Od 8 dni jesteśmy dumnymi rodzicami dwóch synów – ośmioletniego Mikołaja i ośmiodniowego Witka (Witolda, jak ktoś woli) :) Radość nasza jest przeogromna, zwłaszcza, że jak dotychczas, wszystko idzie bez komplikacji.

Podobnie, jak to było z Mikołajem i moim pobytem okołoporodowym w szpitalu, tak i teraz chciałabym to opisać. Wpis będzie w kilku częściach, bo 1) lubię się rozpisywać 2) tak długiego wpisu nikt by nie przeczytał do końca ;)

Jakieś trzy tygodnie temu pojechaliśmy umówić się na cesarskie cięcie do szpitala na Kamieńskiego (ciąża musiała zakończyć się cc, ponieważ trzeba było przy okazji wyciąć bardzo mocno i brzydko rozrośniętą endometriozę z blizny po poprzedniej cesarce). Termin ustalono nam na 15.03 i tego też dnia, o 7.30 rano stawiliśmy się na ginekologicznym SORze. Izba przyjęć jak wszędzie – całkiem sympatyczna pani, krótkie badanie i 30 minut papierologii. I to wcale nie spowodowanej guzdraniem owej pani, tylko faktyczną ilością rubryk do wypełnienia. Na szczęście byłam druga w kolejce, więc opóźnienia było tylko 30 minut.

Z izby przyjęć przeprowadzono nas z Mariuszem na porodówkę, gdzie czekać mieliśmy na „swoją kolej”, bliżej nieokreśloną. Ja leżałam na łóżku pod kroplówką, Mariusz siedział na kanapie i czekaliśmy. W międzyczasie pojawiali się różni ludzie – położna, ginekolog, stażystka… – i trzeba było wypełniać kolejne kwestionariusze bądź odpowiadać po raz kolejny na te same pytania. W końcu doczekaliśmy się i o 11.00 wzięli mnie na salę operacyjną. Pietra miałam totalnego. Gdyby nie fakt, że urodzić jednak trzeba było, to chyba bym uciekła ;) Bałam się wkłucia. I tak, wiem – miałam przecież już wkłucie i 1 cesarkę za sobą. Ale tamto cc tak mnie zaskoczyło (zaczynałam przecież rodzić naturalnie) i odbyło się tak szybko w wielkich emocjach, że mam czarną dziurę w pamięci.

Na sali operacyjnej zostałam przygotowana do zabiegu. Tu muszę oddać szacunek całej ekipie, która mnie kroiła – dr-wi Robertowi Ziółkowskiemu i pozostałym lekarzom i pielęgniarkom. Pełny profesjonalizm, dobry humor i szacunek dla pacjentki. Super. Odpowiadali na wszystkie pytania, dokładnie informowali co się w danej chwili dzieje ze mną, jak lub co mogę poczuć itd.

Gdy zaczęło działać znieczulenie samo wydobycie Witka trwało bardzo szybko. Choć lekarze mówili, że bardzo kopie i trudno go ogarnąć :) Skąd ja to znam. W ciąży kopał mnie tak, że się czasami zastanawiałam, czy to normalne. :)

O 11.20 Witek został powitany na świecie przeze mnie i personel sali operacyjnej :) W trzech próbach Apgar otrzymał 10 punktów, ważył 3630 g, mierzył 56 cm i wyglądał jakby ktoś skórę zdarł z noworodka-Mikołaja. Niesamowite podobieństwo! Dosłownie jak klon. Dla mnie jakby czas cofnął się o 8 lat i jakbym jeszcze raz zobaczyła małego Misia. Swoją drogą to ciekawe jak bardzo skóra i inne zmysły zapamiętują różne kluczowe dla nas wrażenia. Gdy lekarze po wyciągnięciu Witka zajęci byli wydobywaniem ze mnie guza endometriozy, położna położyła mi na chwilę małego przy twarzy. Przytuliłam się do niego i pocałowałam – to był dokładnie taki sam zapach i taka sama miękka, lekko aksamitna skóra jak wtedy, gdy pierwszy raz, zaraz po porodzie, tuliłam Mikołaja. Momentalnie mózg przypomniał wszystko z tamtej chwili.

Po zabraniu Witka do kącika noworodka, gdzie zajęły się już nim położne i mógł go zobaczyć Mariusz, podeszła do mnie neonatolog i przekazała wszystkie informacje dotyczące dziecka po pierwszym badaniu neonatologicznym. Potem mnie pozszywali i przewieźli na salę pooperacyjną. W czasie, gdy mnie przewożono położna dała mi Witka na klatkę piersiową. Potem zabrali go do pokoju noworodków na oddziale położniczym, a mi kazano wypoczywać.

C.d.n.

(Pierwsze zdjęcie Witka po drugiej stronie brzucha :))
Witek1