Plucie

Na sam początek filmik. Mikołaj, prawdopodobnie zaobserwowawszy w przedszkolu oraz u własnej matki myjącej niekiedy zęby, nauczył się wypluwać. Niby nic takiego, a jednak wielka rzecz. Do tej pory pasta do zębów była połykana, a od wczoraj ląduje w umywalce lub wannie. Do tego Michu nauczył się płukać zęby po myciu. Toż to szok :) Rośnie nam dziecię, nie wiedzieć nawet kiedy :)

Tak więc oglądajcie, moi mili, to plucie pierwsze, dla niektórych z pewnością niesmaczne, a dla nas, rodziców, najpiękniejsze na świecie ;)

Cóż prócz opluwania i wypluwania? Michu dziś nie rozpłakał się podczas mojego wychodzenia z przedszkola. Trochę przy wejściu pomarudził, ale szybko doszedł do siebie i nawet drzwi za mną zamknął, i pomachał ręką na pożegnanie przez okno. Coraz lepiej idzie mu przyzwyczajanie się do nowej sytuacji. Zuch :)

Mikołaj wczoraj i przedwczoraj zrobił dla babć z okazji ich święta laurki oraz pomalował farbkami dwa kubki. Cuda nad cudami, rzecz jasna :) Zdjęcie kubków umieszczę przy okazji i jeśli nie zapomnę, a laurki mogę opisać: zielona kartka, a na niej czerwony odcisk Mikołajowej rączki. Babcie z pewnością się ucieszą :)

Wczoraj byłam też porozmawiać z logopedą przedszkolną. Pani będzie brała Micha raz w tygodniu na zajęcia indywidualne, by trochę postymulować rozwój mowy. Git.

Jutro i w niedzielę idę na warsztaty z diagnozy i terapii dysleksji. Mam nadzieję, że będzie ciekawie.

Muszę się Wam na koniec pochwalić, że mój pierwszy artykuł dla portalu naszemaluchy.pl został opublikowany. Cała jestem dumna i blada ;)

Dobranoc!

P.S. A jednak jeszcze jeden filmik na koniec: Voice band na iPhone. Super :) Bardzo mi się podoba. Oczywiście aplikację już dziś pobraliśmy z Mariuszem i będziemy się bawić. Ciekawe, czy cokolwiek nam wyjdzie ;)

Przedszkolak

Szybki wpis, bo już późno i spać trzeba ;)

Po pierwsze zaczynamy drugi tydzień adaptacji w przedszkolu, a raczej w klubie malucha. Pierwszy tydzień minął w miarę spokojnie – pierwsze dwa dni zupełnie bez płaczu, Michu był tak zaaferowany nowym miejscem i nowymi zabawkami, że w ogóle nie zwracał na mnie uwagi. Od środy było już trochę gorzej przy pożegnaniach, dziś (po weekendowej przerwie) była ogólna rozpacz, ale od opiekunek wiem, że Miś uspokajał się szybko (czyli ten płacz to tradycyjna próba wymuszenia, by mama została) i potem bawił się ładnie sam lub z innymi dziećmi. Z jedzeniem na razie jest różnie. Codziennie zamawiamy Michowi obiadek, do tego ma w czesnym wliczone śniadanko i owoce. Owoce je zazwyczaj, ostatnio zjadł na śniadanie chleb z masłem i jogurt, ale z obiadami to zależy od dnia i od tego, co jest. Liczę, że jak się dziecię napatrzy, że inne dzieci jedzą, to w końcu też przestanie wybrzydzać i zje wszystko.

Jak przychodzę po Miśka do przedszkola, to zawsze mnie rozczula swoim widokiem. Taki poważny przedszkolak z niego. Dzisiaj jak przyszłam, to akurat jadł jogurt. Zobaczył mnie, zawołał: „ooo, mama” po czym spokojnie wrócił do konsumpcji – tak elegancko, z innymi dziećmi przy stoliczku, w białym śliniaku ;)

Jedynie w niektórych zajęciach grupowych Mikołaj nie chce brać udziału – zwłaszcza, gdy przychodzi je prowadzić ktoś z zewnątrz. Ale liczę, że się przyzwyczai. A jak się nie przyzwyczai, to cóż. Zmuszać nie ma sensu, bo to nie o to chodzi. Za to zupełnie zaskoczył mnie w piątek – panie wyjęły chustę animacyjną; Mikołaj do tej pory bardzo się chusty bał, a tym czasem pierwszy pobiegł, chwycił, a potem wszedł pod chustę z innymi dzieciakami i dobrze się bawił. Zuch chłopak :)

Być może od środy Mikołaj będzie zostawał na drzemkę. Na razie jest w przedszkolu od 9 do 12. Docelowo ma być do 15. Jak nie będzie chciał spać, to nie jest to na szczęście problem – jest kilkoro dzieci, które nie śpią i wtedy bawią się z opiekunkami albo wykonują jakieś prace plastyczne. Zobaczymy, jak będzie.

3 lutego w przedszkolu jest balik. Trzeba jakiś strój wykombinować… A w przyszły poniedziałek przyjedzie specjalistyczny ambulans i na koszt przedszkola będą sprawdzali poziom uwapnienia kości dzieciaków. Miło.

W weekend byliśmy w Gnieźnie. Mikołaj tym razem obył się bez łóżeczka turystycznego i jak na dużego chłopa przystało spał na materacu. Miał zrobione legowisko niedaleko naszego łóżka i całkiem ładnie się wyspał :) Poza tym dostał od dziadków trzy kartony Lego Duplo, więc teraz w wolnych chwilach cały czas wszyscy coś budujemy :)

Wracając do ubiegłego tygodnia… Laryngolog stwierdził, że Micha zatoki, nos, gardło i migdałki są ok. Moje artykulatory i reszta też, więc mogę być logopedą :)

Dr Kwapisz natomiast tradycyjnie dopatrzyła się u Miśka kilku krzywizn, ale ogólnie stwierdziła, że rehabilitacja nie jest już tak konieczna. Wypisała nam jednakże skierowanie, byśmy mogli dalej chodzić na zajęcia grupowe do logopedy. Ale mamy dogadać się z p.Kasią, czy chcemy chodzić na rehabilitację co tydzień, czy może pokazywać się raz w miesiącu, by nam jakieś ćwiczenia do robienia w domu pokazywała. Myślę jednak, że skoro mamy to skierowanie i wolny czas w piątki, to będziemy dalej chodzić. Szkoda zmarnować okazję, mimo wszystko. Ale generalnie dr Kwapisz z Micha zadowolona.

Mikołaj rozwija swoje talenty konstruktorskie. Ostatnio zbudował garaż dla swojego mini coopera za pomocą ciastoliny i kilku stempelków. Sami obejrzyjcie:

Niby nic takiego, a jednak jedna z pierwszych takich konstrukcji Miśkowych nie-z-klocków :)

Dziś zrobiliśmy w Lidlu spore zakupy. Rzucili towar „gimnastyczny”, w związku z czym nabyłam trzy pary spodni dresowych, jedną koszulkę, cztery pary skarpetek, zestaw hantelków oraz dużą piłkę gimnastyczną (taka, jak do pilatesa). Piłka szczególnie przypadła do gustu Michowi, który kazał się na niej bujać cały wieczór :)

Tyle na dziś. Idę oglądać politykierów u Lisa.

Bilans dwulatka

Słowo się rzekło… i tak dalej :) Michu skończył ponad miesiąc temu dwa lata, chciałam zrobić mały własny bilansik – oto i on.

Wzrost: 94 cm (90 centyl)
Waga: 14,8 kg (90 centyl)

Jak wygląda – każdy widzi ;)

Poza tym parę indywidualnych preferencji:

Jedzenie

  • lubi: mięso (zwłaszcza w postaci kotletów bądź pierś kurczaka w kawałkach, czasem nawet mięso mielone), ryby (bardzo), frytki, pizzę, ketchup (z ketchupem praktycznie zje wszystko…), tosty (z żółtym serem, wędliną i ketchupem), wszelkie owoce, kiełki fasoli mung, czerwoną paprykę, oliwki, jogurty, zupy (będę tu nieskromna – przede wszystkim mojej roboty, na inne zapatruje się podejrzliwie), soki, wodę mineralną, mleko i kakao, płatki kukurydziane i inne typu nesquik, racuchy, gofry, wszelakie słodycze (nikt nie wie jak to wytłumaczyć, ale Michu, nawet jeśli jakiegoś łakocia widzi po raz pierwszy w życiu, do tego łakoć ów może być zapakowany szczelnie, to Michu i tak wie, że to coś dobrego i się tego domaga. Z żadnym innym jedzeniem tak się nie dzieje…)
  • nie lubi: tak naprawdę, to w każdej chwili każdego dnia każdy pokarm (oprócz słodyczy, pizzy i frytek) może spotkać się z potraktowaniem go jako „bleee”. Nie ma reguły. Wystarczy: ogólnie tzw. kiepski dzień, niewyspanie, dużo wrażeń, nieodpowiedni kolor jedzenia, nagłe odkrycie, że w jogurcie coś pływa (w sensie owoce, które pływają w nim zawsze, ale do tej chwili nie zauważane) itd. Z jedzeniem Mikołaja jest jak z loterią: albo się trafi, albo nie. Ale jak się trafi, to Michu szama cały dzień tak, że aż mu się uszy trzęsą.

Samodzielność:

  • je samodzielnie: łyżką zupę, jogurty i wszelkie pokarmy na łyżkę się nabierające. Posługiwanie się widelcem zostało opanowane o wiele wcześniej niż łyżka, jakieś 7 miesięcy temu. Trzeba tylko pokroić jedzenie (typu mięso) na mniejsze kawałki, to Mikołaj sobie pięknie radzi. Pije z kubka zwykłego, potrafi trzymać go tylko jedną ręką. W większości nie rozlewa. Lub pić przez słomkę.
  • pomaga przy ubieraniu i rozbieraniu, niektóre części garderoby potrafi zdjąć sam (czapka, niektóre luźniejsze bluzy, niektóre buty, skarpetki, niektóre spodnie)
  • sam myje ręce, buzię, zęby (choć jeszcze niedokładnie)
  • zasypia samodzielnie w swoim łóżku i swoim pokoju

Zainteresowania:

  • rzec by można: elektroniczne ;) Generalnie wszystko, co jest jakimkolwiek sprzętem podpinanym do prądu lub na baterie i nie wygląda jak zabawka jest atrakcyjne. A jak do tego świeci albo gra, albo ma choć jeden przycisk, to jest to dla Micha wstęp do ekstazy ;)
  • ulubione zabawki: teletubiś Laalaa i pluszak MakaPaka, samochodziki, telefony komórkowe, puzzle drewniane (przede wszystkim: alfabet, cyfry, pojazdy) i piankowe (alfabet i cyfry), klocki, wszelkiego rodzaju sortery kształtów, aparat fotograficzny (taki zabawkowy), budzik (też taka zabawka), wszystko, co jest lub może być garażem dla samochodzików
  • ulubione zabawy: wjeżdżanie samochodami do garażu lub na zjeżdżalnię zrobioną z przewijaka, zabawa w „uciekanie przed mamą lub tatą”, zabawa w chowanego (Michu zawsze chowa się za drzwiami z szybą), układanie wieży lub garażu z klocków, malowanie farbkami, przelewanie wody (podczas kąpieli) z różnych butelek, kubeczków itp., wycinanie kształtów foremkami z ciastoliny, zabawa w biuro (tak to nazywam – Michu siedzi przy swoim biureczku, gada przez jedną z licznych starych komórek, w drugiej ręce trzyma długopis i pisze coś w moim starym kalendarzu), zabawy w przesypywanie (mąka, kaszka manna albo inny sypki produkt imitujący piasek – ważna różnorodność ;), do tego różne łyżki, łyżeczki, słoiki, pojemniczki – zabawa na całego), wrzucanie szklanych kamyków do różnych pojemników, zwłaszcza do butelek, pisanie (długopisami, kredkami, pisakami, kredą po tablicy), przyczepianie literek do tablicy, oglądanie literek, liczenie, zabawy na placu zabaw (szczególnie zjeżdżalnię) oraz ogólnie spacery
  • ulubione książki: jak na razie jedna – o zgubionym kocyku Igipigla z Dobranocnego Ogrodu. Czasem obejrzy też kawałek książki o Teletubisiach, ale bez większych szaleństw
  • ulubione bajki: rzec by można, że wszystkie z CBeebies, ale byłaby to nieprawda. Mikołaj nie lubi Fimbusiów :) A tak serio to te preferencje mu się zmieniają. Ciągle lubi Niedźwiedzia w dużym niebieskim domu, Dobranocny Ogród i Teletubisie. Do tego ostatnio doszły: Finley – wóz strażacki, Kieszonkowy dziadek, Supercyfry, Smyki, czasem Bracia Koala (jak trafią na lepszy dzień) oraz Waybaloo (całkiem ciekawa… bajka). No i wszystkie reklamy (ze szczególnym uwzględnieniem reklam jogurtów, samochodów oraz reklamy Aviva, która zawiera szereg atrakcyjnych elementów: na początku jest chomik, następnie bańki mydlane, a na końcu Pan Pikuś. Pełnia szczęścia.) Uwielbia też oglądać w komputerze lub telefonie filmiki ze sobą w roli głównej
  • ponadto Mikołaj interesuje się: wszelkimi bramami garażowymi (i zawsze trzeba mu potwierdzić, że jest otwarta lub zamknięta), sygnalizacją świetlną, szlabanami, torami kolejowymi, pociągami, tramwajami, autobusami komunikacji miejskiej, klamkami, dziurkami od klucza, kluczami, pstryczkami od lampy oraz przedmiotami, które świecą
  • Mikołaj lubi muzykę – słucha Arki Noego, klasyki, Eski Rock (poza Porannym WFem ;)) oraz wszystkiego, czego słuchamy my (choć niektórzy wykonawcy nie wzbudzają entuzjazmu). Ostatnio spodobała się Mikołajowi puszczana często w Esce Rock nowa piosenka Strachów na lachy „Żyję w kraju”. Lubi też, gdy Mariusz albo ja brzdąkamy na gitarze
  • jest jeszcze jedna miłość Mikołaja… a w sumie dwie… tvn24 i tvn cnbc biznes. Lubi paski informacji, bezbłędnie rozpoznaje logo, a w cnbc uwielbia patrzeć na zegar. Nie pytajcie…

Mowa (co prawda było o tym ostatnio, ale jak bilans, to bilans):

  • mama – mama
  • tata – tata
  • koko – kura
  • łałałał – hau hau (w sensie, że pies, albo, że szczeka)
  • miau – miau, kot (jw)
  • mmm – muuu, krowa (jw)
  • a co to/co to – tłumaczyć nie trzeba
  • mniam – jedzenie/picie
  • ci – cyfra trzy lub liczenie
  • śeś – cyfra sześć
  • O, A, Fłał – literki O, A, V
  • ne na – nie ma lub że coś jest zamknięte bądź zgaszono światło
  • sici/sieci – podwójne znaczenie: 1.świeci światło, 2.nazywanie koloru – jak na razie wszystkie kolory to „sici”, ale oszukać się Miśka nie da – nakrzyczy na Was, jak mu na czerwony samochód powiecie, że jest zielony
  • tak, nie – sens znany
  • baba – znaczy, że coś boli
  • zawołania i wtrącenia: ojej, o-o, oj
  • blee – jak coś nie smakuje
  • bam – jak coś się przewróci
  • buuum – samochód
  • jojojojo – karetka pogotowia, straż pożarna, policja – wszystko, co ma koguta na dachu i wyje
  • tatatatatata… – cała reszta. Z tatatatatata… układane są całe ciągi zdań, którymi Misiu nas zalewa, ale nic z tego nie idzie zrozumieć zazwyczaj :)

Chyba na tyle z bilansu. Chciałam wrzucić tu jeszcze kilka ogólników, ale stwierdziłam, że można je wyczytać z innych, bieżących wpisów. To, jaki Mikołaj jest, jaki ma charakter czy też jego zaczątki, widać tam doskonale.

Śnieżna codzienność Wrocławianina

Jak każdy spoglądający za okno mieszkaniec Polski wie – zasypało nas totalnie. Nie wiem dokładnie, jak rzecz się ma w innych regionach, szczerze mówiąc moje wiadomości na temat pogody utknęły kilka dni temu na całkowicie zaśnieżonej mapce. Przypuszczam więc, że śnieg pojawił się też i gdzie indziej. Powiem Wam szczerze, że (będę niemiła ;)) mało mnie to interesuje, bo jak na razie to my sami nie możemy poradzić sobie z nadmiarem śniegu we Wrocławiu.

Wrocław jest totalnie zasypany. To moja czwarta zima tutaj i do tej pory nie widziałam jeszcze czegoś podobnego. Nie wspominając o tym, że do tej pory nigdy nie było mi dane prowadzić samochodu w takich zaspach. Totalna masakra, apokalipsa, armagedon i nie wiem co jeszcze. Od piątkowego południa sypie z małymi przerwami cały czas. Tego dnia po południu półtorej godziny zajęła nam droga z Mariusza firmy do domu – zwykle przejeżdżamy ją w 15-20 minut.

Główne drogi były odśnieżane dopiero w sobotę rano. Drogi osiedlowe zostały, rzecz jasna, olane totalnie, w związku z czym pod pokrywą śniegu utworzyła się szklana warstwa lodu. Lód ten sprawia, że my sami dziś trzykrotnie potrzebowaliśmy cudzej pomocy, by się ruszyć z miejsca, nie wspominając o przynajmniej kilkunastu samochodach, które w ten sam sposób ratowały się przed kompletnym utknięciem. Jedyną słuszną w tych warunkach zasadą wydaje się być: jechać i broń Boże się nie zatrzymać. Zatrzymanie się na którejkolwiek z naszych osiedlowych dróg grozi utknięciem na lodzie. Tym samym od razu tworzy się korek. Jakąś godzinę temu pod naszym blokiem utknęło kilka samochodów jednocześnie, w związku z czym zablokowane zostały okoliczne uliczki. No, ale przecież nie ma co liczyć na zarządcę, tudzież na niewiadomokogo, kto by mógł być odpowiedzialny za odśnieżanie i posypywanie tych małych osiedlowych dróżek, którymi nieustannie jeżdżą samochody. Zresztą, nasz zarządca (Fontis, jakby kto pytał) nie jest w stanie zadbać nawet o to, by w niedzielę odśnieżyć podjazd do garażu i chodniki, mimo że S.M. Osada już od rana jeździ odśnieżarką po swoim terenie. Ech, to sobie ponarzekałam.

Powiem Wam tylko, że cudem jakimś zarówno dziś jak i wczoraj dojechałam, i wróciłam z Uniwersytetu bez żadnego śnieżnego utknięcia.

Jutro debiut Micha w „Zaczarowanej Krainie”. Bo na ten klub malucha się zdecydowaliśmy ostatecznie. Do końca stycznia będziemy na okresie adaptacyjnym, a od lutego normalny karnet wykupujemy. Trzy dni w tygodniu – poniedziałki, środy i czwartki, po 6 godzin, od 9 do 15. W tym tygodniu będziemy chodzić codziennie, stopniowo wydłużając czas pobytu Micha i skracając mój. Jestem tym wszystkim bardzo podekscytowana i pełna pozytywnych myśli. Miejsce nam się podoba, „ciocie” też, mam nadzieję, że Misiu szybko się zaadaptuje. Spakowałam mu już dziś jego „przedszkolny” worek („Mam fartuszek z muchomorkiem, do przedszkola chodzę z workiem…” ;)): pieluchy na zapas, ubranie na zmianę, kapcie i szczoteczkę do zębów. Resztę zapewnia Kraina, włącznie z wszelkimi pomocami plastycznymi i innymi niezbędnikami przedszkolnymi. Wspomnieć warto tu jeszcze o owym worku, który Mikołaj dostał od Mariusza :) Żaden tam ze Spidermanem czy innym Batmanem – z najprawdziwszym logo Oracle, jak na dziecko programisty przystało, hahahaha ;) Cóż, jeśli Michu będzie miał dyskomfort z powodu braku odpowiednich do wieku malunków na worku, to sama mu je zrobię ;)
W każdym razie trzymajcie za nas jutro kciuki :) Bo to wielki dzień dla Miśka i dla nas.

W czwartek przysłali nam z mojebambino.pl 6 litrów farbek dla Mikołaja: niebieska, czerwona, zielona, żółta, biała i brązowa. Michu ma frajdę niesamowitą, codziennie chce malować. Do tego kupiłam mu niedawno w Ikei fartuszek do malowania, więc w ogóle jest cały dumny, że ma taki sprzęt. Przed malowaniem każe się w niego ubierać, ogląda w lustrze obrazek z pędzelkami, który widnieje na brzuszku fartucha, po czym zasiada grzecznie na rozłożonej na podłodze folii malarskiej i czeka cierpliwie, aż ponalewam mu farbek. Niektóre dzieła zachowuję na pamiątkę :) Taki mały malarz z niego. Poniżej wrzucam zdjęcie. Jakość nie powala, bo zrobione telefonem, ale zawsze:

Mikołaj, od kiedy jest zupełnie zdrowy (czytaj: nie kapie mu z nosa, nie kaszle i nie ma biegunki) jest „do rany przyłóż”. Taki się zrobił wesoły, pogodny i śmieszny, że aż słów brakuje. Widać też, że okołoświąteczny urlop Mariusza przyniósł owoce – Michu stęskniony za dłuższym przebywaniem z tatą, teraz nie daje Mariuszowi spokoju, ciągle chce się z nim bawić (biedny Mariusz, momentami ;)) i w ogóle nie ma już histerii podczas mojego wychodzenia. Zarówno wczoraj, jak i dzisiaj rano, gdy wychodziłam na zajęcia, Michu ze spokojem pomachał mi ręką i zamknął za mną drzwi. Szoook! Ale bardzo pozytywny :)

Tyle na dziś. Dobrej nocki. Mam nadzieję, że jutro zdarzy się cud i drogi staną się suche i przejezdne. Buhahahaha!

P.S.1: Mamy przez okno niezłe widowisko – kiedykolwiek się przez nie nie wyjrzy przynajmniej jeden samochód usiłuje ruszyć z miejsca pokrytego lodem – generalnie, nasza ulica jest nieustannie zablokowana.

P.S.2: Pora wrzucić trochę nowego słownictwa Miśkowego. Obecnie wygląda to tak:
jaja – LaaLaa (teletubiś, ten żółty)
tu – Po (teletubiś, ten czerwony)
fłał/łał – literka „v”
aaa – literka „a”
ci – zarówno cyfra „trzy”, jak i samo liczenie (jak Michu mówi „ci”, „ci”, „ci” to znaczy, że trzeba mu policzyć coś na głos. Najczęściej jeszcze do tego pokazuje po kolei palcem, co mamy liczyć)
śeś – cyfra „sześć”. Nie odróżnia jej od pozostałych, ale gdy ją słyszy, to powtarza
ta – zarówno oznacza zgodę oraz jest używane w sytuacjach, gdy Mikołaj czegoś chce. Czasem zaczyna wołać „ta, ta, ta!” po czym ciągnie gdzieś mnie lub Mariusza, by pokazać, że np. chce jakąś wysoko schowaną zabawkę.
mamo – używane zamiennie z mama
mniam – używane generalnie na wszelkie smaczne wg Miśka pokarmy i napoje, ze szczególnym uwzględnieniem ketchupu
buuummm – samochód

Więcej nie kojarzę. To jest słownictwo z ostatnich kilku tygodni, wcześniej opanowanego nie powtarzam.

P.S.3: Oto widok z naszego balkonu na naszą uliczkę: blip Mariusza Uroczo!

Słówka na dobranoc

Krótkie zdanko na koniec dnia. Mikołaj od jakiegoś czasu nazywa swojego Teletubisia Laaleę. Ostatnio (kilka dni temu) doszły też próby nazywania Teletubisia Po (czymś pośrednim między nieśmiałym Puu a Tuu), a od wczoraj mamy nową literkę w alfabecie – Łał. Co prawda dziś już szło lepiej, co zresztą będzie słychać w filmiku, aczkolwiek i tak nadal literka „v” przez większość czasu określana jest jako „łał”, a rzadziej „fłał” :) Podziwiajcie:

Wpis z okazji nowego roku

Święta się skończyły, nowy rok już leci, a tu znowu zaległości. Jakoś ta zima nie nastraja pozytywnie do pisania. Ciągle coś innego do robienia, tudzież deficyty w spaniu po prostu i tak jakoś leci. A pisać nie ma kto :(

Święta minęły nam chorowicie. Od Wigilii Mikołaj wymiotował i miał biegunkę. W pierwsze Święto było lepiej, wydawało nam się, że się poprawiło, ale koniec końców biegunka mu została, przez co w niedzielę wylądowaliśmy w szpitalu Korczaka na izbie przyjęć. Zostawili Miśka na dwie noce w szpitalu, bo był na granicy odwodnienia, no i przy okazji zrobili badania krwi, moczu i kału. Na razie wiemy, że to nie rota ani adenowirus. Ogólnie zdiagnozowali Michowi nieżyt żołądkowo-jelitowy. Mamy jeszcze jeden wynik do odebrania w szpitalu, choć nie wiadomo, czy w końcu dowiemy się co było przyczyną. Z pewnością było to zaraźliwe, bo zarówno Mariusz, jak i ja przeszliśmy w święta to samo, choć jak widać na mniejszą skalę.

W szpitalu pozwolili mi zostać z Mikołajem. Miałam wykupione obok niego osobne łóżko, więc obyło się bez spania na krzesełku. Mikołaj pobyt w szpitalu zniósł nad wyraz dobrze. Jesteśmy z niego dumni tym bardziej, że ze względu na panujące wirusy kazano nam siedzieć cały czas w sali, nawet nie można było pójść do świetlic. A zdajecie sobie sprawę, że utrzymanie dwa dni dwulatka w jednym zamkniętym pokoju to nie lada wyczyn. Raz, co prawda, udało nam się wyjść na spacer, ale Michu był tak słabowity, że nie bardzo mu się chciało spacerować i po 20 minutach wróciliśmy na oddział. Generalnie Miś był spokojny, uroczy, grzeczny i w ogóle. Nawet pozwalał się badać, choć wiadomo, że z tym, to bywa różnie. W każdym razie we wtorek nas wypuścili, Misiek w stanie dobrym, choć – bez owijania w bawełnę – kupa jeszcze nie do końca ok, ale do czwartku wydobrzał zupełnie. No i apetyt mu wrócił.

Tak więc, jak się domyślacie, całe przygotowania kuchenno-świąteczne diabli wzięli, pojedliśmy (Mariusz i ja) tyle, co w Wigilię, bo reszta (nie tknięta) wylądowała w koszu na śmieci z racji naszego złego samopoczucia. Co zrobić. Nie wszystko da się zamrozić. Ważne, że już ok.

Między kolejnymi biegami do łazienki, w chwilach złudnie lepszego samopoczucia udało nam się nawet zaliczyć dwa spacerki – jeden na Rynek, a drugi na Podwale. Zdjęcia do obejrzenia tutaj. Wrzuciłam też kilka zdjęć z urodzin Miśka i tym podobnych grudniowych wydarzeń. Są tutaj.

Mikołaj prawie miesiąc temu skończył dwa lata, jak wiecie. Wpis bilansowy ciągle przede mną, natomiast udało nam się ostatnio z Mariuszem stworzyć w galerii coś na kształt „The best of…” Generalnie wybraliśmy (nie było to łatwe!) po jednym zdjęciu z każdego miesiąca życia Mikołaja. Album do obejrzenia w tym miejscu, jeśli jeszcze ktoś nie widział :) Niesamowicie zmieniło się to nasze dziecię przez ten czas.

Podjęliśmy z Mariuszem decyzję, by posłać Mikołaja do żłobko-przedszkola. Na razie na 3 dni w tygodniu po 6h dziennie. Wybraliśmy dwie placówki i wczoraj oraz dzisiaj byliśmy je zwiedzać. Jedna to Bąbelkowo, a druga Zaczarowana Kraina. Obydwie mają swoje zalety i wady, ale chyba zdecydujemy się na Krainę. Z pewnością dam Wam znać jaki będzie werdykt :)
Michu ogólnie w obydwu miejscach zachowywał się ładnie. W Bąbelkowie była kuchenka, w Krainie bramki w drzwiach i zjeżdżalnia, więc podobało mu się i tu, i tu. Mam nadzieję, że się szybko zaadaptuje i nie będzie problemów z zostawianiem go.

W przyszłym tygodniu idę z Michem do laryngologa, żeby zerknął na jego zatoki i do dr Kwapisz. Ciekawa jestem, czy długo będzie nam jeszcze kazała się rehabilitować.

Wrzucam tradycyjnie już kilka filmików. Powodzenia w oglądaniu :)

Pierwszy to przytulaki Mikołaja w naszej pościeli. Michu od zawsze miał fazę turlania się we wszystkim, w czym się dało, ale ostatnio kupiliśmy nową pościel (bardziej „puchatą”), co doprowadziło Micha do jeszcze większej ekstazy :)

Tutaj Michu odwiedził po raz pierwszy w życiu Kinderplanetę w Renomie. Podobało mu się bardzo, a już najbardziej do gustu przypadła mu maleńka kuchenka. Chyba mamy pomysł na prezent wielkanocny ;)

Mikołaj maluje. Dużo. Uwielbia to ostatnio, choć mamy chwilową posuchę, bo porządne farbki nam się skończyły i teraz czekamy na przesyłkę z 6 litrami nowych. Maluje pędzelkami, gąbkami, klockami drewnianymi (robi stempelki) i czasem nawet da się namówić na malowanie palcami, choć tu nadal bardzo ostrożnie. Ale gdy przypomnę sobie wcześniejszą awersję Miśka do wszelkiego rodzaju farbek, to myślę, że kawał dobrej roboty za nami :)

Mikołaj dostał na urodziny od dziadków z Gniezna prawdziwe sanki. Oto pierwsza wyprawa. Śnieg też pierwszy był wówczas tej zimy. Co prawda czas Miśka na sankach wynosi mniej więcej 10% czasu całego spaceru, ale i tak jest nieźle, że daje się posadzić :)

Tutaj Mikołaj wita Nowy Rok. Tak mniej-więcej o godzinie 19.00. Oczywiście ani zimne ognie, ani uwidocznione race nie zrobiły na nim najmniejszego wrażenia. Jak zawsze najbardziej podekscytowani byliśmy my – Mariusz i ja, no ale co poradzić. Mikołajowe witanie Nowego Roku skończyło się wielkim rykiem, że skoro jest ubrany, to dlaczego nie idziemy na spacer??? Przecież ubieranie się na balkon nie ma sensu, bo przecież balkon to część domu. A buty i kurtkę ubiera się na spacer. Tak… Chcieliśmy dobrze, a wyszło jak zawsze ;)

I na koniec nadzieja polskich skoczków narciarskich. Znakomity skok zakończony wspaniałym telemarkiem. Maksymalna ilość punktów od sędziów, do tego rekord mamuciej skoczni Parku Południowego we Wrocławiu. Nic, tylko podziwiać:

Na koniec jeszcze obiecane zdjęcia pokoju Micha po przemeblowaniu. I nowe łóżko, rzecz jasna :)