Szpital na peryferiach – część kolejna…

Tak, znowu jesteśmy chorzy… Zaczęło się od Miśka, przeszło na Mariusza, a skończyło na mnie. To znaczy taka była kolejność startu, bo ogólnie to Mariusz w tej chwili ma się najlepiej, mnie ciągle boli gardło i kawałek ucha, a Michu, jedyny leczony przez lekarza, ma obecnie taki kaszel, że budzi nas nim w nocy. Co dziwne, sam Misiek kaszleniem swoim się nie budzi. Nie wiem skąd nam się owo cudo chorobotwórcze przywlokło, ale mogłoby już sobie pójść.

Z powodów wyżej wymienionych, jak i z dodatkowego – zachorowania Mariusza taty – musieliśmy przełożyć wyjazd na nasz romantyczny (he he he) weekend do Karpacza na przyszły tydzień. Na szczęście udało się dogadać i nie straciliśmy zaliczki. Mam nadzieję, że do piątku wydobrzejemy wszyscy, bo szkoda byłoby znowu odwoływać.

Michu jutro zostaje w domu, bo nie miałabym sumienia posłać go do przedszkola. A rano muszę zadzwonić do przychodni i zapisać go do pediatry, bo po tych lekach, które dostał w piątek, nie polepszyło się wcale, a wręcz kaszle jeszcze gorzej. Może coś innego poradzą. O ile uda się na jutro zarejestrować.

W czwartek zrobiłam porządne porządki na balkonie. Już mi wstyd było patrzeć przez okno. Na szczęście poprawiła się piękna pogoda – w czwartek wyszło słoneczko – więc ruszyłam do boju. Udało mi się usunąć cały lód z posadzki, uporządkować różne rupiecie, no i przede wszystkim rozebrać choinkę (w końcu już Wielki Post), pociąć ją na drobne i wynieść na śmietnik. Co prawda trzon choinki wraz z doniczką zdobią jeszcze balkon (za ciężkie dla mnie, by wynieść), ale i tak już nieźle. Na koniec umyłam posadzkę i okna, i teraz jest wręcz bajecznie :) Swoją drogą, pogoda od kilku ostatnich dni nas rozpieszcza. Marzę, by się już taka (i lepsza) utrzymała do następnej zimy. A myśląc krótkoterminowo – przynajmniej do naszego wyjazdu do Karpacza.

Z nowych rzeczy, to Michu zaczął mówić o sobie „ja”. Tylko momentami wątpi, jak dochodzi do wymiany zdań w stylu: „Kto zjadł wszystkie ciastka?” M: „Ja!” „Ty?” M:”Ta, ty” (i pokazuje na siebie). No, ale powoli, mam nadzieję, uda mu się wytłumaczyć, że gdy on mówi „ja”, a ja mówię do niego „ty”, to ciągle mówimy o nim ;)

Dzięki bytności w przedszkolu (no wiem, że to nie przedszkole, a klub malucha, ale tak mi wygodniej pisać) Michu ma obecnie fazę na dzieci. Uwidacznia się to nawet w słownictwie wyrazem „dzici” (coś pomiędzy „dzicy” a „dzieci”, co w mojej opinii powinno znaczyć to samo ;)). „Dzici” są zauważane wszędzie: w Teletubisiach, Waybaloo, na ulicy, na obrazku, w gazecie… gdzie się da. „Dzici” też Misiek słucha na płycie „Arki Noego”. Chociaż od kilku dni coś innego zajmuje 1 miejsce w rankingu ulubionych płyt Micha. Mamy bowiem na cd całą kolekcję bajek Disneya do słuchania. Od kilku miesięcy puszczaliśmy przed spaniem kolejne części (w sumie chyba 25). Aż nasze dziecko odkryło „Auta”. Uwierzcie, że dziś już prawie wymiotowałam tą bajką – słuchał jej Miś caaały dzień, a każda próba zmiany płyty kończyła się wrzaskiem. Co gorsza, nie udało mi się jeszcze obejrzeć pełnej wersji na dvd (a wydaje się być bardzo ładna), a tu już mam jej dość. Niestety ta wersja na cd jest okrojona do jakichś 20 minut i to tak momentami beznadziejnie, że szkoda gadać. A rozpoczynający opowieść tekst „Zygzak McQuinn był szybki…” śni mi się po nocach.

Wciągnęliśmy się z Mariuszem w grę w kulki na iPhone’a. Co prawda gierkę mamy już dawno, ale jakiś tydzień temu podłączyliśmy ją pod facebooka. Zmieniły się trochę zasady – teraz jedna runda trwa minutkę i szybciej zdobywa się punkty, ale tak strasznie nas zaczęła wciągać, że prawie każdą wolną chwilę przez to marnujemy. Ale cóż zrobić – gierka rewelacyjnie odmóżdża, do tego sama w sobie trwa krótko. Nic, tylko grać.

Tyle na dziś. Zdrowia nam życzcie i trzymajcie kciuki, by najbliższy weekendowy wyjazd w końcu wypalił. Pozdrowienia!

Na szybko

Dzisiaj byłam z Michem u pani psycholog. Robiła mu badanie. Co prawda opinia będzie do odebrania za tydzień, ale już dziś mogła powiedzieć, że Mikołaj wspaniale nadrobił straty, dorównał do poziomu, a w motoryce małej przeskoczył nawet dwulatki. Jedyne co, to z mową ma tyły, ale niewielkie – rozumienie (czyli mowa bierna) jest adekwatne do wieku, poza tym pojawiają się nowe słowa, więc nie ma powodu do zmartwień. Super! :)

Z innej beczki – Mariusz znalazł to ostatnio na wykopie. Musicie to obejrzeć, jeśli jeszcze nie widzieliście. Brak słów :) Nazywa się Poranna pielęgnacja prawdziwego faceta. Czy jest to prawdziwy facet, czy początkujący gej w to nie wnikam :)

Śpiąco…

Cały dzień jakiś taki śpiący. Dość mam już zimy. Zimo, precz!

Co do Miśkowych ekscesów z nocnikiem i siusiuaniem, to na razie bez większych efektów. Siadać siada, wołać woła (po fakcie), ale póki co to mało skutecznie. Nawet przed kąpaniem, jak puszczam wodę do wanny. Ale się nie poddajemy. Koniec końców kiedyś zaskoczyć musi. W razie czego mamy już 22 pary majtek :)

Misiek się rozgaduje. Coraz więcej stara się po nas powtarzać, czasem nawet dość podobne do naszych słowa mu wychodzą. Z nowości to na przykład słowo „ciuci”, które oznacza „ciuchcia”. Czasem wychodzi też Michowi „ciacio”, co z kolei znaczy „ciastko”. Poza tym od kilku dni Michu notorycznie mówi „no” na widok znaku drogowego informującego o przejściu dla pieszych. Nie jestem w stanie zgadnąć, dlaczego to ma być „no”. Myślę, że z tą tajemnicą Michu pójdzie do grobu, bo przypuszczam, że jak już będzie na tyle duży, żeby umieć nam wytłumaczyć owo enigmatyczne „no”, zapomni co to znaczyło… Jedyne, jakieś nikłe skojarzenie, to takie, że ten znak jest niebieski z czarnym ludzikiem i być może kojarzy się Michowi z „NooNoo” – tym niebieskim odkurzaczem z Teletubisiów. Ale głowy za to nie dam. Zresztą, wtedy to raczej Michu mówiłby zwyczajnie „Noonoo”, bo jak widzi ten odkurzacz, to tak właśnie woła.
No i jeszcze doszło słowo „jajo”, z radością używane na widok jajka z niespodzianką.

W przedszkolu coraz lepiej. W tym tygodniu obyło się w ogóle bez płaczu. Do tego Michu zjadł wszystkie trzy obiadki (w tym pierogi ruskie!!!! – pierwszy raz w życiu), w dodatku włącznie z zupą. Pięknie też zaczyna integrować się z grupą. W środę to nawet usiadł razem z dziećmi na poduszkach podczas czytania książeczki. To w ogóle sukces, bo Mikołaj z reguły był na „nie”, jeśli chodzi o czytanie i oglądanie książek.

No i poza tym Mikołaj rozwija się plastycznie. We wtorek malował znowu paluszkami na zajęciach logopedycznych – bez oporów. Poza tym widać po jego rysunkach przedszkolnych, jak się rozkręca – coraz więcej zamalowuje, kreski są coraz mocniejsze. W tym tygodniu dostaliśmy od Misia piękne walentynkowe serduszko, które dumnie zawisło u niego w pokoju pod zegarem. Mikołaj jest bardzo dumny ze swoich prac. I widać, jak bardzo cieszy się, że nam się podobają. Kochany Miś :)

Mikołaj rozróżnia litery: A, M, V, O oraz cyfry: 0, 2, 3. Z jedynką jest jeszcze kłopot. Trójka też czasem mu się pomyli, ale stosunkowo rzadko. Natomiast dwójkę rozpoznaje wszędzie. Poza tym nauczył się w końcu pokazywać dwa na palcach (co wałkuję od drugich urodzin). Oto dowód:

Cóż, jedni pokazują „pięć piw”, a Michu „dwa faworki” ;)

Mikołaj ostatnio przeżywa fascynację wszelkimi miksturami kosmetycznymi, do jakich tylko uda mu się dotrzeć. Z półek w łazience musiały więc poznikać co droższe kremy, perfumy czy pasta do zębów, bo nie można było być pewnym ich spokojnej przyszłości. Któregoś dnia dałam Michowi jego krem bambino i oto, co z tego wyszło:

Przyznać trzeba, że to też kolejny powód do radości. Przypominam sobie bowiem, gdy rok temu zaczęliśmy chodzić na zajęcia logopedyczne i któregoś razu p.Asia dała dzieciakom różne pachnące kremy, by sobie ręce nimi trochę pobrudziły. I pamiętam ryk Miśka, który za Chiny nie chciał zanurzyć choćby paluszka. A teraz… Teraz to Ameryka! :)

W ubiegłą niedzielę udało nam się dotrzeć do aquaparku. Misiek się nabiegał, w związku z czym, jak potem podjechaliśmy jeszcze do małpiego gaju w Arkadach, prawie nie miał siły się tam bawić. Ale w domu jakimś cudem wielkim się zregenerował i nie chciał spać w południe. W sumie, to nie pamiętam już chyba, kiedy Misiek ostatnio zasnął w ciągu dnia. Dzięki temu wieczorem jest gotów do spania po 19.00, co daje nam godzinę więcej czasu :)

Dzisiaj, z okazji jutrzejszych walentynek, małżonek zaprosił nas rodzinnie na lody do Grycana. Michu, który ostatnimi czasy bardzo polubił lodziarnię, wybrał sobie deser pt. Motylek. Za każdym razem wybiera inny i, o dziwo, zjada prawie wszystko. Żarłok się z niego zrobił :)

Mamy zdjęcia z pierwszego balu Miśka. Dziś p.Agata z Zaczarowanej Krainy przysłała je mailem. Widać, że Miś bardzo dobrze się bawił :)

pirat

To chyba na tyle. Nie wiem, czy wspomniałam o wszystkim, o czym chciałam. Najwyżej dopiszę, jeśli mi się coś przypomni. Miłej niedzieli Wam życzę!

Siusiu…

Wreszcie z ust naszego dziecka padły te tytułowe słowa! Pierwszym świadkiem byłam ja (bo małżonek pojechał na Bielany), ale koniec końców Mariusz może potwierdzić, bo również słyszał. Kilka dni temu Mikołaj zaczął wołać „Blee” po tym, jak narobił w pieluchę. Ale tylko przy „grubszych” sprawach. Sikanie jakoś nie bardzo docierało. Hmm… To znaczy wiedział, co to znaczy sikać, ale ani razu nie zdarzyło mu się zawołać na czas albo chociaż po czasie. Aż tu dzisiaj wieczorem, puszczam wodę do wanny, Michu w gotowości stoi przy wannie i czeka, aż go rozbiorę do kąpania. I nagle słyszę: „siusiu”. Ja oczy w słup i pytam: „Mikołaj, chcesz siusiu?” „Siusiu” – słyszę… I Michu pokazuje mi na pieluchę. Co prawda okazało się, że to „siusiu” wybrzmiało po wysikaniu się w pieluchę, ale uważam to za ogromny sukces dnia dzisiejszego. Michu dojrzał do odpieluchowania, więc czas zacząć na dobre. W poniedziałek muszę pogadać z paniami z przedszkola, żeby też na Micha zwróciły uwagę. Zresztą, one już chyba tę uwagę zwróciły, bo nikt nam nie wmówi, że słowo „siusiu” Michu zna od nas… My mówimy „siku”, więc jeśli Michu miałby załapać od nas, gadałby właśnie tak. Widać, że panie w przedszkolu nie próżnują :)

Dzisiaj kupiliśmy Michowi nakładkę na sedes, nocnik mamy od dawna. Trzeba jeszcze trochę gatek kupić i do roboty.

Przed chwilą mnie olśniło z tym sikaniem. Trzeba jutro spróbować z wysadzeniem Micha na siku przed puszczeniem wody do wanny. Niech usiądzie na klopie, a następnie puszczę wodę. Wiem, że większości z Was pewnie nie wyda się to odkrywcze, ale cóż… Dla mnie to jest nowy ląd ;) Jak zrobi siku (przepraszam: „siusiu”) do nocnika albo klopa, to zaczai raz dwa, mam nadzieję.

Poza tym, Mikołaj nagrodzony sowicie brawami i uściskami przeze mnie i Mariusza za „siusiu”, tak się zachwycił nowym słowem, że do pójścia spać ciągle demonstrował, jak on to ładnie mówi. Ech, ten Michu.

Dzisiaj stwierdziliśmy ponadto, że stworzyliśmy potwora :) Generalnie Michu, gdy odpowiadał twierdząco używał słowa „tak” – oczywiste, prawda? Zarówno Mariusz jak i ja w takich sytuacjach mówimy – jak się to zaraz okaże najwyraźniej zbyt często – „no”. Nie brzmi to może najlepiej, ale cóż powiedzieć – takie fakty… No i od czasu do czasu, gdy mówiliśmy „no”, to Michu po nas sobie powtarzał to „no”. Ogólnie zabawnie to wychodziło. Aż tu dzisiaj Michu na każde zadane pytanie, na które chciał odpowiedzieć twierdząco, zaczął mówić „nooo”. Oczywiście skumaliśmy zaraz w czym rzecz, więc zaczęliśmy dziecię poprawiać: „tak”. W związku z tym, dzisiaj cały dzień Mikołaj mówił coś w stylu: „nooo… tak… mhm…”. Każdą twierdzącą odpowiedź tak rozwijał. Najśmieszniejsze jest to „mhm” na końcu, które też, jak widać, musiał od nas podłapać. Brzmi to świetnie i śmiesznie. Jak mi się uda, to spróbuję nagrać :)

Byliśmy dziś w Renomie. Michu godzinę szalał w Kinderplanecie, potem wszamał cały deser lodowy „Pajacyk” u Grycana, pożarł Happy Meal (tak, zdrowo się dziś odżywiał ;)) i wrócił do domu pełen energii… Mimo że obudził się o szóstej rano… :/

Jutro próbujemy od rana uderzyć do aquaparku, bo dawno nie byliśmy. A na obiad spróbujemy zrobić po raz pierwszy pizzę. Mam nadzieję, że wyjdzie :) Michu będzie przeszczęśliwy.

Mariusz dziś wieczorem skończył sklejać swój pierwszy model helikoptera (jakiś dzień premier chyba mamy). Teraz moja kolej – będę go malować. Małżonek mój także, celem odreagowywania różnych stresów oraz odmóżdżania się po pracy zakupił 6 zestawów elektronicznej „oślej łączki”. Wygląda to ciekawie, zapowiada się jeszcze lepiej :)

Skończyłam czytać nowego Dana Browna – „Zaginiony symbol”. Wciągało, jak wszystkie książki tego autora, chociaż trochę już mógłby zmienić tematykę. Trzecia książka o historycznych, tajnych stowarzyszeniach już tak nie wzrusza. Poza tym nie była aż tak zaskakująca jak „Kod Leonarda da Vinci” czy „Anioły i demony”. Można znaleźć pewien schemat z „Kodu” powielony w „Symbolu”. Trochę się rozczarowałam, choć i tak muszę przyznać, że mi się podobało. Relaksująca książka na maksa. Choć nie ekscytuje tak, jak poprzednie. Ale nie można mieć wszystkiego.

Dobranoc.

Turnau-owo

Wiem, wiem, pisałam dwa dni temu, ale cóż. Blogowanie ma swój urok (a i pewne obowiązki kładzie na barkach), znów parę nowości, to i opisać trzeba.

Przede wszystkim Grzegorz Turnau… Tydzień temu mniej-więcej znalazłam na stronie mojego ulubionego Pana Grzesia notkę, iż 3 lutego w sklepie muzycznym M.Ostrowski odbędzie się recital Grzegorza Turnaua, związany z prezentacją pianin i fortepianów cyfrowych Yamaha. Sklep znajduje się 10 minut od naszego domku, więc nie można było nie skorzystać. Ekscytacja pełna przed recitalem, a w trakcie… istna ekstaza! :)

Turnau jak zwykle czarujący, przezabawny i… słów mi brakuje, by wygłosić kolejne zachwyty. Tylko serce się na samą myśl rozgrzewa :) Słuchanie muzyki prezentowanej przez tego artystę jest zawsze dobrym pomysłem, natomiast słuchanie go na żywo dostarcza takich przeżyć, że trudno opisać je w kilku słowach. Wczorajszy recital był o tyle dla mnie „klimatyczny” i niezapomniany, że odbywał się w naprawdę kameralnym gronie, a Turnau był na wyciągnięcie ręki – dosłownie!

Jacek Królik po raz kolejny dowiódł, że potrafi na gitarze wyczarować dźwięk niemal każdego instrumentu, doskonale akompaniując Grzegorzowi T. Swoistego uroku całemu wydarzeniu dodawały komentarze Turnaua oraz mini-dialogi z Królikiem. Momentami czułam się jak w kabarecie – w jak najbardziej pozytywnym tego słowa znaczeniu.

Recital trwał około półtorej godziny. Nie muszę pisać, że czas ten minął bardzo szybko. Po koncercie doczekałyśmy się (bo byłam na owym recitalu z Romą) „autografowania”, czego też dowód przedstawiam poniżej:

autograf

Oczywiście nie mogło być aż tak pięknie… Rzeczą, której nie mogę sobie darować, jest to, że nie zabrałam ze sobą aparatu fotograficznego! Na samą myśl o tym z żalu (i wściekłości) na usta cisną mi się same przekleństwa… Jak można było być takim imbecylem i zapomnieć tak ważnej rzeczy? I to na recital, na którym nie roiło się od ochrony, a Turnau był tak blisko, że spokojnie obiektyw 50-tka dałby radę… Ech…
Jedyne zdjęcia jakie posiadam z wczorajszego wieczoru to liche foty z ajfona… Pewnie wstyd pokazać, no ale co tam. Co mam, to dam… A dla poprawy estetyki mogę Wam przypomnieć, że w galerii są zdjęcia mojego autorstwa z Turnauowego koncertu w Hali Stulecia w listopadzie 2008 roku

scena

Autografowanie:
autografowanie

Sam Grzegorz T.:
turnau

I Jacek Królik:
krolik

Tyle by było z westchnień.

Wczoraj Mikołaj przeżył swój pierwszy bal… Wrócił trzeźwy ;) Poza tym objadł się jak bąk, aż mi było wstyd, bo pierwszą rzeczą, jaką zrobił po wejściu do przedszkola było wołanie: „Mniam, mniam!” Wyglądało, jakbyśmy mu w domu jeść nie dawali… ;)
Sam balik podobno udał się wyśmienicie, czekamy na zdjęcia. Mikołaj w czapce pirata (której na początku wcale nie chciał ubrać) biegał do samego końca – gdy przyszłam po niego o trzeciej, to ciągle ją nosił na głowie :) A o tym, że wczorajszy bal był czasem bardzo intensywnym świadczyć może to, że Mikołaj zjadł trzy dokładki obiadku (racuchy!).

Dziś natomiast obiadek był zjedzony w całości, bo łyknięta została nawet zupa (ku zdziwieniu mojemu jak i opiekunek). Do tego Mikołaj robił dziś grzechotkę w przedszkolu, którą potem pięknie sam pomalował farbkami i brokatem. Grzechotka wędruje oczywiście do naszego pudła z pamiątkami. A jaki Miś był dumny prezentując najpierw mnie, a potem Mariuszowi swoje dzieło!

Dziś muszę też pochwalić się moim małżonkiem :) Po raz pierwszy oddał honorowo krew (dla mojego wuja). Mieliśmy oddać razem, ale okazało się, że w związku z biopsją piersi, którą miałam 4 miesiące temu, mogę być dawcą dopiero po 9 kwietnia (czyli po pół roku od biopsji). Szczerze mówiąc zupełnie wyleciała mi z głowy ta biopsja, myślałam, że nie będzie przeciwwskazań, tym bardziej, że wiem, jak wygląda oddawanie krwi, bo w czasie studiów już oddawałam honorowo (ale długie zdanie mi wyszło). Mam nawet legitymację. No ale cóż zrobić. Poczekam do kwietnia i wtedy oddam, bo jakby na to nie spojrzeć dobra to sprawa.

Za dwa tygodnie, dzięki uprzejmości teściów, którzy zajmą się Michem, jedziemy z Mariuszem na dwie noce do Karpacza do Tarasów Wang (byliśmy tam rok temu). Zarezerwowaliśmy sobie pakiet „Weekend dla dwojga” :) Już nie mogę się doczekać.

Dziś byłam u lekarza w związku z moimi ostatnimi problemami z nogami. Od miesiąca bolą mnie wszystkie stawy, do tego nad stopą pojawił się bolący guzek. Dostałam skierowanie na badania krwi i na rtg stawów biodrowych. Pójdę w poniedziałek, zobaczymy co wyjdzie.

Tyle na dziś. Dobrej nocki!

Idzie luty, podkuj buty…

Przyszedł luty, za oknem zaspy i lodowisko, w dodatku straszą w telewizorze, że w nocy ma znów sypać, a jutro to w ogóle apokalipsa… Czas przeprowadzić się w okolice równika… Ale tam z kolei robactwo… Ech, nie wiadomo, co gorsze. Chyba jednak wolę śnieg.

cos

Przez tydzień trochę się „nadziało”. Mikołaj zakończył adaptację w Zaczarowanej Krainie i od tego tygodnia jest już na pół etatu: w poniedziałki, środy i piątki po 6h. Opiekunki orzekły, że się Misiek szybko przyzwyczaił do nich, do dzieci i do miejsca. To zresztą widać, bo gdy przychodzę, by zabrać Miśka do domu, to młody nie chce wyjść. I nie ma oporów w przytulaniu się do opiekunek :) W ogóle to się taki przytulny zrobił, że aż miło :)
Poza tym coraz częściej bierze udział we wspólnych zorganizowanych zajęciach. W piątek były warsztaty teatralne i dał się przekonać, by usiąść razem z wszystkimi dziećmi, a wczoraj na rytmice to podobno w ogóle było super, bo brał całkiem czynny udział w zajęciach. Zuch chłopak. Co prawda jeszcze ciężko przychodzi mu rozstawanie się ze mną rano, ale wiem, że bardzo szybko się uspokaja. Zresztą, jakby na to nie patrzeć, sama pamiętam jak długo ja wyłam, gdy mnie mama odprowadzała do przedszkola (jeśli zapadło mi to w pamięć, to musiało trwać bardzo długo), a ostatecznie przecież przedszkole lubiłam. Liczę więc, że Misiek przywyknie.

Do naszej kolekcji prac plastycznych Micha przybyło kilka egzemplarzy przyniesionych z przedszkola. Najciekawsze jest coś, co zatytułowano „Karnawał” (bo akurat o karnawale była mowa w przedszkolu):

karnawal

Dzisiaj byłam z Miśkiem w Promyku na zajęciach grupowych u logopedy i muszę pochwalić moje dziecię w tym miejscu – Mikołaj po raz pierwszy dał się namówić na „babranie się” w kisielu! Do tej pory wszystkie moje próby zachęcenia go do tej rozwojowej zabawy kończyły się fiaskiem. Michu ryczał zazwyczaj albo wołał: „bleee” i nawet nie chciał dotknąć. Nareszcie coś zaskoczyło! Dowód rzeczowy tutaj:

kisiel

Mikołaj ma jutro swój pierwszy bal w przedszkolu. Ja oczywiście jestem podekscytowana najbardziej ;) Strój pirata (pirata Rabarbara, rzecz jasna!) przygotowaliśmy wcześniej, a próba generalna została przeprowadzona dziś wieczorem. O dziwo, nasze dziecię zaskoczyło dziś po raz kolejny, gdyż dało namalować sobie na buzi lekkie wąsy i brodę! Szoook! Mam nadzieję, że jutro rano też pozwoli się pomalować. Co do samego stroju, to jest to kompletny samodział. Czapka piracka kupiona w Urwisie, pas piracki z lumpeksu, spodnie i szelki (z trupimi czachami) z H&M, skarpetki stare, ale z piratem na rysunku, body stare, za to pasiaste i morskie. Na zdjęciu zrobionym szybko ajfonem możecie obejrzeć fragment dzieła. Jakość nie powala, próbowaliśmy zrobić zdjęcie lustrzanką, ale Michu nie dał się złapać. Będą balikowe foty z przedszkola, więc wtedy (mam nadzieję) obejrzycie dokładniej. Dodam tylko, że wieczorem domalowałam pisakami na przodzie i tyle bodziaka wielkie trupie czachy. Łaaa!…

pirat

Za punkty smart na shellu zamówiliśmy Miśkowi zestaw lekarski. Taka całkiem przyjemna walizeczka z różnymi akcesoriami medycznymi. Michu zachwycony. Bada wszystkich, którzy zbadać się dają. Do obejrzenia filmik z jednego z wielu przeprowadzonych dziś badań. Śmieszny ten nasz Misiek w tym wszystkim. Podoba mi się szczególnie, jak mierzy temperaturę w uchu i potem udaje, że sprawdza pomiar i mówi, co przeczytał :) Nauczył się też robić profesjonalnie zastrzyki – znaczy się z pomazaniem wacikiem ręki, ukłuciem i znowu pomazaniem wacikiem :) A najbardziej rozbraja mnie, jak przykleja po badaniu misiom naklejki, jako że były „dzielnymi pacjentami”. Ot, piękna zabawa :)

Żeby było mało, Mikołaj dostał od nas w weekend ambulans z Lego Duplo. Pojazd nie byle jaki, bo robi najprawdziwsze „ijo-ijo” i świeci (przypuszczam, że ten właśnie świecąco-grający klocek ustalił 3/4 ceny tego auta…), więc teraz Michu jeździ karetką z przyczepką dołączoną z tyłu. Na owej przyczepce na noszach leży dziewczynka (ludzik z Duplo), a obok niej stoi lekarz (kierowca karetki z zestawu). I tak sobie jeżdżą, a broń Boże niech któreś spadnie, to lament jest na całego :)

W Micha pokoju znowu trochę zmian. Co prawda tym razem nic nie poprzestawiałam, ale przybyło kilka rzeczy. Po pierwsze, jakieś 2 tygodnie temu kupiliśmy wiszący zegar z Autami i kalendarz z Krecikiem. Obydwa w celach informacyjno (dla mnie i Mariusza) – dydaktycznych (dla właściciela pokoju). W kalendarzu ma Michu pozaznaczane dni, w które chodzi do przedszkola. Ponadto zrealizowałam w końcu zamiar dekoracyjny, z którym nosiłam się od dawien dawna – kupiliśmy w Leroy Merlin 3 ramki formatu a3 i oprawiłam w nie trzy malunki Miśka, takie kolorowe maziaje na czarnym papierze. Wyglądają czadowo :) A Mikołaj strasznie jest dumny z tego, że jego obrazki wiszą na ścianie.
I jeszcze jedną nowością są trzy żywe kwiatki w pokoju Miśka: żonkil, krokus i orchidea. Codziennie Mikołaj sam je podlewa i wącha :) Bardzo podoba mu się, że tak szybko widać efekt – zakwitły kilka dni po zakupie.

Przybyło nowe słowo: „sio”. Jest wypowiadane zazwyczaj po tym, gdy Mikołaj skończy pić. Nie wiemy jeszcze tak do końca co oznacza: dziękuję, już, skończyłem, wypiłem, wszystko…? Obserwacje będą kontynuowane, może do jakichś sensowniejszych wniosków dojdziemy.
Mikołaj zaczął też odmieniać słowa „mama” i „tata”. Mówi, że coś jest „mami/y” albo „tati/y” w sensie: krem, okulary, buty itd….

Z innej beczki, tydzień temu byłam u ginekologa. Dowiedziałam się, że guzek, który wyczuwam pod blizną po cesarce i który boli to tzw. endometrioza i trzeba to wyciąć. Niestety jest to na tyle poważny zabieg, że trzeba go zrobić pod narkozą. Jak nie urok, to sraczka, jednym słowem. Zawsze coś. Kiedy to zrobię, to jeszcze nie wiem. Jak się dowiem, to Wam powiem.

Dobra, tyle na dziś, bo spać pora. Do następnego :)

P.S. Na koniec jeszcze dwa filmy. Pierwszy to Misiek podczas jednego z ulubionych zajęć – przesypywanie kaszki manny i kamyczków. Drugi to nowy pomysł na jedzenie jogurtu…