Ostat­nie dwa tygo­dnie jakoś szybko zle­ciały. Nie­stety — ani tutaj, ani w dzie­cio­wi­sku nie udało mi się nic skrob­nąć. Misiek wyrzu­cił sobie połu­dniową drzemkę, w związku z czym odpadł mi błogi czas trzech godzin spo­koju w ciągu dnia, które można było prze­zna­czyć na pisa­nie choćby. Do tego w nie­dzielę mia­łam egza­min, co też znacz­nie ogra­ni­czyło i tak już ogra­ni­czony czas. No, ale dość uty­ski­wań i tłu­ma­czeń. W końcu udało mi się zasiąść. Być może nie napi­szę wszyst­kiego, co bym chciała, ale cho­ciaż zacznę.

To po kolei (mniej-więcej). Pół­tora tygo­dnia temu byli­śmy w Głu­cho­wie świę­to­wać urodzino-imieniny Miśka i imie­niny mojej mamy. Był tort, byli goście, były pre­zenty i było bar­dzo miło i sym­pa­tycz­nie :) Misiek od swo­jej “wróżki chrzest­nej” (czyt. mojej sio­stry i jej fami­lii) otrzy­mał hulaj­nogę i super strój świę­tego Miko­łaja (jak na imien­nika przy­stało). W stroju owym we wto­rek 8 grud­nia (w dniu swych dru­gich uro­dzin) wpa­ro­wał Misiek do Pro­myka z torbą pełną pier­ni­ków i czę­sto­wał dzieci na zaję­ciach logo­pe­dycz­nych. Wszy­scy byli zachwy­ceni takim małym św.Mikołajem :)

No tak, Misiek ma już dwa lata. Czas, by zro­bić mały bilan­sik, ale nie w tym wpi­sie. Bilans dwu­latka (mój oso­bi­sty) zro­bię w poście następ­nym, bo przy­pusz­czam, że sporo czasu mi to zaj­mie, a jest jesz­cze parę innych rze­czy do opi­sa­nia na dziś.

Same uro­dziny spę­dzi­li­śmy w domu. Tra­dy­cyj­nie już zamó­wi­li­śmy Miś­kowi tor­cik w Fili­pince. Oczy­wi­ście były obo­wiąz­kowe świeczki, no i Mariusz kupił w tesco race. Rado­chę miał Misiek po pachy na widok takiej strze­la­ją­cej wiel­kiej świeczki :)
Dmu­cha­nie (świe­czek) ma Michu już opa­no­wane do per­fek­cji (dzięki zaję­ciom w Urwi­sku), więc wszyst­kie dwie zga­sły jak trzeba :) Sam tort był w rów­nej mie­rze zje­dzony przeze mnie i Miśka, no i mały kawa­łek dostał się Mariu­szowi (nie miał, biedny, szans z moim i Micha apetytem).

Jeśli rzecz idzie o pre­zenty, to Misiek dostał od nas garaż-warsztat Pata i Mata, latarkę i puz­zle drew­niane z pojaz­dami. Każdy z pre­zen­tów tra­fiony w sedno :) Warsz­tat udało się wypa­trzeć Mariu­szowi w tesco. Tani był — 45 zł nie­całe, a jaka frajda dla Miśka — bawi się nim cały czas. Mie­ści się w nim spora część licz­nej kolek­cji róż­no­rod­nych autek, do tego ma dwa pod­jazdy, otwie­rane bramy, okna, czyli wszystko, czego Misiek od garażu ocze­kuje :) Do tego przy­znać trzeba, że jakość jest bar­dzo przyzwoita.

Co do puz­zli z pojaz­dami, to są jed­nymi z czte­rech ulu­bio­nych puz­zli Miśka (pozo­stałe to drew­niany alfa­bet, drew­niane cyfry i tek­tu­rowe pojazdy). Ukła­da­nie opa­no­wał w kilka minut i teraz każdy ranek roz­po­czy­namy godziną zabawy puz­zlami. Swoją drogą te puz­zle też udało nam się wyha­czyć tanio — za jakieś 10 zł w Lidlu, a zna­nej, dobrej firmy Eich­horn. Wyko­na­nie pierw­szo­rzędne. Tro­chę żałuję, że kupi­li­śmy tylko te z pojaz­dami, bo ogól­nie było kilka róż­nych wzorów.

Latarka też oka­zała się bar­dzo przy­datna — wie­czo­rem Misiek świeci nią sobie w pokoju, a poza tym (albo raczej przede wszyst­kim) zna­ko­mi­cie spraw­dza się pod­czas popo­łu­dnio­wych spa­ce­rów (które jeśli odby­wają się w oko­li­cach godziny 16 to są obec­nie raczej spa­ce­rami wie­czor­nymi) oraz coty­go­dnio­wych wypraw do Urwi­ska (z samo­chodu do przed­szkola jest dość spory kawa­łek przez ciem­nawą okolicę).

Wcze­śniej miał Michu też imie­niny, z któ­rych to oka­zji też dostał kilka pre­zen­tów — jak na przy­kład chyba z 10 samo­cho­dzi­ków (zestaw Hot Whe­els i zestaw poli­cyjny). Udało nam się też dostać w empiku książkę z Dobra­noc­nego Ogrodu, a w tesco książkę o Tele­tu­bi­siach. I trzeba po raz kolejny się pochwa­lić, że pre­zenty tra­fione. Misiek do tej pory sze­ro­kim łukiem omi­jał oglą­da­nie ksią­że­czek. Jakoś go nie inte­re­so­wały (mimo róż­nych zachęt). Ale książka z Dobra­noc­nego Ogrodu to już co innego… Książka z Dobra­noc­nego Ogrodu oglą­dana jest kilka razy dzien­nie, a przy każ­dym oglą­da­niu ma miej­sce swo­isty rytuał poszu­ki­wań wraz z nar­ra­to­rem kocyka Igi­pi­gla :) Mam nadzieję, że pojawi się wię­cej ksią­żek z tej serii :) Jak nie, to sama zrobię.

No i jesz­cze rzecz naj­waż­niej­sza — Miko­łaj, jako że już kawał chłopa i w ogóle, otrzy­mał nowe łóżko. Zakup z Ikei, kolor czer­wony (zresztą zoba­czy­cie na zdję­ciach, jak mi się w końcu uda je zgrać). Dzie­cię meblem zachwy­cone. Poma­gał usil­nie przy skła­da­niu :) Dwie wcze­śniej­sze noce spał na mate­racu na pod­ło­dze, bo łóżeczko wywieź­li­śmy już do Głu­chowa. Gene­ral­nie na mate­racu dał sobie radę świet­nie, więc wie­dzie­li­śmy, że z łóżkiem też powinno pójść gładko. No i rze­czy­wi­ście. Miś polu­bił łóżko, polu­bił kapę z żabą. Od razu widać, że mu w nim lepiej, niż w łóżeczku, bo może się roz­ło­żyć, wypro­sto­wać, a w łóżeczku to już spał sku­lony. Gene­ral­nie pro­ble­mów nie ma — śpi jak dotąd całą noc, wie­czo­rem bawi się jesz­cze w swoim pokoju przed zaśnię­ciem, potem grzecz­nie wcho­dzi na łóżko i śpi :) Cudowne dziecko :) Dumna jestem z niego, że tak ładnie przez to wszystko przeszedł.

Przy oka­zji łóżka zro­bi­li­śmy prze­me­blo­wa­nie w pokoju Micha. Efekt cał­kiem przyjemny.

Przy­go­to­wa­nia do Świąt idą jakoś. Mamy już więk­szość zaku­pów spo­żyw­czych, tylko mięsa, ryby i warzywa będą do doku­pie­nia. Pier­niki też już upie­czone — wyszły pysz­nie, jak zawsze :) Przy oka­zji, muszę się pochwa­lić dwoma nowymi nabyt­kami kuchen­nymi — jeden to mik­ser elec­tro­lux, taki z meta­lową miską. Do mik­sera wzdy­cha­łam już mniej-więcej od lat dwóch, no i się docze­ka­łam :))) Mik­ser w domu być musi i basta.

Druga rzecz to już typowy zby­tek, nato­miast było to głów­nie marze­nie Mariu­sza (moje tro­chę też, ale w mniej­szym stop­niu) — wypie­kacz do chleba. Taki z Mouli­nexu. Ma całe mnó­stwo funk­cji, włącz­nie z bagiet­kami, bułecz­kami, wyra­bia­niem ciast droż­dżo­wych, robie­niem dże­mów (tylko loda/ów nie robi chyba ;)). Chleb wypie­kamy w nim pra­wie codzien­nie, bo taki mały boche­nek — 750g to aku­rat nam na dzień wystar­cza. Póki co jedziemy z goto­wych mie­sza­nek — i o dziwo wszyst­kie wycho­dzą! Tro­chę gorzej z buł­kami, nie do końca jest to to, o co mi cho­dzi, ale będę pró­bo­wać dalej. Może muszę zmie­nić prze­pis, bo z tego, co mam, to bar­dziej pyzy wycho­dzą niż bułki :) Maszyna owa pie­kielna będzie w tym roku wie­eelką wyręką dla mał­żonka mojego, bo nie będzie musiał zara­biać cia­sta na: pie­rogi, mako­wiec i pasz­te­ciki wigi­lijne. Cuda po pro­stu! ;) Co do ceny, to z goto­wej mie­szanki wycho­dzi około 3 zł za boche­nek, czyli bar­dzo przy­zwo­icie. Mie­szanki są w stylu żytnio-pszennych, orki­szo­wych itp., które tutaj kosz­tują około 4 zł za boche­nek, więc jak na razie nam się opłaca wypie­ka­nie bar­dziej niż kupno w skle­pie goto­wego chleba.

No, to jak już się tak nachwa­li­łam, to koń­czę. Nie wiem, czy to już wszystko, co chcia­łam dziś napi­sać, ale wię­cej nie pamię­tam. Liczę, ze następny wpis będzie jesz­cze przed świę­tami, ale zapew­nić nie mogę.

Na koniec tro­chę kina. Zdję­cia wrzucę w ciągu naj­bliż­szych dni, jak znajdę tro­chę czasu. A póki co macie:

Michu ukła­da­jący swoje kon­struk­cje z kloc­ków drew­nia­nych (ostat­nio bar­dzo polu­bił wszel­kie budo­wa­nie). Naj­pierw super­wieża (nauczył się od mamy) a następ­nie Miś­kowa wer­sja Stonehenge ;)

Drugi film, to kolejne z wielu ulu­bio­nych zajęć Miśka. Komen­to­wać nie trzeba ;)

I jesz­cze jeden — z wspo­mnia­nymi puz­zlami urodzinowymi:

Kochani, nie­stety, musi­cie być świa­domi, że ilość fil­mi­ków Miś­ko­wych znacz­nie wzro­śnie. Na Wasze nie­szczę­ście mogę bez­po­śred­nio eks­por­to­wać fil­miki z iPhone’a do Youtube, pomi­ja­jąc kom­pu­ter. Spra­wia to, że prze­staję się kon­tro­lo­wać, więc wybacz­cie. Jak nie chce­cie, to nie oglą­daj­cie. Ale ja umiesz­czać nadal będę :)

Ech, no dobra, nie wytrzy­ma­łam — wrzu­cam na szyb­cika fotę łóżka Miśka. Jakość jest, jaka jest, bo zdję­cie tele­fo­nem zrobione: