Powroty często są trudne. Zwłaszcza te po kilku latach „niebytności”. Tak jak ten. Od miesięcy chodziła mi po głowie myśl, że to już czas, by kontynuować tego bloga, ale ciągle coś stawało na drodze. Zazwyczaj lenistwo ;) No i zapomniane hasło (ale to przy mężu programiście wcale nie był aż taki wielki problem, jak mi się zdawało).

W każdym razie jestem. Wracam. Chcę pisać często, bo… Bo skład rodzinny nam się powiększa. W brzuchu wierzga mi właśnie mały Ktoś. A raczej mały Witek, którego powitać (poWitanie Witka :)) mamy w drugiej połowie marca. I myślę, że on też powinien mieć pamiątkę w postaci zapisków o swoim dzieciństwie, jak Mikołaj.

Obecnie siedzimy sobie (Mikołaj, Brzuch i ja) w Głuchowie. Mamy drugi tydzień ferii, więc postanowiliśmy jeszcze odwiedzić moją mamę przed ostatecznym rozpęknięciem ;)

O tym, że Witek zaistniał dowiedzieliśmy się w lipcu – jakoś w połowie. Trochę na początku Witek miał pod górkę, nie wiadomo było jak się to wszystko zakończy, ale na szczęście okazało się, że silny jest z niego facet i dał radę. :)

Druga ciąża jest zupełnie inna niż ta Mikołajowa. Trochę bardziej wyczerpująca, ale może to też kwestia tego, że jednak jestem o 9 lat starsza w porównaniu do początku tamtej. I jakoś tak spokojniej do niej podchodzimy. Przygotowani już prawie jesteśmy. Trochę jeszcze trzeba podrasować pokój dla nowego członka rodziny i kupić wózek, ale cała reszta już czeka :) Jest już łóżeczko (o tym trochę więcej za chwilę) i kołyska; fotelik, sterta ubrań (dzięki uprzejmości dobrych dusz prawie nic nie musieliśmy kupować z ubranek) i akcesoriów. Jest otulacz bambusowy i kocyk minky, który osobiście uszyłam :)

kocyk minky

Przy okazji wspomnieć muszę, że od czasu ostatniego wpisu nie tylko rodzina nam się powiększa. Powiększyło nam się też mieszkanie :) Poprzednie sprzedaliśmy, kupiliśmy nowe, na Jagodnie, większe i wygodniejsze. Dzięki temu można się w końcu było zdecydować na Witka :) Bo jest szansa, że w nowym mieszkaniu wreszcie wszyscy się zmieścimy :)

Witek dostanie jedną z trzech sypialni – w sąsiedztwie sypialni naszej i Mikołaja – na wprost salonu. Do tej pory pokój ten zajmował Mariusz wraz z komputerowym sprzętem i miejscem do pracy, ale dzielnie postanowił się tym pomieszczeniem podzielić :)

Łóżeczko… Łóżeczko to była jedyna w sumie rzecz, którą zostawiliśmy po Mikołaju. Gdy Michu z niego wyrósł wywieźliśmy je do Głuchowa (jakieś 6 lat temu). Teraz zwieźliśmy dwie zafoliowane paczki do domu i postanowiliśmy je złożyć do kupy. I jakież było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że brakuje jednej długiej ściany! :) Nic nie dało przeszukanie wszystkich możliwych kątów w piwnicy i garażu – trzecia paczka (zawierająca prawdopodobnie również materac i płytę od szuflady) rozpłynęła się w powietrzu. Cóż było robić – ruszyliśmy na poszukiwania nowego łóżeczka. Znaleźliśmy je w Askocie, kupiliśmy, przywieźliśmy do domu, Mariusz zaczął składać i… okazało się, że i tu są problemy – płyta, która powinna przykrywać szufladę nie pasuje! Zamiast płyty na szufladę dostaliśmy dwie takie same płyty – dna szuflady. Błąd fabryczny. Jak nie urok, to… Na szczęście mam dzielnego męża, który powiedział, że sam upora się z problemem za szerokiej płyty i zrobi tak, by wszystko pasowało. Tak, wiem, że powinniśmy ją reklamować, ale uwierzcie – po prostu nam się nie chciało kolejny raz z wszystkim jeździć (nie wspominając o tym, że w ciągu tygodnia Mariusz w sumie czwarty raz rozkładał/składałby łóżeczko). Ale – koniec końców łóżeczko stoi, po części już nawet pościelone, i czeka na właściciela :)

Zupełnie nowym zakupem, nie testowanym wcześniej na Mikołaju, jest kołyska. W związku z większą przestrzenią mieszkalną stwierdziłam bowiem, iż przez pierwszych kilka miesięcy dobrze by było mieć Witka pod ręką w ciągu dnia, gdy będzie spał. Sprzęt został zamówiony na Allegro, zmontowany przez Mariusza, pościelony i również czeka :)

kołyska

A Witkowy pokoik, póki co, wygląda tak (żółty fotel zostanie zastąpiony przez inny, szary):

pokoik

Na dziś tyle. Ten wpis to taka rozgrzewka przed bardziej regularnym pisaniem. Mam nadzieję, że nie wyszłam aż tak bardzo z wprawy w pisaniu i jakoś przebrnęliście ze mną do końca.

Do przeczytania :)