Święta się skoń­czyły, nowy rok już leci, a tu znowu zale­gło­ści. Jakoś ta zima nie nastraja pozy­tyw­nie do pisa­nia. Cią­gle coś innego do robie­nia, tudzież defi­cyty w spa­niu po pro­stu i tak jakoś leci. A pisać nie ma kto :(

Święta minęły nam cho­ro­wi­cie. Od Wigi­lii Miko­łaj wymio­to­wał i miał bie­gunkę. W pierw­sze Święto było lepiej, wyda­wało nam się, że się popra­wiło, ale koniec koń­ców bie­gunka mu została, przez co w nie­dzielę wylą­do­wa­li­śmy w szpi­talu Kor­czaka na izbie przy­jęć. Zosta­wili Miśka na dwie noce w szpi­talu, bo był na gra­nicy odwod­nie­nia, no i przy oka­zji zro­bili bada­nia krwi, moczu i kału. Na razie wiemy, że to nie rota ani ade­no­wi­rus. Ogól­nie zdia­gno­zo­wali Michowi nie­żyt żołądkowo-jelitowy. Mamy jesz­cze jeden wynik do ode­bra­nia w szpi­talu, choć nie wia­domo, czy w końcu dowiemy się co było przy­czyną. Z pew­no­ścią było to zaraź­liwe, bo zarówno Mariusz, jak i ja prze­szli­śmy w święta to samo, choć jak widać na mniej­szą skalę.

W szpi­talu pozwo­lili mi zostać z Miko­ła­jem. Mia­łam wyku­pione obok niego osobne łóżko, więc obyło się bez spa­nia na krze­sełku. Miko­łaj pobyt w szpi­talu zniósł nad wyraz dobrze. Jeste­śmy z niego dumni tym bar­dziej, że ze względu na panu­jące wirusy kazano nam sie­dzieć cały czas w sali, nawet nie można było pójść do świe­tlic. A zda­je­cie sobie sprawę, że utrzy­ma­nie dwa dni dwu­latka w jed­nym zamknię­tym pokoju to nie lada wyczyn. Raz, co prawda, udało nam się wyjść na spa­cer, ale Michu był tak sła­bo­wity, że nie bar­dzo mu się chciało spa­ce­ro­wać i po 20 minu­tach wró­ci­li­śmy na oddział. Gene­ral­nie Miś był spo­kojny, uro­czy, grzeczny i w ogóle. Nawet pozwa­lał się badać, choć wia­domo, że z tym, to bywa róż­nie. W każ­dym razie we wto­rek nas wypu­ścili, Misiek w sta­nie dobrym, choć — bez owi­ja­nia w bawełnę — kupa jesz­cze nie do końca ok, ale do czwartku wydo­brzał zupeł­nie. No i ape­tyt mu wrócił.

Tak więc, jak się domy­śla­cie, całe przy­go­to­wa­nia kuchenno-świąteczne dia­bli wzięli, poje­dli­śmy (Mariusz i ja) tyle, co w Wigi­lię, bo reszta (nie tknięta) wylą­do­wała w koszu na śmieci z racji naszego złego samo­po­czu­cia. Co zro­bić. Nie wszystko da się zamro­zić. Ważne, że już ok.

Mię­dzy kolej­nymi bie­gami do łazienki, w chwi­lach złud­nie lep­szego samo­po­czu­cia udało nam się nawet zali­czyć dwa spa­cerki — jeden na Rynek, a drugi na Pod­wale. Zdję­cia do obej­rze­nia tutaj. Wrzu­ci­łam też kilka zdjęć z uro­dzin Miśka i tym podob­nych gru­dnio­wych wyda­rzeń. Są tutaj.

Miko­łaj pra­wie mie­siąc temu skoń­czył dwa lata, jak wie­cie. Wpis bilan­sowy cią­gle przede mną, nato­miast udało nam się ostat­nio z Mariu­szem stwo­rzyć w gale­rii coś na kształt “The best of…” Gene­ral­nie wybra­li­śmy (nie było to łatwe!) po jed­nym zdję­ciu z każ­dego mie­siąca życia Miko­łaja. Album do obej­rze­nia w tym miej­scu, jeśli jesz­cze ktoś nie widział :) Nie­sa­mo­wi­cie zmie­niło się to nasze dzie­cię przez ten czas.

Pod­ję­li­śmy z Mariu­szem decy­zję, by posłać Miko­łaja do żłobko-przedszkola. Na razie na 3 dni w tygo­dniu po 6h dzien­nie. Wybra­li­śmy dwie pla­cówki i wczo­raj oraz dzi­siaj byli­śmy je zwie­dzać. Jedna to Bąbel­kowo, a druga Zacza­ro­wana Kra­ina. Oby­dwie mają swoje zalety i wady, ale chyba zde­cy­du­jemy się na Kra­inę. Z pew­no­ścią dam Wam znać jaki będzie wer­dykt :)
Michu ogól­nie w oby­dwu miej­scach zacho­wy­wał się ładnie. W Bąbel­ko­wie była kuchenka, w Kra­inie bramki w drzwiach i zjeż­dżal­nia, więc podo­bało mu się i tu, i tu. Mam nadzieję, że się szybko zaadap­tuje i nie będzie pro­ble­mów z zosta­wia­niem go.

W przy­szłym tygo­dniu idę z Michem do laryn­go­loga, żeby zer­k­nął na jego zatoki i do dr Kwa­pisz. Cie­kawa jestem, czy długo będzie nam jesz­cze kazała się rehabilitować.

Wrzu­cam tra­dy­cyj­nie już kilka fil­mi­ków. Powo­dze­nia w oglądaniu :)

Pierw­szy to przy­tu­laki Miko­łaja w naszej pościeli. Michu od zawsze miał fazę tur­la­nia się we wszyst­kim, w czym się dało, ale ostat­nio kupi­li­śmy nową pościel (bar­dziej “puchatą”), co dopro­wa­dziło Micha do jesz­cze więk­szej ekstazy :)

Tutaj Michu odwie­dził po raz pierw­szy w życiu Kin­der­pla­netę w Reno­mie. Podo­bało mu się bar­dzo, a już naj­bar­dziej do gustu przy­pa­dła mu maleńka kuchenka. Chyba mamy pomysł na pre­zent wielkanocny ;)

Miko­łaj maluje. Dużo. Uwiel­bia to ostat­nio, choć mamy chwi­lową posu­chę, bo porządne farbki nam się skoń­czyły i teraz cze­kamy na prze­syłkę z 6 litrami nowych. Maluje pędzel­kami, gąb­kami, kloc­kami drew­nia­nymi (robi stem­pelki) i cza­sem nawet da się namó­wić na malo­wa­nie pal­cami, choć tu nadal bar­dzo ostroż­nie. Ale gdy przy­po­mnę sobie wcze­śniej­szą awer­sję Miśka do wszel­kiego rodzaju far­bek, to myślę, że kawał dobrej roboty za nami :)

Miko­łaj dostał na uro­dziny od dziad­ków z Gnie­zna praw­dziwe sanki. Oto pierw­sza wyprawa. Śnieg też pierw­szy był wów­czas tej zimy. Co prawda czas Miśka na san­kach wynosi mniej wię­cej 10% czasu całego spa­ceru, ale i tak jest nie­źle, że daje się posadzić :)

Tutaj Miko­łaj wita Nowy Rok. Tak mniej-więcej o godzi­nie 19.00. Oczy­wi­ście ani zimne ognie, ani uwi­docz­nione race nie zro­biły na nim naj­mniej­szego wra­że­nia. Jak zawsze naj­bar­dziej pod­eks­cy­to­wani byli­śmy my — Mariusz i ja, no ale co pora­dzić. Miko­ła­jowe wita­nie Nowego Roku skoń­czyło się wiel­kim rykiem, że skoro jest ubrany, to dla­czego nie idziemy na spa­cer??? Prze­cież ubie­ra­nie się na bal­kon nie ma sensu, bo prze­cież bal­kon to część domu. A buty i kurtkę ubiera się na spa­cer. Tak… Chcie­li­śmy dobrze, a wyszło jak zawsze ;)

I na koniec nadzieja pol­skich skocz­ków nar­ciar­skich. Zna­ko­mity skok zakoń­czony wspa­nia­łym tele­mar­kiem. Mak­sy­malna ilość punk­tów od sędziów, do tego rekord mamu­ciej skoczni Parku Połu­dnio­wego we Wro­cła­wiu. Nic, tylko podziwiać:

Na koniec jesz­cze obie­cane zdję­cia pokoju Micha po prze­me­blo­wa­niu. I nowe łóżko, rzecz jasna :)