Wresz­cie z ust naszego dziecka padły te tytu­łowe słowa! Pierw­szym świad­kiem byłam ja (bo mał­żo­nek poje­chał na Bie­lany), ale koniec koń­ców Mariusz może potwier­dzić, bo rów­nież sły­szał. Kilka dni temu Miko­łaj zaczął wołać “Blee” po tym, jak naro­bił w pie­lu­chę. Ale tylko przy “grub­szych” spra­wach. Sika­nie jakoś nie bar­dzo docie­rało. Hmm… To zna­czy wie­dział, co to zna­czy sikać, ale ani razu nie zda­rzyło mu się zawo­łać na czas albo cho­ciaż po cza­sie. Aż tu dzi­siaj wie­czo­rem, pusz­czam wodę do wanny, Michu w goto­wo­ści stoi przy wan­nie i czeka, aż go roz­biorę do kąpa­nia. I nagle sły­szę: “siu­siu”. Ja oczy w słup i pytam: “Miko­łaj, chcesz siu­siu?” “Siu­siu” — sły­szę… I Michu poka­zuje mi na pie­lu­chę. Co prawda oka­zało się, że to “siu­siu” wybrzmiało po wysi­ka­niu się w pie­lu­chę, ale uwa­żam to za ogromny suk­ces dnia dzi­siej­szego. Michu doj­rzał do odpie­lu­cho­wa­nia, więc czas zacząć na dobre. W ponie­dzia­łek muszę poga­dać z paniami z przed­szkola, żeby też na Micha zwró­ciły uwagę. Zresztą, one już chyba tę uwagę zwró­ciły, bo nikt nam nie wmówi, że słowo “siu­siu” Michu zna od nas… My mówimy “siku”, więc jeśli Michu miałby zała­pać od nas, gadałby wła­śnie tak. Widać, że panie w przed­szkolu nie próżnują :)

Dzi­siaj kupi­li­śmy Michowi nakładkę na sedes, noc­nik mamy od dawna. Trzeba jesz­cze tro­chę gatek kupić i do roboty.

Przed chwilą mnie olśniło z tym sika­niem. Trzeba jutro spró­bo­wać z wysa­dze­niem Micha na siku przed pusz­cze­niem wody do wanny. Niech usią­dzie na klo­pie, a następ­nie pusz­czę wodę. Wiem, że więk­szo­ści z Was pew­nie nie wyda się to odkryw­cze, ale cóż… Dla mnie to jest nowy ląd ;) Jak zrobi siku (prze­pra­szam: “siu­siu”) do noc­nika albo klopa, to zaczai raz dwa, mam nadzieję.

Poza tym, Miko­łaj nagro­dzony sowi­cie bra­wami i uści­skami przeze mnie i Mariu­sza za “siu­siu”, tak się zachwy­cił nowym sło­wem, że do pój­ścia spać cią­gle demon­stro­wał, jak on to ładnie mówi. Ech, ten Michu.

Dzi­siaj stwier­dzi­li­śmy ponadto, że stwo­rzy­li­śmy potwora :) Gene­ral­nie Michu, gdy odpo­wia­dał twier­dząco uży­wał słowa “tak” — oczy­wi­ste, prawda? Zarówno Mariusz jak i ja w takich sytu­acjach mówimy — jak się to zaraz okaże naj­wy­raź­niej zbyt czę­sto — “no”. Nie brzmi to może naj­le­piej, ale cóż powie­dzieć — takie fakty… No i od czasu do czasu, gdy mówi­li­śmy “no”, to Michu po nas sobie powta­rzał to “no”. Ogól­nie zabaw­nie to wycho­dziło. Aż tu dzi­siaj Michu na każde zadane pyta­nie, na które chciał odpo­wie­dzieć twier­dząco, zaczął mówić “nooo”. Oczy­wi­ście sku­ma­li­śmy zaraz w czym rzecz, więc zaczę­li­śmy dzie­cię popra­wiać: “tak”. W związku z tym, dzi­siaj cały dzień Miko­łaj mówił coś w stylu: “nooo… tak… mhm…”. Każdą twier­dzącą odpo­wiedź tak roz­wi­jał. Naj­śmiesz­niej­sze jest to “mhm” na końcu, które też, jak widać, musiał od nas pod­ła­pać. Brzmi to świet­nie i śmiesz­nie. Jak mi się uda, to spró­buję nagrać :)

Byli­śmy dziś w Reno­mie. Michu godzinę sza­lał w Kin­der­pla­ne­cie, potem wsza­mał cały deser lodowy “Paja­cyk” u Gry­cana, pożarł Happy Meal (tak, zdrowo się dziś odży­wiał ;)) i wró­cił do domu pełen ener­gii… Mimo że obu­dził się o szó­stej rano… :/

Jutro pró­bu­jemy od rana ude­rzyć do aqu­aparku, bo dawno nie byli­śmy. A na obiad spró­bu­jemy zro­bić po raz pierw­szy pizzę. Mam nadzieję, że wyj­dzie :) Michu będzie przeszczęśliwy.

Mariusz dziś wie­czo­rem skoń­czył skle­jać swój pierw­szy model heli­kop­tera (jakiś dzień pre­mier chyba mamy). Teraz moja kolej — będę go malo­wać. Mał­żo­nek mój także, celem odre­ago­wy­wa­nia róż­nych stre­sów oraz odmóż­dża­nia się po pracy zaku­pił 6 zesta­wów elek­tro­nicz­nej “oślej łączki”. Wygląda to cie­ka­wie, zapo­wiada się jesz­cze lepiej :)

Skoń­czy­łam czy­tać nowego Dana Browna — “Zagi­niony sym­bol”. Wcią­gało, jak wszyst­kie książki tego autora, cho­ciaż tro­chę już mógłby zmie­nić tema­tykę. Trze­cia książka o histo­rycz­nych, taj­nych sto­wa­rzy­sze­niach już tak nie wzru­sza. Poza tym nie była aż tak zaska­ku­jąca jak “Kod Leonarda da Vinci” czy “Anioły i demony”. Można zna­leźć pewien sche­mat z “Kodu” powie­lony w “Sym­bolu”. Tro­chę się roz­cza­ro­wa­łam, choć i tak muszę przy­znać, że mi się podo­bało. Relak­su­jąca książka na maksa. Choć nie eks­cy­tuje tak, jak poprzed­nie. Ale nie można mieć wszystkiego.

Dobra­noc.