Wczo­raj pozby­li­śmy się z Miś­ko­wego tyłka pie­lu­chy. Oczy­wi­ście na razie na dzień, bo, jak wia­domo, na suche noce jesz­cze trzeba pocze­kać, a budze­nie dziecka w środku nocy po to, żeby się wysi­kało, uwa­żam, póki co, za znę­ca­nie się ;)

Przy­znam, że tro­chę obaw mie­li­śmy, bo do tej pory jakoś Misiek nie był w ogóle chętny, żeby na noc­nik sia­dać (nakładkę też testo­wa­li­śmy bez skut­ków), ani żeby choćby o noc­niku roz­ma­wiać. Ale stwier­dzi­li­śmy, że póki jesz­cze cie­pło i póki wyjazdy waka­cyjne nam się skoń­czyły, czas zro­bić ten wielki krok. W czwar­tek i pią­tek Misiek był przy­go­to­wy­wany — jesz­cze z pie­lu­chą na tyłku, ale wysa­dzany kilka razy dzien­nie, co prawda bez skut­ków, ale już mniej nie­chęt­nie.
Wczo­raj, nato­miast, poże­gna­li­śmy się z pie­luszką na dobre. Wcze­śniej zaopa­trzy­li­śmy Micha w milion par gatek i zabra­li­śmy się do dzieła. Jako zachęta i moty­wa­cja służą nam nie­wiel­kie sło­dy­cze — żelki. Za każdy pełny noc­nik jest słod­kers. O dziwo, Michu tak szybko zała­pał sygnały swo­jego orga­ni­zmu, że chce mu się siku, że dzi­siaj nie było żadnej wpadki, a wczo­raj (czyli pierw­szego dnia) dwie tylko. Nawet kup­sko, zarówno wczo­raj jak i dzi­siaj, wylą­do­wało gdzie trzeba :)

Poza żelkami, które wkrótce będziemy ogra­ni­czać, ma Miko­łaj dodat­kowy sys­tem moty­wa­cyjny. Za każdy pełny noc­nik otrzy­muje magne­sik. Gdy uzbiera ich dużo (zało­ży­li­śmy mniej wię­cej, że będzie to cała pełna tablica, czyli około tygo­dnia tre­ningu, coby się utrwa­liło) zamie­nimy je na super­na­grodę, którą jest zabaw­kowa kasa fiskalna zaku­piona wczo­raj w tesco.

Naj­bar­dziej cie­szy mnie, że Miko­łaj tak szybko zała­pał, że ma wołać, jak mu się chce na noc­nik. Cza­sem nawet nie zdążę się spy­tać, a on już sam woła, że chce. Mam tylko nadzieję, że nie będzie jakie­goś regresu dra­stycz­nego i że dalej pój­dzie tak, jak teraz i lepiej. Trzy­maj­cie kciuki nadal :) A za trzy­mane do tej pory — dzięki! :)

Dodat­kową zachętą oka­zało się spe­cjal­nie przy­go­to­wane dla noc­nika miej­sce. Oczy­wi­ście w łazience, bo nie jestem zwo­len­ni­kiem smro­dze­nia “na salo­nach” ;) Wyma­gało to tro­chę nowej orga­ni­za­cji, ale się udało. Michu zado­wo­lony — ma swój kącik “noc­ni­kowy”, włącz­nie z wła­snym papie­rem i koszy­kiem z ksią­żecz­kami do czy­ta­nia “na posie­dze­niu”. I póki co — daje radę :)

Czy już wspo­mi­na­łam, że jeste­śmy bar­dzo dumni z naszego dziecka? :)