababcią:

Dzisiaj byłam na praktykach w PORT-cie na Kozanowskiej. Bardzo przyjemne przedszkole. Czekają mnie jeszcze dwa dni praktyki w kwietniu.

Wczoraj i dzisiaj porobiłam trochę zdjęć Mikołajowi na placach zabaw. Ale jeszcze ich nie obrobiłam, więc jak będą w galerii, to dam znać.

Michu znowu dorzucił sobie parę rzeczy do słownika. Między innymi pięknie używa słowa „też”. Na maksa prawidłowo :) Mówi na przykład: to też, tam też, też nie, ja też, mama też itd. Sam wykombinował :)
Doszło też: „cie” czyli „chcę”, czasami słychać „jeście” czyli „jeszcze”, „tato”, co oznacza „auto” (chociaż na własne uszy dziś słyszałam, jak Michu powiedział poprawnie „auto”, więc leń po prostu z niego wyłazi), „fyfy” to są frytki, „dzi” – „drzwi”. Ponadto dziś podczas odbierania go z przedszkola wyartykułował imiona opiekunek: Agnieszka i Aneta. Nie było to idealne, ale każda z pań wiedziała doskonale, że padło jej imię. Aaa, i dzisiaj usłyszałam jeszcze nowe słowo: „tot” – „tort” :) Tak więc mowa gna do przodu. Może bez wielkich zrywów, ale, co tydzień, coś nowego się pojawia.

Dostałam dziś maila z merlina, że kuchenka Tefal dla Micha (prezent od Zajączka) przyjedzie jutro. Co prawda ciężko będzie ukryć taki wielki karton, ale jakoś może się uda. Rzecz jasna, jak tylko Mikołaj wieczorem pójdzie spać, muszę ją wypróbować ;) W wyposażeniu ma mieć dodatkowo toster i czajnik :) Jak już Zajączek Michowi przyniesie ów prezent, to wrzucę kilka zdjęć naszego kucharza. Bo że z prezentu będzie się cieszył, to pewne jak słońce na niebie. Ma ciągoty do tej zabawki od dawna, a w niedzielę w BabyMax przeszedł samego siebie: chodzimy po sklepie, wyszukaliśmy przyjemny komplet garnków do zabawy, do tego Mariusz znalazł drewniany zegar-puzzle z Autami. Pokazuje to Michowi i mówi: „Patrz Mikołaj, co znalazłem. Kupimy?” Na to Michu z rozbrajającą szczerością, wskazując na plastikową kuchenkę stojącą na wystawie: „Tak. I to też.” :)

Tyle na dziś. Pora kończyć, bo ledwo widzę na oczyska. Intensywny dzień dziś miałam :)

Przedwiośnie…

Wiosnę już czuję pod skórą, a tu w prognozie pogody zapowiadają śnieżycę na sobotę. No bez przesady! Ile można?! Śnieżycy i śniegowi na najbliższe miesiące mówię stanowcze NIE i niech ktoś nie odpowiedzialny weźmie to sobie do serca. Bo jak się zdenerwuję…!

W związku z ozdrowieniem Mikołaja (po dwóch seriach antybiotyków, dwóch tygodniach siedzenia w domu i w sumie pięciu wizytach u lekarzy) udało nam się przedwczoraj wybrać na pierwszy od dawna spacer. Słoneczko piękne świeciło, więc postanowiłam zabrać aparat. Kilka zdjęć wrzuciłam do galerii, możecie sobie obejrzeć, kto ciekaw :)

Na spacerze towarzyszyła nam kaczka. Kaczkę ową kupiliśmy prawie rok temu, ale do tej pory nie wzbudzała szczególnego zainteresowania u naszego dziecięcia. Aż do wtorku, kiedy to postanowił zabrać ją na spacer. W pierwszym momencie chciałam powiedzieć „nie”, bo stanęła mi przed oczami wizja rzuconej po 5 minutach zabawki i noszenia jej potem za Michem. No, ale koniec końców stwierdziłam, że niech będzie. I jakie było moje zdumienie, gdy kaczka wytrwale przez cały spacer tkwiła w ręku Miśka. A Misiek bardzo dzielnie z nią maszerował, chociaż chwilami nie było mu łatwo. Pierwsze chwile grozy przeżyłam, gdy Michu sprowadzał ptactwo po schodach – „Jaaa!” – usłyszałam tylko w odpowiedzi na moją propozycję, że mu/kaczce pomogę. Serce prawie wyskoczyło mi z piersi na widok karkołomnych prób schodzenia Miśka&kaczki, ale nie było wyjścia – jedyne, co mi pozostało to uważna asekuracja. Na szczęście obyło się bez upadków. Ech… Przekonajcie dwulatka, że nie wszystko potrafi zrobić samodzielnie… Medal dla takiej osoby! ;)

Po dwóch tygodniach przerwy Miś wrócił do swojego klubu malucha. Trochę się obawiałam tego powrotu po chorobie, ale dziecię było tak stęsknione za paniami, dziećmi i miejscem, że prawie nie zwróciło na mnie uwagi i pobiegło do sali. Wczoraj i dziś było już trochę gorzej. Popłakało się Misio kochane. Aczkolwiek wiem, że płacz ten trwa chwilę i znika po moim wyjściu za drzwi, więc jestem spokojna.

Wczoraj panie z klubiku podczas zajęć uczyły dzieci nazw kolorów. I były w szoku, że Mikołaj potrafi bezbłędnie pokazać który to czerwony, który zielony, który niebieski i który żółty. To, że Michu je zna i rozróżnia to wiemy od dość dawna (trzech podstawowych nauczył się na sygnalizatorach drogowych), ale nigdy się jakoś nie zastanawialiśmy nad tym, że to może nie być standard u dwulatków. Hmmm… Właśnie, ciekawa jestem jak to wygląda, tak ogólnie, wśród dzieci. Myślę, że to nic wielkiego – nauka kolorów. Pewnie opanowują to szybko, pod warunkiem, że rodzice/opiekunowie stosunkowo często im dane kolory pokazują i nazywają.
Jakby jednak na to nie spojrzeć, byłam dumna i blada z takiej pochwały mojego dziecka :)

Swoją drogą, wiem też, że Mikołaj rozróżnia bardzo wiele cyfr i liter. Niestety ciągle jeszcze stosunkowo słabo potrafi je wyartykułować. Ale myślę, że jak już zacznie, to na dobre :)

W sumie, to ostatnio doszło kilka nowych słów. O jaju już wspominałam, doszło więc jeszcze „pciepcie”, będące niekiedy „ciepciem”. Wiecie co to? Przejście dla pieszych! Mikołaj od jakiegoś tygodnia ma ulubione zajęcie: sadza mnie lub Mariusza na swoim dywanie ikeowskim (takim z drogą dla samochodzików), wręcza auto i każe jeździć. Należy zatrzymać się przy każdym przejściu dla pieszych, co Michu komentuje entuzjastycznie: „Pciepcie!”… i można jechać dalej. Koniecznie trzeba też przejechać przez rondo, które z niewiadomych powodów zostało nazwane… „siusia” – tak samo, jak siusiak… Gdy my mówimy: rondo, to Mikołaj przytakuje, ale gdy prosimy, by powtórzył słyszymy: „siusia”… Przyznać mi się, kto siusiał na rondzie i został na tym przyłapany przez moje dziecko, hę? ;) Bo mam dowody na filmiku, że wcześniej rondo to było „dodo”. Więc ktoś mi tu dziecko zmanipulował! ;)

Ponadto ewoluowało słowo „światła” (chodzi o sygnalizator drogowy). Już nie ma „sici”. Już są „siapa” zamiennie z „siafa”. Mamy też „fafy” – farby, „fafel” – wafel, „siok” – sok, „sio” – w sensie „chodź” oraz niekiedy „siaban/siafan” na słowo szlaban. Do tego dodajmy: „Siali” – bajkowa Sally, „Sisa/Sysa” – Zygzak (McQuinn, oczywiście), „tuj” – w zależności od potrzeby: Wójt (dla niezorientowanych w Autach Disneya – jeden z bohaterów), albo „stój” (gdy powtarzamy wierszyk z Teletubisiów: „Nie przechodź na drugą stronę, jeśli światło jest czerwone. Czerwone znaczy STÓJ”), „Siamf” – Humf, futrzak z kreskówki z CBeebies, „tom” – tom, to określenie na traktor ogólnie (wywodzi się od bajki o traktorze Tomie). Więcej na razie nie pamiętam :)

Ostatnio musieliśmy zaprzestać oglądania bajki „Auta”. Gdy tylko się kończyła i pojawiały się napisy, Michu zaczynał tak szlochać, że ciężko było go uspokoić. Pierwszy raz widziałam, żeby dziecko tak bardzo reagowało na koniec jakiejś bajki. Aż go żal było. Stwierdziliśmy, że na razie zrobimy przerwę, bo szkoda Miśka i naszych nerwów. Aczkolwiek mania „Aut” trwa nadal. Bajki na cd nadal Misiek chce słuchać, ubrania jak wybieramy z szafy, to koniecznie muszą być z jakimś pojazdem (jak na razie Zygzak widnieje tylko na jednej bluzie, ale na szczęście Michu zadowala się też innymi pojazdami – byle miały kółka). Ostatnio też wyhaczyliśmy jajka z niespodzianką z serii Cars. Dzięki temu mamy już trzy Sally (ku zachwytowi Mikołaja), jednego Zygzaka, jednego Luiggiego i jednego Wójta. Ech… :)

Mikołaj ogólnie bardzo interesuje się tematyką „pojazdowo-drogową”. Ostatnio jego uwagę przykuły znaki drogowe. Wydrukowaliśmy mu więc z Mariuszem w kolorze kilkanaście najczęściej spotykanych i przydatnych, zalaminowaliśmy i teraz Mikołaj się nimi bawi. Doskonale rozpoznaje: przejście dla pieszych, dla rowerzystów, ograniczenie prędkości, wszelkie znaki związane z przejazdami kolejowymi (mówi na nie „ciucia” – ciuchcia), rondo, droga z pierwszeństwem przejazdu, stop, zakaz wjazdu, parking, uwaga dzieci, przystanek autobusowy i tramwajowy oraz znak…Bam! Znak „Bam” jest to swoisty ewenement, gdyż nigdy nie zwracaliśmy Mikołajowi na niego uwagi, co z kolei oznacza, że nasze dziecię samo wykoncypowało, że gdy znak taki się pojawia, to znaczy, że samochód zaraz zrobi „bam”. Co to za znak? Próg zwalniający! Ciągle trwamy z Mariuszem w zdumieniu z powodu spostrzegawczości i logiki myślenia naszego dziecka (po kim on to ma…?).
Znaki te (i jeszcze kilka innych) są nieustannie układane na dywaniku i trzeba przy każdym się zatrzymać i mówić, co oznacza. A jak – oczywiście przypadkiem ;) – powiem źle, to Mikołaj od razu woła: „Nieee!” i jakoś tam mnie po swojemu poprawia :) Zdolna bestia :)

Odebraliśmy Michową opinię od pani psycholog. Misiek dobił do normy, jedyne, co jeszcze kuleje, to mowa czynna, ale jak widać powyżej nabiera ona tempa, więc nie ma się czym martwić.

Mikołaj w ostatnich tygodniach się umuzykalnił ;) Po pierwsze coraz częściej wyjmuje swoje instrumenty (z promocji z Lidla) i grzechocze, dzwoni, bębni i co się tylko jeszcze da. Nauczył się też porządnie dmuchać w harmonijkę ustną i flet. Na razie jeszcze skromne dowody, ale jednak, mamy na filmikach:

Po drugie Michu polubił tańczyć. Zwłaszcza do jednej piosenki Arki Noego, z ostatniej płyty. Nie pamiętam tytułu, ale jest druga w kolejności, i do tego moja ulubiona z tej płyty :) Gdy Michu ją słyszy woła: „Mami!” (w sensie, że to mamy ulubiona piosenka) i ciągnie mnie za ręce do tańca :)

W ostatnią niedzielę przekonaliśmy się z Mariuszem jak niewiele dziecku potrzeba do szczęścia. Zamówiliśmy pizzę. Pizza, jak to pizza, wiadomo, przyniesiona w kartonie. Karton po opróżnieniu i rozłożeniu zaprezentował takie jakby dwie zakładki, które Michowi skojarzyły się z drzwiami. Naprzynosił sobie małych samochodzików i dawaj przez te drzwi je przepychać. No to wzięłam pisak i namalowałam na tym kartonie ulice, rondo, jakiś domek… Michu przeszczęśliwy. Bawił się tym chyba ze trzy dni. Bawiłby się pewnie dłużej, ale niedobra matka postanowiła podczas nieobecności dziecka pozbyć się kartonu, bo zaczął z lekka podśmierdywać pizzą…

A tu kawałek „pciepciowania” na drodze z kartonu od pizzy :)

Teraz jeszcze kilka słów nie o Mikołaju :) Udało nam się w końcu w ostatni weekend lutego dotrzeć do Karpacza na wyczekiwany wyjazd we dwoje :) Pogoda dopisała, wszystko udało się świetnie :) Muszę przyznać, że pokój, w ramach zamówionego pakietu, mieliśmy po prostu rewelacyjny. Był ogromny, około 40m2, do tego ogromny taras. W ramach pakietu w pokoju czekał kosz owoców i szampan. Na sobotę zamówiliśmy sobie uroczystą kolację – przy świecach, winku, w dodatku w oddzielnej sali restauracyjnej, byliśmy tam tylko my dwoje. Trzeba przyznać, że się postarali :)
Co do nas, to jedyną naszą aktywnością był dwugodzinny spacerek w sobotę po Karpaczu. Resztę czasu spędziliśmy leżąc na łóżku, gapiąc się w telewizor, bijąc rekordy w Kulki na Facebooku i czytając odmóżdżające gazety. Rewelacyjnie wypoczęłam! :)

Chyba czas już skończyć, bo kto to potem przeczyta… Brawa dla wszystkich, którzy dotarli do tego momentu :)

Praskie tajemnice ;)

No to bylim w Pradze. Bardzo nam się podobało. Koniec :)

No dobra, napiszę trochę więcej.
Dojechaliśmy w piątek około 14.30. Droga zajęła nam mniej-więcej 4h, bo padało (do Wrocławia jechaliśmy 3,5h). Hotel bardzo przyzwoity, pokój przyjemny. Drink bar czynny do nocy, więc było gdzie siedzieć wieczorem :)

Szwędactwo po Pradze zaczęliśmy w sobotę od rana – chodziliśmy w sumie jakieś 8h. Mariusza do dziś bolą mięśnie po tych „spacerkach” ;) Połaziliśmy po Starówce, po Hradczanach, trochę po Malej Stranie i po jakimś wzgórzu, którego nazwy ciągle nie znam (i nie jest to wzgórze Petrin). Na owym wzgórzu stał niegdyś gigantyczny pomnik Stalina, który potem wysadzili w powietrze (jego części podobno do dziś leżą na dnie Wełtawy), a na jego miejscu postawili wielki metronom. Drogę na owo wzgórze odkryliśmy przypadkowo (jak i wiele innych miejsc w Pradze). Widać stamtąd piękną panoramę miasta.

Dalej szliśmy „na czuja” (z przerwą na kawkę) w stronę Hradczan i o dziwo udało nam się tam dotrzeć bez większych zgrzytów (choć były momenty, gdy myśleliśmy, że wybraliśmy jakąś baaardzo okrężną trasę). Na Hradczanach jak zawsze kolejka do katedry, więc się odbiliśmy i pozostawiliśmy ten punkt do zaliczenia jakimś innym razem.

Z Hradczan pomaszerowaliśmy w dół do ogrodów Wallensteina, a potem do metra i w stronę Wyszehradu. Niestety po dotarciu na stację Wyszehrad stwierdziliśmy, że jesteśmy masakrycznie zmęczeni i nie damy rady iść jeszcze taki kawał drogi na zamek, więc wróciliśmy na Malą Stranę i na Kampie zjedliśmy obiad. Potem poszwędaliśmy się jeszcze mostem Karola i Starówką, zrobiliśmy trochę zakupów i wróciliśmy na piwo i drinka do hotelu. W skrócie tak wyglądała sobota :)

W niedzielę po śniadaniu załadowaliśmy się do samochodu i w ramach pożegnania przejechaliśmy się samochodem po Starym Mieście i Malej Stranie. Dobrze, że był to niedzielny poranek (ruch sporadyczny), bo przynajmniej mogliśmy spokojnie pojeździć w miejsca, gdzie zwyczajowo są tłumy pieszych i samochodów.
Udało nam się też prawie wjechać na most Karola samochodem. O więcej nie pytajcie ;)

Generalnie po naszej drugie wizycie w tym mieście doszliśmy do wniosku, że wciąż jest tam wiele miejsc, które chcemy zobaczyć, więc nie jest to nasza ostatnia wyprawa.

A zdjęcia możecie obejrzeć w galerii.

Co do Micha, to dzielnie zniósł weekend z dziadkami. Przywieźliśmy mu torbę prezentów, no i jak to bywa, najbardziej ucieszył się z samej tej torby (taka do prezentów, tyle, że z Krecikiem). Dopiero potem zaczął się interesować zabawkami, które z torby zostały wyjęte.

A swoją drogą, jak wchodzę do czeskich sklepów z zabawkami, to mózg mi się lasuje. Mają tam tyle pięknych rzeczy. Na Starówce jest cale mnóstwo sklepów z zabawkami z drewna, wykonanymi ręcznie w Czechach. Owszem, mają swoje ceny, ale jakość rewelacyjna, no i są bardzo i przemyślane. A już Krecików to mają tony i to w każdej postaci (każdej, poza szklaną – Mariusz szukał szklanych Krecików, nie znalazł niestety).

W związku ze szwędactwem po czeskich sklepach z zabawkami Michu otrzymał: puzzle drewniane – cyferki, puzzle piankowe (takie duże, 8 sztuk 30cmx30cm jeden) z Krecikiem, pacynkę Jeżyka, sorter kształtów i wielkości oraz koparkę :)

Cóż poza tym… Dziś u nas padało, więc porobiły się kałuże. Misiek wcześnie zwlekł się z południowej drzemki, więc zanim pojechaliśmy po Mariusza przeszliśmy się na „kałużowy spacer”. Efekty są widoczne tutaj :) Miało dziecko frajdę. Ja, przyznam się, też, patrząc na jego radochę.

Na koniec oczywiście radość była pełna, bo dziecię nasze znalazło wieeelki kij. Na powrót do domu musiałam namawiać wizją cukierka i bajki. A i tak skończyło się wzięciem na ręce, bo nie było wózka (spacerek miał trwać kilka minut tylko), a gdybym liczyła na dobrą wolę naszego prawie dwulatka („nie!!!!”), to bym się przeliczyła.

W każdym razie moja kurtka, jakkolwiek wodoszczelna okazała się nie być błotoszczelna, co zaowocowało przeniesieniem części błota z Micha na mnie. No ale cóż. I tak warto było się poświęcić, by zobaczyć szczęście Micha tarzającego się błocie (nasuwa mi się tu tylko jedno skojarzenie – pewnego zwierzęcia tarzającego się w błocie, ale na tym poprzestanę ;))

Jutro zamierzam napisać coś wreszcie w dzieciowisku. Ale o czym, to jeszcze nie wiem – czas pokaże, a życie podpowie :)

Na koniec jeszcze filmik z błotnym Mikołajem. Jest na co popatrzeć. Dodam, że gdy wracaliśmy do domu Mikołaj miał też brudną twarz, a kurtka nadawała się tylko do prania (reszta odzieży zresztą też).

P.S. Jest jeszcze kilka zdjęć z naszej wrześniowej wyprawy na Ślężę – link macie tutaj.

Intensywny tydzień

Miniony tydzień mieliśmy baaardzo intensywny. Co do jednego dnia :) No, ale za tydzień sobie odbijemy, bo wybieramy się z Mariuszem do Pragi na weekend. W dodatku z Miśkiem zostają Mariusza rodzice, więc będziemy mogli się swobodnie poszwędać :)

No, ale wracając do sprawy – we wtorek ruszyliśmy, Michu i ja, w stronę Szczecina. Bo w środę mieliśmy stawić się w szpitalu na Unii Lubelskiej na rezonans magnetyczny. Po raz pierwszy jechałam sama przez Niemcy. Emocji miałam sporo – bo zawsze prowadził Mariusz, a tu nagle ja sama! No, ale okazało się, że nie taki diabeł straszny (nie takie Niemcy straszne ;))… Jazdę przez Niemcy pokochałam bardzo szybko, zwłaszcza, że cały czas jedzie się autostradą (a po Berliner Ring jedzie się trzema paskami!). I mimo że w sumie droga do Szczecina wiedzie aż przez 4 autostrady, to wszystkie pięknie się łączą, są dobrze oznakowane i nawet się nie pogubiłam :)

Sama droga, gdyby nie liczyć godzinnego postoju w centrum handlowym A10 w Wildau, trwa około 4,5 – 5h. Nieporównywalnie krócej, niż przez Polskę. No i komfort też inny.

W A10 oczywiście przemaszerowałam się z Michem po sklepach. Kupiłam mu organizer na siedzenie samochodowe z Puchatkiem (na różne drobne rupiecie, co to się zawsze walają po podłodze), świetną piłkę (nie będę opisywać, bo opisać się jej nie da, może kiedyś zdjęcia zamieszczę) w sklepie Nanu-Nana, a w drodze powrotnej (też zrobiliśmy tam postój) Michu sam wybrał sobie nową zabawkę. Jest to taki domek edukacyjny – z telefonem, zegarem, tablicą do pisania, liczydłem, pociągiem z melodyjkami, kluczykiem i dziurką do otwierania drzwi, z sorterem do literek i cyfr. Zabawka wpadła Michowi w oko od razu. Nie udało mi się przekonać go na coś tańszego. Potem maszerował z tym ciężkim kartonem po placyku przed centrum i nie chciał w ogóle zabawki puścić. W samochodzie bawił się nią całą drogę do domu (poza 1,5h, gdy spał) i w domu też ją męczył aż do momentu zaśnięcia.
Generalnie nie wiemy, co ta zabawka w sobie ma, ze Michu tak długo się na niej skupia. Ma już jedną podobną, ale nigdy nie bawił się nią tyle godzin co tą. Szok!

No, ale idziemy dalej. W środę rano zwlekliśmy się z łóżka i przed ósmą byłam już z Michem w szpitalu. Pielęgniarka nas spisała i kazała czekać. Po około pół godziny przyszła lekarka, zrobiła ze mną wywiad i obadała Micha. Następnie poszliśmy do zabiegowego, gdzie Michowi założono wenflon. Niestety, udało się to zrobić dopiero za czwartym razem, w nogę, bo w poprzednich razach igła przebijała żyłkę. Cała sytuacja zakładania wenflonu była o wiele bardziej dramatyczna z perspektywy Micha, niż ostatnie pobieranie krwi – wyrywał się strasznie, wrzeszczał, cały się spocił – a mimo to panie cały czas z uśmiechem go zagadywały i jakoś nie przerastała ich sytuacja, jak to miało miejsce tydzień temu na Borowskiej.

W każdym razie, z założonym wenflonem, około godziny 9 rano skierowano nas pod salę rezonansu. Tam, niestety, musieliśmy odczekać kolejne prawie 2 godziny, bo na ileś oddziałów dziecięcych jest jedna ekipa anestezjologiczna do usypiania dzieci i akurat usypiali w innym miejscu. Poza tym przed nami na rezonans czekała jeszcze jedna dziewczynka, więc wiadomo było, że trzeba będzie czekać dość długo.

Michu był w czasie tego czekania na korytarzu bardzo dzielny. Mimo że nie mógł chodzić (żeby wenflon nie wypadł), nie marudził jakoś szczególnie mocno. Trochę dał się zająć pisaniem w moim kalendarzu, no a resztę czasu to, niestety, musiałam go nosić na rękach (następne dni upłynęły mi pod hasłem bolących ramion – ponoście sobie 15 kilowe dziecko przez półtorej godziny, to zrozumiecie).
Bardzo się stresowałam tym rezonansem. W sumie to nie samym badaniem, ale znieczuleniem ogólnym – czy wszystko pójdzie gładko, bez komplikacji itd.

Za piętnaście jedenasta przyszła nasza kolej – anestezjolog (bardzo sympatyczny człowiek, ze świetnym podejściem do dzieci) kazał mi wziąć Micha na kolana i pokazał mu taki klips na palec do mierzenia tętna. W tym czasie pielęgniarka wstrzyknęła Michowi tzw. „głupiego jasia”, po czym Michu natychmiast się rozluźnił i zaczął z wszystkiego się śmiać – widok przekomiczny. Wtedy lekarz posprawdzał wszystkie parametry życiowe i kazał mi położyć Micha na łóżku do rezonansu. Pielęgniarka wstrzyknęła Michowi znieczulenie, Michu zaczął zasypiać a mnie wyprosili na korytarz.

Po mniej-więcej 25 minutach wezwano mnie z powrotem. Michu spał przykryty kocykiem na kozetce. Anestezjolog powiedział, że musiał podać Michowi bardzo dużą ilość leków, bo Michu tak szybko je przerabiał, że nie mógł usnąć na dobre. Ale lekarz uspokajał, że nie ma się czym martwić, że tak się niekiedy zdarza, i że jedyne co, to po prostu Michu będzie teraz dłużej się wybudzał. I rzeczywiście – wszystkie parametry miał w normie, reakcje też prawidłowe, więc nie było czym się martwić. Obudził się dopiero po godzinie – gdy go przenosili z kozetki do łóżeczka, żeby przewieźć go na oddział dzienny na obserwację.

Po przebudzeniu Miś był ogólnie osłabiony, trochę się słaniał, ale nie było masakry. Sądziłam, że będzie gorzej – że będzie wymiotował – ale zniósł to ok. Problem był trochę z podaniem kroplówki, bo musiał siedzieć na łóżku prawie 1,5 godziny, co w przypadku takiego małego dziecka nie jest trywialne – utrzymać go na szpitalnym łożu. No ale na szczęście po około pół godziny przyszła moja siostra ze swoim ekstra telefonem, co dało Michowi zajęcie przez następną godzinę :) W ogóle dobrze, że Monika nas tam odwiedziła, bo po pierwsze dostałabym na głowę tyle czasu sama z Michem w tej sali, a po drugie padłabym z głodu. Kochana siostra :)

Kroplówka (glukoza) zleciała do końca i Michu mógł się wreszcie najeść i napić (nie jadł nic i nie pił od poprzedniego wieczora). Zjadł i wypił taką ilość, że byłam w szoku. No ale co się dziwić – wygłodzone dziecię.

Gdy się najadł wróciły mu zupełnie siły i już nie było mowy o leżeniu w łóżku. Zaczął wędrować po sali z tym wenflonem w nodze (dobrze, że już był niepotrzebny). I tak wędrował do 16 prawie, bo przed 16 wyjęli mu wenflon, zmierzyli ciśnienie, stwierdzili, że wszystko ok i wypuścili nas do domu. Ufff…

Wrażeń było co niemiara. Widok własnego dziecka śpiącego w domu w łóżeczku zawsze mnie rozczula, ale widok dziecka śpiącego po jakiejś chemii pod maseczką tlenową bardzo nieprzyjemnie dźgał w sercu.

W drodze powrotnej do Przecławia wstąpiłam z Michem do sklepu i Misiek sobie w nagrodę za to, że był dzielnym pacjentem, wybrał zabawkę – taki budzik, z firmy Tolo.

Popołudnie i wieczór minęły spokojnie, Misiek padł o 19 bez zająknięcia. Rano się spakowaliśmy i przed 10 ruszyliśmy na Wrocław. Dobrze, że już po wszystkim. Wynik będzie za około 2 tygodnie.

Co do pobytu w Przecławiu, to Michu generalnie znowu eksperymentował z psem :) Wkładał mu ręce do pyska i czekał na lizanie i podgryzanie, i miał wielką uciechę, gdy się doczekał :)

Poza tym widać, jak wielki podziw Michu czuje w stosunku do Bartka. Patrzy na niego z uwielbieniem, słucha go jak przysłowiowa świnia grzmotu, ma respekt przed tym, co Bartek do niego mówi – ogólnie szok :)
Bartek poczęstował Micha wodą gazowaną (Michu do tej pory pił tylko niegazowaną), więc Michu szczęśliwy, że coś nowego wujek mu pokazał. A następnego dnia Bartek poczęstował go kiełkami fasoli mung – i Michu wciągał aż mu się uszy trzęsły :)

Tosia z kolei nakłoniła zupełnie bezwiednie Micha do konsumpcji obiadu (po prostu jadła i Michu też tak chciał :)) i nauczyła go obsługiwać swoje stare niemowlęce zabawki, więc Michu szczęśliwy całe trzy dni chodził :)

O rezonansie i pobycie w Szczecinie tyle. Dziś natomiast zaczęłam moje podyplomowe studia logopedyczne. Od 9 do 15.30 był wykład z dr Małgorzatą Młynarską – kierowniczką naszego studium – z norm językowych. Jak na razie jestem pod wrażeniem, logopedia po pierwszym dniu mi się podoba. Wykład był ciekawy, dobrze prowadzony. Doktor popierała teorię przykładami z praktyki, więc dobrze się słuchało. Jutro mamy też cały dzień wykładów – z psychologii z dr Smerekiem.

No i tyle na dziś. Jeszcze tylko filmiki. W sumie będą trzy – pierwszy ze zjeżdżalni, bo Michu wykombinował, że na brzuchu też się da zjechać. Drugi z toru przeszkód, z pniakiem w tle. Trzeci będzie z domu z układania puzzli. Ten ostatni, niestety, nie powala jakością, bo mi Michu ostatnio poprzestawiał aparat i nie zauważywszy tego filmowałam go w kiepskiej jakości. Ale mam nadzieję, że przeżyjecie :)

Postwakacyjny post

Wakacje się skończyły. Niektórzy odczuli to na własnej skórze (na przykład ci, co poszli do szkoły ;)), niektórzy trochę bardziej pośrednio (wzmogły się korki na mieście przez to). My zakończyliśmy wakacje w Gnieźnie i Poznaniu, co zresztą możecie obejrzeć na zdjęciach w galerii.

W Poznaniu byliśmy w zoo na Malcie. Jak bardzo by tam nie było ładnie, to trzeba powiedzieć, że nachodzić się można za wszystkie czasy. No i niestety, jeśli idzie o oznakowanie ścieżek w tym zoo to… mizerota. Owszem, są gdzieniegdzie jakieś mapki, ale mało czytelne. Do tego brak podstawowej rzeczy – dobrego, jasnego oznakowania drogi do wyjścia. Aż dziwne, że to jest zgodne z przepisami BHP. Zoo wrocławskie, mimo że o wiele mniejsze, na każdym chyba „drogowskazie” ma też strzałki informujące w którą stronę należy udać się do wyjścia. Ale poznańskie zoo stwierdziło widocznie, że nie jest to nikomu potrzebne. No i niestety to jest błąd. Rodzina z małym dzieckiem nie zawsze jest w stanie obejść cały obiekt i w momencie, gdy owo dziecko zaczyna wrzeszczeć i chcieć do domu, chętnie chciałaby szybko dotrzeć do bramy i się ewakuować. Nie wspominając już o sytuacjach, kiedy coś się komuś stanie, tudzież należy natychmiast opuścić zoo. W celu szukania wyjścia można sobie pobiegać dookoła jeziora; może cudem trafi się do wyjścia. Generalnie jeśli porównam zoo wrocławskie z poznańskim nowym, to Wrocław jest ciekawszy i bardziej przyjazny. No i jeszcze kwestia placu zabaw przy sławetnej słoniarni. Niech ktoś spróbuje wytłumaczyć uwielbiającemu zjeżdżalnie dwulatkowi, że jedyna zjeżdżalnia na placu zabaw jest przeznaczona dla dzieci od lat 6. Co za imbecyl to tam wstawił? Swoją drogą, zjeżdżalnia jest tak stroma, że nawet dzieci 6-i-więcej-letnie odbijają na niej swoje tyłki.

W związku z rozpoczęciem się nowego roku szkolnego nasze dziecię otrzymało nowe „obowiązki”. Pierwszym jest kontynuacja zajęć na basenie w Pulsantisie (tam, gdzie chodziliśmy przed wakacjami), drugim są zajęcia pt. „Zabawy fundamentalne” w Urwisku, dla dzieci w wieku 18-24 miesiące. Jeśli chodzi o pływanie to trochę się stresowałam przed tymi pierwszymi (po przerwie) zajęciami – czy Misiek usiedzi tyle czasu w wodzie, czy nie będzie chciał wychodzić i się szwędać na brzegu itd. Ale moje obawy okazały się bezpodstawne. Misiek, jak na pierwszy raz, dał radę swobodnie. Trochę zapomniał jak się pływa, ale, o dziwo, chętnie bawił się przy deseczce. W ubiegłym sezonie to było nie do pomyślenia. No i niestety była dziś inna pani. Nie wiem, czy to już na stałe zmiana, ale nowa pani chyba nie przypadła Miśkowi do gustu tak, jak poprzednia. No ale na to już nie mamy wpływu niestety.

Co do zajęć w Urwisku to muszę przyznać, że są rewelacyjne. Chodzimy na nie w czwartki na 17.30. Pani prowadząca zajęcia jest kapitalna – świetnie przygotowana, cały czas w dobrym kontakcie z dziećmi. Poza tym nieustannie podczas zajęć coś się dzieje – nie ma zbyt wielkiej szansy by taki Misiek się nudził i gdzieś przez to łaził. Nawet jak odejdzie na chwilę od grupy to zaraz pani wyskakuje z jakąś fajną zabawą i Misiek od razu do niej leci. Szok! :) Naprawdę wiemy za co płacimy. Zajęcia trwają pełną godzinę i naprawdę jest to czas wykorzystany. Jak sobie przypomnę zajęcia dla dzieci, na których byliśmy kilka razy w ubiegłym roku w Stumilowym Gaju, to nie ma porównania. W Gaju pani nie bardzo wiedziała co robić z tymi maluszkami, więcej gadała z rodzicami, niż organizowała zabawy dla dzieci. W Urwisku pani jest przygotowana na całą godzinę zajęć, ma mnóstwo pomysłów i potrafi je zrealizować z grupą takich maluszków. Nic tylko pozbierać szczękę z podłogi i pogratulować :)

Miałam trochę obaw o dojazd – na Wejherowską mamy dość daleko i bałam się, że będziemy długo jechać, ale skończyło się na 40 minutach, co jak na wrocławskie warunki jest w normie.

A wracając jeszcze do zajęć to nasze dziecko wczoraj nawet przełamało się, by malować farbami. Misio nasz bardzo nie lubi brudzić rąk – czy to zabawa z kisielem, czy malowanie rączkami czy ciastolina… Nic, co przykleja mu się do rąk nie jest mile widziane. Powoli przełamuje się, by na przykład wykrawać z masy solnej foremką – ale bez dotykania ciasta. No i wczoraj też udało się go zachęcić do robienia pieczątek farbkami. I mimo że miał kilka razy pobrudzone ręce obyło się bez wrzasku, tylko pokazał spokojnie, że ma brudne i żeby mu wytrzeć. Kulturka :)

Cóż jeszcze? Tyle mniej więcej. Wczoraj byłam z Michem na badaniach krwi. Żelazo już ma w normie, resztę też, więc nie trzeba już więcej kropli podawać. Ekstra! W przyszłym tygodniu za to idziemy do endokrynologa i do dr Kwapisz. Zobaczymy, co powiedzą.

Jeszcze coś na koniec. Słownik Mikołajowy :) Misiek rozwija powoli swój język, coś tam zaczyna więcej gadać. W ostatnim czasie ustabilizowało się, że coś „sieci” – to znaczy świeci (lampa, światła drogowe, światła w samochodach, słoneczko). Sporo rzeczy jest nadal nazywanych „tata”. Ale powoli ogólnie rozumiane „tata” zostaje wypierane słowem „baba”. Baba znaczy już nie tylko „żaba” ale także: biedronka, bajka, Cbeebies, czasem nawet lampa, płatki i klamka.
Niekiedy zdarza się usłyszeć „leci” (jak Miś widzi samolot) albo „jedzie” (pociąg). Jest jeszcze „ne-na” czyli „nie ma”, do tego poparte gestem rozłożonych rąk. Poza tym naśladuje Miś wszelkie nasze intonacje, i zawołania typu „ojej”, „o-oo”, „ojojoj” :) No i gada caaały czas. W domu nie jest to tak zauważalne, ale jak jechaliśmy tydzień temu do Gniezna, to myślałam, że w samochodzie zwariujemy przez tego gadułę! :)

Logopedia wita

No, to się udało. Zaniosłam dziś papiery na Uniwersytet i przyjęli mnie na podyplomówkę z logopedii. Jest około 160 osób na moim roku. Generalnie myślałam, że będzie jakaś rozmowa kwalifikacyjna jeszcze, ale pani powiedziała, że jestem już przyjęta. Nie wiem, czy w tym roku z tego zrezygnowano, czy dlatego, że się zgłosiłam po zakończeniu rekrutacji, w każdym razie rozmowa mnie ominęła. A w poprzednich latach była. I git. Mam nadzieję, że te studia będą sensowniejsze niż te, które skończyłam w tym roku. Jakby na to jednak nie spojrzeć, cieszę się bardzo, że się udało :)

Wczoraj byliśmy w Książu na zamku w ramach spacerku. Bardzo się rozczarowaliśmy, bo liczyliśmy na spacer w dół górki, jest takie przejście z tarasów zamkowych. Niestety, trwa tam obecnie remont i nie da się przejść :( Buuu… A po to głównie tam pojechaliśmy. No cóż. Ale i tak był fajnie. Misiek nachodził się jak zwykle czyli bardzo. Tylko dwa razy miał atak histerii, więc to naprawdę nieźle :)

W sobotę pod wieczór natomiast bryknęliśmy na Stary Rynek. Misiek szalał przy fontannie i na schodach ratusza. Na koniec poszedł posiedzieć w ogródku piwnym Piwnicy Świdnickiej. Co sobie będzie żałował :) Co do samego rynku, to oczywiście tłum ludzi, bo to weekend i do tego święto, i wakacje, i w ogóle. Ale jakoś nas nie zadeptali :)

Idę prasować, bo mi się przez weekend stos prania nazbierał. A! Zdjęcia z soboty i niedzieli oczywiście są tutaj. No i na koniec jeszcze dwa filmiki. Jeden z wczoraj z Książa – jak Michu rozbrajał aparaty z kulkami. A drugi stary z saneczek – pasjonujące kino drogi ;) Mariusz sugeruje, że powinnam zacząć obrabiać te filmiki i trochę je czasem ciąć, ale na razie nie mam czasu i chęci, by się tego nauczyć, więc wybaczcie, ale póki co będą żywcem takie, jakie je robię.