No i stało się. W ubie­głym tygo­dniu pocho­ro­wał się Misiek, a dziś z rańca dopa­dło mał­żonka. Poszedł do pracy licząc, że to jed­nak nie grypa, ale nie­stety się prze­li­czył… Ponad 38 stopni gorączki i ogól­nie wygląda jak z krzyża zdjęty. Jutro trzeba dzwo­nić do Dolmedu, bo tam jest szansa dostać się do leka­rza w tym samym dniu. Na Borow­skiej można sobie o tym pomarzyć.

Michu pra­wie wydo­brzał. Po wiru­sie przy­plą­tał mu się co prawda brzydki kaszel, ale leczymy syro­pem, sły­chać, że porząd­nie odkasz­luje, więc powinno nie­długo przejść.

Dziś Michu się skar­żył, że go coś w buzi boli. Nie­stety, nie da się do końca usta­lić co, bo Misiu dokład­nie nie potrafi poka­zać, powie­dzieć wcale, a ja pod­czas oglę­dzin niczego szcze­gól­nego nie zauwa­ży­łam. Mam dwa podej­rze­nia — albo wycho­dzi piątka, albo boli go jakiś mle­czak. To dru­gie podej­rze­nie przy­pra­wia mnie o mdło­ści, bo nie wyobra­żam sobie co będzie, jak się Michowi zaczną psuć mle­czaki. Nie­stety, nie daje sobie myć zębów od jakie­goś czasu. Zaraz jest ryk, wrzask i wszel­kie moż­liwe kata­kli­zmy. Nato­miast sam (jak już łaska­wie wsa­dzi szczo­teczkę do buzi) nie za bar­dzo myje zęby, co naj­wy­żej masuje sobie język. Łudzę się wciąż, że może ta odro­bina pasty, która spada mu wtedy na zęby jakoś je chroni, ale wia­domo, że to raczej mało praw­do­po­dobne… Czas się wybrać na wizytę kon­tro­lną do dentysty.

Wczo­raj wybra­li­śmy się na spa­cer listo­pa­dowy do parku skow­ro­niego. Nie­stety popeł­ni­li­śmy tak­tyczny błąd — zapar­ko­wa­li­śmy w pobliżu gabi­netu psy­cho­lo­gicz­nego, do któ­rego cho­dzę z Michem co środę. Tam jest furtka, którą Michu przed każdą wizytą się bawi (jak zresztą każdą napo­tkaną ostat­nio furtką). No i nie dało rady. Czas spę­dzony w parku zamknął się maks w 10 minu­tach. Reszta to był płacz połą­czony z uża­la­niem się na nas, skie­ro­wane do prze­cho­dzą­cych aku­rat ludzi.
Pró­bo­wa­li­śmy zro­bić kilka zdjęć, bo świa­tło było aku­rat piękne, no ale nie za wiele się udało — i tak na więk­szo­ści był Misiek zalany łzami.

U Miśka (zresztą pew­nie jak i u innych dzieci, no ale na razie nie mam porów­na­nia) obser­wuję okre­sowe fascy­na­cje róż­nymi przedmiotami/sprzętami. I tak, jak racz­ko­wał, naj­więk­szym zain­te­re­so­wa­niem nasze dzie­cię darzyło dziurki w puszce do kablówki oraz klu­cze od miesz­ka­nia, które to w owe dziurki paso­wały. Potra­fił się tak zaba­wiać bar­dzo długo. W ogóle wtedy klu­cze robiły furorę — Michu testo­wał wszel­kie moż­liwe dziury (jak­kol­wiek te w puszce były najlepsze).

Następ­nie przy­szła fascy­na­cja scho­dami. Nie prze­pu­ścił żadnym. Kie­dyś już pisa­łam, że jak cho­dzę z Michem do aqu­aparku, to przede wszyst­kim po to, by sobie pocho­dził po scho­dach, bo w wodzie to mało czasu spę­dza­li­śmy aku­rat. Tak samo było na spa­ce­rach, w odwie­dzi­nach u babci w Głu­cho­wie itd.

Kolejna miłość — zjeż­dżal­nie… Na pla­cach zabaw, i na base­nie. Nawet w domu — zjeż­dżal­nia zro­biona z prze­wi­jaka. Każda moż­liwa zjeż­dżal­nia, bądź też coś, co przy­po­mi­nało zjeż­dżal­nię, od razu zosta­wało przez Micha zajęte na czas bar­dzo długi. Tego lata na placu zabaw nie­źle pod­ra­so­wa­łam swoje bicepsy, bo wsa­dza­nie Micha po raz dwu­dzie­sty w ciągu pół godziny na zjeż­dżal­nię musiało dać takie efekty.

Brama gara­żowa… Tak, to było strasz­nie męczące. Gene­ral­nie przez pewien czas nasze spa­cery z Michem ogra­ni­czały się do sta­nia przed wybraną bramą gara­żową. Sta­nie było cza­sem uatrak­cyj­niane okrzy­kiem: “ojej!”, pod­czas gdy brama się otwie­rała, bądź też: “ne-na” (czyt. nie ma, w sen­sie: zamknięta), gdy się zamy­kała. Nie byłam w sta­nie niczym poza siłą i cza­sem pod­stę­pem odcią­gnąć Micha od obser­wa­cji. Nawet wizja zjeż­dżalni nie działała :)

Obec­nie jeste­śmy na eta­pie fur­tek. Jak tylko jest w oko­licy furtka Misiek musi podejść, zapu­kać i spraw­dzić czy otwarta. A niech znaj­dzie jakąś otwartą i w dodatku “bez­pań­ską” (jak na przy­kład przy Pod­walu na placu zabaw), to już jest koniec — pół godziny sta­nia, puka­nia, wcho­dze­nia, zamy­ka­nia, puka­nia, wycho­dze­nia i zamy­ka­nia… i tak w kółko.

Jak się głę­biej zasta­no­wić, to nie­za­leż­nie od tego wszyst­kiego aktu­alna jest wciąż miłość do: kom­pu­te­rów (zwłasz­cza tych nie domo­wych, choć i tymi domo­wymi Misiu nie pogar­dzi), apa­ra­tami foto­gra­ficz­nymi, tele­fo­nami, pilo­tami, dziur­kami do klu­czy w drzwiach i klam­kami. Ponadto nadal inte­re­suje się wszyst­kimi tymi wcze­śniej wymie­nia­nymi rze­czami typu bramy itd, z tym, że już nie na taką skalę (teraz wystar­czy już prze­cho­dząc obok bramy powie­dzieć, że zamknięta/otwarta i jest ok, można iść dalej).

Świetne ma zain­te­re­so­wa­nia to nasze dzie­cię… Bar­dzo czę­sto też można zoba­czyć naszego syna w takiej oto scence: sie­dzi w swoim pokoju, przy swoim biu­reczku. Przed nim leży mój stary kalen­darz, w jed­nej ręce dłu­go­pis, w dru­giej stary tele­fon. Misiek gada do kogoś gło­śno przez tele­fon (cza­sem mam wra­że­nie jakby kogoś obra­żał ;)), jed­no­cze­śnie notu­jąc coś w kalen­da­rzu. Cza­sem do rekwi­zy­tów można dodać też zega­rek, który zakłada sobie na rękę, mniej-więcej na wyso­kość łokcia :) Cóż… Jedyna podobna sytu­acja, jaka zda­rzać się może mi lub Mariu­szowi, by Michu ją zaob­ser­wo­wał, to gdy wydzwa­niam po przy­chod­niach, by zała­twić Michowi jakąś wizytę. Wtedy sie­dzę z kalen­da­rzem i tele­fo­nem. No ale żeby zaraz się w to bawić? ;)

Dobra, koń­czę, bo chcia­łam tylko dwa zdanka napi­sać, a tu mi cały refe­rat wyszedł. Zdrówka Wam życzę!