Tak, znowu jeste­śmy cho­rzy… Zaczęło się od Miśka, prze­szło na Mariu­sza, a skoń­czyło na mnie. To zna­czy taka była kolej­ność startu, bo ogól­nie to Mariusz w tej chwili ma się naj­le­piej, mnie cią­gle boli gar­dło i kawa­łek ucha, a Michu, jedyny leczony przez leka­rza, ma obec­nie taki kaszel, że budzi nas nim w nocy. Co dziwne, sam Misiek kasz­le­niem swoim się nie budzi. Nie wiem skąd nam się owo cudo cho­ro­bo­twór­cze przy­wlo­kło, ale mogłoby już sobie pójść.

Z powo­dów wyżej wymie­nio­nych, jak i z dodat­ko­wego — zacho­ro­wa­nia Mariu­sza taty — musie­li­śmy prze­ło­żyć wyjazd na nasz roman­tyczny (he he he) week­end do Kar­pa­cza na przy­szły tydzień. Na szczę­ście udało się doga­dać i nie stra­ci­li­śmy zaliczki. Mam nadzieję, że do piątku wydo­brze­jemy wszy­scy, bo szkoda byłoby znowu odwoływać.

Michu jutro zostaje w domu, bo nie mia­ła­bym sumie­nia posłać go do przed­szkola. A rano muszę zadzwo­nić do przy­chodni i zapi­sać go do pedia­try, bo po tych lekach, które dostał w pią­tek, nie polep­szyło się wcale, a wręcz kaszle jesz­cze gorzej. Może coś innego pora­dzą. O ile uda się na jutro zarejestrować.

W czwar­tek zro­bi­łam porządne porządki na bal­ko­nie. Już mi wstyd było patrzeć przez okno. Na szczę­ście popra­wiła się piękna pogoda — w czwar­tek wyszło sło­neczko — więc ruszy­łam do boju. Udało mi się usu­nąć cały lód z posadzki, upo­rząd­ko­wać różne rupie­cie, no i przede wszyst­kim roze­brać cho­inkę (w końcu już Wielki Post), pociąć ją na drobne i wynieść na śmiet­nik. Co prawda trzon cho­inki wraz z doniczką zdo­bią jesz­cze bal­kon (za cięż­kie dla mnie, by wynieść), ale i tak już nie­źle. Na koniec umy­łam posadzkę i okna, i teraz jest wręcz bajecz­nie :) Swoją drogą, pogoda od kilku ostat­nich dni nas roz­piesz­cza. Marzę, by się już taka (i lep­sza) utrzy­mała do następ­nej zimy. A myśląc krót­ko­ter­mi­nowo — przy­naj­mniej do naszego wyjazdu do Karpacza.

Z nowych rze­czy, to Michu zaczął mówić o sobie “ja”. Tylko momen­tami wątpi, jak docho­dzi do wymiany zdań w stylu: “Kto zjadł wszyst­kie ciastka?” M: “Ja!” “Ty?” M:“Ta, ty” (i poka­zuje na sie­bie). No, ale powoli, mam nadzieję, uda mu się wytłu­ma­czyć, że gdy on mówi “ja”, a ja mówię do niego “ty”, to cią­gle mówimy o nim ;)

Dzięki byt­no­ści w przed­szkolu (no wiem, że to nie przed­szkole, a klub malu­cha, ale tak mi wygod­niej pisać) Michu ma obec­nie fazę na dzieci. Uwi­dacz­nia się to nawet w słow­nic­twie wyra­zem “dzici” (coś pomię­dzy “dzicy” a “dzieci”, co w mojej opi­nii powinno zna­czyć to samo ;)). “Dzici” są zauwa­żane wszę­dzie: w Tele­tu­bi­siach, Way­ba­loo, na ulicy, na obrazku, w gaze­cie… gdzie się da. “Dzici” też Misiek słu­cha na pły­cie “Arki Noego”. Cho­ciaż od kilku dni coś innego zaj­muje 1 miej­sce w ran­kingu ulu­bio­nych płyt Micha. Mamy bowiem na cd całą kolek­cję bajek Disneya do słu­cha­nia. Od kilku mie­sięcy pusz­cza­li­śmy przed spa­niem kolejne czę­ści (w sumie chyba 25). Aż nasze dziecko odkryło “Auta”. Uwierz­cie, że dziś już pra­wie wymio­to­wa­łam tą bajką — słu­chał jej Miś caaały dzień, a każda próba zmiany płyty koń­czyła się wrza­skiem. Co gor­sza, nie udało mi się jesz­cze obej­rzeć peł­nej wer­sji na dvd (a wydaje się być bar­dzo ładna), a tu już mam jej dość. Nie­stety ta wer­sja na cd jest okro­jona do jakichś 20 minut i to tak momen­tami bez­na­dziej­nie, że szkoda gadać. A roz­po­czy­na­jący opo­wieść tekst “Zyg­zak McQu­inn był szybki…” śni mi się po nocach.

Wcią­gnę­li­śmy się z Mariu­szem w grę w kulki na iPhone’a. Co prawda gierkę mamy już dawno, ale jakiś tydzień temu pod­łą­czy­li­śmy ją pod face­bo­oka. Zmie­niły się tro­chę zasady — teraz jedna runda trwa minutkę i szyb­ciej zdo­bywa się punkty, ale tak strasz­nie nas zaczęła wcią­gać, że pra­wie każdą wolną chwilę przez to mar­nu­jemy. Ale cóż zro­bić — gierka rewe­la­cyj­nie odmóż­dża, do tego sama w sobie trwa krótko. Nic, tylko grać.

Tyle na dziś. Zdro­wia nam życz­cie i trzy­maj­cie kciuki, by naj­bliż­szy week­en­dowy wyjazd w końcu wypa­lił. Pozdrowienia!