Wstyd, że tak długo nie pisa­łam już tutaj. Ale ostat­nio we wszyst­kim mam tyły.

Wła­śnie pokoń­czyły się uro­czy­sto­ści pogrze­bowe tra­gicz­nie zmar­łych pod Smo­leń­skiem. Nawet nie wiem, co powie­dzieć. Spa­dło to na nas jak grom z jasnego nieba. Nie będę uda­wać, że byłam zwo­len­ni­kiem pre­zy­denta Kaczyń­skiego, Prze­my­sława Gosiew­skiego czy Putry. Nie z każ­dym się zga­dza­łam, nie każ­dego lubi­łam, czy choćby zno­si­łam. Ale, na miłość boską, to byli ludzie z krwi i kości, ludzie, któ­rzy mieli rodziny, któ­rych ktoś kochał, lubił… Można kogoś nie lubić. Ale prze­cież nie życzy mu się śmierci. I to tak tra­gicz­nej… Ludzie nie powinni umie­rać w taki sposób.

Przy­znam, że od tygo­dnia jestem bar­dzo poru­szona całą tą tra­ge­dią. Wszyst­kim, co jest z nią zwią­zane. Gdy włą­czy­łam tele­wi­zor i prze­czy­ta­łam na żółtym pasku w tvn24 infor­ma­cję, że roz­bił się pre­zy­dencki samo­lot i nikt nie prze­żył, zupeł­nie nie potra­fi­łam przy­jąć jej do wia­do­mo­ści. Jak to? Prze­cież pre­zy­denci nie giną w taki spo­sób. Pre­zy­denci w ogóle prze­cież nie giną…

Nie będę ukry­wać, że świat poli­tyki stał mi się tro­chę bar­dziej znany dzięki Mariu­szowi. Wcze­śniej nie bar­dzo orien­to­wa­łam się kto jest kim, nie mówiąc już o roz­po­zna­wa­niu twa­rzy… Po trzech latach inten­syw­nych kore­pe­ty­cji udaje mi się cza­sem nawet po gło­sie roz­po­znać który to poli­tyk. Przez trzy lata oglą­da­nia nie­mal dzień w dzień tej samej grupy ludzi w tele­wi­zo­rze, gaze­cie, Inter­ne­cie itd. nawet nie zda­wa­łam sobie sprawy, że w jakiś dziwny spo­sób stali się mi “zna­jomi”. Nie­za­leż­nie od sym­pa­tii czy anty­pa­tii… Gdy wczo­raj przy­wie­ziono ciało Prze­my­sława Gosiew­skiego, nie mogłam w to uwie­rzyć. Nie mogło dotrzeć do mnie, że tam leży czło­wiek, który jesz­cze tydzień temu dener­wo­wał mnie swo­imi wypo­wie­dziami, a dzi­siaj łza mi pły­nie na myśl o nim.

Nie­mal cała Pol­ska teraz pła­cze. I myślę, że łzy te są szczere. Są szczere, ale krót­ko­trwałe. Za kilka dni wró­cimy do rze­czy­wi­sto­ści (bo ina­czej się nie da), zaczniemy zapo­mi­nać, uod­par­niać się i żreć się dalej. Jak po śmierci Papieża.

Swoją drogą, jestem już wykoń­czona psy­chicz­nie ostat­nim tygo­dniem. Nie ma nocy, żeby nie śniła mi się Maria Kaczyń­ska. Nie wiem dla­czego aku­rat ona. Nie była mi w żaden spo­sób bli­ska. Choć z tego, co o niej było sły­chać, wnio­sko­wa­łam, że to wielka kobieta, choć nie­sa­mo­wi­cie skromna. Przez ten tydzień tyle razy widzia­łam jej zdję­cia, tyle razy o niej sły­sza­łam i myśla­łam, że nie mogła mi się nie śnić.

Żal wszyst­kich, co do jed­nej ofiary kata­strofy. Żal ich rodzin. Żal mi Jaro­sława Kaczyń­skiego, który od kilku dni ma straszną pustkę w oczach i wygląda jak swój wła­sny cień. Znikł gdzieś ten wyzy­wa­jący uśmiech, ten szy­der­czy wzrok. Współ­czuję mu całym ser­cem, bo to co prze­żywa on, jak i reszta rodzin zmar­łych, jest teraz nie do ogar­nię­cia przeze mnie.

Widzia­łam wywiad z żoną Jerzego Szmaj­dziń­skiego. Wspa­niała, szczera i silna kobieta. Podzi­wia­łam jej spo­kój i pogodę ducha, mimo tego, co ją spo­tkało. Nie potra­fię posta­wić się na jej miej­scu. Nawet nie pró­buję sobie tego wyobrazić.

Sły­sza­łam też wywiad Moniki Olej­nik z Paw­łem Kowa­lem. Nie mogę spo­koj­nie myśleć o tej kobie­cie. To, co zro­biła z sobą w ciągu ostat­nich lat, wzbu­dza we mnie nie­smak (deli­kat­nie mówiąc). Nie wni­kam, czy jej łzy były szczere, czy nie. Pew­nie były, w końcu stra­ciła też wielu zna­jo­mych. Ale mogła wytrzy­mać jesz­cze kilka dni. To nie był obiek­ty­wizm dzien­ni­kar­ski. Nawet nie wiem, jak nazwać to, co repre­zen­to­wała sobą pod­czas tego wywiadu. Była żenu­jąca. Była hieną radiową, żądną sen­sa­cji, a nie prawdy. Zresztą, nie­stety, nie pierw­szy, i pew­nie, nie ostatni raz. A Pawła Kowala podzi­wiam, że dotrwał do końca wywiadu w takim spo­koju. Pew­nie bym wyszła, na jego miejscu.

Z dru­giej strony napły­wają też inne szo­ku­jące infor­ma­cje. Wybor­cza napi­sała, że w jakimś przed­szkolu wycho­waw­czy­nie puściły dzie­ciom rela­cję, bodajże, z powi­ta­nia tru­mien z cia­łami na lot­ni­sku. Następ­nego dnia część dzieci bała się iść do przed­szkola. Kto dał upraw­nie­nia do pracy z dziećmi takiej pani? Bo że Bóg wyobraźni i rozumu poską­pił, to już wiemy.

Nie mogę też prze­stać myśleć o samej tej kata­stro­fie. Czy byli świa­domi? Czy zgi­nęli od razu, czy palili się żywcem? Nie potra­fię ogar­nąć wyobraź­nią tego, co mogło się tam dziać w ciągu ostat­nich minut ich życia.

Z myślą o Miko­łaju, świa­domi, że wła­śnie prze­ży­wamy wyda­rze­nia, które zapi­szą się w naszej histo­rii, i o któ­rych z pew­no­ścią będą uczyć się dzieci w przy­szło­ści, scho­wa­li­śmy do naszego pudła z róż­nymi pamiąt­kami kilka codzien­nych gazet i tygo­dni­ków poświę­co­nych kata­stro­fie. Wiem, że w googlach da się zna­leźć wszystko, ale myślę, że te papie­rowe wyda­nia będą miały jed­nak tro­chę inną war­tość. Sentymentalną.

Zadzi­wia mnie Rosja i jej sta­no­wi­sko w tej spra­wie. Po raz pierw­szy chyba rosyj­scy poli­tycy poka­zali ludzką twarz. Widok poważ­nego i poru­szo­nego Putina zapadł mi w pamięć tak bar­dzo, że chyba nie zapo­mnę go do końca życia. Szcze­rze mówiąc, gdy sły­szę słowa współ­czu­cia pły­nące z róż­nych stron świata, to bar­dziej wie­rzę w szcze­rość Putina niż Obamy (który nagle nazywa nas swo­imi bli­skimi przy­ja­ciółmi i sojusz­ni­kami). Coś pękło w Rosji. Oby na dobre.

Jutro pogrzeb pary pre­zy­denc­kiej. I przez chmurę pyłu wul­ka­nicz­nego pew­nie co naj­mniej połowa dele­ga­cji zagra­nicz­nych nie dotrze. Nie­mal wszyst­kie lot­ni­ska euro­pej­skie zablo­ko­wane, nikt nie lata. Podobno w 19 wieku taki pył utrzy­my­wał się w powie­trzu pra­wie rok. Wyobra­ża­cie sobie teraz taką sytu­ację? Że przez rok nie­czynne są wszyst­kie lot­ni­ska euro­pej­skie i nikt nie lata? Kry­zys gospo­dar­czy sprzed dwóch lat to pikuś, w porównaniu.

Koń­czę już ten depre­syjny wpis. Depre­syjny, ale szczery.

Tylko ludzi żal. Tych, co ode­szli, i tych, co ich opłakują.