Dzi­siej­szy wpis składa się z dwóch czę­ści — pierw­sza sprzed pra­wie mie­siąca. Oczy­wi­ście zapi­sa­łam ją w szki­cach, by potem dokoń­czyć, no a potem zapo­mnia­łam. Część druga — bie­żąca. Do czy­ta­nia, gotowi, start!

morze

Część pierw­sza

Jak w tytule. Ferie minęły jak z bicza strze­lił. Szkoda, bo były baaar­dzo przy­jemne. Zwłasz­cza ich część druga. Ale po kolei.

Pierw­szy tydzień to prak­tyki w PORT na Koza­now­skiej. Momen­tami przy­nud­nawo, ale więk­szość ok. Bar­dzo owocne były zwłasz­cza dni, kiedy była tam p.Ela. Przy oka­zji zali­czy­łam już na konto egza­minu z dys­la­lii bajkę koar­ty­ku­la­cyjną oraz masaż zewnętrzny twarzy.

W sobotę, 19 lutego, ruszy­łam z Michem w stronę Szcze­cina. Tym razem jecha­łam przez Pol­skę, bo odbie­ra­łam z Żar Tosię i Danu­się. I tu miłe zasko­cze­nie — do Żar z Wrocka dwie godziny, z Żar do Prze­cła­wia 3h 15 minut. Czyli bar­dzo porów­ny­wal­nie z tym, co prze­jeż­dża­łam przez Niemcy. Zresztą drogę powrotną mia­łam jesz­cze krót­szą, bo już nie przez Żary, ale po bożemu przez Zie­loną, Polko­wice, Środę Śląską. I tu miłe zasko­cze­nie — wyje­cha­łam ze Szcze­cina o 9.40, we Wro­cła­wiu byłam o 14.30, w tym 40 minut spę­dzi­łam z Michem w Polko­wi­cach w McDo­nal­dzie. Bar­dzo mi się to podoba. Jed­nak jakoś spo­koj­niej się czuję ze świa­do­mo­ścią, że gdy mnie zatrzyma poli­cja, to zro­zu­miem, co do mnie mówią ;) W każ­dym bądź razie rze­czy­wi­ście, od kiedy oddali do użyt­ko­wa­nia frag­menty s3 Szcze­cin z Wro­cła­wiem jakby się zbli­żyły do sie­bie. Oczy­wi­ście, są wąskie gar­dła typu trasa Gorzów-Skwierzyna (masa­kra!), ale warto wie­rzyć, że i to kie­dyś zamieni się w ekspresówkę.

Jadąc tą trasą prze­jeż­dża­łam przez Świe­bo­dzin, cen­tral­nie za ple­cami kolo­sal­nego Chry­stusa, zwa­nego przez szwa­gra Ara­gor­nem :) Powiem Wam, że o zmroku można się wystra­szyć ;) Wygląda to okrop­nie, na moje oko strasz­nie nie­wy­mia­rowa postać. No ale jak ktoś ma kom­pleks, to nic na to nie poradzimy.

Miki i Tosia

Teraz będzie o Pobie­ro­wie. W sumie byli­śmy tam od nie­dzieli do soboty — tydzień. Miko­łaj, Tosia, Monika i ja. Mie­li­śmy dla sie­bie taki seg­ment — dwa pokoje, łazienka, kuch­nia — w ośrodku Uni­wer­sy­tetu Szcze­ciń­skiego. Miej­sce super, w dodatku w samym cen­trum, zaraz obok zej­ścia na plażę. W sezo­nie podobno jest tam tłum i hałas, ale teraz było po pro­stu bosko.
Miko­łaj tro­chę doszedł do sie­bie po tygo­dnio­wym wdy­cha­niu jodu. Choć począ­tek miał ciężki — zaraz dru­giego dnia tak się roz­kasz­lał, że wylą­do­wa­łam z nim u miej­sco­wego leka­rza. Zapi­sał bac­trim i dziecko doszło do sie­bie. Lekarz zale­cił spa­cery po plaży, co też czy­ni­li­śmy.
Michowi bar­dzo się nasz wyjazd podo­bał. Lubił wycho­dzić na spa­cery, zwłasz­cza upodo­bał sobie Trzę­sacz (jeź­dzi­li­śmy tam na obiady do restau­ra­cji przy ruinach), w któ­rym przy kościółku na skar­pie rośnie ogromne drzewo z wielką dziu­plą. Wcho­dził tam z Tosią i mieli świetną zabawę razem :)
W Pobie­ro­wie wpro­wa­dzi­li­śmy nową tra­dy­cję — wie­czor­nych spa­cer­ków przed snem. Od tej pory Michu domaga się ich także w domu (o ile ma jesz­cze siły).
Przy­wieź­li­śmy znad morza mnó­stwo zdjęć, które obej­rzeć można w naszej gale­rii.
Muszę przy­znać, że wspa­niale tra­fi­li­śmy z pogodą. Tem­pe­ra­tura była zazwy­czaj w oko­li­cach 0 w ciągu dnia, w nocy spa­dała, ale przez to, że było bar­dzo sło­necz­nie i bez­wietrz­nie odczu­walna była o wiele wyż­sza.
Mie­li­śmy piękne zachody słońca, woda przy­bie­rała wów­czas błę­kitny odcień. Bajka, po pro­stu. Aż żal było wyjeżdżać.

klif

W Pobie­ro­wie wkrę­ci­łam się z nor­dic wal­king.
Monika mnie prze­szko­liła i uży­czała swo­jego sprzętu, który wyko­rzy­sty­wa­łam nie­cnie w oko­li­cach owych pięk­nych zacho­dów. Posta­no­wi­łam zaopa­trzyć się w sprzęt do wal­kingu i śmigać po parku w te dni, kiedy mam mniej lekcji.

Muszę przy­znać, że bar­dzo wypo­czę­łam w cza­sie tego wyjazdu. Miko­łaj miał świetne towa­rzy­stwo w oso­bie Tosi, która zaj­mo­wała się nim niczym rasowa opie­kunka :) Bywały, co prawda, momenty, kiedy marzy­łam już o tym, by poszedł na powrót do przed­szkola (bo buzia mu się nie zamy­kała i non stop coś gadał), ale prze­ży­ły­śmy :) Mariusz stwier­dził, że przy­wio­złam mu znad morza innego Micha — wró­cił roz­ga­dany i sypie takimi tek­stami, że są chwile, kiedy zry­wamy boki ze śmie­chu. Muszę mu zało­żyć jakiś zeszyt na “złote myśli”, tudzież zro­bić oddzielną kate­go­rię wpi­sów na te jego “mądro­ści”. Małe przykłady:

Monika prosi Tosię, by zało­żyła apa­rat na zęby. Po jakimś cza­sie mówię do Micha: “Czy Tosia zało­żyła apa­rat?”. Na to Michu: “Tak, zało­żyła. (i po chwili namy­słu) Apa­rat w buzi to dobra rzecz!”

Mariusz: Michu, sprzą­taj zabawki.
Miko­łaj: Już się robi.
Mariusz: No jakoś nie widać, żeby się robiło, bo zamiast sprzą­tać sie­dzisz na fotelu.
Miko­łaj: No to zaraz się będzie robiło!

I sami powiedz­cie, jak tu się nie śmiać, gdy trzy­la­tek sadzi tek­stami jak dorosły?

Michu zaczął też uży­wać zwro­tów, które cza­sem zaska­kują. Np.:“muszę się zasta­no­wić”, “pomy­ślę o tym”, “zasta­na­wiam się dla­czego…” Myśliciel… :)

Chcemy wybrać się z Michem do Wro­cław­skiego Teatru Lalek na spek­takl — albo na “Cali­neczkę”, albo na “Co w tra­wie pisz­czy”. Z naci­skiem na to pierw­sze. W ponie­dzia­łek był w przed­szkolu teatrzyk i Miko­ła­jowi bar­dzo się spodo­bało. Zresztą o wcze­śniej­szym też bar­dzo pozy­tyw­nie się wypo­wia­dał, pomy­śle­li­śmy więc, że warto pod­chwy­cić ten zapał. W biblio­tece nie­da­leko Mariu­sza pracy dwa razy w mie­siącu też wysta­wiane są przed­sta­wie­nia dla dzieci, w związku z czym też chcemy się w któ­rąś sobotę wybrać.

W ten week­end ude­rzymy chyba w końcu na basen. Ostatni raz byłam z Michem w aqu­aparku w czerwcu. Wstyd, że tak dawno. Ale z dru­giej strony nie było kiedy, bo od końca sierp­nia Michu non stop cho­ro­wał, albo docho­dził do sie­bie po chorobie.

Miko­łaj ostat­nio zaczął inte­re­so­wać się zwie­rząt­kami. To nowość po jego wcze­śniej­szej awer­sji do zwie­rząt. W Pobie­ro­wie sza­lał za kotami, które miesz­kały przy ośrodku; w Szcze­ci­nie zachwy­cił się cho­mi­kiem oraz zaca­ło­wy­wał psa. Cał­kiem miła odmiana :)

Dobra, tyle na dziś, bo już mnie ręce od kle­pa­nia bolą. Do następnego!

zachod

Część druga

Pra­wie mie­siąc minął od czę­ści pierw­szej, ale przy­naj­mniej przez ten czas udało mi się wrzu­cić zdję­cia na stronę. Można je obej­rzeć w naszej gale­rii: Ferie w Pobie­ro­wie. Wresz­cie też reak­ty­wo­wa­łam dzie­cio­wi­sko — a przy­naj­mniej się sta­ram :) Nowy wpis na temat logo­pe­dów jest tutaj: Po co komu logopeda?

Wła­śnie “robi mi się” zupa pomi­do­rowa na obiad dzi­siej­szy. Dzięki temu, że byłam rano na kon­kur­sie ger­ma­ni­stycz­nym z uczniami z mojej klasy, upiekł mi się długi dzień w pracy (powin­nam być do 15.00). Nie jest to dla mnie bez róż­nicy w tym tygo­dniu, bo jutro aku­rat też idziemy do szkoły. Mimo soboty. Bo 12 listo­pada odra­biamy… Ech… A w nie­dzielę mam zaję­cia z dys­la­lii, więc też marne szanse na wyspa­nie się. Za to przy­szły week­end zapo­wiada się cie­ka­wie. Nie pamię­tam, czy pisa­łam o tym wcze­śniej, Mariusz kupił w grud­niu kupon na groupon.pl — na dwa noc­legi w czte­ro­gwiazd­ko­wym hotelu w zamku. Do tego mamy do dys­po­zy­cji jac­cuzi, saunę, basen oraz dwa zabiegi w spa. Co prawda chcie­li­śmy jechać sami, ale tak się poro­biło, że w naj­bliż­szym cza­sie nikomu nie pasuje, by zabrać do sie­bie Micha, toteż posta­no­wi­li­śmy domó­wić dostawkę i wybrać się rodzin­nie. A gdzie jedziemy? A tutaj — zameknaskale.com.pl. Mam nadzieję, że pogoda dopi­sze. Rela­cja z wypadu — po powrocie :)

Cóż poza tym… Od powrotu znad morza Michu jakoś się trzyma (choć dzi­siaj rano narze­kał na jakieś gile w nosie), za to mnie roz­ło­żyło w ubie­głym tygo­dniu. Teraz prze­zię­bie­nie męczy Mariu­sza — i tak kółko pew­nie się zamknie. Ale pogoda daje nadzieję, że wkrótce nasze prze­zię­bie­nia się skończą.

Na za trzy tygo­dnie umó­wi­łam Micha do aler­go­loga. Niech go ponow­nie ktoś prze­bada pod kątem aler­gii i tych jego cią­gną­cych się kata­rów i kaszlu.

Nad­cho­dzące trzy mie­siące zapo­wia­dają się inten­syw­nie pod kątem logo­pe­dii. Zabie­ram się za pisa­nie pracy dyplo­mo­wej, bo, jak się uda, chcę się bro­nić w czerwcu. Tylko z lite­ra­turą ciężko. Temat mam przy­jemny, ale ksią­żek dostać nie spo­sób — ot, pol­ska myśl naukowa; ogól­nie to pozy­cje z opóź­nio­nego roz­woju mowy są, a jakże, ale nie wzna­wiane. Więc tylko okładki w sieci można pooglą­dać. No nic, jakoś trzeba będzie sobie pora­dzić. Poza pracą dyplo­mową czeka mnie jesz­cze sporo zali­cza­nia — jedna karta (kil­ka­na­ście umie­jęt­no­ści) z dys­la­lii i jedna z dyz­ar­trii (ale to aku­rat na zaję­ciach się uda zali­czyć). Tro­chę przez to będzie jeż­dże­nia, bo zali­czamy albo na pl.Macieja, albo na Koza­no­wie. Ale na szczę­ście poza­pi­sy­wa­łam się już na laborki, więc przy oka­zji przy­go­tuję się też z wyma­ga­nych umiejętności.

Michu ostat­nio usły­szał w przed­szkolu (gdy świę­to­wali czy­jeś uro­dziny) pio­senkę “Waka waka” Sha­kiry i teraz non stop każe ją sobie włą­czać. Tań­czy do tego i śpiewa “akałaka-e-e” i ma nie­sa­mo­witą frajdę. Cóż, nie zawsze gusta naszych dzieci podą­żają za naszymi… ;) A oto i sama winowajczyni:

Żeby cho­ciaż Michu widział wcze­śniej tele­dysk z krę­cącą tył­kiem Sha­kirą, to może bym zro­zu­miała tę nagłą miłość… Ech… ;)

Misiu zała­pał w końcu o co cho­dzi z rower­kiem bie­go­wym. Arm­stron­giem to on nie zosta­nie, ale tech­nikę już sku­mał. Tylko z pręd­ko­ścią jakoś mu na opak — bar­dziej sobie spa­ce­ruje niż śmiga, ale może to tylko mi się wydaje, bo ja to podobno nie­zdia­gno­zo­wane adhd jestem, jak pró­buje wmó­wić mi mał­żo­nek. Acz­kol­wiek sio­stra moja rodzona nie­dawno roz­wiała moje lęki zwią­zane z tym, że Michu w zeszłym roku tylko pro­wa­dzał rowe­rek zamiast na nim jeź­dzić. Podobno ja, w wieku lat 5 lub 6, mimo posia­da­nia wyma­rzo­nego pojazdu, total­nie nie umia­łam sobie z nim pora­dzić i jako jedyna z grupki rówie­śni­ków bie­ga­łam za nimi (pomy­ka­ją­cymi aż miło)… pro­wa­dząc rowe­rek :) Widać, nie­które rze­czy się dzie­dzi­czy ;) A że koniec koń­ców na rowe­rze jeź­dzić umiem, jest więc szansa dla naszego dziecięcia :)

Miko­ła­jowi się śni. Śni mu się wiele róż­nych rze­czy, naj­czę­ściej dzieci z przed­szkola oraz panie. Cza­sem nie­złe jazdy są w nocy, gdy Michu krzy­czy przez sen: “Gdzie jest moja tojepka?” (torebka — przyp.tłum.) I, mimo że to brzmi jak Tinky-Winky, to nic na to nie poradzę :)

Dobra, koń­czę, bo prze­sa­dzać nie można :)