Dzi­siaj będzie bez tytułu, bo nie bar­dzo wie­dzia­łam, jaki wybrać :) Prze­pra­szam od razu za długą nie­obec­ność. Już się poprawiam :)

Ostat­nie pra­wie dwa tygo­dnie mie­li­śmy cho­ro­wite. Naj­pierw Michu zaczął kasz­leć jak gruź­lik, potem oka­zało się, że ma gron­kowca i do tego pedia­tra podej­rze­wała też chla­my­dię. Na szczę­ście chla­my­dii nie potwier­dziły bada­nia, na gron­kowca Michu dostał anty­bio­tyk (my też) i od wczo­raj bez­piecz­nie znowu śmiga do Zacza­ro­wa­nej Kra­iny. I jak się dowie­dzie­li­śmy — śmigać będzie nadal, bo do przed­szkola pań­stwo­wego się nie dostał. Nawet już mi się narze­kać na to nie chce. Do wczo­raj trwała druga rekru­ta­cja — na te miej­sca, które ktoś zwol­nił po pierw­szej rekru­ta­cji. No i mi pani z przed­szkola na Orlej naro­biła nadziei, że Miko­łaj jest wpi­sany jako drugi z dwóch chęt­nych ubie­ga­ją­cych się o dwa wolne miej­sce, więc prak­tycz­nie na 100% się dosta­nie. Coś mi się to podej­rzane wyda­wało, ale pomy­śla­łam, że może aku­rat fak­tycz­nie takie szczę­ście nas spo­tkało? No i co? No i kiszka! Po dwóch godzi­nach tele­fon z przed­szkola, że zaszła pomyłka i wpi­sali Micha na listę czte­ro­lat­ków, nato­miast na liście trzy­lat­ków jest już kil­ka­dzie­siąt chęt­nych i szanse na przed­szkole zerowe. Ech…

Michu od jutra zaczyna indy­wi­du­alną tera­pię logo­pe­dyczną w związku z opóź­nio­nym roz­wo­jem mowy. Tro­chę za mały nacisk poło­ży­li­śmy na jego gada­tli­wość, do tego zbyt dobrze go rozu­mie­li­śmy i wyrę­cza­li­śmy w mówie­niu i teraz mamy. Ale pocie­sza­jące jest to, że jak już jeste­śmy świa­domi i Micha bar­dziej ciśniemy, i pil­nu­jemy sami sie­bie, by go pro­wo­ko­wać do mówie­nia czymś wię­cej niż pół­słów­kami, oka­zuje się, że robi cał­kiem nie­złe postępy. Do tego od jutra logo­peda z praw­dzi­wego zda­rze­nia zacznie go “męczyć”, więc powinno wszystko dojść do normy.

Za tydzień jedziemy z Mariu­szem do Gdań­ska. W sobotę idziemy na Ope­nera, głów­nie na kon­cert Skunk Anan­sie, a pozo­stałe trzy dni (jeste­śmy tam od 1 do 4 lipca) będziemy zwie­dzać Gdańsk i oko­lice. Bo w sumie to w Trój­mie­ście byłam raz i to nie do końca w celach tury­stycz­nych, więc czas nad­ro­bić straty :) Mapę i prze­wod­nik mamy, więc Gdańsk, ani Gdy­nia, ani nawet Sopot nie będą nam straszne :) Dodać należy, że Michu w tym cza­sie będzie miał swój debiut bez nas w Gnieź­nie. Mam nadzieję, że da radę.

Dwa tygo­dnie temu, w tzw. długi week­end czerw­cowy, zafun­do­wa­li­śmy sobie dwie kra­jo­znaw­cze wycieczki po Dol­nym Śląsku. Obie, co prawda, pro­wa­dziły w tę samą oko­licę — Góry Kaczaw­skie — ale odwie­dzi­li­śmy zupeł­nie różne miej­sca. W gale­rii jest tro­chę zdjęć z naszej eks­pe­dy­cji. A cóż można powie­dzieć o owych górach? Że są piękne, mało znane i total­nie nie przy­go­to­wane na przy­ję­cie tury­stów. Gdyby nie to, że dru­giego dnia mie­li­śmy ze sobą prze­wod­nik, do kilku miejsc w ogóle byśmy nie dotarli. Na zaporę Pil­cho­wicką tra­fi­li­śmy tylko dla­tego, że prze­je­cha­li­śmy Pil­cho­wice i — nie zna­la­zł­szy począt­kowo drogi — musie­li­śmy się wró­cić. Oka­zało się, że tablica wska­zu­jąca drogę do zapory jest, owszem. Ale widoczna tylko wów­czas, gdy prze­jeż­dża się przez Pil­cho­wice od strony Jele­niej Góry. Jak ktoś jedzie z prze­ciw­nej, to niech zapo­mni o zapo­rze…

Kolejna rzecz to tzw. organy Wie­li­sław­skie. Jest to prze­piękny zasty­gnięty naciek magmy z dawno wyga­słego wul­kanu. Udało nam się co prawda zna­leźć do nich drogę, ale jej stan… Aż dziw, że się nie zako­pa­li­śmy samochodem.

Pol­ska Fudżi­jama — wyga­sły wul­kan Ostrzyca. Prze­jeż­dża­li­śmy obok, wokół same pola, droga dojaz­dowa też polna, nawet nie utwar­dzona… No i zero ozna­cze­nia, że to wła­śnie tu, mię­dzy tymi polami jest dojazd. Jedyna szansa do dotar­cie, to zosta­wie­nie samo­chodu przy szo­sie (a potem pew­nie szu­ka­nie opon w pobli­skiej miej­sco­wo­ści). Żenada. Ostrzyca musi pocze­kać, aż Michu doro­śnie, bo nie dali­by­śmy rady z nim tam teraz wejść. Zmę­czyłby się samym doj­ściem do podnóża…

Zamek we Wle­niu — udało nam się go zna­leźć, ale nie­stety, nie­czynny. Podobno w remon­cie. Może kie­dyś uda się go zwiedzić.

Zamek Gro­dziec — tu nam się udało cał­kiem przy­jem­nie spę­dzić czas. Aku­rat tra­fi­li­śmy na jakiś pik­nik rycer­ski, co zaowo­co­wało zabawą Micha z armatą :)

Pałac Sta­ni­szów — to była bar­dzo przy­jemna rzecz, na którą tra­fi­li­śmy nie­mal przy­pad­kiem. Śliczny pałac na wodzie, odno­wiony, z ładną fon­tanną i przy­jemną restau­ra­cją. Obok był też plac zabaw, co szcze­gól­nie ura­do­wało Micha.

Perła Zachodu i jezioro Modre — tego szu­ka­li­śmy długo i gdyby nie dopy­ta­nie się miej­sco­wych o drogę, nie pomógłby nawet nasz prze­wod­nik. A miej­sce prze­śliczne. Zabyt­kowe schro­ni­sko zawie­szone na skale nad jezior­kiem powsta­łym na Bobrze po zbu­do­wa­niu zapory. Miej­sce uro­kliwe, warte odwie­dze­nia i z pew­no­ścią dłuż­szego spaceru.

Tyle o atrak­cjach Kra­iny Wyga­słych Wul­ka­nów :) Dużo jest jesz­cze do zwie­dze­nia, ale póki co, tyle wystar­czy na dwa dni. Z pew­no­ścią jesz­cze tam wrócimy.

Muszę się wszem i wobec pochwa­lić. Zda­łam egza­min z lin­gwi­styki i to na pięć! Dwie piątki w gru­pie :) Szcze­rze przy­znaję, że jestem z sie­bie dumna, bo mate­riał nie nale­żał do łatwych.

Dziś prze­czy­ta­łam w “Poli­tyce”, że w dru­giej turze kan­dy­daci na pre­zy­denta będą bili się o popar­cie gło­su­ją­cych na Grze­go­rza Napie­ral­skiego. Cóż, miło wie­dzieć, że ktoś będzie bił się o mój głos ;) Jak na razie oby­dwom kan­dy­da­tom idzie mier­nie. Jeden prze­gina prze­sad­nie sta­ra­jąc zbra­tać się z lewicą (bo to już nie post­ko­muna podobno), drugi… drugi to za cało­kształt też na głos nie zasłu­guje… Ale trza będzie wybrać mię­dzy mło­tem a kowa­dłem, zwłasz­cza, że odsta­łam dziś godzinę w kolejce po zaświad­cze­nie, by móc gło­so­wać w Gdań­sku. Nie po to “kolej­ko­wa­łam”, żeby teraz to zmarnować.

Kilka dni temu, jak wia­domo powszech­nie, był Dzień Ojca :) Michu, z moją mini­malną pomocą, zro­bił dla Mariu­sza laurkę w postaci ser­duszka wykle­jo­nego kolo­ro­wym papie­rem. Do tego kupi­li­śmy kwiatki, cze­ko­ladki i Misiu powie­dział wier­szyk — “Tato, tato, coś Ci dam — jedno serce, które mam. A w tym sercu duży kwiat — Tato, tato, żyj sto lat!”. Gdzieś w tele­fo­nie mam fil­mik z jed­nej z prób­nych recy­ta­cji owego arty­stycz­nego tworu poezji dzie­cię­cej. Muszę wrzu­cić na youtube, bo boki można zry­wać, jak Michu anga­żuje się zwłasz­cza w koń­cówkę :) W przed­szkolu nato­miast Miś zro­bił dla Mariu­sza bran­so­letę z drew­nia­nych kostek z napi­sem “tata”. Tylko Mariusz jakiś nie­chętny noszeniu ;)

Wczo­raj byłam z Michem na ślubie i kawałku wesela Kuby i Jagody. Michu, nie­stety, był zmę­czony cało­dniową wyprawą, więc nie udało się go prze­trzy­mać dłu­żej i przed szó­stą już się zwi­nę­li­śmy. Ale ogól­nie wizja tań­ców z mamą bar­dzo się dzie­cię­ciu spodo­bała :) A Miś był tak pad­nięty, że jak tylko ruszy­li­śmy zasnął jesz­cze przed Kościa­nem, a obu­dził się dopiero we Wrocławiu.

Dziś byłam z Michem w parku szczyt­nic­kim na spa­cerku. O 14.00 i 15.00 w każdą nie­dzielę przy fon­tan­nie mul­ti­me­dial­nej jest orga­ni­zo­wany spe­cjalny pokaz dla dzieci. Polega on głów­nie na tym, że z gło­śni­ków leci muzyka prze­zna­czona dla naj­młod­szych, a przy małej fon­tan­nie (tej, po któ­rej mogą bie­gać dzie­ciaki) szczu­dlarka i dwa chyba-klowny (w każ­dym bądź razie jacyś ludzie ubrani kolo­rowo i z poma­lo­wa­nymi twa­rzami) pusz­czają wiel­kie bańki mydlane. Niby takie nic, a dzie­ciaki frajdę mają ogromną — tym bar­dziej, że po kilku minu­tach ekipa od baniek roz­sta­wia na brze­gach małej fon­tanny wia­dra z pły­nem, daje mło­dym sprzęt do baniek i pozwala im się bawić na całego. Bar­dzo sym­pa­tyczny pomysł, rzec trzeba. Zro­bi­łam Michowi całą masę zdjęć z fon­tanny, ale jesz­cze nie zrzu­ci­łam. Przy oka­zji dam znać.

Tyle chyba, póki co. Spać mi się chce total­nie, poza tym czeka na mnie trze­cia część try­lo­gii Stiega Lars­sona “Mil­le­nium”. Swoją drogą, świetne książki koleś napi­sał. Wcią­gają total­nie. Muszę powie­dzieć, że czyta mi się je lepiej niż Dana Browna (zwłasz­cza, jak pomy­ślę o “Zagi­nio­nym Sym­bolu”), mimo że są o wiele grub­sze. Jeśli lubi­cie coś z pogra­ni­cza thril­lera i kry­mi­nału, do tego wartką akcję i ory­gi­nal­nych boha­te­rów, to koniecz­nie zacznij­cie czy­tać “Millenium”.

Dobra. Koń­czę już na pewno. Dziś wrzu­cam tylko dwa fil­miki, bo nie zdą­ży­łam wię­cej zała­do­wać. Następny wpis będzie więc pew­nie fil­mowy zupeł­nie, bo mam jesz­cze kilka kawał­ków nagra­nych, które zamie­rzam wrzu­cić, ale cią­gle zapo­mi­nam. Może przed wyjaz­dem do Gdań­ska się jesz­cze uda.

Do następ­nego, zatem!

P.S. Pierw­szy film jest z zamku Gro­dziec. Michu tań­czy na napo­tka­nym przy oka­zji pode­ście w któ­rejś z zam­ko­wych sal. Do muzyki, która mu w duszy gra ;)

Drugi film jest z pałacu w Sta­ni­szo­wie. Koń­czy się “pochla­pa­niem” taty (taki był cel — reali­za­cja wyglą­dała raczej na wytar­cie rąk w ojcowe spodnie) wodą z fontanny.

P.S.2. Zapo­mnia­łam napi­sać, że 12 czerwca byłam na warsz­ta­tach foto­gra­ficz­nych w Mosz­nej. Nie­stety zawio­dłam się sro­dze. Nie dowie­dzia­łam się niczego nowego, nato­miast, przy­zna­cie, że zapła­ce­nie 250 zł za to, żeby w upalne połu­dnie, wśród gro­mady koma­rów, poro­bić zdję­cia zamku, z któ­rych z racji pory dnia i pogody i tak z góry było wia­domo, że cuda nie wyjdą, było dość kosz­towną imprezą. I nawet certa nie dali. No po pro­stu żenada…