Czas ucieka, jesień nie­cały mie­siąc się rzą­dzi, a tu już deszcz ze śnie­giem i śnieg zapo­wia­dają. A wew Sto­lycy to ten śnieg już wręcz spadł rano (Sto­lyca zawsze przo­do­wać musi!). Ja tam jed­nak wolę jesień, zwłasz­cza sło­neczną. Prze­ciwko zimie nic niby nie mam… pod warun­kiem, że trwa tylko przez kawa­łek grud­nia (ten ze świę­tami) i sty­czeń, i że jest biała i śnie­żna, a nie roz­chla­pana. No i nie zaczyna się w październiku.

Przy oka­zji jesieni w ubie­głym tygo­dniu udało mi się poro­bić tro­chę jesienno-złoto-parkowych zdjęć Michowi. Część jest z parku połu­dnio­wego, a część z Podwala.

Bo w nie­dzielę pod­je­cha­li­śmy wła­śnie na Pod­wale. Zro­bili tam bar­dzo ładny dep­tak; w sam raz na spa­cer. Co prawda efekt psuje owa wysła­wiana przez Urząd Woje­wódzki kładka za grube pie­nią­dze (szkoda, że jej nie dosto­so­wali sty­li­stycz­nie, tylko takie pleksi zro­bili… kładka obok, taka sta­ro­dawna, bar­dziej pasuje do kli­matu miej­sca), no ale cóż zrobić.

Za to zupeł­nie dobre wra­że­nie robi coś, co oka­zało się pla­cem zabaw, mimo że wcale na niego nie wygląda przy pierw­szym zetknię­ciu: przy dep­taku, oto­czone płot­kiem stoją nowo­cze­sne, meta­lowe, kolo­rowe sprzęty, które dopiero jak się podej­dzie, obej­rzy z bli­ska i wypró­buje, oka­zują się ele­men­tami iście futu­ry­stycz­nego placu zabaw. Bar­dzo nam przy­pa­dły do gustu. Cho­ciaż Michowi to się chyba naj­bar­dziej podo­bała furtka z klamką do tego pla­cyku. Pod­cho­dził, pukał we fra­mugę, otwie­rał, prze­cho­dził na druga stronę, zamy­kał, pukał, znowu otwie­rał i prze­cho­dził z powro­tem. I tak przez pół godziny :) Tu macie filmik:

Tro­chę mie­li­śmy pogodę kiep­ską na tym spa­cerku (mżyło, więc cza­sem zdję­cia nie­wy­raźne wyszły), ale ogól­nie zado­wo­leni jeste­śmy z tego poran­nego nie­dziel­nego szwędactwa.

W sobotę nato­miast byli­śmy w Głu­cho­wie, bo moja bab­cia świę­to­wała jed­no­cze­śnie swoje imie­niny i 80-te uro­dziny. Michu nabie­gał się po całym miesz­ka­niu z pękiem klu­czy (bo bab­cia ma kolo­rowe bre­loczki przy klu­czach), najadł się tortu i mógł wra­cać do domu :)

W pią­tek byłam na oddziale jed­no­dnio­wym w szpi­talu woj­sko­wym, bo robili mi biop­sję. Jakiś czas temu oka­zało się, że mam guzki w lewej piersi. Na początku nikt się tym nie przej­mo­wał, ale teraz poja­wił się drugi i gine­ko­log pora­dził je wyciąć, żeby się z tego kie­dyś jakieś raczy­sko nie wywiązało.

Ogól­nie bez obaw, nic to strasz­nego, podobno zwy­kłe włók­nia­ko­gru­czo­laki, no ale stu­pro­cen­tową pew­ność będziemy mieli jak zba­dają wyci­nek, czyli za jakieś 1,5 tygo­dnia. Ogól­nie luz :) Jak wygląda sama biop­sja to zamie­rzam napi­sać wię­cej w dzie­cio­wi­sku. Ale raczej jesz­cze nie dzi­siaj.
Biop­sję dru­giego guzka (bo robią tylko jeden jed­no­ra­zowo) zro­bią jak zale­czy się porząd­nie pierś po poprzedniej.

Michu tro­chę się podzię­bił. Przez to zro­bił się marudny. Ale i tak ostat­nio wszyst­kie tera­peutki go chwalą. I w Urwi­sku na Zaba­wach Fun­da­men­tal­nych też był bar­dzo grzeczny — nawet “świnkę grzecz­no­ści” pozwo­lił sobie przy­pie­czę­to­wać na ręce.

W ogóle to Michu ostat­nio śmieszne rze­czy wymy­śla. Wymy­ślił sobie na przy­kład coś takiego: Mariusz sie­dzi na fotelu, opiera nogi o kanapę i blo­kuje tym samym przej­ście przez pokój. Michu pod­cho­dzi, naci­ska pla­cem na nogę Mariu­sza jak na przy­cisk w win­dzie i czeka aż “drzwi z nóg” się otwo­rzą i będzie mógł przejść. Robi tak za każ­dym razem :) A, i ocze­kuje jesz­cze, by wyda­wać przy tym odpo­wiedni syk, bo prze­cież kto to widział, żeby się drzwi tak bez­gło­śnie zamykały?

Z Micha zro­bił się też praw­dziwy kre­cik, jeśli idzie o odgłosy. “Ojjj”, “ojej” i “o-o” są na porządku dzien­nym. Jeśli sły­szymy któ­reś z wymie­nio­nych wyra­żeń, to wiemy, że miała miej­sce jakaś akcja. Naj­czę­ściej coś Michowi spada. Acz­kol­wiek “ojjj” woła z takim zadzio­rem w gło­sie, zazwy­czaj jak coś komuś psoci :)

No i jesz­cze zapa­mię­tał z bajki “Kucharz duży, kucharz mały”, że nie wolno doty­kać kuchenki elek­trycz­nej, bo (cytu­jąc kucha­rza dużego) “kuchenka jest gorąca, oh-oh-oh”. I teraz cho­dzi Michu po kuchni, poka­zuje na kuchenkę, grozi pal­cem (jako że nie wolno doty­kać) i woła: “ho-ho-ho”. (“Oh” widocz­nie oka­zało się za trudne, albo nie wia­domo jakie, na to by Michu zaszczy­cił świat wypo­wia­da­niem go).

Poza tym cią­gle się nie możemy napodzi­wiać, jak nasze dziecko pięk­nie zasy­pia wie­czo­rem i w połu­dnie. Cały rytuał wygląda tak:
o 19.30 bajka na CBe­ebies: “Kucharz duży, kucharz mały”. W trak­cie mleko. Po bajce (trwa około 20 minut) kąpiel — Michu daje pilota, żeby wyłą­czyć tv i leci do łazienki, cza­sem nawet w ciu­chach pró­buje wła­do­wać się do wanny. Kąpiel trwa około 10–15 minut. Na koniec wypusz­czamy wodę z wanny i jak już wanna jest pusta to Michu daje się wycią­gnąć do wytar­cia. Zawi­nię­tego w ręcz­nik wrzu­camy do łóżeczka. W tym cza­sie Mariusz już zasła­nia okno, włą­cza muzyczkę i wszyst­kie trzy małe lampki. Ja ubie­ram Micha w piżamkę i śpiwo­rek, i możemy zaczy­nać czy­ta­nie. Czy­tamy co wie­czór, obec­nie książki z cyklu “Cała Pol­ska czyta dzie­ciom”. Michu cza­sem tylko słu­cha (ostat­nio coraz czę­ściej mu się to zda­rza), a cza­sem bawi się w mię­dzy­cza­sie zabaw­kami, które koniecz­nie muszą być w łóżeczku. Po czy­ta­niu mówimy dobra­noc, dostaję buziaka, po czym koniecz­nie trzeba nakrę­cić budzik-zabawkę, który leży w łóżeczku. Następ­nie Michu macha ręką “papa” i poka­zuje na drzwi, że mamy je zamknąć. No to zamy­kamy. Wycho­dzimy z pokoju, jesz­cze tro­chę sły­chać przez drzwi jak Michu się bawi i coś tam gada do sie­bie, po czym zalega cisza i dzie­cię zasy­pia. Po jakiejś godzi­nie wcho­dzę do pokoju, gaszę wszyst­kie lampki, ściszam radio, a dzie­cię śpi do rana. Ideał po pro­stu :) Tro­chę nas kosz­to­wało czasu i cier­pli­wo­ści osią­gnię­cie takiego modelu, ale warto było :)
W połu­dnie wszystko to wygląda w for­mie skró­co­nej — bez kąpa­nia i czy­ta­nia książki.

Michu ostat­nio zro­bił się wymu­szacz — kilka razy zda­rzyło się, że się ude­rzył gdzieś lekko i my nie­po­trzeb­nie zare­ago­wa­li­śmy cało­wa­niem tego miej­sca, no i teraz mamy. Michu ledwo się czymś dotknie, to już wyje, że “bamba” (boli) i koniecz­nie trzeba poca­ło­wać. Zaczę­li­śmy z tym wal­czyć, co by nam się dzie­cię zbyt płacz­liwe nie zro­biło. Mam nadzieję, że szybko utniemy sprawę :)

Kupi­łam dziś Michowi czapkę w Kap­pAhl. Nawet tanią, o dziwo, jak na ten sklep — za 25 zł. Cał­kiem przy­jemna, polar pod spodem, na wierz­chu wełna, szaro-granatowa, ze smur­fem na czole.

Ponadto odkry­wam nowe hobby — szy­deł­ko­wa­nie. Popeł­ni­łam już w tym kie­runku jedno dzieło — mini­czapkę. Teraz zamie­rzam wydzier­gać Michowi na któ­rąś z gru­dnio­wych oka­zji Makka Pakkę z Dobra­noc­nego Ogrodu. Wczo­raj już nawet zaczę­łam, ale oka­zało się, że włóczka z bawełny jest za cienka, więc dziś pod­je­cha­łam po grubszą.

Wczo­raj obej­rze­li­śmy z Mariu­szem piąty odci­nek 6 sezonu dr House’a. To jest straszne, że teraz nie mamy całej serii od razu, tylko musimy cze­kać co tydzień. Ale odbi­jamy to sobie, bo zaczę­li­śmy oglą­dać od początku pierw­szy sezon.

Nalewka mali­nowa, którą robi­łam w lipcu “doszła” i w ubie­głym tygo­dniu ją otwo­rzy­li­śmy. Jest prze­pyszna! 2/3 już wypite :)

Tyle na dziś. Koń­czę, bo kto to potem przeczyta… ;)

Albo jesz­cze jeden fil­mik — z rado­snej pomy­sło­wo­ści naszego dziecka. W roli głów­nej: Miko­łaj, rola dru­go­pla­nowa: puz­zle pian­kowe z Kre­ci­kiem, zło­żone na kształt pudła:

A już naprawdę na koniec kilka ska­nów: Pierw­szy to mój por­tret (nie można na to nie wpaść!) wyko­nany przez Tosię :) A kolejne to naj­now­sze prace naszego dzie­cię­cia. Sami podziwiajcie!