Lutowo

No, całkiem nieźle mi idzie – wpis średnio raz na dwa miesiące… Staczam się na dno… No nic, trza się trochę pozbierać i choćby jakiś „teleekspres” z tych dwóch miesięcy zrobić ;)

Święta nam minęły domowo. W tym roku nie przegięliśmy z ilością żarła, co sobie chwalę, bo i taniej, i szczuplej ;) Kilkanaście zdjęć z Wigilii i świątecznych spacerków obejrzeć możecie sobie w galerii.

Michu, począwszy od imienin, dostał tyle prezentów, że już się pogubiłam. W Wigilię dostał wielki warsztat mechanika samochodowego Cobi, stemple z literami i cyframi, liczydło, Makę Pakę do kąpieli i chyba nie pamiętam więcej :) A nie, pamiętam – zestaw ciastoliny „Lodziarnia”.

W Święta udało nam się wybrać na sanki do parku południowego. Michu nie chciał zejść z górki (jedynej w tym parku!), co zaowocowało potem lekkim katarem z przemarznięcia. Jakieś ofiary muszą być ;) Przy okazji – zakupiliśmy przed Świętami iLive’11 na Maca, w związku z czym przetestowałam opcję trailera. Oto wynik:

Część z Was pewnie to widziała, bo wrzucałam na facebooka :)

Sylwestra również spędziliśmy kameralnie w domu. Michu miał posiedzieć z nami, ale padł o 20.00. Cóż, za rok spróbujemy znowu :) Za to my nie mogliśmy się zdecydować, czy oglądać „porywającego” Sylwestra z tvp1 czy też może „szalonego” Sylwestra na Polsacie… Jedno bardziej żenujące od drugiego…

Między świętami i Sylwestrem Mariusz miał urlop, ja przerwę świąteczną, co zamierzaliśmy przeznaczyć na szwędactwo po mieście (bo Michu miał być w przedszkolu). Niestety, plan wypalił tylko pierwszego dnia, bo od poświątecznego wtorku Michu siedział z nami w domu zakatarzony. Ale przynajmniej dzień wcześniej udało nam się dotrzeć do kina na zaległego Harrego Pottera.

W styczniu wylądowałam na cztery dni w szpitalu na Grabiszyńskiej, w klinice chorób płucnych. Bo mi na jesieni wykryto zmiany w płucach i powiększone węzły chłonne śródpiersia. Podejrzenie sarkoidozy. Diagnoza niczym z dra House’a. W grudniu zrobiłam tomografię płuc, a w szpitalu poszerzyli mi diagnostykę o bronchoskopię (fuuuj!), usg, różne badania krwi oraz dyfuzję dwutlenku węgla w płucach, czy jakoś tak. Ze śluzówki w oskrzelach (czy gdzieś w okolicy) pobrano wycinek i wysłano mnie do domu. Ale ostatecznej diagnozy i wyników nie mam, bo jeszcze nie dotarłam po wypis. Ale kiedyś dotrę :) W każdym razie, lekarz powiedział mi, że na 95% jest to sarkoidoza. Na razie do obserwacji, żadnych leków brać nie muszę. Mam pozostać pod opieką poradni sarkoidozy, żeby w razie pogorszenia się sytuacji, od razu zareagować. Na usg wyszło też, że mam guzek na tarczycy. Prawdopodobnie sarkoidalny, ale to ma rozpoznać endokrynolog. Mam też powiększony węzeł chłonny przy lewej piersi – albo od guzka, który mam do wycięcia w lewej piersi, albo ma to związek z węzłami śródpiersia (też powiększonymi), ale tego na razie nikt nie wie. Ogólnie to coś mi jest, ale nie do końca wiadomo co. Pracować w każdym bądź razie mogę, więc za dużo o tym nie myślę, bo nic to raczej nie da. Jedyne tylko, co przyszło mi od razu do głowy po tym, jak się dowiedziałam, że mam coś w płucach, to to, że rodzaj śmierci, której najbardziej się boję, ma związek właśnie z płucami i oddychaniem – przez utopienie albo uduszenie. Ogólnie – że zabraknie mi powietrza. No i co? I w związku z tą schizą muszą mi się rozlatywać płuca. Bo jakżeby inaczej? No, to sobie ponarzekałam, można iść dalej.

Obecnie mamy w domu mały szpital. Ubiegły cały tydzień leżałam w łóżku z gorączką, kaszlem i całym innym dobrodziejstwem grypy. Kaszel i lekki katar jeszcze pozostały, reszta doszła do siebie. Natomiast od ubiegłej środy do wczoraj wieczorem Michu był rozwalony totalnie – 7 bitych dni gorączkował, i to nie byle jak – do 39,1. Masakra. Co mu zbiliśmy temperaturę, to nachodziła po kilku godzinach na nowo. Miał też zapalenie spojówek, masakryczny katar i kaszel. Zjadł całą butlę antybiotyku i średni dało to efekt. Ale dziś chyba jakiś przełom nastąpił – mam taką nadzieję – bo od rana tylko 37,4 i póki co wyżej nie poszło. Bo jakby poszło, to mieliśmy nakaz jechać do kliniki na Bujwida, żeby coś wymyślili. Ale mam nadzieję, że uda się bez tego i że teraz będzie już tylko lepiej.

Jeszcze dwa dni i ferie! Pierwszy tydzień zapowiada się pracowicie – zapisałam się na praktyki do przedszkola na Kozanowie – codziennie po 8h. Ale za to drugi tydzień to będzie sielanka! Razem z Mikołajem, moją siostrą i Antosią jadę na tydzień do Pobierowa. Już nie możemy się doczekać. Michu przeżywa, że będzie siedział z Antosią w samochodzie i że będzie z nią spał :) Przyda mu się towarzystwo starszej kuzynki :) Zwłaszcza, że bardzo się lubią.

Micha wizyty u logopedy przynoszą dobre efekty, choć ostatni tydzień (przerwa chorobowa) przyniosła mały regresik w wymowie. Ale tłumaczę to też tym, że Michu ma totalnie zawalony nos i zwyczajnie trudniej mu się mówi. Co też nasze dziecię, jako leń wrodzony, od razu wykorzystuje i poddaje się temu dyskomfortowi pogarszając zrozumiałość swej wymowy. Co dziwne w tej całej chorobie, rozpiera Micha energia (poza momentami wysokiej gorączki). Gada tyle i tak głośno, że momentami można zwariować. Marzymy już o tym, by poszedł do przedszkola ;) Tak, tak, to piszę ja, wyrodna matka :)

Z okazji trzecich urodzin Micha zrobiłam kilkuminutowy album ze zdjęciami w iMovie. Muza Leibacha :)

Jutro jadę na przegląd naszą kijanką. Matko, po trzech latach ma pyknięte 75 000. Duuużo. Ale dobrze się trzyma. Kochane autko :)

W tym roku czeka mnie praca dyplomowa z logopedii. Temat mam taki: „Diagnoza operacyjna i nominalna dziecka z opóźnionym rozwojem mowy”. Będę nagrywać zajęcia z dzieckiem z pl.Macieja. Po feriach chcę się skontaktować z logopedką, u której będę to realizować. Liczę, że uda mi się zmobilizować i napisać pracę do czerwca, by się przed wakacjami jeszcze obronić. Trzymajcie kciuki, żeby się udało. Jak nie – następny termin to wrzesień.

Tyle na dziś. Dzięki za przeczytanie :)

Nożownik ;)

Tytuł dość drastyczny, ale nie o prawdziwego nożownika chodzi, a o Miśka, który opanowuje coraz lepiej posługiwanie się nożem. Do tej pory kroił plastikowym nożykiem ciastolinę (całkiem nawet zgrabnie), natomiast w niedzielę Misiu miał swój debiut w krojeniu prawdziwym obiadowym nożem (z zestawu dla dzieci) najpierw brzoskwini, a potem parówki. Na weekend planujemy zrobienie wspólnej sałatki owocowej, z nieskromnym udziałem Miśka wyposażonego w nóż :) A oto pierwsze „prawdziwe” krojenie:

Mam nadzieję, że wartka akcja i mnogość wydarzeń w filmiku nie doprowadziły Was do ataku epileptycznego ;)

Ostatnio chwaliłam się, że Misiek śpiewa. Oto dowody: Po pierwsze, dziś rano wyśpiewane „Sto lat” dla wuja Bartka z okazji jego imienin:

Po drugie, w końcu udało mi się nagrać „Jedzie pociąg z daleka” :)

Dziś byłam z Michem po opinię psychologiczną, bo tydzień temu miał badania. Ogólnie wynik jest przeciętny, czyli git. Pani stwierdziła, że bardzo prawdopodobne jest, że w rzeczywistości poziom rozwoju jest ponad przeciętną, bo bardzo wielu zadań Michu nie chciał wykonać (a np. w domu robi), ale ona musi ocenić po tym, co widziała. To i tak całkiem nieźle, bo szczerze mówiąc, po tych badaniach w ubiegłym tygodniu, to byłam załamana. W sensie, że wiedziałam, że Michu większość z tych zadań potrafi, ale je totalnie u pani olewał. Psycholog stwierdziła, że terapia nie jest potrzebna, a na następne badania możemy się zgłosić za pół roku. Ponadto stwierdziła, że mocne strony Micha, rozwinięte bardziej, niż norma w jego wieku, to pamięć i umiejętności społeczne. Na pamięć wcześniej zwracała nam też logopeda, że bardzo szybko Michu zapamiętuje nowe rzeczy. Trzeba mu to ćwiczyć, coby się nie rozlazło.

Wczoraj byłam załatwić sobie badania z medycyny pracy. Udało mi się wszystko (laryngolog, okulista, krew i rtg klatki piersiowej) obejść od razu, mimo że w pierwotnej wersji byłam zapisana na za tydzień. Ale pani była miła i mi się upiekło. W pn tylko muszę podskoczyć do lekarza medycyny pracy po wpis i tyle. Udało mi się też od ręki otrzymać z Krajowego Rejestru Karnego zaświadczenie, że nie byłam karana. W sumie słowo „otrzymałam” nie jest tu trafne. Bardziej pasuje „kupiłam”, bo kosztowało mnie to 50 zł.

No nic, jutro pierwszy dzień w pracy, trzymajcie kciuki :)

No i w miarę na bieżąco

Zaległości już prawie nadrobione :) Jeszcze tylko kilka słów „ogólnych” i można iść spać.

Zacznę od tego, że zaczęliśmy się z Mariuszem ruszać więcej niż dotychczas. Brzmi zabawnie :) Ale na serio – ja staram się biegać w miarę możliwości codziennie wieczorem, a Mariusz jeździ na rowerze. W ramach społecznego ekshibicjonizmu umieszczamy nasze trasy na facebooku przez aplikację endomondo. Całkiem sprytna rzecz – odczytuje z gpsa trasę, oblicza odległość, spalone kalorie itd.

Michu coraz więcej mówi. Zaskakuje nas różnymi śmiesznymi tekstami, często gdzieś zasłyszanymi, ale częściowo tworzy je sam. Można prowadzić już z nim całkiem ciekawe dialogi „na poziomie” ;) Z dzisiaj na przykład:
M(ikołaj): Gdzie tata?
J(a): W pracy.
M: Dlaczego?
J: Bo ktoś musi zarabiać pieniądze.
M: Z bankomatu?
J: Nieee, żeby pieniądze były w bankomacie trzeba je najpierw zarobić w pracy.
M: Dlaczego zarobić?
J: Żeby można było za nie kupić jedzenie i picie.
M: Dlaczego?
J: Bo ktoś kiedyś tak ustalił, że za jedzenie i picie płaci się pieniędzmi.
M: Ja lubię bankomat!

Przyznacie, że takiej puenty się nie spodziewaliście ;)

Jednym z ulubionych słów stało się też „naprawdę”. Jak tylko się coś Michowi mówi, to on na to: „Naprawdę???”. I szczerzy zęby na całego :)

Poza tym jest mnóstwo innych tekstów trafnie pasujących do danej sytuacji. Pięknie opanował wszystkie „proszę”, „dziękuję”, „przepraszam”, „dzień dobry” itd. I „nie ma za co” ;) Ostatnio, gdy za coś Michowi dziękujemy to on na to jednym ciągiem: „proszę, nie ma za co” :) Śmieszny ten nasz Misiek kochany :)

W ostatnim czasie Misiek zaczął nam opowiadać o zabawach z kolegą o imieniu Oli. Pierwszy raz w sumie użył jakiegoś imienia odnośnie dzieci. Bo zawsze opowiadał, że w przedszkolu były „dzieci”, ale nigdy konkretne. A teraz bawi się z Olim. Podobno bawią się „supercyframi” (jedna z ulubionych bajek Miśka ostatnio), choć czy to prawda na razie jeszcze nie jestem w stanie zweryfikować. Ale że bawi się z Olim to już zweryfikowane :)

Ponadto określanie jasnych zasad daje rezultaty. Misiek coraz ładniej zjada posiłki – i w domu, i w przedszkolu. Przedwczoraj na przykład sam zameldował mi, że zjadł drugie danie w przedszkolu. Pytam się go co było, a Misiek na to, że naleśniki. Yyyy – tu był mój pierwszy szok (Michu nigdy nie chciał tknąć naleśników). Kolejne moje pytanie: z czym naleśniki? Z dżemem – odpowiada dziecię. I tu w ogóle musiałam szczęki na podłodze szukać, bo dżem do tej pory kojarzył się Michowi z tym, co najbardziej obrzydliwe. Oczywiście, jako zły rodzic, nie uwierzyłam od razu (choć nie pokazałam tego Michowi). Mariusz też zwiększył moje wątpliwości stwierdzając, że to musi być ściema. Więc dzisiaj pytam w przedszkolu opiekunek, a one potwierdziły, że tak, Michu pożarł naleśniki z dżemem w całości, a co więcej, dzisiaj zjadł też placki ziemniaczane :) Wczoraj natomiast zjadł jajecznicę przeze mnie przygotowaną. Uważam więc, że ostatnio w dziedzinie jedzenia idzie nam zupełnie dobrze.

Od soboty zdejmujemy Michowi pieluchę. Jutro i w piątek robimy przygotowanie – razem z przedszkolem, które się włącza w akcję, a w sobotę zdejmujemy na dobre na dzień. Trzymajcie kciuki, żeby dobrze i sprawnie poszło :)

Michu się ostatnio rozśpiewał. Najpierw zaczął od prostego „Tata, sialala”, po czym zaczął przynosić fragmenty piosenek z przedszkola i tych, które słuchamy w domu. Wyśpiewuje więc sobie różne frazy, praktycznie wszystkie na jedną melodię (bo melodia jakaś tam jest, ale nie jego wina, że słuch po tacie odziedziczył ;)) i ma z tego niezłą radochę, a my razem z nim :)

I to chyba na tyle dzisiaj. Wystarczy, bo już późno. I tak opublikuję jutro, bo mi się już nawet sprawdzać nie chce… Do następnego, zatem! :)

Na koniec tradycyjne już filmiki.

Pierwszy na dowód, że Michu śpiewa ;) To pierwsze próby, bo późniejsze mogliście widzieć już we wpisie o Kołobrzegu:

Tutaj Michu w butach Mariusza. Taki tam przerywnik artystyczno-kinowy ;)

I na koniec zupełny hit. Zabawa tematyczna w sklep. Albo raczej w kasę w supermarkecie – podpatrzona i przedstawiona po powrocie z Auchan któregoś dnia ;)

O Kołobrzegu

Jak już część z Was wie – tegoroczny urlop Mariusza spędziliśmy w Kołobrzegu. Ci, co korzystają z facebooka mogli już nawet foty z naszych wakacji obejrzeć, a tych, którzy z owego ustrojstwa nie korzystają odsyłam tutaj.

Ogólnie rzecz biorąc było fajnie. Pogoda zepsuła nam się w sumie tylko na dwa dni, więc i tak nieźle. Mieszkanie umiejscowione było stosunkowo blisko morza, więc nie trzeba było jakoś szczególnie się nachodzić.

Mikołajowi też chyba się podobało. Mógłby całymi dniami siedzieć na plaży i bawić się piachem i wodą. Nie mogłam wyjść z podziwu, ile do zrobienia miał tam ciągle – a to jakieś dziury kopał, a to babki robił, a to piórko znalazł, a to wodę nosił… Ciągle coś :) Robił też niezłe odległości, jeśli chodzi o spacerowanie – i to na własnych nogach! Wózek użyty był w sumie dwa razy – raz, gdy szliśmy na molo i raz, gdy padało i szliśmy na obiad. Nieźle się Michu wytrenował ;)

Wyjazd spędziliśmy częściowo na leniuchowaniu na plaży i częściowo na innych „atrakcjach”. W środę (byliśmy tam od pn do nd) sprawiliśmy niezłą frajdę Michowi, bo zabraliśmy go na przejażdżkę zabytkową kolejką na trasie Pogorzelica-Trzęsacz-Pogorzelica. Przy okazji spotkaliśmy się też z Moniką, Bartkiem i Tosią. Oni z kolei odwiedzili nas w piątek, ale pogoda była kiepska, więc poza pójściem na obiad i kawę nic więcej nie „zaliczyliśmy”. W czwartek wybraliśmy się na rejs „Piratem”. Muszę przyznać, że pływanie statkiem po morzu nie należy do moich ulubionych rozrywek. Okazało się, że mam chorobę morską. Co prawda nie wyrzygałam się za burtę, ale jeszcze dobrą godzinę po zejściu na ląd czułam się jak nawalona. Masakra.

Ulubionym miejscem w Kołobrzegu okazała się kawiarnia „Widokówka” – umiejscowiona na 12(najwyższym) piętrze sanatorium „Kombatant”. Jest bardzo ładnie zaprojektowana – środkowa część to zwykła kawiarnia, natomiast naokoło niej zrobiony jest taras widokowy ze stoliczkami, krzesłami, grillem a nawet mini-placem zabaw dla dzieci. Udało nam się tam nawet załapać na jeden zachód słońca. Gdyby nie to, że obsługa w dni większego ruchu słabo sobie radzi, to w ogóle można by z tego miejsca nie wychodzić ;) Ale jakby na to nie spojrzeć – byliśmy tam w sumie codziennie :)

Przy okazji niepogody Mikołaj nadrobił częściowe straty w oglądaniu światowych animacji ;) Do tej pory wszelkie próby puszczenia Michowi bajek dłuższych niż półgodzinne i bez logo CBeebies kończyły się fiaskiem, a tu nagle taka zmiana – obejrzeliśmy więc w sumie „Shreka”, „Film o pszczołach”, „Kung-Fu Pandę” i „Na fali” :) Co prawda część z tych bajek służyła Michowi jako usypiacz do popołudniowej drzemki, za to ja obejrzałam z chęcią wszystkie :)

Z „nadmorskich pamiątek” to Michu przywiózł sobie cały koszyk muszli przeróżnych, ja pięknego anioła z „Galerii Pod Aniołem” (pod Aniołami?), Mariusz rękodzielniczy kubek, a z rzeczy wspólnych udało nam się kupić bardzo przyjemną pościel na naszą dużą kołdrę i poduszki. W sumie to wszyscy zadowoleni :)

Przy okazji muszelek, to mi się przypomniało, że w sobotę 17 lipca, przed wyjazdem do Kołobrzegu, udało nam się jeszcze odwiedzić Lwówek Śląski, gdzie odbywało się akurat „Agatowe Lato”. To impreza totalnie dla mnie – kilkadziesiąt stoisk z biżuterią, kamieniami i rękodziełem. Michu (który ma ciągle jakąś fazę na zbieranie kamyczków wszelakich) kupiliśmy pół kilko oszlifowanych agatów. Trzyma je teraz w szkatułce i służą mu jako pieniądze w zabawie w sklep :)

To by było na tyle o naszych wakacyjnych wojażach. Być może uda nam się jeszcze gdzieś wybrać na weekend w sierpniu, ale to się dopiero okaże :)

I na koniec kołobrzeskie kino plażowe z Michem w roli głównej:

Podmyty Misiek:

Rozmowy plażowe na tematy ogólne:

Plaży ciąg dalszy:

Michu śpiewa, tańczy, kopie i sprzedaje ;)

Bez tytułu dzisiaj

Dzisiaj będzie bez tytułu, bo nie bardzo wiedziałam, jaki wybrać :) Przepraszam od razu za długą nieobecność. Już się poprawiam :)

Ostatnie prawie dwa tygodnie mieliśmy chorowite. Najpierw Michu zaczął kaszleć jak gruźlik, potem okazało się, że ma gronkowca i do tego pediatra podejrzewała też chlamydię. Na szczęście chlamydii nie potwierdziły badania, na gronkowca Michu dostał antybiotyk (my też) i od wczoraj bezpiecznie znowu śmiga do Zaczarowanej Krainy. I jak się dowiedzieliśmy – śmigać będzie nadal, bo do przedszkola państwowego się nie dostał. Nawet już mi się narzekać na to nie chce. Do wczoraj trwała druga rekrutacja – na te miejsca, które ktoś zwolnił po pierwszej rekrutacji. No i mi pani z przedszkola na Orlej narobiła nadziei, że Mikołaj jest wpisany jako drugi z dwóch chętnych ubiegających się o dwa wolne miejsce, więc praktycznie na 100% się dostanie. Coś mi się to podejrzane wydawało, ale pomyślałam, że może akurat faktycznie takie szczęście nas spotkało? No i co? No i kiszka! Po dwóch godzinach telefon z przedszkola, że zaszła pomyłka i wpisali Micha na listę czterolatków, natomiast na liście trzylatków jest już kilkadziesiąt chętnych i szanse na przedszkole zerowe. Ech…

Michu od jutra zaczyna indywidualną terapię logopedyczną w związku z opóźnionym rozwojem mowy. Trochę za mały nacisk położyliśmy na jego gadatliwość, do tego zbyt dobrze go rozumieliśmy i wyręczaliśmy w mówieniu i teraz mamy. Ale pocieszające jest to, że jak już jesteśmy świadomi i Micha bardziej ciśniemy, i pilnujemy sami siebie, by go prowokować do mówienia czymś więcej niż półsłówkami, okazuje się, że robi całkiem niezłe postępy. Do tego od jutra logopeda z prawdziwego zdarzenia zacznie go „męczyć”, więc powinno wszystko dojść do normy.

Za tydzień jedziemy z Mariuszem do Gdańska. W sobotę idziemy na Openera, głównie na koncert Skunk Anansie, a pozostałe trzy dni (jesteśmy tam od 1 do 4 lipca) będziemy zwiedzać Gdańsk i okolice. Bo w sumie to w Trójmieście byłam raz i to nie do końca w celach turystycznych, więc czas nadrobić straty :) Mapę i przewodnik mamy, więc Gdańsk, ani Gdynia, ani nawet Sopot nie będą nam straszne :) Dodać należy, że Michu w tym czasie będzie miał swój debiut bez nas w Gnieźnie. Mam nadzieję, że da radę.

Dwa tygodnie temu, w tzw. długi weekend czerwcowy, zafundowaliśmy sobie dwie krajoznawcze wycieczki po Dolnym Śląsku. Obie, co prawda, prowadziły w tę samą okolicę – Góry Kaczawskie – ale odwiedziliśmy zupełnie różne miejsca. W galerii jest trochę zdjęć z naszej ekspedycji. A cóż można powiedzieć o owych górach? Że są piękne, mało znane i totalnie nie przygotowane na przyjęcie turystów. Gdyby nie to, że drugiego dnia mieliśmy ze sobą przewodnik, do kilku miejsc w ogóle byśmy nie dotarli. Na zaporę Pilchowicką trafiliśmy tylko dlatego, że przejechaliśmy Pilchowice i – nie znalazłszy początkowo drogi – musieliśmy się wrócić. Okazało się, że tablica wskazująca drogę do zapory jest, owszem. Ale widoczna tylko wówczas, gdy przejeżdża się przez Pilchowice od strony Jeleniej Góry. Jak ktoś jedzie z przeciwnej, to niech zapomni o zaporze…

Kolejna rzecz to tzw. organy Wielisławskie. Jest to przepiękny zastygnięty naciek magmy z dawno wygasłego wulkanu. Udało nam się co prawda znaleźć do nich drogę, ale jej stan… Aż dziw, że się nie zakopaliśmy samochodem.

Polska Fudżijama – wygasły wulkan Ostrzyca. Przejeżdżaliśmy obok, wokół same pola, droga dojazdowa też polna, nawet nie utwardzona… No i zero oznaczenia, że to właśnie tu, między tymi polami jest dojazd. Jedyna szansa do dotarcie, to zostawienie samochodu przy szosie (a potem pewnie szukanie opon w pobliskiej miejscowości). Żenada. Ostrzyca musi poczekać, aż Michu dorośnie, bo nie dalibyśmy rady z nim tam teraz wejść. Zmęczyłby się samym dojściem do podnóża…

Zamek we Wleniu – udało nam się go znaleźć, ale niestety, nieczynny. Podobno w remoncie. Może kiedyś uda się go zwiedzić.

Zamek Grodziec – tu nam się udało całkiem przyjemnie spędzić czas. Akurat trafiliśmy na jakiś piknik rycerski, co zaowocowało zabawą Micha z armatą :)

Pałac Staniszów – to była bardzo przyjemna rzecz, na którą trafiliśmy niemal przypadkiem. Śliczny pałac na wodzie, odnowiony, z ładną fontanną i przyjemną restauracją. Obok był też plac zabaw, co szczególnie uradowało Micha.

Perła Zachodu i jezioro Modre – tego szukaliśmy długo i gdyby nie dopytanie się miejscowych o drogę, nie pomógłby nawet nasz przewodnik. A miejsce prześliczne. Zabytkowe schronisko zawieszone na skale nad jeziorkiem powstałym na Bobrze po zbudowaniu zapory. Miejsce urokliwe, warte odwiedzenia i z pewnością dłuższego spaceru.

Tyle o atrakcjach Krainy Wygasłych Wulkanów :) Dużo jest jeszcze do zwiedzenia, ale póki co, tyle wystarczy na dwa dni. Z pewnością jeszcze tam wrócimy.

Muszę się wszem i wobec pochwalić. Zdałam egzamin z lingwistyki i to na pięć! Dwie piątki w grupie :) Szczerze przyznaję, że jestem z siebie dumna, bo materiał nie należał do łatwych.

Dziś przeczytałam w „Polityce”, że w drugiej turze kandydaci na prezydenta będą bili się o poparcie głosujących na Grzegorza Napieralskiego. Cóż, miło wiedzieć, że ktoś będzie bił się o mój głos ;) Jak na razie obydwom kandydatom idzie miernie. Jeden przegina przesadnie starając zbratać się z lewicą (bo to już nie postkomuna podobno), drugi… drugi to za całokształt też na głos nie zasługuje… Ale trza będzie wybrać między młotem a kowadłem, zwłaszcza, że odstałam dziś godzinę w kolejce po zaświadczenie, by móc głosować w Gdańsku. Nie po to „kolejkowałam”, żeby teraz to zmarnować.

Kilka dni temu, jak wiadomo powszechnie, był Dzień Ojca :) Michu, z moją minimalną pomocą, zrobił dla Mariusza laurkę w postaci serduszka wyklejonego kolorowym papierem. Do tego kupiliśmy kwiatki, czekoladki i Misiu powiedział wierszyk – „Tato, tato, coś Ci dam – jedno serce, które mam. A w tym sercu duży kwiat – Tato, tato, żyj sto lat!”. Gdzieś w telefonie mam filmik z jednej z próbnych recytacji owego artystycznego tworu poezji dziecięcej. Muszę wrzucić na youtube, bo boki można zrywać, jak Michu angażuje się zwłaszcza w końcówkę :) W przedszkolu natomiast Miś zrobił dla Mariusza bransoletę z drewnianych kostek z napisem „tata”. Tylko Mariusz jakiś niechętny noszeniu ;)

Wczoraj byłam z Michem na ślubie i kawałku wesela Kuby i Jagody. Michu, niestety, był zmęczony całodniową wyprawą, więc nie udało się go przetrzymać dłużej i przed szóstą już się zwinęliśmy. Ale ogólnie wizja tańców z mamą bardzo się dziecięciu spodobała :) A Miś był tak padnięty, że jak tylko ruszyliśmy zasnął jeszcze przed Kościanem, a obudził się dopiero we Wrocławiu.

Dziś byłam z Michem w parku szczytnickim na spacerku. O 14.00 i 15.00 w każdą niedzielę przy fontannie multimedialnej jest organizowany specjalny pokaz dla dzieci. Polega on głównie na tym, że z głośników leci muzyka przeznaczona dla najmłodszych, a przy małej fontannie (tej, po której mogą biegać dzieciaki) szczudlarka i dwa chyba-klowny (w każdym bądź razie jacyś ludzie ubrani kolorowo i z pomalowanymi twarzami) puszczają wielkie bańki mydlane. Niby takie nic, a dzieciaki frajdę mają ogromną – tym bardziej, że po kilku minutach ekipa od baniek rozstawia na brzegach małej fontanny wiadra z płynem, daje młodym sprzęt do baniek i pozwala im się bawić na całego. Bardzo sympatyczny pomysł, rzec trzeba. Zrobiłam Michowi całą masę zdjęć z fontanny, ale jeszcze nie zrzuciłam. Przy okazji dam znać.

Tyle chyba, póki co. Spać mi się chce totalnie, poza tym czeka na mnie trzecia część trylogii Stiega Larssona „Millenium”. Swoją drogą, świetne książki koleś napisał. Wciągają totalnie. Muszę powiedzieć, że czyta mi się je lepiej niż Dana Browna (zwłaszcza, jak pomyślę o „Zaginionym Symbolu”), mimo że są o wiele grubsze. Jeśli lubicie coś z pogranicza thrillera i kryminału, do tego wartką akcję i oryginalnych bohaterów, to koniecznie zacznijcie czytać „Millenium”.

Dobra. Kończę już na pewno. Dziś wrzucam tylko dwa filmiki, bo nie zdążyłam więcej załadować. Następny wpis będzie więc pewnie filmowy zupełnie, bo mam jeszcze kilka kawałków nagranych, które zamierzam wrzucić, ale ciągle zapominam. Może przed wyjazdem do Gdańska się jeszcze uda.

Do następnego, zatem!

P.S. Pierwszy film jest z zamku Grodziec. Michu tańczy na napotkanym przy okazji podeście w którejś z zamkowych sal. Do muzyki, która mu w duszy gra ;)

Drugi film jest z pałacu w Staniszowie. Kończy się „pochlapaniem” taty (taki był cel – realizacja wyglądała raczej na wytarcie rąk w ojcowe spodnie) wodą z fontanny.

P.S.2. Zapomniałam napisać, że 12 czerwca byłam na warsztatach fotograficznych w Mosznej. Niestety zawiodłam się srodze. Nie dowiedziałam się niczego nowego, natomiast, przyznacie, że zapłacenie 250 zł za to, żeby w upalne południe, wśród gromady komarów, porobić zdjęcia zamku, z których z racji pory dnia i pogody i tak z góry było wiadomo, że cuda nie wyjdą, było dość kosztowną imprezą. I nawet certa nie dali. No po prostu żenada…

Dniodzieckowo

Wczoraj był Dzień Dziecka, jak wiadomo powszechnie. Nasze dziecię święto owo obchodziło przynajmniej od tygodnia, więc data wczorajsza wtopiła się w tło. Z historii prezentowych, to dostał, oczywiście, wspomnianą wcześniej kolejkę drewnianą. Daliśmy mu ją w sobotę, bo pogoda w weekend wybitnie nie spacerowa była, a czymś się trzeba było zająć w domu. Frajdę Mikołaj miał nieziemską. Cały czas przy niej siedział, układał, jeździł, a spać położył się o 22.00, tyle miał wrażeń.

kolejka

W sobotę wybraliśmy się też rodzinnie do zoo. Okazało się jednak, że nie był to trafiony pomysł. Dziecko nasze stało się totalnie nie-zwierzęce. Nie chciał nawet spojrzeć na żyrafę, tudzież inną zebrę. Przez motylarnię chciał, owszem, przejść raz jeszcze, ale tylko dlatego, że zaciekawił go drewniany mostek, natomiast pawilon z akwariami skomentował tekstem: „Neno mniam-mniam”. Tłumacząc na polski: „Tu jest rybka Nemo. Rybki są bardzo smaczne!”. Weszliśmy, tradycyjnie, na dziedziniec z kozami na wybiegu. Nic już nie zostało z tego Micha, który rok temu karmił owe stwory z ręki i miał wielką uciechę. Generalnie najciekawszą rzeczą w koziarni okazała się drewniana brama wejściowa, co podobało się kozom, bo mogły przez nią uciekać do przedsionka. Cóż, mamy nadzieję wielką, że kiedyś wyrośnie z tego antyzwierzęcego nastawienia i bramę w zoo będzie witał entuzjastycznie także przy wejściu ;)

Za to niedziela była dla Micha totalnym przeżyciem. Mikołaj miał swój pierwszy kinomaniakalny debiut. Wyobraźcie sobie, że całą godzinę oglądał kolejno: Finleya, Czerwony Traktorek, Misia Ruperta i Listonosza Pata. Do tego został nakarmiony niezdrowo popcornem. Kino zrobiło na Michu ogromne wrażenie. Wiedział, że będzie miał swój fotel z numerkiem, więc był cały podekscytowany. Przed seansem pochodził trochę po sali, a potem siadł i siedział całą godzinę. Dzielny Miś :)

kino

Z okazji Dnia Dziecka dostał też Michu od dziadków nowy zestaw Lego Duplo. A w sumie, to dwa zestawy – supermarket i cyferki. Zabawa supermarketem idzie Michowi wyśmienicie – włącznie z przepuszczaniem klienta przez bramkę przy kasie ;)

Wybieramy się z Michem do logopedy we wtorek. Udało nam się namierzyć dobrego specjalistę, więc jest szansa, że ktoś nam więcej powie na temat tego, czy rzeczywiście jest jakieś opóźnienie rozwoju mowy, zaburzenie, czy może wszystko jest teraz na dobrym poziomie, a wymaga niewielkiej korekty.

To, co się dzieje za oknem od kilku dni zakrawa na zemstę. Już mi się brzydzi ta deszczowa pogoda. Koszmar. Nawet na spacer wyjść się nie da. Wiosno, gdzie jesteś? :(

Tyle na dziś. W galerii kilka nowych zdjęć z Dnia Dziecka. I z przedszkola też. Zachęcam do odwiedzin :)

Na koniec, tradycyjnie, dwa krótkie filmiki z Michem i kolejką w roli głównej :)

Wstyd i hańba!

Tak, tak, wstyd i hańba, że tyle czasu minęło od poprzedniego wpisu. Tłumaczyć się nie będę, posypię głowę popiołem i obiecam poprawę :)

Jak to zawsze bywa w takich sytuacjach, nie wiem, od czego zacząć. Nie będę zbytnio cofać się w czasie. Święta minęły nam bardzo dobrze w Przecławiu – zdjęcia są na stronie do obejrzenia, kto jeszcze nie widział. Potem była żałoba, ale o tym już pisałam. Dalej długi weekend. Tenże spędziliśmy w Kliczkowie (zdjęcia do obejrzenia w galerii), we Wrocławiu (w aquaparku i Renomie ;)) oraz w zamku w Mosznej (zdjęć jeszcze nie obrobiłam). Ubiegły natomiast tydzień Misiek i ja byliśmy „wyjechani” do Głuchowa, zostawiając jednocześnie małżonka, by mógł troszkę pouczyć się do egzaminu z Javy. Tyle z wieści „podróżnych”.
kulki

W sobotę byłam na szkoleniu fotograficznym zorganizowanym przez „Świat Obrazu” (www.swiatobrazu.pl). Bardzo sympatyczny kurs, prowadzący to kopalnia wiedzy, informacje podane w bardzo przystępny sposób, dobrze zrobiona prezentacja, wiedza zdobyta bardzo przydatna :) Tyle w skrócie. Być może uda mi się też dotrzeć na warsztaty praktyczne w czerwcu – właśnie w zamku w Mosznej – ale to się jeszcze zobaczy :)

Kupiliśmy nowy komputer. Mac Mini. Śliczny jest :) Do tego mały i cichy. Trochę trzeba się poprzestawiać na oprogramowanie nie-windowsowe, ale póki co daję radę. Mam tu wszystko, czego potrzebuję (jak na razie) i całą furę apple’owych gadżetów. Chyba stanę się fanem tej marki ;)

W sobotę i niedzielę mam egzaminy, więc uczyć się trzeba. Jeden z nich to totalna kolubryna, z lingwistyki. Mam nadzieję, że jakoś pójdzie.

Michu w ostatnim czasie znowu nam chorował – smarkato i kaszlato. Skończyło się antybiotykiem i skierowaniem do alergologa, bo pediatra podejrzewała alergię. Byłam z nim w poniedziałek u specjalisty, z wywiadu i badania nie wynika, żeby Michu był na coś uczulony, ale dla pewności lekarka zapisała go na testy na przyszły tydzień. O dziwo udało nam się dostać do alergologa na nfz i w dodatku tylko tydzień czekaliśmy na wizytę. Szoook!

Michu coraz więcej gada. Już w sumie pogubiłam się co do nowości w słownictwie, ale coś tam spróbuję napisać.
Doszło więc:
tapcia – babcia
toś – kosz na śmieci
diti – dzięki
tataj – tramwaj
tapcieś – basen
tody – lody
tia – kia
emo – MO (Milicja Obywatelska – Mariusz go nauczył, by tak mówił na fiata 125p z napisem „Milicja” – Michu ma takie autko)
teten – jeden
tuti/tuty – żółty
tutiti – Luiggi (autko z „Aut” Disneya)
sen sali – sen o Sally (gdy się Michowi śni Sally z „Aut”)
ciecie – jeszcze
siuś – już
dita – studzienka
otata – otwarta
siom – są
toji – tory (np. kolejowe)

Ponadto Michu od jakiegoś czasu składa wyrazy w proste zdania, w stylu: „mama, cie mniam-mniam” (czytaj: Mamo, chcę jeść) itp. Mamy progres.

Przed weekendem majowym Mikołaj był z kilkorgiem dzieci z Zaczarowanej Krainy na wycieczce u stomatologa (w dodatku u tego samego, do którego sama go wożę na kontrole). Najpierw była u nich w przedszkolu dentystka z programem profilaktycznym, a potem przedszkolaki jechały się przebadać. Ze zdjęć i opowieści opiekunek wynika, że wszystko poszło gładko, dzieciaki bez stresu i płaczu dały sobie w buzie zajrzeć. Dla Micha była frajda tym bardziej, że jechali komunikacją miejską. Wierzcie mi albo nie, ale dla dzieci wożonych ciągle samochodem przejażdżka tramwajem i autobusem to raj na ziemi. Zresztą, dzień wcześniej sama wybrałam się z Michem na taką wycieczkę – po raz pierwszy przejechał tramwajem cały Wrocław. Frajda nie z tej ziemi :)

A tu filmik z tramwajowej jazdy premierowej ;)

Dobra, tyle na dziś z racji nadrabiania zaległości. Będę się teraz pilnować, by nie robić takich przerw. Do przeczytania :)

P.S. A jednak jeszcze coś mi się przypomniało. Mikołaj dostał od dziadków z Gniezna rowerek biegowy – laufrad. Dokupiliśmy kask (Michu sobie wybrał) i teraz ćwiczymy odpychanie :) Idzie mu coraz lepiej, choć z pewnością do ideału jeszcze daleko. Ale wszystko przed nami :) Poniżej krótkie filmiki – pierwszy z Michowego debiutu rowerowego, a drugi z późniejszego spaceru:

Na koniec już zupełny świeżynka z dzisiaj – Michu maluje (się) farbkami:

Wiosenny duet muzyczny Mikołaja i inne historie

Nareszcie mamy wiosnę! Nie tylko kalendarzową. Wiosnę czuć w powietrzu, a potwierdzają to: dzisiejsze 18 stopni na termometrze i słońce na niebie :) Zimo, precz!

W związku z nastaniem wiosny, Mikołaj zainaugurował sezon turnieju czterech skoczni: zjeżdżalni w parku Skowronim, zjeżdżalni w parku Południowym, zjeżdżalni na naszym dziedzińcu i zjeżdżalni na osiedlu SM Osada. Premierowy skok został wykonany na tej ostatniej. Oto dowód:

Ponadto dzisiaj spędziliśmy prawie dwie godziny na placu zabaw w parku Skowronim, a jutro, jeśli pogoda nadal dopisze, nalatujemy na Południowy. Sama przyjemność teraz w przesiadywaniu na dworze.

Miniony weekend mieliśmy wyjazdowy. W sobotę pojechaliśmy do Gniezna, a w niedzielę, w drodze powrotnej, wstąpiliśmy do Głuchowa. Z Głuchowa przywieźliśmy piękny filmik :) Babcia Tereska – w sensie moja babcia, a Mikołaja prababcia – doczekała się wreszcie prawnuka, który chętnie (jak na razie) podejmuje tradycję rodzinną i gra na harmonijce ustnej :) Oto wiosenny duet Mikołaja z prababcią:

Dzisiaj byłam na praktykach w PORT-cie na Kozanowskiej. Bardzo przyjemne przedszkole. Czekają mnie jeszcze dwa dni praktyki w kwietniu.

Wczoraj i dzisiaj porobiłam trochę zdjęć Mikołajowi na placach zabaw. Ale jeszcze ich nie obrobiłam, więc jak będą w galerii, to dam znać.

Michu znowu dorzucił sobie parę rzeczy do słownika. Między innymi pięknie używa słowa „też”. Na maksa prawidłowo :) Mówi na przykład: to też, tam też, też nie, ja też, mama też itd. Sam wykombinował :)
Doszło też: „cie” czyli „chcę”, czasami słychać „jeście” czyli „jeszcze”, „tato”, co oznacza „auto” (chociaż na własne uszy dziś słyszałam, jak Michu powiedział poprawnie „auto”, więc leń po prostu z niego wyłazi), „fyfy” to są frytki, „dzi” – „drzwi”. Ponadto dziś podczas odbierania go z przedszkola wyartykułował imiona opiekunek: Agnieszka i Aneta. Nie było to idealne, ale każda z pań wiedziała doskonale, że padło jej imię. Aaa, i dzisiaj usłyszałam jeszcze nowe słowo: „tot” – „tort” :) Tak więc mowa gna do przodu. Może bez wielkich zrywów, ale, co tydzień, coś nowego się pojawia.

Dostałam dziś maila z merlina, że kuchenka Tefal dla Micha (prezent od Zajączka) przyjedzie jutro. Co prawda ciężko będzie ukryć taki wielki karton, ale jakoś może się uda. Rzecz jasna, jak tylko Mikołaj wieczorem pójdzie spać, muszę ją wypróbować ;) W wyposażeniu ma mieć dodatkowo toster i czajnik :) Jak już Zajączek Michowi przyniesie ów prezent, to wrzucę kilka zdjęć naszego kucharza. Bo że z prezentu będzie się cieszył, to pewne jak słońce na niebie. Ma ciągoty do tej zabawki od dawna, a w niedzielę w BabyMax przeszedł samego siebie: chodzimy po sklepie, wyszukaliśmy przyjemny komplet garnków do zabawy, do tego Mariusz znalazł drewniany zegar-puzzle z Autami. Pokazuje to Michowi i mówi: „Patrz Mikołaj, co znalazłem. Kupimy?” Na to Michu z rozbrajającą szczerością, wskazując na plastikową kuchenkę stojącą na wystawie: „Tak. I to też.” :)

Tyle na dziś. Pora kończyć, bo ledwo widzę na oczyska. Intensywny dzień dziś miałam :)

Przedwiośnie…

Wiosnę już czuję pod skórą, a tu w prognozie pogody zapowiadają śnieżycę na sobotę. No bez przesady! Ile można?! Śnieżycy i śniegowi na najbliższe miesiące mówię stanowcze NIE i niech ktoś nie odpowiedzialny weźmie to sobie do serca. Bo jak się zdenerwuję…!

W związku z ozdrowieniem Mikołaja (po dwóch seriach antybiotyków, dwóch tygodniach siedzenia w domu i w sumie pięciu wizytach u lekarzy) udało nam się przedwczoraj wybrać na pierwszy od dawna spacer. Słoneczko piękne świeciło, więc postanowiłam zabrać aparat. Kilka zdjęć wrzuciłam do galerii, możecie sobie obejrzeć, kto ciekaw :)

Na spacerze towarzyszyła nam kaczka. Kaczkę ową kupiliśmy prawie rok temu, ale do tej pory nie wzbudzała szczególnego zainteresowania u naszego dziecięcia. Aż do wtorku, kiedy to postanowił zabrać ją na spacer. W pierwszym momencie chciałam powiedzieć „nie”, bo stanęła mi przed oczami wizja rzuconej po 5 minutach zabawki i noszenia jej potem za Michem. No, ale koniec końców stwierdziłam, że niech będzie. I jakie było moje zdumienie, gdy kaczka wytrwale przez cały spacer tkwiła w ręku Miśka. A Misiek bardzo dzielnie z nią maszerował, chociaż chwilami nie było mu łatwo. Pierwsze chwile grozy przeżyłam, gdy Michu sprowadzał ptactwo po schodach – „Jaaa!” – usłyszałam tylko w odpowiedzi na moją propozycję, że mu/kaczce pomogę. Serce prawie wyskoczyło mi z piersi na widok karkołomnych prób schodzenia Miśka&kaczki, ale nie było wyjścia – jedyne, co mi pozostało to uważna asekuracja. Na szczęście obyło się bez upadków. Ech… Przekonajcie dwulatka, że nie wszystko potrafi zrobić samodzielnie… Medal dla takiej osoby! ;)

Po dwóch tygodniach przerwy Miś wrócił do swojego klubu malucha. Trochę się obawiałam tego powrotu po chorobie, ale dziecię było tak stęsknione za paniami, dziećmi i miejscem, że prawie nie zwróciło na mnie uwagi i pobiegło do sali. Wczoraj i dziś było już trochę gorzej. Popłakało się Misio kochane. Aczkolwiek wiem, że płacz ten trwa chwilę i znika po moim wyjściu za drzwi, więc jestem spokojna.

Wczoraj panie z klubiku podczas zajęć uczyły dzieci nazw kolorów. I były w szoku, że Mikołaj potrafi bezbłędnie pokazać który to czerwony, który zielony, który niebieski i który żółty. To, że Michu je zna i rozróżnia to wiemy od dość dawna (trzech podstawowych nauczył się na sygnalizatorach drogowych), ale nigdy się jakoś nie zastanawialiśmy nad tym, że to może nie być standard u dwulatków. Hmmm… Właśnie, ciekawa jestem jak to wygląda, tak ogólnie, wśród dzieci. Myślę, że to nic wielkiego – nauka kolorów. Pewnie opanowują to szybko, pod warunkiem, że rodzice/opiekunowie stosunkowo często im dane kolory pokazują i nazywają.
Jakby jednak na to nie spojrzeć, byłam dumna i blada z takiej pochwały mojego dziecka :)

Swoją drogą, wiem też, że Mikołaj rozróżnia bardzo wiele cyfr i liter. Niestety ciągle jeszcze stosunkowo słabo potrafi je wyartykułować. Ale myślę, że jak już zacznie, to na dobre :)

W sumie, to ostatnio doszło kilka nowych słów. O jaju już wspominałam, doszło więc jeszcze „pciepcie”, będące niekiedy „ciepciem”. Wiecie co to? Przejście dla pieszych! Mikołaj od jakiegoś tygodnia ma ulubione zajęcie: sadza mnie lub Mariusza na swoim dywanie ikeowskim (takim z drogą dla samochodzików), wręcza auto i każe jeździć. Należy zatrzymać się przy każdym przejściu dla pieszych, co Michu komentuje entuzjastycznie: „Pciepcie!”… i można jechać dalej. Koniecznie trzeba też przejechać przez rondo, które z niewiadomych powodów zostało nazwane… „siusia” – tak samo, jak siusiak… Gdy my mówimy: rondo, to Mikołaj przytakuje, ale gdy prosimy, by powtórzył słyszymy: „siusia”… Przyznać mi się, kto siusiał na rondzie i został na tym przyłapany przez moje dziecko, hę? ;) Bo mam dowody na filmiku, że wcześniej rondo to było „dodo”. Więc ktoś mi tu dziecko zmanipulował! ;)

Ponadto ewoluowało słowo „światła” (chodzi o sygnalizator drogowy). Już nie ma „sici”. Już są „siapa” zamiennie z „siafa”. Mamy też „fafy” – farby, „fafel” – wafel, „siok” – sok, „sio” – w sensie „chodź” oraz niekiedy „siaban/siafan” na słowo szlaban. Do tego dodajmy: „Siali” – bajkowa Sally, „Sisa/Sysa” – Zygzak (McQuinn, oczywiście), „tuj” – w zależności od potrzeby: Wójt (dla niezorientowanych w Autach Disneya – jeden z bohaterów), albo „stój” (gdy powtarzamy wierszyk z Teletubisiów: „Nie przechodź na drugą stronę, jeśli światło jest czerwone. Czerwone znaczy STÓJ”), „Siamf” – Humf, futrzak z kreskówki z CBeebies, „tom” – tom, to określenie na traktor ogólnie (wywodzi się od bajki o traktorze Tomie). Więcej na razie nie pamiętam :)

Ostatnio musieliśmy zaprzestać oglądania bajki „Auta”. Gdy tylko się kończyła i pojawiały się napisy, Michu zaczynał tak szlochać, że ciężko było go uspokoić. Pierwszy raz widziałam, żeby dziecko tak bardzo reagowało na koniec jakiejś bajki. Aż go żal było. Stwierdziliśmy, że na razie zrobimy przerwę, bo szkoda Miśka i naszych nerwów. Aczkolwiek mania „Aut” trwa nadal. Bajki na cd nadal Misiek chce słuchać, ubrania jak wybieramy z szafy, to koniecznie muszą być z jakimś pojazdem (jak na razie Zygzak widnieje tylko na jednej bluzie, ale na szczęście Michu zadowala się też innymi pojazdami – byle miały kółka). Ostatnio też wyhaczyliśmy jajka z niespodzianką z serii Cars. Dzięki temu mamy już trzy Sally (ku zachwytowi Mikołaja), jednego Zygzaka, jednego Luiggiego i jednego Wójta. Ech… :)

Mikołaj ogólnie bardzo interesuje się tematyką „pojazdowo-drogową”. Ostatnio jego uwagę przykuły znaki drogowe. Wydrukowaliśmy mu więc z Mariuszem w kolorze kilkanaście najczęściej spotykanych i przydatnych, zalaminowaliśmy i teraz Mikołaj się nimi bawi. Doskonale rozpoznaje: przejście dla pieszych, dla rowerzystów, ograniczenie prędkości, wszelkie znaki związane z przejazdami kolejowymi (mówi na nie „ciucia” – ciuchcia), rondo, droga z pierwszeństwem przejazdu, stop, zakaz wjazdu, parking, uwaga dzieci, przystanek autobusowy i tramwajowy oraz znak…Bam! Znak „Bam” jest to swoisty ewenement, gdyż nigdy nie zwracaliśmy Mikołajowi na niego uwagi, co z kolei oznacza, że nasze dziecię samo wykoncypowało, że gdy znak taki się pojawia, to znaczy, że samochód zaraz zrobi „bam”. Co to za znak? Próg zwalniający! Ciągle trwamy z Mariuszem w zdumieniu z powodu spostrzegawczości i logiki myślenia naszego dziecka (po kim on to ma…?).
Znaki te (i jeszcze kilka innych) są nieustannie układane na dywaniku i trzeba przy każdym się zatrzymać i mówić, co oznacza. A jak – oczywiście przypadkiem ;) – powiem źle, to Mikołaj od razu woła: „Nieee!” i jakoś tam mnie po swojemu poprawia :) Zdolna bestia :)

Odebraliśmy Michową opinię od pani psycholog. Misiek dobił do normy, jedyne, co jeszcze kuleje, to mowa czynna, ale jak widać powyżej nabiera ona tempa, więc nie ma się czym martwić.

Mikołaj w ostatnich tygodniach się umuzykalnił ;) Po pierwsze coraz częściej wyjmuje swoje instrumenty (z promocji z Lidla) i grzechocze, dzwoni, bębni i co się tylko jeszcze da. Nauczył się też porządnie dmuchać w harmonijkę ustną i flet. Na razie jeszcze skromne dowody, ale jednak, mamy na filmikach:

Po drugie Michu polubił tańczyć. Zwłaszcza do jednej piosenki Arki Noego, z ostatniej płyty. Nie pamiętam tytułu, ale jest druga w kolejności, i do tego moja ulubiona z tej płyty :) Gdy Michu ją słyszy woła: „Mami!” (w sensie, że to mamy ulubiona piosenka) i ciągnie mnie za ręce do tańca :)

W ostatnią niedzielę przekonaliśmy się z Mariuszem jak niewiele dziecku potrzeba do szczęścia. Zamówiliśmy pizzę. Pizza, jak to pizza, wiadomo, przyniesiona w kartonie. Karton po opróżnieniu i rozłożeniu zaprezentował takie jakby dwie zakładki, które Michowi skojarzyły się z drzwiami. Naprzynosił sobie małych samochodzików i dawaj przez te drzwi je przepychać. No to wzięłam pisak i namalowałam na tym kartonie ulice, rondo, jakiś domek… Michu przeszczęśliwy. Bawił się tym chyba ze trzy dni. Bawiłby się pewnie dłużej, ale niedobra matka postanowiła podczas nieobecności dziecka pozbyć się kartonu, bo zaczął z lekka podśmierdywać pizzą…

A tu kawałek „pciepciowania” na drodze z kartonu od pizzy :)

Teraz jeszcze kilka słów nie o Mikołaju :) Udało nam się w końcu w ostatni weekend lutego dotrzeć do Karpacza na wyczekiwany wyjazd we dwoje :) Pogoda dopisała, wszystko udało się świetnie :) Muszę przyznać, że pokój, w ramach zamówionego pakietu, mieliśmy po prostu rewelacyjny. Był ogromny, około 40m2, do tego ogromny taras. W ramach pakietu w pokoju czekał kosz owoców i szampan. Na sobotę zamówiliśmy sobie uroczystą kolację – przy świecach, winku, w dodatku w oddzielnej sali restauracyjnej, byliśmy tam tylko my dwoje. Trzeba przyznać, że się postarali :)
Co do nas, to jedyną naszą aktywnością był dwugodzinny spacerek w sobotę po Karpaczu. Resztę czasu spędziliśmy leżąc na łóżku, gapiąc się w telewizor, bijąc rekordy w Kulki na Facebooku i czytając odmóżdżające gazety. Rewelacyjnie wypoczęłam! :)

Chyba czas już skończyć, bo kto to potem przeczyta… Brawa dla wszystkich, którzy dotarli do tego momentu :)

Śpiąco…

Cały dzień jakiś taki śpiący. Dość mam już zimy. Zimo, precz!

Co do Miśkowych ekscesów z nocnikiem i siusiuaniem, to na razie bez większych efektów. Siadać siada, wołać woła (po fakcie), ale póki co to mało skutecznie. Nawet przed kąpaniem, jak puszczam wodę do wanny. Ale się nie poddajemy. Koniec końców kiedyś zaskoczyć musi. W razie czego mamy już 22 pary majtek :)

Misiek się rozgaduje. Coraz więcej stara się po nas powtarzać, czasem nawet dość podobne do naszych słowa mu wychodzą. Z nowości to na przykład słowo „ciuci”, które oznacza „ciuchcia”. Czasem wychodzi też Michowi „ciacio”, co z kolei znaczy „ciastko”. Poza tym od kilku dni Michu notorycznie mówi „no” na widok znaku drogowego informującego o przejściu dla pieszych. Nie jestem w stanie zgadnąć, dlaczego to ma być „no”. Myślę, że z tą tajemnicą Michu pójdzie do grobu, bo przypuszczam, że jak już będzie na tyle duży, żeby umieć nam wytłumaczyć owo enigmatyczne „no”, zapomni co to znaczyło… Jedyne, jakieś nikłe skojarzenie, to takie, że ten znak jest niebieski z czarnym ludzikiem i być może kojarzy się Michowi z „NooNoo” – tym niebieskim odkurzaczem z Teletubisiów. Ale głowy za to nie dam. Zresztą, wtedy to raczej Michu mówiłby zwyczajnie „Noonoo”, bo jak widzi ten odkurzacz, to tak właśnie woła.
No i jeszcze doszło słowo „jajo”, z radością używane na widok jajka z niespodzianką.

W przedszkolu coraz lepiej. W tym tygodniu obyło się w ogóle bez płaczu. Do tego Michu zjadł wszystkie trzy obiadki (w tym pierogi ruskie!!!! – pierwszy raz w życiu), w dodatku włącznie z zupą. Pięknie też zaczyna integrować się z grupą. W środę to nawet usiadł razem z dziećmi na poduszkach podczas czytania książeczki. To w ogóle sukces, bo Mikołaj z reguły był na „nie”, jeśli chodzi o czytanie i oglądanie książek.

No i poza tym Mikołaj rozwija się plastycznie. We wtorek malował znowu paluszkami na zajęciach logopedycznych – bez oporów. Poza tym widać po jego rysunkach przedszkolnych, jak się rozkręca – coraz więcej zamalowuje, kreski są coraz mocniejsze. W tym tygodniu dostaliśmy od Misia piękne walentynkowe serduszko, które dumnie zawisło u niego w pokoju pod zegarem. Mikołaj jest bardzo dumny ze swoich prac. I widać, jak bardzo cieszy się, że nam się podobają. Kochany Miś :)

Mikołaj rozróżnia litery: A, M, V, O oraz cyfry: 0, 2, 3. Z jedynką jest jeszcze kłopot. Trójka też czasem mu się pomyli, ale stosunkowo rzadko. Natomiast dwójkę rozpoznaje wszędzie. Poza tym nauczył się w końcu pokazywać dwa na palcach (co wałkuję od drugich urodzin). Oto dowód:

Cóż, jedni pokazują „pięć piw”, a Michu „dwa faworki” ;)

Mikołaj ostatnio przeżywa fascynację wszelkimi miksturami kosmetycznymi, do jakich tylko uda mu się dotrzeć. Z półek w łazience musiały więc poznikać co droższe kremy, perfumy czy pasta do zębów, bo nie można było być pewnym ich spokojnej przyszłości. Któregoś dnia dałam Michowi jego krem bambino i oto, co z tego wyszło:

Przyznać trzeba, że to też kolejny powód do radości. Przypominam sobie bowiem, gdy rok temu zaczęliśmy chodzić na zajęcia logopedyczne i któregoś razu p.Asia dała dzieciakom różne pachnące kremy, by sobie ręce nimi trochę pobrudziły. I pamiętam ryk Miśka, który za Chiny nie chciał zanurzyć choćby paluszka. A teraz… Teraz to Ameryka! :)

W ubiegłą niedzielę udało nam się dotrzeć do aquaparku. Misiek się nabiegał, w związku z czym, jak potem podjechaliśmy jeszcze do małpiego gaju w Arkadach, prawie nie miał siły się tam bawić. Ale w domu jakimś cudem wielkim się zregenerował i nie chciał spać w południe. W sumie, to nie pamiętam już chyba, kiedy Misiek ostatnio zasnął w ciągu dnia. Dzięki temu wieczorem jest gotów do spania po 19.00, co daje nam godzinę więcej czasu :)

Dzisiaj, z okazji jutrzejszych walentynek, małżonek zaprosił nas rodzinnie na lody do Grycana. Michu, który ostatnimi czasy bardzo polubił lodziarnię, wybrał sobie deser pt. Motylek. Za każdym razem wybiera inny i, o dziwo, zjada prawie wszystko. Żarłok się z niego zrobił :)

Mamy zdjęcia z pierwszego balu Miśka. Dziś p.Agata z Zaczarowanej Krainy przysłała je mailem. Widać, że Miś bardzo dobrze się bawił :)

pirat

To chyba na tyle. Nie wiem, czy wspomniałam o wszystkim, o czym chciałam. Najwyżej dopiszę, jeśli mi się coś przypomni. Miłej niedzieli Wam życzę!