Nożownik ;)

Tytuł dość drastyczny, ale nie o prawdziwego nożownika chodzi, a o Miśka, który opanowuje coraz lepiej posługiwanie się nożem. Do tej pory kroił plastikowym nożykiem ciastolinę (całkiem nawet zgrabnie), natomiast w niedzielę Misiu miał swój debiut w krojeniu prawdziwym obiadowym nożem (z zestawu dla dzieci) najpierw brzoskwini, a potem parówki. Na weekend planujemy zrobienie wspólnej sałatki owocowej, z nieskromnym udziałem Miśka wyposażonego w nóż :) A oto pierwsze „prawdziwe” krojenie:

Mam nadzieję, że wartka akcja i mnogość wydarzeń w filmiku nie doprowadziły Was do ataku epileptycznego ;)

Ostatnio chwaliłam się, że Misiek śpiewa. Oto dowody: Po pierwsze, dziś rano wyśpiewane „Sto lat” dla wuja Bartka z okazji jego imienin:

Po drugie, w końcu udało mi się nagrać „Jedzie pociąg z daleka” :)

Dziś byłam z Michem po opinię psychologiczną, bo tydzień temu miał badania. Ogólnie wynik jest przeciętny, czyli git. Pani stwierdziła, że bardzo prawdopodobne jest, że w rzeczywistości poziom rozwoju jest ponad przeciętną, bo bardzo wielu zadań Michu nie chciał wykonać (a np. w domu robi), ale ona musi ocenić po tym, co widziała. To i tak całkiem nieźle, bo szczerze mówiąc, po tych badaniach w ubiegłym tygodniu, to byłam załamana. W sensie, że wiedziałam, że Michu większość z tych zadań potrafi, ale je totalnie u pani olewał. Psycholog stwierdziła, że terapia nie jest potrzebna, a na następne badania możemy się zgłosić za pół roku. Ponadto stwierdziła, że mocne strony Micha, rozwinięte bardziej, niż norma w jego wieku, to pamięć i umiejętności społeczne. Na pamięć wcześniej zwracała nam też logopeda, że bardzo szybko Michu zapamiętuje nowe rzeczy. Trzeba mu to ćwiczyć, coby się nie rozlazło.

Wczoraj byłam załatwić sobie badania z medycyny pracy. Udało mi się wszystko (laryngolog, okulista, krew i rtg klatki piersiowej) obejść od razu, mimo że w pierwotnej wersji byłam zapisana na za tydzień. Ale pani była miła i mi się upiekło. W pn tylko muszę podskoczyć do lekarza medycyny pracy po wpis i tyle. Udało mi się też od ręki otrzymać z Krajowego Rejestru Karnego zaświadczenie, że nie byłam karana. W sumie słowo „otrzymałam” nie jest tu trafne. Bardziej pasuje „kupiłam”, bo kosztowało mnie to 50 zł.

No nic, jutro pierwszy dzień w pracy, trzymajcie kciuki :)

Koniec wakacji – naprawdę!

Ostatnio sporo się działo. Z pieluch Miśka zostały jedynie resztki, które zakładamy jeszcze na noc, choć co raz częściej rano budzi się „na sucho”. Ogólnie cała sprawa poszła niesamowicie gładko i sprawnie. Mikołaj załapał w ciągu weekendu o co chodzi, motywatory w postaci żelków były w robocie przez kilka pierwszych dni, po tygodniu udało mu się uzbierać prawie całą tablicę magnesików, co wymienione zostało na kasę tesco. Trochę się zastanawialiśmy, czy po otrzymaniu zabawki nie zacznie z powrotem lać, gdzie popadnie (że niby motywacja mu spadnie), ale nie. Ogólnie pięknie woła jak chce siku i kupę, wpadki praktycznie mu się nie zdarzają, choć pewnie nie raz jeszcze się coś przydarzy przez zapomnienie :) Jesteśmy niesamowicie z niego dumni :)

Co do jeszcze nowszych nowości, to dostałam pracę! Okazało się, że to 150 CV, które wysłałam do wszystkich podstawówek i gimnazjów we Wrocławiu przyniosło efekt w postaci jednej propozycji, którą też przyjęłam. Uczyć będę w Gimnazjum nr 1, informatyki, rzecz jasna. Być może zostanę też wychowawcą jednej z klas, ale to się jeszcze rozstrzygnie. Będę mieć około 13-14 h w tygodniu. Reszty dowiem się prawdopodobnie w środę, bo od wtedy zaczynam :) Jestem pełna entuzjazmu i pozytywnych myśli, mam nadzieję, że sobie poradzę zarówno jeśli chodzi o kwestie merytoryczne, jak i pedagogiczne. Muszę!

Cóż jeszcze… Mikołaj ostatnio zmienił swe bajkowe preferencje. Obecnie na tapecie, zamiast „Aut” jest… Shrek. Chce oglądać go codziennie. Zdarza mu się nawet biegać po domu z tekstami typu: „Niebieski kwiat i kolce… niebieski kwiat i kolce”, „Królewna Fiona”, tudzież „Wiesz, Shrek…” :) W sumie to dobrze, że mu się horyzonty poszerzają ;)

Mikołaj dziś wreszcie sam zacytował nam cały fragment piosenki. Zazwyczaj trzeba było mu podpowiadać, tymczasem dziś, ni z tego, ni z owego, zaśpiewał całe „Jedzie pociąg z daleka” :)

W przyszły poniedziałek czeka mnie jeszcze egzamin. W sumie to dwa – z normy psychicznej i normy językowej. Do obydwu trzeba mieć nagrany filmik z wypowiedziami dzieci w wieku przedszkolnym. Filmik już mam, muszę tylko zająć się kwestią merytoryczną – czyli w skrócie – nauczyć się o nim mówić słów kilka i ogólnie przyswoić obydwie normy. Z językową nie powinno być problemów, natomiast jeśli chodzi i psychiczną i Piageta, to różnie to czuję. No, ale zobaczymy, jak będzie. Oby było dobrze.

No i tyle na dziś. Dobranoc.

P.S. Nowe foty z przedszkola

Wpis na dobranoc

Miałam już to zrobić kilka razy, ale ciągle zapominałam. Wrzucam dziś teledysk Lady Gagi „Paparazzi”. Tak, wiem, stara piosenka. Ma pewnie rok, albo coś koło tego. Nie jestem fanem Lady Gagi, nie znam szczegółowo jej twórczości, czytam od czasu do czasu co piszą o niej na plotku, ale nie wzbudza we mnie emocji. Jedni ją lubią i uważają za megagwiazdę, doszukują się godnej następczyni Madonny (w kwestii kostiumów i show ma na to spore szanse), inni mówią, że jest kiczowata i skandaliczna. Nie obchodzi mnie to. Obchodzi mnie ten jeden teledysk. Ta jedna piosenka – majstersztyk popowej popeliny. I rewelacyjnie zrobiony do niej film. Tylko tyle :)

Z innej beczki – trening czystości Miśka idzie dobrze, dziś zaliczył jedną wpadkę przed samym spaniem, bo tak się zagłębił w zabawie na balkonie, że nie zdążył :) Dziś też dostał tylko jednego „żelka-motywatora” (kto czytał wczoraj, ten wie) na koniec dnia jako nagrodę za wszystkie udane „posiedzenia”. Dalej przyklejamy magnesiki, bo przecież kasa z tesco czeka w szafie :)

Do następnego!

Żegnaj, pielucho!

Wczoraj pozbyliśmy się z Miśkowego tyłka pieluchy. Oczywiście na razie na dzień, bo, jak wiadomo, na suche noce jeszcze trzeba poczekać, a budzenie dziecka w środku nocy po to, żeby się wysikało, uważam, póki co, za znęcanie się ;)

Przyznam, że trochę obaw mieliśmy, bo do tej pory jakoś Misiek nie był w ogóle chętny, żeby na nocnik siadać (nakładkę też testowaliśmy bez skutków), ani żeby choćby o nocniku rozmawiać. Ale stwierdziliśmy, że póki jeszcze ciepło i póki wyjazdy wakacyjne nam się skończyły, czas zrobić ten wielki krok. W czwartek i piątek Misiek był przygotowywany – jeszcze z pieluchą na tyłku, ale wysadzany kilka razy dziennie, co prawda bez skutków, ale już mniej niechętnie.
Wczoraj, natomiast, pożegnaliśmy się z pieluszką na dobre. Wcześniej zaopatrzyliśmy Micha w milion par gatek i zabraliśmy się do dzieła. Jako zachęta i motywacja służą nam niewielkie słodycze – żelki. Za każdy pełny nocnik jest słodkers. O dziwo, Michu tak szybko załapał sygnały swojego organizmu, że chce mu się siku, że dzisiaj nie było żadnej wpadki, a wczoraj (czyli pierwszego dnia) dwie tylko. Nawet kupsko, zarówno wczoraj jak i dzisiaj, wylądowało gdzie trzeba :)

Poza żelkami, które wkrótce będziemy ograniczać, ma Mikołaj dodatkowy system motywacyjny. Za każdy pełny nocnik otrzymuje magnesik. Gdy uzbiera ich dużo (założyliśmy mniej więcej, że będzie to cała pełna tablica, czyli około tygodnia treningu, coby się utrwaliło) zamienimy je na supernagrodę, którą jest zabawkowa kasa fiskalna zakupiona wczoraj w tesco.

Najbardziej cieszy mnie, że Mikołaj tak szybko załapał, że ma wołać, jak mu się chce na nocnik. Czasem nawet nie zdążę się spytać, a on już sam woła, że chce. Mam tylko nadzieję, że nie będzie jakiegoś regresu drastycznego i że dalej pójdzie tak, jak teraz i lepiej. Trzymajcie kciuki nadal :) A za trzymane do tej pory – dzięki! :)

Dodatkową zachętą okazało się specjalnie przygotowane dla nocnika miejsce. Oczywiście w łazience, bo nie jestem zwolennikiem smrodzenia „na salonach” ;) Wymagało to trochę nowej organizacji, ale się udało. Michu zadowolony – ma swój kącik „nocnikowy”, włącznie z własnym papierem i koszykiem z książeczkami do czytania „na posiedzeniu”. I póki co – daje radę :)

Czy już wspominałam, że jesteśmy bardzo dumni z naszego dziecka? :)

No i w miarę na bieżąco

Zaległości już prawie nadrobione :) Jeszcze tylko kilka słów „ogólnych” i można iść spać.

Zacznę od tego, że zaczęliśmy się z Mariuszem ruszać więcej niż dotychczas. Brzmi zabawnie :) Ale na serio – ja staram się biegać w miarę możliwości codziennie wieczorem, a Mariusz jeździ na rowerze. W ramach społecznego ekshibicjonizmu umieszczamy nasze trasy na facebooku przez aplikację endomondo. Całkiem sprytna rzecz – odczytuje z gpsa trasę, oblicza odległość, spalone kalorie itd.

Michu coraz więcej mówi. Zaskakuje nas różnymi śmiesznymi tekstami, często gdzieś zasłyszanymi, ale częściowo tworzy je sam. Można prowadzić już z nim całkiem ciekawe dialogi „na poziomie” ;) Z dzisiaj na przykład:
M(ikołaj): Gdzie tata?
J(a): W pracy.
M: Dlaczego?
J: Bo ktoś musi zarabiać pieniądze.
M: Z bankomatu?
J: Nieee, żeby pieniądze były w bankomacie trzeba je najpierw zarobić w pracy.
M: Dlaczego zarobić?
J: Żeby można było za nie kupić jedzenie i picie.
M: Dlaczego?
J: Bo ktoś kiedyś tak ustalił, że za jedzenie i picie płaci się pieniędzmi.
M: Ja lubię bankomat!

Przyznacie, że takiej puenty się nie spodziewaliście ;)

Jednym z ulubionych słów stało się też „naprawdę”. Jak tylko się coś Michowi mówi, to on na to: „Naprawdę???”. I szczerzy zęby na całego :)

Poza tym jest mnóstwo innych tekstów trafnie pasujących do danej sytuacji. Pięknie opanował wszystkie „proszę”, „dziękuję”, „przepraszam”, „dzień dobry” itd. I „nie ma za co” ;) Ostatnio, gdy za coś Michowi dziękujemy to on na to jednym ciągiem: „proszę, nie ma za co” :) Śmieszny ten nasz Misiek kochany :)

W ostatnim czasie Misiek zaczął nam opowiadać o zabawach z kolegą o imieniu Oli. Pierwszy raz w sumie użył jakiegoś imienia odnośnie dzieci. Bo zawsze opowiadał, że w przedszkolu były „dzieci”, ale nigdy konkretne. A teraz bawi się z Olim. Podobno bawią się „supercyframi” (jedna z ulubionych bajek Miśka ostatnio), choć czy to prawda na razie jeszcze nie jestem w stanie zweryfikować. Ale że bawi się z Olim to już zweryfikowane :)

Ponadto określanie jasnych zasad daje rezultaty. Misiek coraz ładniej zjada posiłki – i w domu, i w przedszkolu. Przedwczoraj na przykład sam zameldował mi, że zjadł drugie danie w przedszkolu. Pytam się go co było, a Misiek na to, że naleśniki. Yyyy – tu był mój pierwszy szok (Michu nigdy nie chciał tknąć naleśników). Kolejne moje pytanie: z czym naleśniki? Z dżemem – odpowiada dziecię. I tu w ogóle musiałam szczęki na podłodze szukać, bo dżem do tej pory kojarzył się Michowi z tym, co najbardziej obrzydliwe. Oczywiście, jako zły rodzic, nie uwierzyłam od razu (choć nie pokazałam tego Michowi). Mariusz też zwiększył moje wątpliwości stwierdzając, że to musi być ściema. Więc dzisiaj pytam w przedszkolu opiekunek, a one potwierdziły, że tak, Michu pożarł naleśniki z dżemem w całości, a co więcej, dzisiaj zjadł też placki ziemniaczane :) Wczoraj natomiast zjadł jajecznicę przeze mnie przygotowaną. Uważam więc, że ostatnio w dziedzinie jedzenia idzie nam zupełnie dobrze.

Od soboty zdejmujemy Michowi pieluchę. Jutro i w piątek robimy przygotowanie – razem z przedszkolem, które się włącza w akcję, a w sobotę zdejmujemy na dobre na dzień. Trzymajcie kciuki, żeby dobrze i sprawnie poszło :)

Michu się ostatnio rozśpiewał. Najpierw zaczął od prostego „Tata, sialala”, po czym zaczął przynosić fragmenty piosenek z przedszkola i tych, które słuchamy w domu. Wyśpiewuje więc sobie różne frazy, praktycznie wszystkie na jedną melodię (bo melodia jakaś tam jest, ale nie jego wina, że słuch po tacie odziedziczył ;)) i ma z tego niezłą radochę, a my razem z nim :)

I to chyba na tyle dzisiaj. Wystarczy, bo już późno. I tak opublikuję jutro, bo mi się już nawet sprawdzać nie chce… Do następnego, zatem! :)

Na koniec tradycyjne już filmiki.

Pierwszy na dowód, że Michu śpiewa ;) To pierwsze próby, bo późniejsze mogliście widzieć już we wpisie o Kołobrzegu:

Tutaj Michu w butach Mariusza. Taki tam przerywnik artystyczno-kinowy ;)

I na koniec zupełny hit. Zabawa tematyczna w sklep. Albo raczej w kasę w supermarkecie – podpatrzona i przedstawiona po powrocie z Auchan któregoś dnia ;)

O Kołobrzegu

Jak już część z Was wie – tegoroczny urlop Mariusza spędziliśmy w Kołobrzegu. Ci, co korzystają z facebooka mogli już nawet foty z naszych wakacji obejrzeć, a tych, którzy z owego ustrojstwa nie korzystają odsyłam tutaj.

Ogólnie rzecz biorąc było fajnie. Pogoda zepsuła nam się w sumie tylko na dwa dni, więc i tak nieźle. Mieszkanie umiejscowione było stosunkowo blisko morza, więc nie trzeba było jakoś szczególnie się nachodzić.

Mikołajowi też chyba się podobało. Mógłby całymi dniami siedzieć na plaży i bawić się piachem i wodą. Nie mogłam wyjść z podziwu, ile do zrobienia miał tam ciągle – a to jakieś dziury kopał, a to babki robił, a to piórko znalazł, a to wodę nosił… Ciągle coś :) Robił też niezłe odległości, jeśli chodzi o spacerowanie – i to na własnych nogach! Wózek użyty był w sumie dwa razy – raz, gdy szliśmy na molo i raz, gdy padało i szliśmy na obiad. Nieźle się Michu wytrenował ;)

Wyjazd spędziliśmy częściowo na leniuchowaniu na plaży i częściowo na innych „atrakcjach”. W środę (byliśmy tam od pn do nd) sprawiliśmy niezłą frajdę Michowi, bo zabraliśmy go na przejażdżkę zabytkową kolejką na trasie Pogorzelica-Trzęsacz-Pogorzelica. Przy okazji spotkaliśmy się też z Moniką, Bartkiem i Tosią. Oni z kolei odwiedzili nas w piątek, ale pogoda była kiepska, więc poza pójściem na obiad i kawę nic więcej nie „zaliczyliśmy”. W czwartek wybraliśmy się na rejs „Piratem”. Muszę przyznać, że pływanie statkiem po morzu nie należy do moich ulubionych rozrywek. Okazało się, że mam chorobę morską. Co prawda nie wyrzygałam się za burtę, ale jeszcze dobrą godzinę po zejściu na ląd czułam się jak nawalona. Masakra.

Ulubionym miejscem w Kołobrzegu okazała się kawiarnia „Widokówka” – umiejscowiona na 12(najwyższym) piętrze sanatorium „Kombatant”. Jest bardzo ładnie zaprojektowana – środkowa część to zwykła kawiarnia, natomiast naokoło niej zrobiony jest taras widokowy ze stoliczkami, krzesłami, grillem a nawet mini-placem zabaw dla dzieci. Udało nam się tam nawet załapać na jeden zachód słońca. Gdyby nie to, że obsługa w dni większego ruchu słabo sobie radzi, to w ogóle można by z tego miejsca nie wychodzić ;) Ale jakby na to nie spojrzeć – byliśmy tam w sumie codziennie :)

Przy okazji niepogody Mikołaj nadrobił częściowe straty w oglądaniu światowych animacji ;) Do tej pory wszelkie próby puszczenia Michowi bajek dłuższych niż półgodzinne i bez logo CBeebies kończyły się fiaskiem, a tu nagle taka zmiana – obejrzeliśmy więc w sumie „Shreka”, „Film o pszczołach”, „Kung-Fu Pandę” i „Na fali” :) Co prawda część z tych bajek służyła Michowi jako usypiacz do popołudniowej drzemki, za to ja obejrzałam z chęcią wszystkie :)

Z „nadmorskich pamiątek” to Michu przywiózł sobie cały koszyk muszli przeróżnych, ja pięknego anioła z „Galerii Pod Aniołem” (pod Aniołami?), Mariusz rękodzielniczy kubek, a z rzeczy wspólnych udało nam się kupić bardzo przyjemną pościel na naszą dużą kołdrę i poduszki. W sumie to wszyscy zadowoleni :)

Przy okazji muszelek, to mi się przypomniało, że w sobotę 17 lipca, przed wyjazdem do Kołobrzegu, udało nam się jeszcze odwiedzić Lwówek Śląski, gdzie odbywało się akurat „Agatowe Lato”. To impreza totalnie dla mnie – kilkadziesiąt stoisk z biżuterią, kamieniami i rękodziełem. Michu (który ma ciągle jakąś fazę na zbieranie kamyczków wszelakich) kupiliśmy pół kilko oszlifowanych agatów. Trzyma je teraz w szkatułce i służą mu jako pieniądze w zabawie w sklep :)

To by było na tyle o naszych wakacyjnych wojażach. Być może uda nam się jeszcze gdzieś wybrać na weekend w sierpniu, ale to się dopiero okaże :)

I na koniec kołobrzeskie kino plażowe z Michem w roli głównej:

Podmyty Misiek:

Rozmowy plażowe na tematy ogólne:

Plaży ciąg dalszy:

Michu śpiewa, tańczy, kopie i sprzedaje ;)