35 lat. I pół roku.

miki_i_witek

Oby nikogo nie zwiódł tytuł – 35 lat skończyłam niedawno ja (dzięki za wszelkie życzenia przekazywane za pomocą różnych mediów), a pół roku należy do Witolda. Oczywiście z lekkim poślizgiem, jak to ostatnio – dokładnie to pół roku i 18 dni. Read more

Pięć miesięcy

witek na brzuchu

Ostatni miesiąc minął mi tak szybko, że nawet nie zdążyłam wstawić wpisu na pięciomiesięcznicę Witka. Bo dziś ma już 5 miesięcy i 14 dni ;)

Z bólem serca żegnam kończące się wakacje. Przed nami trzecia klasa Mikołaja. Mam nadzieję, że podołamy wyzwaniu ;) Wyprawka zrobiona już na początku sierpnia – poprzez zmasowany atak na Lidla i Biedronkę. Ilość papierniczych gadżetów, które tam zakupiliśmy jest tak kolosalna, że chyba wystarczy jeszcze dla Witka ;) Z niezbędnych rzeczy zostały do kupienia buty wizytowe, na w-f i zmienne obuwie do szkoły.

Lato spędziliśmy głównie w mieście. Oprócz Mikołaja, który szczęśliwie przez tydzień lenił się w Kołobrzegu z dziadkami, a później był na wsi u drugiej babci. (Mogłam w tym czasie odgruzować jego jaskinię. Porządku powinno wystarczyć na jakiś jeden dzień po powrocie Mikołaja do domu ;)). Podczas dwóch tygodni Mariuszowego urlopu na nowo postanowiliśmy odkryć Wrocław. Dziwiliśmy się całej masie remontów i modernizacji, jakie dokonały się w mieście w ostatnich latach. Dawno już nie wypuszczaliśmy się spacerowo poza Rynek (i trasę Rynek-Galeria Dominikańska), więc dziwić się było czemu. Przede wszystkim nabrzeże Odry. Spacerowaliśmy od Urzędu Wojewódzkiego do Uniwersytetu, potem na drugą stronę Odry, przez Ostrów Tumski. Szok! Zniknęły żulerskie krzaki, zniknęły płoty i ukazał się przepiękny spacerniak z ławeczkami, krzesełkami, fontanną do pluskania. Bardzo przyjemne miejsce.

nadodrze

Podobnie sprawa wygląda z okolicami fosy staromiejskiej. Ruszyliśmy z okolic Renomy w lewo – w stronę Narodowego Forum Muzyki (przy okazji oglądając z bliska budynek NFM, bo do tej pory nie mieliśmy okazji, oraz krasnoludzką orkiestrę symfoniczną) – pełny zachwyt. Zadbany deptak, zielony, przyjemny, czysty, z mnóstwem ławeczek. I Pokemonów ;)

orkiestra krasnoludków

Udało nam się też odwiedzić zoo. Dotarliśmy tam około 11.00 – nie staliśmy w żadnej kolejce! Ani do kasy, ani do Afrykarium. Nie wiem, czy mieliśmy takie szczęście, czy po prostu była to kwestia zwykłego dnia tygodnia i przedpołudniowych godzin. W każdym razie: Afrykarium zrobiło na nas duże wrażenie. Spędziliśmy w nim ponad godzinę (a można i dłużej), a w sklepie z pamiątkami przy wyjściu straciliśmy Mikołaja posag ;) Na Witku Afrykarium również zrobiło spore wrażenie – zwłaszcza akwaria z pływającymi kolorowymi rybkami :)

rybki

Mikołaj i żyrafa

Przy okazji wycieczek po Wrocławiu odkryliśmy kilka lodziarni z pysznymi rzemieślniczymi lodami oraz mój hit – pączkarnię na Świdnickiej. Za 2,5 zł można zakupić tam świeżego ciepłego jeszcze pączka z jedną z naprawdę wielu konfitur lub bez niczego (co było ważne w przypadku Mikołaja ;)).

Reasumując – wypiękniało nam miasto (może z wyjątkiem ogromnego betonowego placu przy Forum Muzyki – w upał robi się tam nie do zniesienia. Rozumiem, że pod spodem jest parking podziemny, ale czy nie można było tam postawić chociaż jakichś donic z czymś zielonym, albo nawet kolejnej fontanny? ;P).

24 lipca Witek zaliczył swoją pierwszą wizytę na basenie. Poradził sobie dobrze :) Nie bał się, ale był bardzo poważny – cienia uśmiechu nie udało nam się z niego wydobyć kiedy był w wodzie. Na leżaku to już co innego – śmiał się do rozpuku ;) W wodzie Witold spędził około 40 minut, następnie zasnął ekspresowo jeszcze na przewijaku. Przespał kolejne 40 minut i później miał drugą turę moczenia – jakieś 30 minut. Od tego czasu byliśmy w aquaparku w sumie 3 razy. I Witek zaczął się uśmiechać również w wodzie :) Od września zapisaliśmy się na zajęcia z pływania dla niemowląt. Będziemy chodzić całą rodziną, bo na karnet może wejść 2 opiekunów z dzieckiem na 2,5 h. Będziemy dopłacać tylko za Mikołaja. Ciekawe, czy Witkacowi spodobają się takie zabawy w wodzie. Mikołaj w jego wieku również chodził na pływalnię i bardzo mu się podobało (oprócz chwil, gdy się wychodziło z wody – w Pulsantisie było zawsze strasznie zimno, co najczęściej kończyło się katarem).

basen

Wczoraj oficjalnie pożegnaliśmy się z kołyską Witka. Korzystaliśmy jeszcze z niej doraźnie, ale bardzo rzadko – Witek zrobił się ogromny i ciekawski – nie bardzo już chciał w niej leżeć, nawet na chwilę. Nie ma więc sensu trzymać mebla po to tylko, żeby był. Z nutką nostalgii, ale trzeba było rozkręcić. Będzie czekać w piwnicy na wnuczęta. Chyba, że ktoś będzie chciał pożyczyć :)

W lipcu wyremontowaliśmy balkon. W sumie słowo „remont” nie do końca jest trafne. Balkon został po prostu wykończony – na posadzce pojawiły się kafle, a na kaflach meble. I dwa kwiaty – ikeowskie bonsai i wrzos. Obie rośliny dzielnie walczą o przeżycie pod moją opieką. Na razie o nich pamiętam :) A balkonem nieustannie się zachwycamy. Włącznie z Witkiem, który poleguje na nim na macie.

balkon

Witek rośnie w siłę i umiejętności. Waży około 9 kg. Śmieje się do wszystkich, zaczepia i ogólnie jest milusiński i do schrupania. Tylko spanie „zeszło na psy”. Budzi się w nocy dwa razy, a nie raz ;) Pierwszy wieczorny sen trwa zazwyczaj około 5-6 godzin, potem budzi się po 3 godzinach po raz drugi. No i po kolejnych trzech godzinach budzi się już na dobre, czyli na około 1,5 h. W dzień nie jest już tak różowo ze snem – Witkowi zazwyczaj wystarcza pół godziny na regenerację. Musi się zdarzyć jakiś cięższy dzień (tak jak na przykład wczoraj, po całodziennej wyprawie do Gniezna i Głuchowa, która go ewidentnie wykończyła), by w ciągu dnia przespał ciągiem prawie trzy godziny. Najczęściej dzień upływa pod znakiem około trzech półgodzinnych drzemek. Przy czym najwyraźniej Witkowi to służy – rozwija się dobrze i jest pogodny. Tylko ja po cichu wzdycham, bo długotrwałe drzemki się przydają – wie to każda mama niemowlaka. Oczywiście przydają się mamie :) Liczę, że może się to jeszcze odmieni. W każdym razie Witek jest najwyraźniej ciekawski świata i szkoda mu czasu na spanie.

Mikołaj coraz bardziej przywiązuje się do brata. A i po Witku widać, że lubi towarzystwo Mikołaja. Nawet przez telefon – kilka dni temu Witek marudził przed spaniem i akurat zadzwonił Mikołaj. Przyłożyłam Witkowi słuchawkę do ucha, Mikołaj zaczął mówić, a Witek natychmiast się uspokoił i zaczął wsłuchiwać się w Mikołaja głos.

W ubiegłą sobotę byliśmy w Bolesławcu na Święcie Ceramiki. Straganów z piękną ceramiką mnóstwo, podobnie jak ludzi. Zeszliśmy też targ staroci, który odbywał się równolegle. Mariusz złowił na nim stary numer „Przekroju” z 1953 r., wydany w związku ze śmiercią Stalina. Z ceramiki natomiast zakupiona została maselniczka, dwa anioły, krzyżyk do Witkowego pokoju oraz kogut. Witek poradził sobie z całą podróżą doskonale, część przespał, część obserwował. Tylko nam nogi wieczorem odpadały.

Na koniec Witkowe umiejętności na dziś, to jest 5 miesięcy i 8 dni:

  • utrzymuje się na brzuchu ponad 10 minut
  • z pozycji na plecach obraca się na obydwa boki
  • z pozycji na plecach obraca się na brzuch – na razie tylko przez lewy bok
  • w pozycji na brzuchu zaczyna podpierać się na samych dłoniach
  • chwyta dłońmi za stopy, bawi się stopami (od 29.07)
  • chwyta dłońmi za stopy i przyciąga je do ust (od 27.08) – częściej lewą niż prawą, póki co
  • chwyta wszystko, co ma pod ręką (dobrze wiedzą to Mariusza porozciągane przy szyi koszulki ;) I baldachim, który wczoraj musiałam już zdjąć, ponieważ Witek ciągnął za niego i się nim przykrywał)
  • skrobie paluszkami we wszystko
  • chwyta przedmiot, który ktoś przed nim trzyma
  • próbuje (i coraz częściej mu się udaje) chwycić przedmiot leżący obok
  • przekłada przedmiot z ręki do ręki
  • obraca w dłoniach trzymany przedmiot
  • wszystko, co uda mu się chwycić wkłada do ust
  • rozpoznaje nas z odległości kilku metrów – zauważa i uśmiecha się na nasz widok
  • rozpoznaje nasze głosy. Gdy przebudza się w nocy na karmienie i kwili, potrafi uspokoić się, gdy do niego mówię jeszcze zanim dojdę do łóżeczka
  • lubi bawić się w „akuku” w wersji z przykrywaniem twarzy apaszką/tetrową pieluszką. Tak się wyuczył tej zabawy, że wystarczy machnąć nad nim apaszką i już się cały trzepocze z radości
  • interesują go wszelkie dźwięki
  • uspokaja się, gdy śpiewam mu „Pszczółkę Maję”
  • coraz lepiej znosi jazdę samochodem
  • głuży dużo i głośno. Czasami w głużeniu pojawia się głoska /m/ w połączeniu z /e/ – „me”, „em”. Wnikliwie obserwuje twarz i usta osoby, która do niego mówi
  • nadyma policzki, wypuszcza powietrze przez zwarte wargi wydając zabawne dźwięki – /b/, połączenie: „bwwwwww” oraz parska (to wszystko od 25.08)
  • ma kilka ulubionych zabawek: piłeczkę Oball, szmaciaki (lew, kot, zając), kostkę materiałową (zakupioną w Bolesławcu), gryzaki z Canpola – takie na ząbkowanie, wypełnione wodą. Uwielbia też piłkę-jeżyka, ale trzeba mu ją ostrożnie dawkować – piłka jest standardowej wielkości, coś jak do nogi, nie da się włożyć do buzi – gdy Witek się dorwie do tej piłki, to po kilku minutach niebiańskiego wręcz zachwytu i trzęsienia się z wrażenia zaczyna przeraźliwie i rozpaczliwie płakać. Prawdopodobnie dlatego, że piłki nie da się skonsumować w żaden sposób.
  • coraz więcej czasu spędza na macie. Dokupiłam niedawno w sieci osiem puzzli piankowych pasujących do takich, które lata temu kupiliśmy w Pradze Mikołajowi. Takie z Krecikiem. Udało mi się namierzyć tego samego producenta i teraz Witek ma złożone dwa komplety do kupy – 1,2 m wszerz i 1,2 m wzdłuż. Sporo miejsca na turlanie i leżenie

nogi

Przy okazji rozrastania się Witka wzdłuż i wszerz uszyłam kilka dni temu nową partię spodni. Może do zimy wystarczą ;)

spodnie

Wczorajszy wieczór spędziliśmy pierwszy raz – Mariusz i ja – bez dzieci, od czasu, kiedy urodził się Witek. Wszystko to za sprawą biletów na Capital of Rock i dzięki nieocenionej pomocy babci Basi, która zgodziła się przyjechać i zaopiekować swoimi wnukami. Nie powiem – było mi nieswojo zostawiać Witka na tyle godzin bez cycka (postuluję do Najwyższego, by jednak przemyślał kwestię odczepianego biustu w dalszych etapach ewolucji. Dla większego spokoju matek i mniejszych wyrzutów sumienia). Ale okazało się, że niesłusznie – płaczu nie było, dzieci grzecznie się zachowywały, Witek nadal czarował babcię słodkością i nie miał problemów z zaśnięciem. A przyjemnie było wyczyścić głowę przez kilka godzin nie mając pod opieką żadnego nieletniego ;)

Co do samego koncertu, to nie jestem fanem żadnego z występujących zespołów, w związku z czym repertuar był mi (poza w sumie czterema piosenkami) zupełnie nieznany. Sprawiedliwie muszę przyznać, że technicznie i widowiskowo Rammstein zrobił niezłe wrażenie. Muzycznie… cóż. Nie mój klimat. Ale byłam, widziałam, słyszałam, wystarczy :) Za to Mariuszowi bardzo się podobało i to się liczy :)

Tyle na dziś. Było długo. Tym, którzy dotarli do końca – gratuluję :)

Witek uśmiechnięty

Wakacje!

Witek

Nareszcie wakacje :) Mikołaj czekał na nie już od dawna (jakoś tak od 1 września ;)), my mniej-więcej od maja, gdy po starszej latorośli widać już było „zmęczenie materiału” w postaci rosnącej liczby uwag ze strony wychowawczyni ;) Read more

Dwa miesiące!

Witek

Od ostatniego wpisu minęły prawie 3 tygodnie. Pora nadrobić zaległości :) Zwłaszcza, że Witkowi „stuknęły” wczoraj równe 2 miesiące życia z nami. Read more

Rośniemy w siłę

W piątek byłam z Witkiem u neurologa dziecięcego, by ocenić napięcie mięśniowe. Read more

Powrót – 28.10.2011

Stary wpis, znaleziony w „Szkicach”, ale – o dziwo – dokończony. Więc publikuję dziś, na poczet nadziei na kontynuację bloga :)

28.10.2011:

Tak, staram się wrócić, choć nie jest to proste. Czasu coraz mniej, a jak jest wolna chwila, to przyznaję bez bicia, że zlegam przed telewizorem i się odmóżdżam. Obecnie czas mam o tyle, że leżę od dwóch dni plackiem, bo wysiadł mi kręgosłup. Tak naprawdę nie wiem, co to. Byłam na pogotowiu, tam stwierdzono, że kręgosłup mam krzywy, zrotowany i przez to zaczął boleć. Tak samo bolało mnie ze trzy lata temu, gdy dźwigałam Micha. Chociaż aż takiej masakry nie było. Mam zwolnienie, mam lekarstwa, liczę, że dojdę do siebie szybko.

Kilka wydarzeń z ostatnich… 7 miesięcy

Pierwsza rzecz – Mikołaj dostał się do przedszkola publicznego. Do końca sierpnia chodził jeszcze do Zaczarowanej Krainy, a od 1 września poszedł już do masówki. Początki były trudne (chyba bardziej dla nas niż dla niego), bo nie byliśmy do końca pewni, czy dobrze zrobiliśmy. Przedszkole jest nowe, Michu trafił do niego w dniu otwarcia – wszyscy byli spanikowani. I panie w grupie, i dzieci (Michu przeszedł to spokojnie, miał już doświadczenie po Zaczarowanej, inne dzieci przeżywały tego dnia swój pierwszy raz w przedszkolu) i rodzice. Na początku panował tam totalny burdel, ale póki co myślę, że Michu szczęśliwie trafił na sensowne nauczycielki, więc nie powinno być źle. Brakuje mi tylko takiego przepływu informacji na temat zachowania dziecka, jak to było w poprzednim przedszkolu. Jedna pani + pomoc nie zawsze na wszystko zwrócą uwagę… Ale póki co, Michu daje radę, lubi tam chodzić i to jest najważniejsze. Zapisaliśmy go na zajęcia dodatkowe, póki co też mu się podobają, więc chyba będzie ok.

Kolejna rzecz – w lipcu obroniłam pracę dyplomową z logopedii. Z wynikiem bardzo dobrym. Z tego powodu zmieniło się wiele rzeczy. Po pierwsze zmieniłam pracę – z gimnazjum na podstawówkę. Mam tam 6h jako nauczyciel informatyki oraz 5h jako logopeda. W rezultacie trochę więcej tych godzin logopedycznych, bo prowadzę też dodatkowe zajęcia logopedyczne ze środków unijnych. Do tego otworzyłam własną działalność gospodarczą i przyznać muszę, że całkiem dobrze się to kręci. Mam kilkoro dzieci „na mieście”, dojeżdżam też do przedszkola prywatnego, gdzie prowadzę zajęcia logorytmiczne oraz indywidualne z dziećmi. Pracy mam dużo, ale nie narzekam, bo nie spodziewałam się, że tak szybko się to wszystko ruszy od samego początku.

Wakacje. Baaardzo sympatyczne. Mimo że przez kawałek Michu był chory tak, że skończyło się antybiotykiem. Ale będę pisać tylko o pozytywach. Przede wszystkim, to miejsce – Nowa Morawa koło Stronia Śląskiego. Spędziliśmy tam dwa tygodnie i trzeba przyznać, że wypoczęliśmy rewelacyjnie. Wynajęliśmy domek (za sąsiadów mieliśmy Monikę, Bartka, Tosię i Indianę). Objechaliśmy kawał ziemi kłodzkiej oraz zaliczyliśmy dwa wypady do Czech. Udało nam się dotrzeć z Michem na Igliczną – jego pierwsza góra zdobyta samodzielnie. Przy okazji niepogody Mikołaj brał udział w warsztatach czerpania papieru w Muzeum Papiernictwa w Dusznikach Zdroju. Baaardzo mu się podobało :)

Latem udało nam się jeszcze na dwie góry dotrzeć – na Ślężę oraz na Szczeliniec. Wszędzie Michu dotarł o własnych siłach. Dumni byliśmy z niego bardzo.

Co do samego Mikołaja, to rośnie tak szybko, że co chwilę trzeba dokupować mu nowe ciuchy lub buty. Średnio 1 cm na miesiąc, jeśli chodzi o wzrost. Do tego rosną mu blond włosy, których nie pozwala sobie obciąć. Zaliczyliśmy już jedną wizytę u fryzjera, gdzie wszyscy oczekiwali (i fryzjerka, i my, i klienci) na rychły koniec, bo Michu darł się tak, jakby mu skalp zdzierali. A golić go już nie chcę, bo jakoś mi się już taki duży Mikołaj z jeżem na 3mm nie podoba.

Poza tym Michu rozwija się też w innych zakresach – nie tylko tych fizycznych ;) Mówi nieco lepiej, choć i tak uważam go za moją logopedyczną porażkę ;))) Nie chce ze mną ćwiczyć, piernik jeden. Raczej jest zrozumiały dla otoczenia, ale mogłoby być lepiej. Generalnie, jak nie uda mi się go zachęcić teraz, to za kilka lat nie będzie miał wyjścia – będzie starszy, teoretycznie mądrzejszy i liczę, że wtedy coś wskóramy.

Michu potrafi świetnie liczyć. Sprawnie liczy do 10, potrafi dodawać i odejmować do 5 mniej-więcej. Robi się też bardziej spostrzegawczy (a były z tym kłopoty). Trochę gorzej jest ze skupieniem uwagi. Czasami trafia mnie, gdy widzę, jak Michu się ubiera (sytuacja z dzisiejszego ranka) i zamiast patrzeć na to, co robi, rozgląda się wokół czego efektem są dwie nogi w jednej nogawce spodni. Ech… Ale przyznać muszę, że i tak świetnie sobie radzi. W czasie wakacji nabrał trochę krzepy, podciągnął się fizycznie. Z zachowaniem bywa różnie – w pierwszych tygodniach nowego przedszkola był tak zmęczony (siedzi tam niestety po 8h), że chwilami można było zwariować od różnych histerii i fochów. Ale wychodzimy na prostą. Pewnie do czasu – widzę, że to powraca cyklicznie co jakiś czas. Ale teraz Mikołaj ma dużą motywację. Stara się dobrze zachowywać, bo zapracowuje sobie na chomika, którego obiecaliśmy mu na urodziny. I przyznam, że efekty są.

Mikołaj zabija nas różnymi pytaniami i swoimi spostrzeżeniami. Niestety, nie notuję ich ostatnio, a szkoda. Chyba czas zacząć, bo potem te teksty ulatują z głowy, a są świetne. Np. „Co to jest asfalt?” „To taka substancja, którą się kładzie na drogę, by mogły nią jeździć samochody. Jak się ją kładzie to jest bardzo gorąca” „Aha… To jak ją kładą ludzie, to muszą stać na chodniku, żeby się nie poparzyć”. Logika w czystej postaci :) Albo wczoraj: „Były dzisiaj zajęcia plastyczne?” „Tak”. „I co robiliście?” „Lepiliśmy pieski z gliny.” „I ty też ulepiłeś pieska?!” (pytam z zachwytem, bo gdy ostatnio lepili kotka, to Mikołaj ulepił… sygnalizator świetlny). „Nieee… Ja ulepiłem drogę…” „Drogę?” (pytam z rozczarowaniem). „Taaak… Dla piesków!” Ech :)

Ostatnie zabawy Micha skupiają się przede wszystkim na zabawie w przedszkole. On jest panią ze swojej grupy, w pokoiku siedzą dzieci i Mikołaj nimi „rządzi” ;) Fajnie to wygląda – prowadzi dla nich zabawy, sprawdza obecność z listą i wypuszcza do domu, gdy przychodzą wyimaginowani rodzice. Poza tym ciągle na tapecie są znaki, światła oraz budowanie drogi. Mariusz kiedyś mu powiedział, że taki pan od ustalania gdzie stoi jaki znak, albo jak działają światła to inżynier ruchu drogowego. I od tego czasu Michu opowiada wszystkim, że będzie „insyniejem juchu djogowego”. Coś w tym może być… Na znakach zna się lepiej niż my, do tego jest pierońsko spostrzegawczy – wypatrzy najmniejszą zmianę na ulicy ;) Ogólnie to zabawny ten nasz Misiek.

Tyle na dziś. Kolejne streszczenie za pół roku ;)

I po feriach…

Dzisiejszy wpis składa się z dwóch części – pierwsza sprzed prawie miesiąca. Oczywiście zapisałam ją w szkicach, by potem dokończyć, no a potem zapomniałam. Część druga – bieżąca. Do czytania, gotowi, start!

morze

Część pierwsza

Jak w tytule. Ferie minęły jak z bicza strzelił. Szkoda, bo były baaardzo przyjemne. Zwłaszcza ich część druga. Ale po kolei.

Pierwszy tydzień to praktyki w PORT na Kozanowskiej. Momentami przynudnawo, ale większość ok. Bardzo owocne były zwłaszcza dni, kiedy była tam p.Ela. Przy okazji zaliczyłam już na konto egzaminu z dyslalii bajkę koartykulacyjną oraz masaż zewnętrzny twarzy.

W sobotę, 19 lutego, ruszyłam z Michem w stronę Szczecina. Tym razem jechałam przez Polskę, bo odbierałam z Żar Tosię i Danusię. I tu miłe zaskoczenie – do Żar z Wrocka dwie godziny, z Żar do Przecławia 3h 15 minut. Czyli bardzo porównywalnie z tym, co przejeżdżałam przez Niemcy. Zresztą drogę powrotną miałam jeszcze krótszą, bo już nie przez Żary, ale po bożemu przez Zieloną, Polkowice, Środę Śląską. I tu miłe zaskoczenie – wyjechałam ze Szczecina o 9.40, we Wrocławiu byłam o 14.30, w tym 40 minut spędziłam z Michem w Polkowicach w McDonaldzie. Bardzo mi się to podoba. Jednak jakoś spokojniej się czuję ze świadomością, że gdy mnie zatrzyma policja, to zrozumiem, co do mnie mówią ;) W każdym bądź razie rzeczywiście, od kiedy oddali do użytkowania fragmenty s3 Szczecin z Wrocławiem jakby się zbliżyły do siebie. Oczywiście, są wąskie gardła typu trasa Gorzów-Skwierzyna (masakra!), ale warto wierzyć, że i to kiedyś zamieni się w ekspresówkę.

Jadąc tą trasą przejeżdżałam przez Świebodzin, centralnie za plecami kolosalnego Chrystusa, zwanego przez szwagra Aragornem :) Powiem Wam, że o zmroku można się wystraszyć ;) Wygląda to okropnie, na moje oko strasznie niewymiarowa postać. No ale jak ktoś ma kompleks, to nic na to nie poradzimy.

Miki i Tosia

Teraz będzie o Pobierowie. W sumie byliśmy tam od niedzieli do soboty – tydzień. Mikołaj, Tosia, Monika i ja. Mieliśmy dla siebie taki segment – dwa pokoje, łazienka, kuchnia – w ośrodku Uniwersytetu Szczecińskiego. Miejsce super, w dodatku w samym centrum, zaraz obok zejścia na plażę. W sezonie podobno jest tam tłum i hałas, ale teraz było po prostu bosko.
Mikołaj trochę doszedł do siebie po tygodniowym wdychaniu jodu. Choć początek miał ciężki – zaraz drugiego dnia tak się rozkaszlał, że wylądowałam z nim u miejscowego lekarza. Zapisał bactrim i dziecko doszło do siebie. Lekarz zalecił spacery po plaży, co też czyniliśmy.
Michowi bardzo się nasz wyjazd podobał. Lubił wychodzić na spacery, zwłaszcza upodobał sobie Trzęsacz (jeździliśmy tam na obiady do restauracji przy ruinach), w którym przy kościółku na skarpie rośnie ogromne drzewo z wielką dziuplą. Wchodził tam z Tosią i mieli świetną zabawę razem :)
W Pobierowie wprowadziliśmy nową tradycję – wieczornych spacerków przed snem. Od tej pory Michu domaga się ich także w domu (o ile ma jeszcze siły).
Przywieźliśmy znad morza mnóstwo zdjęć, które obejrzeć można w naszej galerii.
Muszę przyznać, że wspaniale trafiliśmy z pogodą. Temperatura była zazwyczaj w okolicach 0 w ciągu dnia, w nocy spadała, ale przez to, że było bardzo słonecznie i bezwietrznie odczuwalna była o wiele wyższa.
Mieliśmy piękne zachody słońca, woda przybierała wówczas błękitny odcień. Bajka, po prostu. Aż żal było wyjeżdżać.

klif

W Pobierowie wkręciłam się z nordic walking.
Monika mnie przeszkoliła i użyczała swojego sprzętu, który wykorzystywałam niecnie w okolicach owych pięknych zachodów. Postanowiłam zaopatrzyć się w sprzęt do walkingu i śmigać po parku w te dni, kiedy mam mniej lekcji.

Muszę przyznać, że bardzo wypoczęłam w czasie tego wyjazdu. Mikołaj miał świetne towarzystwo w osobie Tosi, która zajmowała się nim niczym rasowa opiekunka :) Bywały, co prawda, momenty, kiedy marzyłam już o tym, by poszedł na powrót do przedszkola (bo buzia mu się nie zamykała i non stop coś gadał), ale przeżyłyśmy :) Mariusz stwierdził, że przywiozłam mu znad morza innego Micha – wrócił rozgadany i sypie takimi tekstami, że są chwile, kiedy zrywamy boki ze śmiechu. Muszę mu założyć jakiś zeszyt na „złote myśli”, tudzież zrobić oddzielną kategorię wpisów na te jego „mądrości”. Małe przykłady:

Monika prosi Tosię, by założyła aparat na zęby. Po jakimś czasie mówię do Micha: „Czy Tosia założyła aparat?”. Na to Michu: „Tak, założyła. (i po chwili namysłu) Aparat w buzi to dobra rzecz!”

Mariusz: Michu, sprzątaj zabawki.
Mikołaj: Już się robi.
Mariusz: No jakoś nie widać, żeby się robiło, bo zamiast sprzątać siedzisz na fotelu.
Mikołaj: No to zaraz się będzie robiło!

I sami powiedzcie, jak tu się nie śmiać, gdy trzylatek sadzi tekstami jak dorosły?

Michu zaczął też używać zwrotów, które czasem zaskakują. Np.:”muszę się zastanowić”, „pomyślę o tym”, „zastanawiam się dlaczego…” Myśliciel… :)

Chcemy wybrać się z Michem do Wrocławskiego Teatru Lalek na spektakl – albo na „Calineczkę”, albo na „Co w trawie piszczy”. Z naciskiem na to pierwsze. W poniedziałek był w przedszkolu teatrzyk i Mikołajowi bardzo się spodobało. Zresztą o wcześniejszym też bardzo pozytywnie się wypowiadał, pomyśleliśmy więc, że warto podchwycić ten zapał. W bibliotece niedaleko Mariusza pracy dwa razy w miesiącu też wystawiane są przedstawienia dla dzieci, w związku z czym też chcemy się w którąś sobotę wybrać.

W ten weekend uderzymy chyba w końcu na basen. Ostatni raz byłam z Michem w aquaparku w czerwcu. Wstyd, że tak dawno. Ale z drugiej strony nie było kiedy, bo od końca sierpnia Michu non stop chorował, albo dochodził do siebie po chorobie.

Mikołaj ostatnio zaczął interesować się zwierzątkami. To nowość po jego wcześniejszej awersji do zwierząt. W Pobierowie szalał za kotami, które mieszkały przy ośrodku; w Szczecinie zachwycił się chomikiem oraz zacałowywał psa. Całkiem miła odmiana :)

Dobra, tyle na dziś, bo już mnie ręce od klepania bolą. Do następnego!

zachod

Część druga

Prawie miesiąc minął od części pierwszej, ale przynajmniej przez ten czas udało mi się wrzucić zdjęcia na stronę. Można je obejrzeć w naszej galerii: Ferie w Pobierowie. Wreszcie też reaktywowałam dzieciowisko – a przynajmniej się staram :) Nowy wpis na temat logopedów jest tutaj: Po co komu logopeda?

Właśnie „robi mi się” zupa pomidorowa na obiad dzisiejszy. Dzięki temu, że byłam rano na konkursie germanistycznym z uczniami z mojej klasy, upiekł mi się długi dzień w pracy (powinnam być do 15.00). Nie jest to dla mnie bez różnicy w tym tygodniu, bo jutro akurat też idziemy do szkoły. Mimo soboty. Bo 12 listopada odrabiamy… Ech… A w niedzielę mam zajęcia z dyslalii, więc też marne szanse na wyspanie się. Za to przyszły weekend zapowiada się ciekawie. Nie pamiętam, czy pisałam o tym wcześniej, Mariusz kupił w grudniu kupon na groupon.pl – na dwa noclegi w czterogwiazdkowym hotelu w zamku. Do tego mamy do dyspozycji jaccuzi, saunę, basen oraz dwa zabiegi w spa. Co prawda chcieliśmy jechać sami, ale tak się porobiło, że w najbliższym czasie nikomu nie pasuje, by zabrać do siebie Micha, toteż postanowiliśmy domówić dostawkę i wybrać się rodzinnie. A gdzie jedziemy? A tutaj – zameknaskale.com.pl. Mam nadzieję, że pogoda dopisze. Relacja z wypadu – po powrocie :)

Cóż poza tym… Od powrotu znad morza Michu jakoś się trzyma (choć dzisiaj rano narzekał na jakieś gile w nosie), za to mnie rozłożyło w ubiegłym tygodniu. Teraz przeziębienie męczy Mariusza – i tak kółko pewnie się zamknie. Ale pogoda daje nadzieję, że wkrótce nasze przeziębienia się skończą.

Na za trzy tygodnie umówiłam Micha do alergologa. Niech go ponownie ktoś przebada pod kątem alergii i tych jego ciągnących się katarów i kaszlu.

Nadchodzące trzy miesiące zapowiadają się intensywnie pod kątem logopedii. Zabieram się za pisanie pracy dyplomowej, bo, jak się uda, chcę się bronić w czerwcu. Tylko z literaturą ciężko. Temat mam przyjemny, ale książek dostać nie sposób – ot, polska myśl naukowa; ogólnie to pozycje z opóźnionego rozwoju mowy są, a jakże, ale nie wznawiane. Więc tylko okładki w sieci można pooglądać. No nic, jakoś trzeba będzie sobie poradzić. Poza pracą dyplomową czeka mnie jeszcze sporo zaliczania – jedna karta (kilkanaście umiejętności) z dyslalii i jedna z dyzartrii (ale to akurat na zajęciach się uda zaliczyć). Trochę przez to będzie jeżdżenia, bo zaliczamy albo na pl.Macieja, albo na Kozanowie. Ale na szczęście pozapisywałam się już na laborki, więc przy okazji przygotuję się też z wymaganych umiejętności.

Michu ostatnio usłyszał w przedszkolu (gdy świętowali czyjeś urodziny) piosenkę „Waka waka” Shakiry i teraz non stop każe ją sobie włączać. Tańczy do tego i śpiewa „akałaka-e-e” i ma niesamowitą frajdę. Cóż, nie zawsze gusta naszych dzieci podążają za naszymi… ;) A oto i sama winowajczyni:

Żeby chociaż Michu widział wcześniej teledysk z kręcącą tyłkiem Shakirą, to może bym zrozumiała tę nagłą miłość… Ech… ;)

Misiu załapał w końcu o co chodzi z rowerkiem biegowym. Armstrongiem to on nie zostanie, ale technikę już skumał. Tylko z prędkością jakoś mu na opak – bardziej sobie spaceruje niż śmiga, ale może to tylko mi się wydaje, bo ja to podobno niezdiagnozowane adhd jestem, jak próbuje wmówić mi małżonek. Aczkolwiek siostra moja rodzona niedawno rozwiała moje lęki związane z tym, że Michu w zeszłym roku tylko prowadzał rowerek zamiast na nim jeździć. Podobno ja, w wieku lat 5 lub 6, mimo posiadania wymarzonego pojazdu, totalnie nie umiałam sobie z nim poradzić i jako jedyna z grupki rówieśników biegałam za nimi (pomykającymi aż miło)… prowadząc rowerek :) Widać, niektóre rzeczy się dziedziczy ;) A że koniec końców na rowerze jeździć umiem, jest więc szansa dla naszego dziecięcia :)

Mikołajowi się śni. Śni mu się wiele różnych rzeczy, najczęściej dzieci z przedszkola oraz panie. Czasem niezłe jazdy są w nocy, gdy Michu krzyczy przez sen: „Gdzie jest moja tojepka?” (torebka – przyp.tłum.) I, mimo że to brzmi jak Tinky-Winky, to nic na to nie poradzę :)

Dobra, kończę, bo przesadzać nie można :)

Heloł!

To znowu ja! W końcu :) Tłumaczyć się nie będę, bo szkoda miejsca. Od razu przejdę do konkretów.

Misiek nam się postarzał. Trzy lata jak z bicza strzelił. Jak ten czas szybko leci… Niedawno przeglądałam zdjęcia z poprzedniego roku, to różnica w wyglądzie Micha jest ogromna. Teraz się wydaje taki poważny, duży, taki przedszkolakowaty. A jeszcze pół roku temu to taki dzidziuś był ;)

Urodziny i imieniny Mikołaja obchodziliśmy hucznie, jak co roku. Objazdowo. Był tort w Głuchowie, był tort w Gnieźnie, był tort w przedszkolu i był tort w domu. I cała góra prezentów. Najpierw św.Mikołaj przyszedł i przyniósł wymarzoną Upsy-Daisy (przytulanka), parasol z Zygzakiem McQuinnem, tablicę świetlną i quiz edukacyjny. Potem z okazji urodzin Michu dostał kolejną stertę – pizzę drewnianą do krojenia, dvd z „Dobranocnym Ogrodem”, karty do rysowania (takie edukacyjne, ze ściereczką, coby potem te rysunki zmazać i wykorzystać ową kartę raz jeszcze) i torbę z różnymi plastikowymi produktami spożywczymi do zabawy – jakieś 130-parę części. Wczoraj ponadto dostał Miś pralkę do zabawy. Na szafie oraz w szatni w pracy Mariusza czeka kolejnych kilka prezentów, które Gwiazdor przyniesie (dla odróżnienia od św.Mikołaja, który niby wygląda tak samo, ale, wiadomo, wielkopolskich korzeni wyzbyć się nie da, więc Gwiazdor przyjść musi ;)).

Sam Mikołaj po raz pierwszy w życiu przeżył świadomie swoje urodziny. Z chęcią dmuchał wszystkie świeczki na tortach, miał wielką radochę, gdy mu śpiewano „Sto lat” i od tego czasu codziennie pyta się nas czy ma dziś urodziny. I gdy słyszy, że nie, zaraz pociesza się, że gdy tata będzie miał niedługo urodziny (za tydzień znaczy się), to on też będzie miał. Generalnie wkręcił się na maksa :)

Przy okazji wyjazdu urodzinowego do Głuchowa i Gniezna doszło do wymiany prezentów świątecznych. Mikołaj już od września przygotowywał swoje podarunki, babcie wydawały się zachwycone własnoręcznie przez Micha wyklejonymi kalendarzami (zakupionymi wcześniej w surowej wersji w Lidlu) oraz wymalowanymi i wyklejonymi bombkami choinkowymi. Dumny był Miś bardzo ze swoich prac, my również, bo chętnie brał się do zdobienia, zarówno kalendarzy, jak i bombek. W ogóle Michu bardzo lubi wszelkiego rodzaju wyklejanie różnymi brokatami, naklejkami i innymi ozdobnikami. Myślę, że po Nowym Roku zabierzemy się za robienie prezentów wielkanocnych ;)

Mikołaj się rozgadał. Maksymalnie. Buduje już tak piękne zdania, że nie możemy wyjść z podziwu. Codziennie czymś nas zaskakuje nowym. Zmiana logopedy również przyniosła oczekiwany efekt. Mikołaj uwielbia panią Małgosię, ćwiczenie z nią nie jest problemem, jak to bywało wcześniej z dwoma poprzednimi logopedami. No i przede wszystkim coraz lepiej można go zrozumieć. Pięknie wymawia już „k” i „g”. Nie we wszystkich słowach, rzecz jasna, ale bardzo często. Czasem nawet sam się poprawia :) My nie ciśniemy go jakoś szczególnie, staramy się mówić wyraźnie i poprawnie, czasem podpowiemy, ale nie natrętnie. I udaje się. Idzie mu naprawdę dobrze. Już nie woła „Tupę i situ!” ;) No i nie ma już na imię „Nitołaj”, ale „Mikołaj”. Brzmi to naprawdę dumnie :) Któregoś dnia (mam nadzieję, że w święta mi się uda) powrzucam jakieś aktualne filmiki, to sami usłyszycie, jaki nastąpił progres :)

Z okazji, że czeka mnie wkrótce rejestrowanie zajęć logopedycznych do pracy dyplomowej oraz z myślą o przyszłej pracy logopedycznej, małżonek wybrał mi dyktafon – Olympus. Sprzęt daje radę (w końcu wiadomo, że małżonek byle czego nie wybierze), nagrywa rewelacyjnie, ma mnóstwo opcji, ustawienia czułości mikrofonu i inne pierdoły. Przy tej okazji nagrywać zaczęłam też Miśka. Rozmowy z nim czasem powalają :) Myślę, że takie dialogi będą dla niego miłą pamiątką za kilkanaście lat. A jeśli nie dla niego, to dla nas na pewno :)

Święta spędzamy tradycyjnie we Wrocławiu, w swoim trzyosobowym gronie. Rodziny obydwie odwiedziliśmy już, więc nie ma napinki, by w święta jeszcze gdzieś jeździć. Chyba, że nam strzeli coś do głowy i podjedziemy do Głuchowa lub Gniezna na kawę.

Sylwestra też spędzamy w domu. Tylko zimne ognie trzeba kupić :)

Mam trochę nowych zdjęć. Nie za dużo, bo fotografowanie też ostatnio zaniedbałam, ale coś tam, mam nadzieję, w święta wrzucę i wtedy dam znać. Dziś nie wklejam nic, bo już późno, a zdaję sobie sprawę, że jeśli nie wrzucę dzisiaj tego wpisu, to znowu mi przynajmniej kilka dni minie, nim do tego wrócę. Wybaczcie więc brak grafiki jakiejkolwiek. Wkrótce nadrobię i te zaległości.

Na dziś koniec. Choć trochę uzupełniłam braki. Do następnego :)

O Kołobrzegu

Jak już część z Was wie – tegoroczny urlop Mariusza spędziliśmy w Kołobrzegu. Ci, co korzystają z facebooka mogli już nawet foty z naszych wakacji obejrzeć, a tych, którzy z owego ustrojstwa nie korzystają odsyłam tutaj.

Ogólnie rzecz biorąc było fajnie. Pogoda zepsuła nam się w sumie tylko na dwa dni, więc i tak nieźle. Mieszkanie umiejscowione było stosunkowo blisko morza, więc nie trzeba było jakoś szczególnie się nachodzić.

Mikołajowi też chyba się podobało. Mógłby całymi dniami siedzieć na plaży i bawić się piachem i wodą. Nie mogłam wyjść z podziwu, ile do zrobienia miał tam ciągle – a to jakieś dziury kopał, a to babki robił, a to piórko znalazł, a to wodę nosił… Ciągle coś :) Robił też niezłe odległości, jeśli chodzi o spacerowanie – i to na własnych nogach! Wózek użyty był w sumie dwa razy – raz, gdy szliśmy na molo i raz, gdy padało i szliśmy na obiad. Nieźle się Michu wytrenował ;)

Wyjazd spędziliśmy częściowo na leniuchowaniu na plaży i częściowo na innych „atrakcjach”. W środę (byliśmy tam od pn do nd) sprawiliśmy niezłą frajdę Michowi, bo zabraliśmy go na przejażdżkę zabytkową kolejką na trasie Pogorzelica-Trzęsacz-Pogorzelica. Przy okazji spotkaliśmy się też z Moniką, Bartkiem i Tosią. Oni z kolei odwiedzili nas w piątek, ale pogoda była kiepska, więc poza pójściem na obiad i kawę nic więcej nie „zaliczyliśmy”. W czwartek wybraliśmy się na rejs „Piratem”. Muszę przyznać, że pływanie statkiem po morzu nie należy do moich ulubionych rozrywek. Okazało się, że mam chorobę morską. Co prawda nie wyrzygałam się za burtę, ale jeszcze dobrą godzinę po zejściu na ląd czułam się jak nawalona. Masakra.

Ulubionym miejscem w Kołobrzegu okazała się kawiarnia „Widokówka” – umiejscowiona na 12(najwyższym) piętrze sanatorium „Kombatant”. Jest bardzo ładnie zaprojektowana – środkowa część to zwykła kawiarnia, natomiast naokoło niej zrobiony jest taras widokowy ze stoliczkami, krzesłami, grillem a nawet mini-placem zabaw dla dzieci. Udało nam się tam nawet załapać na jeden zachód słońca. Gdyby nie to, że obsługa w dni większego ruchu słabo sobie radzi, to w ogóle można by z tego miejsca nie wychodzić ;) Ale jakby na to nie spojrzeć – byliśmy tam w sumie codziennie :)

Przy okazji niepogody Mikołaj nadrobił częściowe straty w oglądaniu światowych animacji ;) Do tej pory wszelkie próby puszczenia Michowi bajek dłuższych niż półgodzinne i bez logo CBeebies kończyły się fiaskiem, a tu nagle taka zmiana – obejrzeliśmy więc w sumie „Shreka”, „Film o pszczołach”, „Kung-Fu Pandę” i „Na fali” :) Co prawda część z tych bajek służyła Michowi jako usypiacz do popołudniowej drzemki, za to ja obejrzałam z chęcią wszystkie :)

Z „nadmorskich pamiątek” to Michu przywiózł sobie cały koszyk muszli przeróżnych, ja pięknego anioła z „Galerii Pod Aniołem” (pod Aniołami?), Mariusz rękodzielniczy kubek, a z rzeczy wspólnych udało nam się kupić bardzo przyjemną pościel na naszą dużą kołdrę i poduszki. W sumie to wszyscy zadowoleni :)

Przy okazji muszelek, to mi się przypomniało, że w sobotę 17 lipca, przed wyjazdem do Kołobrzegu, udało nam się jeszcze odwiedzić Lwówek Śląski, gdzie odbywało się akurat „Agatowe Lato”. To impreza totalnie dla mnie – kilkadziesiąt stoisk z biżuterią, kamieniami i rękodziełem. Michu (który ma ciągle jakąś fazę na zbieranie kamyczków wszelakich) kupiliśmy pół kilko oszlifowanych agatów. Trzyma je teraz w szkatułce i służą mu jako pieniądze w zabawie w sklep :)

To by było na tyle o naszych wakacyjnych wojażach. Być może uda nam się jeszcze gdzieś wybrać na weekend w sierpniu, ale to się dopiero okaże :)

I na koniec kołobrzeskie kino plażowe z Michem w roli głównej:

Podmyty Misiek:

Rozmowy plażowe na tematy ogólne:

Plaży ciąg dalszy:

Michu śpiewa, tańczy, kopie i sprzedaje ;)

O Openerze…

Było po prostu bosko! Za rok jedziemy koniecznie na całe cztery dni. Tylko nocleg trzeba znaleźć poza obozowiskiem Openera, bo te tojtoje mnie odstraszają. Raz ewentualnie da się przeżyć, ale perspektywa korzystania z nich cztery dni mnie odstrasza. No, ale nie o kiblach miał to być wpis :)

Najpierw organizacja. Tu duży plus dla Organizatorów, bo my osobiście nie mieliśmy do czego się przyczepić. Od momentu dotarcia na dworzec w Gdyni wszystko szło sprawnie i gładko. Włącznie z tym, że w rządku czekały na festiwalowców bezpłatne autobusy, które przejeżdżały migiem przez miasto. Do tego w kilku miejscach policja sterowała ruchem w taki sposób, by autobusy te miały pierwszeństwo przejazdu. Po dotarciu na miejsce czekał nas jeszcze kawałek spacerku i mogliśmy już wchodzić na teren Openera. Tam najpierw zrobiliśmy ogólne rozeznanie co gdzie jest. Obeszliśmy wszystkie stragany rzecz jasna (nie darowałabym sobie! ;)), kupiliśmy przy okazji koszulkę, pocztówkę, a potem jeszcze dokupiłam płytę Skunk Anansie, bo okazało się, że w namiocie obok dużej sceny zespół będzie rozdawał autografy.

Obejście wszystkiego zajęło nam sporo czasu. Teren jest tam ogromny po prostu. Jakoś tak po szóstej ustawiłam się w kolejce do namiotu „autografowego”, bo Skunk miał wyjść do nas o 18.30. Kolejka się wydłużała, ale w sumie chyba wszyscy się załapali :) Zespół wyszedł punktualnie, razem ze Skin, której podobno jednak nikt się tam nie spodziewał :) Strzeliłam kilka zdjęć, oczywiście kompaktem, bo lustrzanki nie udałoby nam się wnieść na teren festiwalu. Foty krzywe trochę i w ogóle nie za cudne, ale się nie dziwcie – byłam pod takim wrażeniem, że nie myślałam o tym, co robię ;) Mariusz nabijał się ze mnie, że poszłam po autograf jak gimnazjalistka, ale ja się tego nie wstydzę wcale :) I nie żałuję :)

Mariusz w czasie mojego kolejkowania „trzymał” nam miejsce na Skunk Anansie, słuchając jednocześnie koncertu, który od 18.00 się na dużej scenie odbywał. Załapałam się też na kawałek i powiem Wam, że był czaderski – polski hip-hop w naprawdę świetnym wydaniu. Koleś, tudzież zespół cały, nazywał się LUC. Mariusz stwierdził, że nigdy nie spodziewałby się, że spodoba mu się polski rap, a tu tym czasem niespodzianka! :)

Skunk zaczął punktualnie o 20.00. Do tej pory byłam na trzech tak dużych koncertach – na Genesis, Red Hot Chili Peppers i na Skunkach, i przyznać muszę, że zdecydowanie koncert Skunk był najlepszy. Przede wszystkim było dobre nagłośnienie, staliśmy w sensownej odległości, więc widzieliśmy co dzieje się na scenie, do tego dobrze rozmieszczone telebimy. No i oczywiście Skin, wokalistka, która dawała z siebie wszystko i świetnie jej to wychodziło. Cały koncert przebiegała po scenie i wzdłuż widowni, w świetnym humorze i z taką energią, że wszystkim się udzielało. Rzucała się na wystawione ręce ludzi, które unosiły ją (i o dziwo nie spadła! ;)) i robiła setki innych rzeczy – jednym słowem na scenie nieustannie coś się działo. Do tego wszystkiego dodać należy, że Skin na żywo naprawdę potrafi śpiewać. Ma zajebisty głos, skalę rozpiętości jakąś niebanalną i na scenie śpiewa tak samo czysto i naturalnie jak podczas nagrań w studio. Zakochałam się w jej głosie na dobre.

Co do repertuaru to było praktycznie wszystko z ostatniej płyty „Smashes&Trashes” oraz nowinka „My ugly boy” z płyty, która ma wyjść we wrześniu.
Jedyne, do czego się muszę przyczepić, to to, że koncert był zdecydowanie za krótki! Trwał niecałe półtorej godziny, co dla mnie było rozczarowaniem. Wiem, że o 22.00 był następny koncert i musieli przygotować scenę, ale nie zmienia to faktu, że ja mogłabym jeszcze słuchać Skin przez co najmniej godzinę :) Potem pewnie bolałyby mnie nogi i gardło ;)

Koniec końców cały wypad Openerowy był megaudany. A dla tych, co nie kojarzą Skunk Anansie klipy:

„Hedonism” – chyba najbardziej znana piosenka zespołu

Ta z ostatniej płyty – „Because of You”

No i najnowsza – „My ugly boy”

Wszystkie klipy pochodza z oficjalnej strony Skunk Anansie na youtube.com.

W galerii jest kilka zdjęć z koncertu. Nie za dobrej jakości, ale są :)

I na koniec autograf zespołu: