I po feriach…

Dzisiejszy wpis składa się z dwóch części – pierwsza sprzed prawie miesiąca. Oczywiście zapisałam ją w szkicach, by potem dokończyć, no a potem zapomniałam. Część druga – bieżąca. Do czytania, gotowi, start!

morze

Część pierwsza

Jak w tytule. Ferie minęły jak z bicza strzelił. Szkoda, bo były baaardzo przyjemne. Zwłaszcza ich część druga. Ale po kolei.

Pierwszy tydzień to praktyki w PORT na Kozanowskiej. Momentami przynudnawo, ale większość ok. Bardzo owocne były zwłaszcza dni, kiedy była tam p.Ela. Przy okazji zaliczyłam już na konto egzaminu z dyslalii bajkę koartykulacyjną oraz masaż zewnętrzny twarzy.

W sobotę, 19 lutego, ruszyłam z Michem w stronę Szczecina. Tym razem jechałam przez Polskę, bo odbierałam z Żar Tosię i Danusię. I tu miłe zaskoczenie – do Żar z Wrocka dwie godziny, z Żar do Przecławia 3h 15 minut. Czyli bardzo porównywalnie z tym, co przejeżdżałam przez Niemcy. Zresztą drogę powrotną miałam jeszcze krótszą, bo już nie przez Żary, ale po bożemu przez Zieloną, Polkowice, Środę Śląską. I tu miłe zaskoczenie – wyjechałam ze Szczecina o 9.40, we Wrocławiu byłam o 14.30, w tym 40 minut spędziłam z Michem w Polkowicach w McDonaldzie. Bardzo mi się to podoba. Jednak jakoś spokojniej się czuję ze świadomością, że gdy mnie zatrzyma policja, to zrozumiem, co do mnie mówią ;) W każdym bądź razie rzeczywiście, od kiedy oddali do użytkowania fragmenty s3 Szczecin z Wrocławiem jakby się zbliżyły do siebie. Oczywiście, są wąskie gardła typu trasa Gorzów-Skwierzyna (masakra!), ale warto wierzyć, że i to kiedyś zamieni się w ekspresówkę.

Jadąc tą trasą przejeżdżałam przez Świebodzin, centralnie za plecami kolosalnego Chrystusa, zwanego przez szwagra Aragornem :) Powiem Wam, że o zmroku można się wystraszyć ;) Wygląda to okropnie, na moje oko strasznie niewymiarowa postać. No ale jak ktoś ma kompleks, to nic na to nie poradzimy.

Miki i Tosia

Teraz będzie o Pobierowie. W sumie byliśmy tam od niedzieli do soboty – tydzień. Mikołaj, Tosia, Monika i ja. Mieliśmy dla siebie taki segment – dwa pokoje, łazienka, kuchnia – w ośrodku Uniwersytetu Szczecińskiego. Miejsce super, w dodatku w samym centrum, zaraz obok zejścia na plażę. W sezonie podobno jest tam tłum i hałas, ale teraz było po prostu bosko.
Mikołaj trochę doszedł do siebie po tygodniowym wdychaniu jodu. Choć początek miał ciężki – zaraz drugiego dnia tak się rozkaszlał, że wylądowałam z nim u miejscowego lekarza. Zapisał bactrim i dziecko doszło do siebie. Lekarz zalecił spacery po plaży, co też czyniliśmy.
Michowi bardzo się nasz wyjazd podobał. Lubił wychodzić na spacery, zwłaszcza upodobał sobie Trzęsacz (jeździliśmy tam na obiady do restauracji przy ruinach), w którym przy kościółku na skarpie rośnie ogromne drzewo z wielką dziuplą. Wchodził tam z Tosią i mieli świetną zabawę razem :)
W Pobierowie wprowadziliśmy nową tradycję – wieczornych spacerków przed snem. Od tej pory Michu domaga się ich także w domu (o ile ma jeszcze siły).
Przywieźliśmy znad morza mnóstwo zdjęć, które obejrzeć można w naszej galerii.
Muszę przyznać, że wspaniale trafiliśmy z pogodą. Temperatura była zazwyczaj w okolicach 0 w ciągu dnia, w nocy spadała, ale przez to, że było bardzo słonecznie i bezwietrznie odczuwalna była o wiele wyższa.
Mieliśmy piękne zachody słońca, woda przybierała wówczas błękitny odcień. Bajka, po prostu. Aż żal było wyjeżdżać.

klif

W Pobierowie wkręciłam się z nordic walking.
Monika mnie przeszkoliła i użyczała swojego sprzętu, który wykorzystywałam niecnie w okolicach owych pięknych zachodów. Postanowiłam zaopatrzyć się w sprzęt do walkingu i śmigać po parku w te dni, kiedy mam mniej lekcji.

Muszę przyznać, że bardzo wypoczęłam w czasie tego wyjazdu. Mikołaj miał świetne towarzystwo w osobie Tosi, która zajmowała się nim niczym rasowa opiekunka :) Bywały, co prawda, momenty, kiedy marzyłam już o tym, by poszedł na powrót do przedszkola (bo buzia mu się nie zamykała i non stop coś gadał), ale przeżyłyśmy :) Mariusz stwierdził, że przywiozłam mu znad morza innego Micha – wrócił rozgadany i sypie takimi tekstami, że są chwile, kiedy zrywamy boki ze śmiechu. Muszę mu założyć jakiś zeszyt na „złote myśli”, tudzież zrobić oddzielną kategorię wpisów na te jego „mądrości”. Małe przykłady:

Monika prosi Tosię, by założyła aparat na zęby. Po jakimś czasie mówię do Micha: „Czy Tosia założyła aparat?”. Na to Michu: „Tak, założyła. (i po chwili namysłu) Aparat w buzi to dobra rzecz!”

Mariusz: Michu, sprzątaj zabawki.
Mikołaj: Już się robi.
Mariusz: No jakoś nie widać, żeby się robiło, bo zamiast sprzątać siedzisz na fotelu.
Mikołaj: No to zaraz się będzie robiło!

I sami powiedzcie, jak tu się nie śmiać, gdy trzylatek sadzi tekstami jak dorosły?

Michu zaczął też używać zwrotów, które czasem zaskakują. Np.:”muszę się zastanowić”, „pomyślę o tym”, „zastanawiam się dlaczego…” Myśliciel… :)

Chcemy wybrać się z Michem do Wrocławskiego Teatru Lalek na spektakl – albo na „Calineczkę”, albo na „Co w trawie piszczy”. Z naciskiem na to pierwsze. W poniedziałek był w przedszkolu teatrzyk i Mikołajowi bardzo się spodobało. Zresztą o wcześniejszym też bardzo pozytywnie się wypowiadał, pomyśleliśmy więc, że warto podchwycić ten zapał. W bibliotece niedaleko Mariusza pracy dwa razy w miesiącu też wystawiane są przedstawienia dla dzieci, w związku z czym też chcemy się w którąś sobotę wybrać.

W ten weekend uderzymy chyba w końcu na basen. Ostatni raz byłam z Michem w aquaparku w czerwcu. Wstyd, że tak dawno. Ale z drugiej strony nie było kiedy, bo od końca sierpnia Michu non stop chorował, albo dochodził do siebie po chorobie.

Mikołaj ostatnio zaczął interesować się zwierzątkami. To nowość po jego wcześniejszej awersji do zwierząt. W Pobierowie szalał za kotami, które mieszkały przy ośrodku; w Szczecinie zachwycił się chomikiem oraz zacałowywał psa. Całkiem miła odmiana :)

Dobra, tyle na dziś, bo już mnie ręce od klepania bolą. Do następnego!

zachod

Część druga

Prawie miesiąc minął od części pierwszej, ale przynajmniej przez ten czas udało mi się wrzucić zdjęcia na stronę. Można je obejrzeć w naszej galerii: Ferie w Pobierowie. Wreszcie też reaktywowałam dzieciowisko – a przynajmniej się staram :) Nowy wpis na temat logopedów jest tutaj: Po co komu logopeda?

Właśnie „robi mi się” zupa pomidorowa na obiad dzisiejszy. Dzięki temu, że byłam rano na konkursie germanistycznym z uczniami z mojej klasy, upiekł mi się długi dzień w pracy (powinnam być do 15.00). Nie jest to dla mnie bez różnicy w tym tygodniu, bo jutro akurat też idziemy do szkoły. Mimo soboty. Bo 12 listopada odrabiamy… Ech… A w niedzielę mam zajęcia z dyslalii, więc też marne szanse na wyspanie się. Za to przyszły weekend zapowiada się ciekawie. Nie pamiętam, czy pisałam o tym wcześniej, Mariusz kupił w grudniu kupon na groupon.pl – na dwa noclegi w czterogwiazdkowym hotelu w zamku. Do tego mamy do dyspozycji jaccuzi, saunę, basen oraz dwa zabiegi w spa. Co prawda chcieliśmy jechać sami, ale tak się porobiło, że w najbliższym czasie nikomu nie pasuje, by zabrać do siebie Micha, toteż postanowiliśmy domówić dostawkę i wybrać się rodzinnie. A gdzie jedziemy? A tutaj – zameknaskale.com.pl. Mam nadzieję, że pogoda dopisze. Relacja z wypadu – po powrocie :)

Cóż poza tym… Od powrotu znad morza Michu jakoś się trzyma (choć dzisiaj rano narzekał na jakieś gile w nosie), za to mnie rozłożyło w ubiegłym tygodniu. Teraz przeziębienie męczy Mariusza – i tak kółko pewnie się zamknie. Ale pogoda daje nadzieję, że wkrótce nasze przeziębienia się skończą.

Na za trzy tygodnie umówiłam Micha do alergologa. Niech go ponownie ktoś przebada pod kątem alergii i tych jego ciągnących się katarów i kaszlu.

Nadchodzące trzy miesiące zapowiadają się intensywnie pod kątem logopedii. Zabieram się za pisanie pracy dyplomowej, bo, jak się uda, chcę się bronić w czerwcu. Tylko z literaturą ciężko. Temat mam przyjemny, ale książek dostać nie sposób – ot, polska myśl naukowa; ogólnie to pozycje z opóźnionego rozwoju mowy są, a jakże, ale nie wznawiane. Więc tylko okładki w sieci można pooglądać. No nic, jakoś trzeba będzie sobie poradzić. Poza pracą dyplomową czeka mnie jeszcze sporo zaliczania – jedna karta (kilkanaście umiejętności) z dyslalii i jedna z dyzartrii (ale to akurat na zajęciach się uda zaliczyć). Trochę przez to będzie jeżdżenia, bo zaliczamy albo na pl.Macieja, albo na Kozanowie. Ale na szczęście pozapisywałam się już na laborki, więc przy okazji przygotuję się też z wymaganych umiejętności.

Michu ostatnio usłyszał w przedszkolu (gdy świętowali czyjeś urodziny) piosenkę „Waka waka” Shakiry i teraz non stop każe ją sobie włączać. Tańczy do tego i śpiewa „akałaka-e-e” i ma niesamowitą frajdę. Cóż, nie zawsze gusta naszych dzieci podążają za naszymi… ;) A oto i sama winowajczyni:

Żeby chociaż Michu widział wcześniej teledysk z kręcącą tyłkiem Shakirą, to może bym zrozumiała tę nagłą miłość… Ech… ;)

Misiu załapał w końcu o co chodzi z rowerkiem biegowym. Armstrongiem to on nie zostanie, ale technikę już skumał. Tylko z prędkością jakoś mu na opak – bardziej sobie spaceruje niż śmiga, ale może to tylko mi się wydaje, bo ja to podobno niezdiagnozowane adhd jestem, jak próbuje wmówić mi małżonek. Aczkolwiek siostra moja rodzona niedawno rozwiała moje lęki związane z tym, że Michu w zeszłym roku tylko prowadzał rowerek zamiast na nim jeździć. Podobno ja, w wieku lat 5 lub 6, mimo posiadania wymarzonego pojazdu, totalnie nie umiałam sobie z nim poradzić i jako jedyna z grupki rówieśników biegałam za nimi (pomykającymi aż miło)… prowadząc rowerek :) Widać, niektóre rzeczy się dziedziczy ;) A że koniec końców na rowerze jeździć umiem, jest więc szansa dla naszego dziecięcia :)

Mikołajowi się śni. Śni mu się wiele różnych rzeczy, najczęściej dzieci z przedszkola oraz panie. Czasem niezłe jazdy są w nocy, gdy Michu krzyczy przez sen: „Gdzie jest moja tojepka?” (torebka – przyp.tłum.) I, mimo że to brzmi jak Tinky-Winky, to nic na to nie poradzę :)

Dobra, kończę, bo przesadzać nie można :)

Lutowo

No, całkiem nieźle mi idzie – wpis średnio raz na dwa miesiące… Staczam się na dno… No nic, trza się trochę pozbierać i choćby jakiś „teleekspres” z tych dwóch miesięcy zrobić ;)

Święta nam minęły domowo. W tym roku nie przegięliśmy z ilością żarła, co sobie chwalę, bo i taniej, i szczuplej ;) Kilkanaście zdjęć z Wigilii i świątecznych spacerków obejrzeć możecie sobie w galerii.

Michu, począwszy od imienin, dostał tyle prezentów, że już się pogubiłam. W Wigilię dostał wielki warsztat mechanika samochodowego Cobi, stemple z literami i cyframi, liczydło, Makę Pakę do kąpieli i chyba nie pamiętam więcej :) A nie, pamiętam – zestaw ciastoliny „Lodziarnia”.

W Święta udało nam się wybrać na sanki do parku południowego. Michu nie chciał zejść z górki (jedynej w tym parku!), co zaowocowało potem lekkim katarem z przemarznięcia. Jakieś ofiary muszą być ;) Przy okazji – zakupiliśmy przed Świętami iLive’11 na Maca, w związku z czym przetestowałam opcję trailera. Oto wynik:

Część z Was pewnie to widziała, bo wrzucałam na facebooka :)

Sylwestra również spędziliśmy kameralnie w domu. Michu miał posiedzieć z nami, ale padł o 20.00. Cóż, za rok spróbujemy znowu :) Za to my nie mogliśmy się zdecydować, czy oglądać „porywającego” Sylwestra z tvp1 czy też może „szalonego” Sylwestra na Polsacie… Jedno bardziej żenujące od drugiego…

Między świętami i Sylwestrem Mariusz miał urlop, ja przerwę świąteczną, co zamierzaliśmy przeznaczyć na szwędactwo po mieście (bo Michu miał być w przedszkolu). Niestety, plan wypalił tylko pierwszego dnia, bo od poświątecznego wtorku Michu siedział z nami w domu zakatarzony. Ale przynajmniej dzień wcześniej udało nam się dotrzeć do kina na zaległego Harrego Pottera.

W styczniu wylądowałam na cztery dni w szpitalu na Grabiszyńskiej, w klinice chorób płucnych. Bo mi na jesieni wykryto zmiany w płucach i powiększone węzły chłonne śródpiersia. Podejrzenie sarkoidozy. Diagnoza niczym z dra House’a. W grudniu zrobiłam tomografię płuc, a w szpitalu poszerzyli mi diagnostykę o bronchoskopię (fuuuj!), usg, różne badania krwi oraz dyfuzję dwutlenku węgla w płucach, czy jakoś tak. Ze śluzówki w oskrzelach (czy gdzieś w okolicy) pobrano wycinek i wysłano mnie do domu. Ale ostatecznej diagnozy i wyników nie mam, bo jeszcze nie dotarłam po wypis. Ale kiedyś dotrę :) W każdym razie, lekarz powiedział mi, że na 95% jest to sarkoidoza. Na razie do obserwacji, żadnych leków brać nie muszę. Mam pozostać pod opieką poradni sarkoidozy, żeby w razie pogorszenia się sytuacji, od razu zareagować. Na usg wyszło też, że mam guzek na tarczycy. Prawdopodobnie sarkoidalny, ale to ma rozpoznać endokrynolog. Mam też powiększony węzeł chłonny przy lewej piersi – albo od guzka, który mam do wycięcia w lewej piersi, albo ma to związek z węzłami śródpiersia (też powiększonymi), ale tego na razie nikt nie wie. Ogólnie to coś mi jest, ale nie do końca wiadomo co. Pracować w każdym bądź razie mogę, więc za dużo o tym nie myślę, bo nic to raczej nie da. Jedyne tylko, co przyszło mi od razu do głowy po tym, jak się dowiedziałam, że mam coś w płucach, to to, że rodzaj śmierci, której najbardziej się boję, ma związek właśnie z płucami i oddychaniem – przez utopienie albo uduszenie. Ogólnie – że zabraknie mi powietrza. No i co? I w związku z tą schizą muszą mi się rozlatywać płuca. Bo jakżeby inaczej? No, to sobie ponarzekałam, można iść dalej.

Obecnie mamy w domu mały szpital. Ubiegły cały tydzień leżałam w łóżku z gorączką, kaszlem i całym innym dobrodziejstwem grypy. Kaszel i lekki katar jeszcze pozostały, reszta doszła do siebie. Natomiast od ubiegłej środy do wczoraj wieczorem Michu był rozwalony totalnie – 7 bitych dni gorączkował, i to nie byle jak – do 39,1. Masakra. Co mu zbiliśmy temperaturę, to nachodziła po kilku godzinach na nowo. Miał też zapalenie spojówek, masakryczny katar i kaszel. Zjadł całą butlę antybiotyku i średni dało to efekt. Ale dziś chyba jakiś przełom nastąpił – mam taką nadzieję – bo od rana tylko 37,4 i póki co wyżej nie poszło. Bo jakby poszło, to mieliśmy nakaz jechać do kliniki na Bujwida, żeby coś wymyślili. Ale mam nadzieję, że uda się bez tego i że teraz będzie już tylko lepiej.

Jeszcze dwa dni i ferie! Pierwszy tydzień zapowiada się pracowicie – zapisałam się na praktyki do przedszkola na Kozanowie – codziennie po 8h. Ale za to drugi tydzień to będzie sielanka! Razem z Mikołajem, moją siostrą i Antosią jadę na tydzień do Pobierowa. Już nie możemy się doczekać. Michu przeżywa, że będzie siedział z Antosią w samochodzie i że będzie z nią spał :) Przyda mu się towarzystwo starszej kuzynki :) Zwłaszcza, że bardzo się lubią.

Micha wizyty u logopedy przynoszą dobre efekty, choć ostatni tydzień (przerwa chorobowa) przyniosła mały regresik w wymowie. Ale tłumaczę to też tym, że Michu ma totalnie zawalony nos i zwyczajnie trudniej mu się mówi. Co też nasze dziecię, jako leń wrodzony, od razu wykorzystuje i poddaje się temu dyskomfortowi pogarszając zrozumiałość swej wymowy. Co dziwne w tej całej chorobie, rozpiera Micha energia (poza momentami wysokiej gorączki). Gada tyle i tak głośno, że momentami można zwariować. Marzymy już o tym, by poszedł do przedszkola ;) Tak, tak, to piszę ja, wyrodna matka :)

Z okazji trzecich urodzin Micha zrobiłam kilkuminutowy album ze zdjęciami w iMovie. Muza Leibacha :)

Jutro jadę na przegląd naszą kijanką. Matko, po trzech latach ma pyknięte 75 000. Duuużo. Ale dobrze się trzyma. Kochane autko :)

W tym roku czeka mnie praca dyplomowa z logopedii. Temat mam taki: „Diagnoza operacyjna i nominalna dziecka z opóźnionym rozwojem mowy”. Będę nagrywać zajęcia z dzieckiem z pl.Macieja. Po feriach chcę się skontaktować z logopedką, u której będę to realizować. Liczę, że uda mi się zmobilizować i napisać pracę do czerwca, by się przed wakacjami jeszcze obronić. Trzymajcie kciuki, żeby się udało. Jak nie – następny termin to wrzesień.

Tyle na dziś. Dzięki za przeczytanie :)

Heloł!

To znowu ja! W końcu :) Tłumaczyć się nie będę, bo szkoda miejsca. Od razu przejdę do konkretów.

Misiek nam się postarzał. Trzy lata jak z bicza strzelił. Jak ten czas szybko leci… Niedawno przeglądałam zdjęcia z poprzedniego roku, to różnica w wyglądzie Micha jest ogromna. Teraz się wydaje taki poważny, duży, taki przedszkolakowaty. A jeszcze pół roku temu to taki dzidziuś był ;)

Urodziny i imieniny Mikołaja obchodziliśmy hucznie, jak co roku. Objazdowo. Był tort w Głuchowie, był tort w Gnieźnie, był tort w przedszkolu i był tort w domu. I cała góra prezentów. Najpierw św.Mikołaj przyszedł i przyniósł wymarzoną Upsy-Daisy (przytulanka), parasol z Zygzakiem McQuinnem, tablicę świetlną i quiz edukacyjny. Potem z okazji urodzin Michu dostał kolejną stertę – pizzę drewnianą do krojenia, dvd z „Dobranocnym Ogrodem”, karty do rysowania (takie edukacyjne, ze ściereczką, coby potem te rysunki zmazać i wykorzystać ową kartę raz jeszcze) i torbę z różnymi plastikowymi produktami spożywczymi do zabawy – jakieś 130-parę części. Wczoraj ponadto dostał Miś pralkę do zabawy. Na szafie oraz w szatni w pracy Mariusza czeka kolejnych kilka prezentów, które Gwiazdor przyniesie (dla odróżnienia od św.Mikołaja, który niby wygląda tak samo, ale, wiadomo, wielkopolskich korzeni wyzbyć się nie da, więc Gwiazdor przyjść musi ;)).

Sam Mikołaj po raz pierwszy w życiu przeżył świadomie swoje urodziny. Z chęcią dmuchał wszystkie świeczki na tortach, miał wielką radochę, gdy mu śpiewano „Sto lat” i od tego czasu codziennie pyta się nas czy ma dziś urodziny. I gdy słyszy, że nie, zaraz pociesza się, że gdy tata będzie miał niedługo urodziny (za tydzień znaczy się), to on też będzie miał. Generalnie wkręcił się na maksa :)

Przy okazji wyjazdu urodzinowego do Głuchowa i Gniezna doszło do wymiany prezentów świątecznych. Mikołaj już od września przygotowywał swoje podarunki, babcie wydawały się zachwycone własnoręcznie przez Micha wyklejonymi kalendarzami (zakupionymi wcześniej w surowej wersji w Lidlu) oraz wymalowanymi i wyklejonymi bombkami choinkowymi. Dumny był Miś bardzo ze swoich prac, my również, bo chętnie brał się do zdobienia, zarówno kalendarzy, jak i bombek. W ogóle Michu bardzo lubi wszelkiego rodzaju wyklejanie różnymi brokatami, naklejkami i innymi ozdobnikami. Myślę, że po Nowym Roku zabierzemy się za robienie prezentów wielkanocnych ;)

Mikołaj się rozgadał. Maksymalnie. Buduje już tak piękne zdania, że nie możemy wyjść z podziwu. Codziennie czymś nas zaskakuje nowym. Zmiana logopedy również przyniosła oczekiwany efekt. Mikołaj uwielbia panią Małgosię, ćwiczenie z nią nie jest problemem, jak to bywało wcześniej z dwoma poprzednimi logopedami. No i przede wszystkim coraz lepiej można go zrozumieć. Pięknie wymawia już „k” i „g”. Nie we wszystkich słowach, rzecz jasna, ale bardzo często. Czasem nawet sam się poprawia :) My nie ciśniemy go jakoś szczególnie, staramy się mówić wyraźnie i poprawnie, czasem podpowiemy, ale nie natrętnie. I udaje się. Idzie mu naprawdę dobrze. Już nie woła „Tupę i situ!” ;) No i nie ma już na imię „Nitołaj”, ale „Mikołaj”. Brzmi to naprawdę dumnie :) Któregoś dnia (mam nadzieję, że w święta mi się uda) powrzucam jakieś aktualne filmiki, to sami usłyszycie, jaki nastąpił progres :)

Z okazji, że czeka mnie wkrótce rejestrowanie zajęć logopedycznych do pracy dyplomowej oraz z myślą o przyszłej pracy logopedycznej, małżonek wybrał mi dyktafon – Olympus. Sprzęt daje radę (w końcu wiadomo, że małżonek byle czego nie wybierze), nagrywa rewelacyjnie, ma mnóstwo opcji, ustawienia czułości mikrofonu i inne pierdoły. Przy tej okazji nagrywać zaczęłam też Miśka. Rozmowy z nim czasem powalają :) Myślę, że takie dialogi będą dla niego miłą pamiątką za kilkanaście lat. A jeśli nie dla niego, to dla nas na pewno :)

Święta spędzamy tradycyjnie we Wrocławiu, w swoim trzyosobowym gronie. Rodziny obydwie odwiedziliśmy już, więc nie ma napinki, by w święta jeszcze gdzieś jeździć. Chyba, że nam strzeli coś do głowy i podjedziemy do Głuchowa lub Gniezna na kawę.

Sylwestra też spędzamy w domu. Tylko zimne ognie trzeba kupić :)

Mam trochę nowych zdjęć. Nie za dużo, bo fotografowanie też ostatnio zaniedbałam, ale coś tam, mam nadzieję, w święta wrzucę i wtedy dam znać. Dziś nie wklejam nic, bo już późno, a zdaję sobie sprawę, że jeśli nie wrzucę dzisiaj tego wpisu, to znowu mi przynajmniej kilka dni minie, nim do tego wrócę. Wybaczcie więc brak grafiki jakiejkolwiek. Wkrótce nadrobię i te zaległości.

Na dziś koniec. Choć trochę uzupełniłam braki. Do następnego :)

Matko, co za wstyd!

Wstyd wielki, że tak długo nie pisałam. Ostatnio mam same braki. Bez sensu jest się w ogóle tłumaczyć, bo zabrzmiałoby to i tak żenująco.

Ogólnie to żyjemy, choć dość szybko w ostatnim czasie. Mimo że jesień nie zachęca do tego wcale. Nawet nie chodzi o samą pogodę – bo nawet jest całkiem przyzwoicie, tylko raz na kilka dni popada deszczyk – ale o ogólne nasze samopoczucie. Stan przejściowy między latem a zimą, nazwany niegdyś jesienią, zabija sennością i uczuciem chronicznego zmęczenia, co niezbyt pozytywnie na nas wpływa.

Mikołaj, biedaczek, ciągle zakatarzony. Od końca sierpnia do początku października praktycznie cały czas chorował. W ciągu kilku tygodni byliśmy chyba z 6 razy u lekarzy, Michu brał dwa antybiotyki i dopiero ten ostatni mu pomógł. Przy okazji Miśkowych chorób zdarzyło mi się wziąć już opiekę. Mariuszowi też, bo praktycznie zaraz po mojej opiece Michu znowu zaniemógł. Teraz mu pozostał lekki kaszel, ale mam nadzieję, że to już końcówa. Chociaż w to, że się już teraz na zapas, na całą zimę, wychorował, to nie wierzę.

W ubiegłym tygodniu byłam z Michem na wizycie kontrolnej u dentysty. W czwórce zaczyna się coś dziać brzydkiego, być może za jakiś czas trzeba będzie plombować, ale póki co, mamy obserwować i myć dalej pastą z fluorem. Trochę się przejęłam tym chorym zębem, zwłaszcza, że Michu jakichś ton słodyczy nie je, zęby myjemy porządnie. No ale cóż, bywa. Sam Mikołaj u dentystki bardzo dzielny – siedział sam na fotelu, paszczę rozdziawiał jak trzeba, więc mama była dumna i blada :)

W środę idę z Miśkiem do nowej logopedy. W sumie to do pani, która przychodzi też do Miśkowego przedszkola, więc Mikołaj powinien być z nią „obeznany”. Generalnie zasób słownictwa idzie do przodu coraz mocniej. Czasem Michu używa takich słów, że aż sami jesteśmy zdziwieni :) Niestety artykulacja nie idzie z tym w parze. Wręcz w ogóle nie idzie. Nie pojawiają się nowe głoski (albo raz na kilka miesięcy jedna). Dużo Mikołaj zastępuje tym, co już zna, sporo w ogóle pomija. A że buduje coraz bardziej złożone zdania, tym trudniej go ostatnio zrozumieć. Poprzednia logopeda wydawała się kompetentna, ale w ostatnim czasie tyle razy odwoływała wizyty, że postanowiliśmy poszukać kogoś innego. Mam nadzieję, że w końcu trafimy dobrze.

Mikołaj dużo już umie. Ma znakomitą pamięć. W lot łapie nowe słowa, teksty, zapamiętuje doskonale nowe wierszyki i piosenki. Nie ma dnia, żeby nas czymś nie zaskoczył. Zresztą, widać, że bardzo lubi śpiewanki w przedszkolu, zwłaszcza w wykonaniu p.Anetki :) Potem chodzi po domu i powtarza :)

Ponadto Misiu ostatnio kombinuje z liczeniem. Literkami i cyferkami zainteresowany był od dawna, zresztą dawno też już opanował kilka liter oraz cyfry od 0 do 9. Teraz natomiast jest na etapie liczenia na paluszkach oraz odejmowania i dodawania do trzech-czterech. Sytuacja z dziś, dla przykładu. Na talerzu leżały cztery ciastka. Michu zabrał jedno i rzuca: ooo, zostały trzy ciasteczka. Po czym zabiera kolejne i mówi: ooo, a teraz dwa. I tak dalej. Kuma też, na przykład, że osiem to więcej niż dziesięć itp.

Bardzo dobrze potrafi nazywać kolory. Dobrze też dopasowuje różne kształty – zarówno w puzzlach jak i w innych zabawach. Lubi doszukiwać się podobieństw w różnych przedmiotach – że np. dwa klocki są takie same, albo że mają taki sam kolor itd. W ostatnim czasie polubił także bardziej prawdziwe gotowanie. Do tej pory lubił gotować, ale na swojej zabawkowej kuchence swoimi zabawkowymi produktami. Ostatnio kilka razy udało mi się zaangażować Misia w prawdziwe gotowanie i był bardzo zadowolony z tego powodu. Co nie zmienia faktu, że zupę z kamyczków albo kamyczkowy makaron z sosem nadal codziennie dostajemy :)

Ostatnio Mikołaj przechodzi mały regresik :) W odstawkę poszedł Shrek i Auta (jeśli chodzi o bajkę na dvd). Obecnie jedyne prośby o bajkę brzmią: „Dobranocny Ogród”. Po ponad półrocznej abstynencji Mikołaj na nowo zapałał miłością do Maki-Paki i przyjaciół. Ech :) Ale przynajmniej dzięki temu niemal każdego dnia słyszę: „Dziękuję mamo, że zrobiłaś mi tę Makę-Pakę” :) Mowa oczywiście o przytulance, którą rok temu wydziergałam Michowi na szydełku.

Obecny weekend poświęciliśmy z Michem na robienie prezentów świątecznych dla dziadków z Gniezna i Głuchowa (lepiej zacząć wcześniej, bo różnie może się to skończyć ;)). Mikołaj robił własnoręcznie :) Nie mogę powiedzieć, rzecz jasna, co zrobił, bo a nuż przeczytają i niespodzianka spaliłaby na panewce. W każdym razie prezenty wyglądają imponująco :) W najbliższym czasie będziemy robić jeszcze karteczki z życzeniami. Michu ogólnie ostatnio zapałał miłością do robienia „prezentów” i karteczek. Zwłaszcza, że ostatnio nakupiłam w Lidlu pełno artykułów do zdobienia typu brokaty, filce, karbowane papiery, różne naklejane klejnociki, serduszka metalowe i pełno innych gadżetów. Chodzimy więc po domu i błyszczymy, bo brokat mamy dosłownie wszędzie :)

Wczoraj kupiliśmy Michowi zimowe buty w outlecie Zdrowej Stópki. Z Geoxa. Wyglądają przyzwoicie. W sumie to na zimę Michu jest już zaopatrzony. Kurtka jest mu dobra ta z ubiegłego roku, spodnie kombinezonowe też. Czapki ma dwie, do tego rękawiczki, chustkę polarową i szalik. Powinno dać radę na najbliższe kilka miesięcy. Swoją drogą, ceny zimowych butów dziecięcych zabijają…

Na podyplomówce w tym roku mamy, póki co, same rewelacyjne zajęcia. Czeka mnie jeszcze napisanie pracy dyplomowej, ale to pewnie zostawię sobie na wakacje, łącznie z odrobieniem większości praktyk, bo nie sądzę, żebym dużo zdążyła zrobić w ciągu roku szkolnego.

I to na tyle, póki co. Na jakiś czas wystarcz. Mam nadzieję, że teraz szybciej się zbiorę. Czeka mnie jeszcze wpis do dzieciowiska w tym tygodniu, bo tam to już w ogóle wstyd jak nie wiem co.

Do następnego, zatem :)

Wrześniowo

Września już prawie połowa, znowu zaległości, ale tym razem usprawiedliwione – podjęcie pracy nauczycielskiej wiąże się z kupą papierkowej roboty (szczególnie na początku „kariery” i na początku roku szkolnego), co zabiera proporcjonalnie dużą kupę czasu. No ale trochę już się wygrzebałam z tego, co zowie się planami wynikowymi i innymi tajemniczo brzmiącymi hasłami, więc będę mogła z lekka ponadrabiać zaległości. O samej pracy pisać tu nie będę, bo nie takie jest przeznaczenie tego bloga. Jak ktoś ciekaw, niech pyta prywatnie :)

Mikołaj gada jak najęty. Nie ma dnia, żeby nie wyskoczył z jakimś śmiesznym tekstem. Mówi jeszcze niekiedy niezrozumiale, zamienia głoski itp. ale zasób słownictwa idzie jak burza. A i z wymową też się poprawia, mimo że wolniej. Już nie ma „toto”, ale jest „jondo” (rondo) – to taki przykład gwoli wyjaśnienia :)

O wszystko też Misiek dopytuje, a my niezmordowanie staramy się udzielać odpowiedzi. Nie zawsze są one dla Pytającego satysfakcjonujące, więc, by pogrążyć starych i wytknąć im niedouczenie najczęściej po pierwszej partii odpowiedzi pada kolejne: „Ale dlacieło?” (tłum.”Ale dlaczego”). Dopiero po udzieleniu wyczerpującej, zdaniem Micha, odpowiedzi pada: „Aha, taaak, joziumiem”.

Dialog sprzed kilku dni. Siedzę, nie przymierzając, na klopie. A że dziecię odpieluchowane przebywa w domu, więc zamknąć się od środka nie można, bo a nuż mu się zachce? No więc siedzę w skupieniu i nagle Michu włazi do łazienki z pytaniem na ustach:
M: Masz siusiaka?
J: Nie, nie mam siusiaka.
M: Ale dlaczego?
J: Bo jestem dziewczynką. Dziewczynki nie mają siusiaków. Tylko chłopcy mają siusiaki.
M: Tyłka też nie masz?

Po opanowaniu śmiechu udzieliłam odpowiedzi, że tyłek, niestety mam, i że go nawet widać bardziej niż bym chciała, jednakże Mikołaj nie dał sobie wmówić – on wie, że ja tyłka nie mam. Cóż, pozostaje żyć mi z nadzieją, że bez tyłka da się funkcjonować ;)

Shrek jest ciągle na tapecie. Ale tylko część pierwsza, dwójki w ogóle nie chce obejrzeć, raz się tylko udało. Największym idolem jest Osioł. Jak Osioł pojawia się na ekranie, to od razu o tym wiemy, bo Michu drze się na całe gardło: „Ocioł! Ocioł!”. Poza tym sypie tekstami bohaterów, że aż czasem mnie szczęki bolą ze śmiechu. Dwa tygodnie temu dostał od Tosi w paczce figurki ze Shreka i pluszaki: Shrek, Osioł i Fiona. Śpi teraz z nimi cały czas :)

Mikołaj był w ubiegły piątek pasowany na przedszkolaka. Rodzice nie byli obecni na owym wydarzeniu, ale będziemy mieli zdjęcia, więc przy okazji je wrzucę. Pasowanie zorganizowała firma zajmująca się różnymi imprezami dla dzieci – była wielka pszczółka Maja, pan Andersen, bohaterowie innych bajek, dmuchany zamek, dym i wielkie bańki mydlane. Na koniec każde dziecko otrzymało (po pasowaniu) dyplom przedszkolaka oraz wybrało sobie przedszkolny znaczek z gipsu. Michu wybrał Puchatka, co dziwi mnie tym bardziej, że on bajek o Kubusiu zwyczajnie nie trawi. Ale może z wrażenia nie wiedział co robi ;) Poza tym pięknie go wystroiliśmy, rzecz jasna :)

W ostatnich dniach sierpnia zdałam ostatnie dwa egzaminy z pierwszego roku – z normy psychicznej i z normy językowej – obydwa na 5. No i już zaczęliśmy rok drugi – ostatni. Pierwsze wykłady mieliśmy z jąkania i opóźnionego rozwoju mowy z prof.Tarkowskim. Zajęcia były świetne, bardzo ciekawe i interesująco prowadzone. Profesor przyjedzie do nas jeszcze na ćwiczenia, więc będziemy mieli kolejną okazję go posłuchać. Bo naprawdę jest warto.

Tyle na dziś. Kończę, bo muszę obiad małżonkowi strudzonemu po pracy przygotować. Mimo że cichcem wymyka się na piwo do Agawy. No, ale niech ma, w końcu dzisiaj Dzień Programisty! ;)

Nożownik ;)

Tytuł dość drastyczny, ale nie o prawdziwego nożownika chodzi, a o Miśka, który opanowuje coraz lepiej posługiwanie się nożem. Do tej pory kroił plastikowym nożykiem ciastolinę (całkiem nawet zgrabnie), natomiast w niedzielę Misiu miał swój debiut w krojeniu prawdziwym obiadowym nożem (z zestawu dla dzieci) najpierw brzoskwini, a potem parówki. Na weekend planujemy zrobienie wspólnej sałatki owocowej, z nieskromnym udziałem Miśka wyposażonego w nóż :) A oto pierwsze „prawdziwe” krojenie:

Mam nadzieję, że wartka akcja i mnogość wydarzeń w filmiku nie doprowadziły Was do ataku epileptycznego ;)

Ostatnio chwaliłam się, że Misiek śpiewa. Oto dowody: Po pierwsze, dziś rano wyśpiewane „Sto lat” dla wuja Bartka z okazji jego imienin:

Po drugie, w końcu udało mi się nagrać „Jedzie pociąg z daleka” :)

Dziś byłam z Michem po opinię psychologiczną, bo tydzień temu miał badania. Ogólnie wynik jest przeciętny, czyli git. Pani stwierdziła, że bardzo prawdopodobne jest, że w rzeczywistości poziom rozwoju jest ponad przeciętną, bo bardzo wielu zadań Michu nie chciał wykonać (a np. w domu robi), ale ona musi ocenić po tym, co widziała. To i tak całkiem nieźle, bo szczerze mówiąc, po tych badaniach w ubiegłym tygodniu, to byłam załamana. W sensie, że wiedziałam, że Michu większość z tych zadań potrafi, ale je totalnie u pani olewał. Psycholog stwierdziła, że terapia nie jest potrzebna, a na następne badania możemy się zgłosić za pół roku. Ponadto stwierdziła, że mocne strony Micha, rozwinięte bardziej, niż norma w jego wieku, to pamięć i umiejętności społeczne. Na pamięć wcześniej zwracała nam też logopeda, że bardzo szybko Michu zapamiętuje nowe rzeczy. Trzeba mu to ćwiczyć, coby się nie rozlazło.

Wczoraj byłam załatwić sobie badania z medycyny pracy. Udało mi się wszystko (laryngolog, okulista, krew i rtg klatki piersiowej) obejść od razu, mimo że w pierwotnej wersji byłam zapisana na za tydzień. Ale pani była miła i mi się upiekło. W pn tylko muszę podskoczyć do lekarza medycyny pracy po wpis i tyle. Udało mi się też od ręki otrzymać z Krajowego Rejestru Karnego zaświadczenie, że nie byłam karana. W sumie słowo „otrzymałam” nie jest tu trafne. Bardziej pasuje „kupiłam”, bo kosztowało mnie to 50 zł.

No nic, jutro pierwszy dzień w pracy, trzymajcie kciuki :)

Koniec wakacji – naprawdę!

Ostatnio sporo się działo. Z pieluch Miśka zostały jedynie resztki, które zakładamy jeszcze na noc, choć co raz częściej rano budzi się „na sucho”. Ogólnie cała sprawa poszła niesamowicie gładko i sprawnie. Mikołaj załapał w ciągu weekendu o co chodzi, motywatory w postaci żelków były w robocie przez kilka pierwszych dni, po tygodniu udało mu się uzbierać prawie całą tablicę magnesików, co wymienione zostało na kasę tesco. Trochę się zastanawialiśmy, czy po otrzymaniu zabawki nie zacznie z powrotem lać, gdzie popadnie (że niby motywacja mu spadnie), ale nie. Ogólnie pięknie woła jak chce siku i kupę, wpadki praktycznie mu się nie zdarzają, choć pewnie nie raz jeszcze się coś przydarzy przez zapomnienie :) Jesteśmy niesamowicie z niego dumni :)

Co do jeszcze nowszych nowości, to dostałam pracę! Okazało się, że to 150 CV, które wysłałam do wszystkich podstawówek i gimnazjów we Wrocławiu przyniosło efekt w postaci jednej propozycji, którą też przyjęłam. Uczyć będę w Gimnazjum nr 1, informatyki, rzecz jasna. Być może zostanę też wychowawcą jednej z klas, ale to się jeszcze rozstrzygnie. Będę mieć około 13-14 h w tygodniu. Reszty dowiem się prawdopodobnie w środę, bo od wtedy zaczynam :) Jestem pełna entuzjazmu i pozytywnych myśli, mam nadzieję, że sobie poradzę zarówno jeśli chodzi o kwestie merytoryczne, jak i pedagogiczne. Muszę!

Cóż jeszcze… Mikołaj ostatnio zmienił swe bajkowe preferencje. Obecnie na tapecie, zamiast „Aut” jest… Shrek. Chce oglądać go codziennie. Zdarza mu się nawet biegać po domu z tekstami typu: „Niebieski kwiat i kolce… niebieski kwiat i kolce”, „Królewna Fiona”, tudzież „Wiesz, Shrek…” :) W sumie to dobrze, że mu się horyzonty poszerzają ;)

Mikołaj dziś wreszcie sam zacytował nam cały fragment piosenki. Zazwyczaj trzeba było mu podpowiadać, tymczasem dziś, ni z tego, ni z owego, zaśpiewał całe „Jedzie pociąg z daleka” :)

W przyszły poniedziałek czeka mnie jeszcze egzamin. W sumie to dwa – z normy psychicznej i normy językowej. Do obydwu trzeba mieć nagrany filmik z wypowiedziami dzieci w wieku przedszkolnym. Filmik już mam, muszę tylko zająć się kwestią merytoryczną – czyli w skrócie – nauczyć się o nim mówić słów kilka i ogólnie przyswoić obydwie normy. Z językową nie powinno być problemów, natomiast jeśli chodzi i psychiczną i Piageta, to różnie to czuję. No, ale zobaczymy, jak będzie. Oby było dobrze.

No i tyle na dziś. Dobranoc.

P.S. Nowe foty z przedszkola

Wpis na dobranoc

Miałam już to zrobić kilka razy, ale ciągle zapominałam. Wrzucam dziś teledysk Lady Gagi „Paparazzi”. Tak, wiem, stara piosenka. Ma pewnie rok, albo coś koło tego. Nie jestem fanem Lady Gagi, nie znam szczegółowo jej twórczości, czytam od czasu do czasu co piszą o niej na plotku, ale nie wzbudza we mnie emocji. Jedni ją lubią i uważają za megagwiazdę, doszukują się godnej następczyni Madonny (w kwestii kostiumów i show ma na to spore szanse), inni mówią, że jest kiczowata i skandaliczna. Nie obchodzi mnie to. Obchodzi mnie ten jeden teledysk. Ta jedna piosenka – majstersztyk popowej popeliny. I rewelacyjnie zrobiony do niej film. Tylko tyle :)

Z innej beczki – trening czystości Miśka idzie dobrze, dziś zaliczył jedną wpadkę przed samym spaniem, bo tak się zagłębił w zabawie na balkonie, że nie zdążył :) Dziś też dostał tylko jednego „żelka-motywatora” (kto czytał wczoraj, ten wie) na koniec dnia jako nagrodę za wszystkie udane „posiedzenia”. Dalej przyklejamy magnesiki, bo przecież kasa z tesco czeka w szafie :)

Do następnego!

Nadrabiamy zaległości

Ponad miesiąc bez słowa. Nie wiem od czego zacząć. Generalnie podzielę sobie wpis na kilka części – w sumie to na kilka oddzielnych postów będzie najsensowniej, co by Was długością tekstu nie zabić. A przecież o wszystkim napisać trzeba. Po kolei więc będzie o: Gdańsku, Openerze, Kołobrzegu i pozostałych domowych nowinkach. Wytrwałych zapraszam do przeczytania wszystkiego, co będzie się pojawiać, a mniej wytrwałych do przejrzenia tego, co ich interesuje szczególnie. To do dzieła!

Bez tytułu dzisiaj

Dzisiaj będzie bez tytułu, bo nie bardzo wiedziałam, jaki wybrać :) Przepraszam od razu za długą nieobecność. Już się poprawiam :)

Ostatnie prawie dwa tygodnie mieliśmy chorowite. Najpierw Michu zaczął kaszleć jak gruźlik, potem okazało się, że ma gronkowca i do tego pediatra podejrzewała też chlamydię. Na szczęście chlamydii nie potwierdziły badania, na gronkowca Michu dostał antybiotyk (my też) i od wczoraj bezpiecznie znowu śmiga do Zaczarowanej Krainy. I jak się dowiedzieliśmy – śmigać będzie nadal, bo do przedszkola państwowego się nie dostał. Nawet już mi się narzekać na to nie chce. Do wczoraj trwała druga rekrutacja – na te miejsca, które ktoś zwolnił po pierwszej rekrutacji. No i mi pani z przedszkola na Orlej narobiła nadziei, że Mikołaj jest wpisany jako drugi z dwóch chętnych ubiegających się o dwa wolne miejsce, więc praktycznie na 100% się dostanie. Coś mi się to podejrzane wydawało, ale pomyślałam, że może akurat faktycznie takie szczęście nas spotkało? No i co? No i kiszka! Po dwóch godzinach telefon z przedszkola, że zaszła pomyłka i wpisali Micha na listę czterolatków, natomiast na liście trzylatków jest już kilkadziesiąt chętnych i szanse na przedszkole zerowe. Ech…

Michu od jutra zaczyna indywidualną terapię logopedyczną w związku z opóźnionym rozwojem mowy. Trochę za mały nacisk położyliśmy na jego gadatliwość, do tego zbyt dobrze go rozumieliśmy i wyręczaliśmy w mówieniu i teraz mamy. Ale pocieszające jest to, że jak już jesteśmy świadomi i Micha bardziej ciśniemy, i pilnujemy sami siebie, by go prowokować do mówienia czymś więcej niż półsłówkami, okazuje się, że robi całkiem niezłe postępy. Do tego od jutra logopeda z prawdziwego zdarzenia zacznie go „męczyć”, więc powinno wszystko dojść do normy.

Za tydzień jedziemy z Mariuszem do Gdańska. W sobotę idziemy na Openera, głównie na koncert Skunk Anansie, a pozostałe trzy dni (jesteśmy tam od 1 do 4 lipca) będziemy zwiedzać Gdańsk i okolice. Bo w sumie to w Trójmieście byłam raz i to nie do końca w celach turystycznych, więc czas nadrobić straty :) Mapę i przewodnik mamy, więc Gdańsk, ani Gdynia, ani nawet Sopot nie będą nam straszne :) Dodać należy, że Michu w tym czasie będzie miał swój debiut bez nas w Gnieźnie. Mam nadzieję, że da radę.

Dwa tygodnie temu, w tzw. długi weekend czerwcowy, zafundowaliśmy sobie dwie krajoznawcze wycieczki po Dolnym Śląsku. Obie, co prawda, prowadziły w tę samą okolicę – Góry Kaczawskie – ale odwiedziliśmy zupełnie różne miejsca. W galerii jest trochę zdjęć z naszej ekspedycji. A cóż można powiedzieć o owych górach? Że są piękne, mało znane i totalnie nie przygotowane na przyjęcie turystów. Gdyby nie to, że drugiego dnia mieliśmy ze sobą przewodnik, do kilku miejsc w ogóle byśmy nie dotarli. Na zaporę Pilchowicką trafiliśmy tylko dlatego, że przejechaliśmy Pilchowice i – nie znalazłszy początkowo drogi – musieliśmy się wrócić. Okazało się, że tablica wskazująca drogę do zapory jest, owszem. Ale widoczna tylko wówczas, gdy przejeżdża się przez Pilchowice od strony Jeleniej Góry. Jak ktoś jedzie z przeciwnej, to niech zapomni o zaporze…

Kolejna rzecz to tzw. organy Wielisławskie. Jest to przepiękny zastygnięty naciek magmy z dawno wygasłego wulkanu. Udało nam się co prawda znaleźć do nich drogę, ale jej stan… Aż dziw, że się nie zakopaliśmy samochodem.

Polska Fudżijama – wygasły wulkan Ostrzyca. Przejeżdżaliśmy obok, wokół same pola, droga dojazdowa też polna, nawet nie utwardzona… No i zero oznaczenia, że to właśnie tu, między tymi polami jest dojazd. Jedyna szansa do dotarcie, to zostawienie samochodu przy szosie (a potem pewnie szukanie opon w pobliskiej miejscowości). Żenada. Ostrzyca musi poczekać, aż Michu dorośnie, bo nie dalibyśmy rady z nim tam teraz wejść. Zmęczyłby się samym dojściem do podnóża…

Zamek we Wleniu – udało nam się go znaleźć, ale niestety, nieczynny. Podobno w remoncie. Może kiedyś uda się go zwiedzić.

Zamek Grodziec – tu nam się udało całkiem przyjemnie spędzić czas. Akurat trafiliśmy na jakiś piknik rycerski, co zaowocowało zabawą Micha z armatą :)

Pałac Staniszów – to była bardzo przyjemna rzecz, na którą trafiliśmy niemal przypadkiem. Śliczny pałac na wodzie, odnowiony, z ładną fontanną i przyjemną restauracją. Obok był też plac zabaw, co szczególnie uradowało Micha.

Perła Zachodu i jezioro Modre – tego szukaliśmy długo i gdyby nie dopytanie się miejscowych o drogę, nie pomógłby nawet nasz przewodnik. A miejsce prześliczne. Zabytkowe schronisko zawieszone na skale nad jeziorkiem powstałym na Bobrze po zbudowaniu zapory. Miejsce urokliwe, warte odwiedzenia i z pewnością dłuższego spaceru.

Tyle o atrakcjach Krainy Wygasłych Wulkanów :) Dużo jest jeszcze do zwiedzenia, ale póki co, tyle wystarczy na dwa dni. Z pewnością jeszcze tam wrócimy.

Muszę się wszem i wobec pochwalić. Zdałam egzamin z lingwistyki i to na pięć! Dwie piątki w grupie :) Szczerze przyznaję, że jestem z siebie dumna, bo materiał nie należał do łatwych.

Dziś przeczytałam w „Polityce”, że w drugiej turze kandydaci na prezydenta będą bili się o poparcie głosujących na Grzegorza Napieralskiego. Cóż, miło wiedzieć, że ktoś będzie bił się o mój głos ;) Jak na razie obydwom kandydatom idzie miernie. Jeden przegina przesadnie starając zbratać się z lewicą (bo to już nie postkomuna podobno), drugi… drugi to za całokształt też na głos nie zasługuje… Ale trza będzie wybrać między młotem a kowadłem, zwłaszcza, że odstałam dziś godzinę w kolejce po zaświadczenie, by móc głosować w Gdańsku. Nie po to „kolejkowałam”, żeby teraz to zmarnować.

Kilka dni temu, jak wiadomo powszechnie, był Dzień Ojca :) Michu, z moją minimalną pomocą, zrobił dla Mariusza laurkę w postaci serduszka wyklejonego kolorowym papierem. Do tego kupiliśmy kwiatki, czekoladki i Misiu powiedział wierszyk – „Tato, tato, coś Ci dam – jedno serce, które mam. A w tym sercu duży kwiat – Tato, tato, żyj sto lat!”. Gdzieś w telefonie mam filmik z jednej z próbnych recytacji owego artystycznego tworu poezji dziecięcej. Muszę wrzucić na youtube, bo boki można zrywać, jak Michu angażuje się zwłaszcza w końcówkę :) W przedszkolu natomiast Miś zrobił dla Mariusza bransoletę z drewnianych kostek z napisem „tata”. Tylko Mariusz jakiś niechętny noszeniu ;)

Wczoraj byłam z Michem na ślubie i kawałku wesela Kuby i Jagody. Michu, niestety, był zmęczony całodniową wyprawą, więc nie udało się go przetrzymać dłużej i przed szóstą już się zwinęliśmy. Ale ogólnie wizja tańców z mamą bardzo się dziecięciu spodobała :) A Miś był tak padnięty, że jak tylko ruszyliśmy zasnął jeszcze przed Kościanem, a obudził się dopiero we Wrocławiu.

Dziś byłam z Michem w parku szczytnickim na spacerku. O 14.00 i 15.00 w każdą niedzielę przy fontannie multimedialnej jest organizowany specjalny pokaz dla dzieci. Polega on głównie na tym, że z głośników leci muzyka przeznaczona dla najmłodszych, a przy małej fontannie (tej, po której mogą biegać dzieciaki) szczudlarka i dwa chyba-klowny (w każdym bądź razie jacyś ludzie ubrani kolorowo i z pomalowanymi twarzami) puszczają wielkie bańki mydlane. Niby takie nic, a dzieciaki frajdę mają ogromną – tym bardziej, że po kilku minutach ekipa od baniek rozstawia na brzegach małej fontanny wiadra z płynem, daje młodym sprzęt do baniek i pozwala im się bawić na całego. Bardzo sympatyczny pomysł, rzec trzeba. Zrobiłam Michowi całą masę zdjęć z fontanny, ale jeszcze nie zrzuciłam. Przy okazji dam znać.

Tyle chyba, póki co. Spać mi się chce totalnie, poza tym czeka na mnie trzecia część trylogii Stiega Larssona „Millenium”. Swoją drogą, świetne książki koleś napisał. Wciągają totalnie. Muszę powiedzieć, że czyta mi się je lepiej niż Dana Browna (zwłaszcza, jak pomyślę o „Zaginionym Symbolu”), mimo że są o wiele grubsze. Jeśli lubicie coś z pogranicza thrillera i kryminału, do tego wartką akcję i oryginalnych bohaterów, to koniecznie zacznijcie czytać „Millenium”.

Dobra. Kończę już na pewno. Dziś wrzucam tylko dwa filmiki, bo nie zdążyłam więcej załadować. Następny wpis będzie więc pewnie filmowy zupełnie, bo mam jeszcze kilka kawałków nagranych, które zamierzam wrzucić, ale ciągle zapominam. Może przed wyjazdem do Gdańska się jeszcze uda.

Do następnego, zatem!

P.S. Pierwszy film jest z zamku Grodziec. Michu tańczy na napotkanym przy okazji podeście w którejś z zamkowych sal. Do muzyki, która mu w duszy gra ;)

Drugi film jest z pałacu w Staniszowie. Kończy się „pochlapaniem” taty (taki był cel – realizacja wyglądała raczej na wytarcie rąk w ojcowe spodnie) wodą z fontanny.

P.S.2. Zapomniałam napisać, że 12 czerwca byłam na warsztatach fotograficznych w Mosznej. Niestety zawiodłam się srodze. Nie dowiedziałam się niczego nowego, natomiast, przyznacie, że zapłacenie 250 zł za to, żeby w upalne południe, wśród gromady komarów, porobić zdjęcia zamku, z których z racji pory dnia i pogody i tak z góry było wiadomo, że cuda nie wyjdą, było dość kosztowną imprezą. I nawet certa nie dali. No po prostu żenada…