Mamy w domu mały szpi­tal. W ubie­głym tygo­dniu znowu roz­ło­żył się Michu — tym razem ostry nie­żyt gór­nych dróg odde­cho­wych. Następ­nie mnie szlag jakiś tra­fił, bo prze­sta­łam mówić. Hmm… W sumie to pew­nie celem owego szlagu było, bym prze­stała mówić (szlag ów na pewno kon­sul­to­wał to wcze­śniej z sza­now­nym mał­żon­kiem i zro­bił to jego zle­ce­nie), ale mimo prze­szkód ja i tak mówię. Cho­ciaż brzmię jak Joanna Seny­szyn. Trudno. Cóż zrobić.

Wycho­ro­wać się nie zdą­ży­łam, a tu już Mariusz z wysoką gorączką. I plac­kiem w łóżku leży. Jak nie urok, to… Jutro ja idę do leka­rza w końcu ze swoim gar­dłem i bez­gło­sem, ale cóż, poło­żyć się nie bar­dzo mogę, bo ktoś ten szpi­tal musi obsługiwać ;)

Swoją drogą, jak mawia przy­sło­wie: Na pochyłe drzewo wszyst­kie kozy ska­czą. Michu, by cho­rób­ska mu nie było za mało, ma grzy­bicę. Oka­zało się bowiem, że nasze dzie­cię należy do tej nie­wiel­kiej grupy ludzi, któ­rzy pod­czas bra­nia anty­bio­tyku muszą koniecz­nie brać jesz­cze leki prze­ciw­grzy­bi­cze, bo ina­czej róż­nego rodzaju wypry­ski na skó­rze mu się poja­wiają. Podobno czę­ściej zda­rza się to u dziew­czy­nek niż chłop­ców, ale co zro­bić — taki traf. Lekarka stwier­dziła, że to taka uroda po pro­stu, że nie­któ­rzy ludzie są podatni i kazała nam pamię­tać, że przy każ­dym prze­pi­sa­nym anty­bio­tyku musimy powie­dzieć jesz­cze o tej grzy­bicy. Cóż, tyle rze­czy już pamię­tamy, że i o tej nie zapo­mnimy :) Byle tylko Michowi zeszła teraz ta wysypka, bo w zeszłym roku (nie wie­dzie­li­śmy jesz­cze wtedy co to) cią­gnęło mu się kilka miesięcy.

Muszę się pochwa­lić, że przy­je­chał mój iPhone. Co prawda zanim dotarł mia­łam tro­chę zatar­gów z Orange (opi­szę to kie­dyś przy oka­zji w osob­nym poście) i myśla­łam, że z iPhone’a nici, ale jed­nak się udało. I powiem Wam, że uwiel­biam ten tele­fon. Ba, w sumie to tele­fon jest tam jed­nak naj­mniej ważny :) Ten sprzęt ma tyle faj­nych apli­ka­cji, tyle gadże­tów, że szkoda gadać. No, oczy­wi­ście od razu pością­ga­li­śmy sobie z App­Store kilka gie­rek, przez co ostat­nie wie­czory były inten­syw­nie wyko­rzy­stane na gra­nie. Bo kon­sola jest z tego rewe­la­cyjna. Ścią­gnę­łam sobie Need for Speed, i byłam w szoku, jeśli cho­dzi o jakość obrazu. Miodzio :)

A po co współ­cze­snemu rodzi­cowi iPhone może­cie poczy­tać w Dzie­cio­wi­sku.

Cóż jesz­cze… Michu przy­wykł już do zasy­pia­nia w otwar­tym łóżeczku. Miał moment prze­ło­mowy, pół­tora tygo­dnia temu, kiedy to na siłę poło­ży­łam go spać i zamknę­łam łóżeczko o pół­nocy, bo dzie­cię w ogóle się do spa­nia nie brało. I od tego wie­czoru Miś cał­kiem przy­zwo­icie się już zacho­wuje. Owszem, cza­sem jesz­cze pocho­dzi (ale z pokoju nie wyj­dzie), zda­rza się, że nawet godzinkę, ale około 21–21.30 zazwy­czaj leży już grzecz­nie na swoim miej­scu i zasy­pia. Znak, że gotów na prze­no­siny do doro­słego łoża :)

Ostat­nio Michu bar­dziej zain­te­re­so­wał się zabaw­kami drew­nia­nym, które ma. Zwłasz­cza tymi, gdzie może sor­to­wać kształty. I garnuszek-na-klocuszek wró­cił do łask z tą róż­nicą, że Michu naj­wy­raź­niej roz­po­znaje kształty. Wie, że gwiazdka do dziurki z gwiazdką na przy­kład :) Cza­sem mu się pomyli, wia­domo, ale radzi sobie wspaniale :)

Tyle na dziś. Pew­nie jesz­cze mia­ła­bym o czym napi­sać, ale czuję się tak podle (w sen­sie: nie­zdrowo), że po pro­stu muszę się poło­żyć spać. Pa!