Radośnie :)

W ubiegłym tygodniu pisałam, że wynik rezonansu Miśkowej mózgownicy był dobry. Do tego we wrześniu cieszyliśmy się z poprawy, jaką w rozwoju ruchowym i postawie zaobserwowała dr Kwapisz. Potem psycholog i logopeda chwaliły Micha, że idzie do przodu, a ostatnio to nawet wyszło u psycholog, że Misiek, o ile jeszcze ma jakieś opóźnienie, to jest ono na skraju normy.

No a dziś byłam z Michem u dr Dołyk, neurologa. Pani go obadała, obejrzała, wypytała mnie o wszystko, przeczytała wynik rezonansu, pooglądała wyniki krwi i powiedziała, że Misiek bardzo ładnie nadrobił straty, że jest zadowolona z postępów, że bardzo się rozgadał i w ogóle poszedł do przodu. W zaleceniach zapisała nam: bez terapii. Oczywiście na terapię ruchową do Promyka chodzić będziemy jeszcze przez jakiś czas. Do logopedy na grupową też, tak długo jak się da, bo tu bardziej o aspekt rozwoju społecznego chodzi, o przebywanie Micha z innymi dziećmi. Ale ogólnie to jest ok :) Jak już dr Dołyk stwierdziła, że jest znaczna poprawa i że jest dobrze, to znaczy, że trzeba otwierać szampana :)

Z takich mniejszych spraw, to dr Dołyk stwierdziła, że dobrze by było pokazać Micha laryngologowi, jako że na rezonansie wyszło, że miał zapalenie zatok szczękowych. No i żeby przed następną wizytą powtórzyć badania krwi, bo enzymy aspat i alat były trochę podwyższone. Mówi, że raczej nie ma wskazań, żeby się tym martwić, bo to normalne u dzieci z obniżonym napięciem mięśniowym, ale kontrolować trzeba. A do kontroli mamy się zgłosić za 6-8 miesięcy dopiero! Ekstra!!!

Co do samego Micha to trochę sobie popłakał na początku wizyty, ale ogólnie dobrze się spisał. Poza tym pierwszy raz Michu dziś jechał taksówką, co było dla niego wielkim przeżyciem – pan taksówkarz miał tyle różnych świecących gadżetów na kokpicie, że młodemu się mózg lasował ;)

A taksówką jechaliśmy dlatego, że mamy samochód u lakiernika – w końcu trzeba było naprawić to przytarcie sprzed roku, które, nie chwaląc się, uczyniłam :) Bo szkoda, żeby zaczął nam rdzewieć.

Poza tym dziś Mariusz dostał super zlecenie – z samego rana pojechał do Lidla, by zrobić bardzo poważne zakupy. Od dzisiaj w Lidlu można było kupić różne instrumenty muzyczne, takie małe, perkusyjne, w kompletach.
I tak mamy oto: cymbałki, tamburyn, bębenek, dwa komplety grzechotek zwanych marakasami, trójkąt, dzwonki i janczary. Wszystko to za niecałe 70 zł.
Do tego mi skapnęły kalosze, bardzo ładne, fioletowo-wzorzyste; Michowi cztery bodziaki z długim rękawem (7 zł za sztukę, 100% bawełna, jakość naprawdę przyzwoita) oraz kocyk z mikrowłókien, taki błękitny z jakimś psiakiem.
Uwielbiam Lidla :) Mamy już stamtąd tyle różnych rzeczy, że nawet ciężko zliczyć. Począwszy od namiotu z piłeczkami, przez wigwam i tunel dla Miśka, laminarkę i gilotynkę, różne książki i zabawki Michowe, aż po dzisiejsze instrumenty i inne duperele :) Nie ma to jak Lidlowy newsletter ;)

Na koniec jeszcze dwa filmiki. Obydwa z naszego blokowego (albo raczej wspólnotowo-mieszkaniowego) pokoju zabaw. Mamy taki w bloku, w dodatku w naszej klatce schodowej, piętro pod nami. Jest on dostępny dla lokatorów za zupełną darmochę (powiedzmy, bo wspólnota mieszkaniowa sobie krzywdy nie zrobi, a ktoś to w końcu też sprząta, co jest piękne wliczone w opłaty za mieszkanie).
Mamy tam bardzo przyjemny dla dzieci „małpi gaj”, zjeżdżalnię i basen z piłeczkami. Ostatnio, z powodów pogodowych, coraz częściej tam bywamy. Michowi coraz lepiej idzie pokonywanie całego małpiego gaju. Utyka w dwóch miejscach na piętrze, parter przechodzi bez problemów. Piętro też przechodzi, ale trzeba mu przypomnieć jak ma te feralne fragmenty przejść, bo są raczej dla trochę większych dzieci. Ale koniec końców radzi sobie z nimi i tak znakomicie :)

A oto kilka minut z owego pokoju:

To był Michu na zjeżdżalni, jak widać. A tu mała lekcja pokazowa (czyt. co już umie nasze dziecię):

Dźwięków naśladowanie :)

Michu od jakiegoś już czasu naśladuje (a przynajmniej się stara) różnego rodzaju odgłosy z natury i otoczenia. Ostatnio wspomniałam o „jo-jo-jo”, mamy też w repertuarze kurkę „ko-ko”, krowę „mmmm”, kaczkę „ta-ta-ta”, różne warczenia i wycia naśladujące np. samochody czy też inne mniej sprecyzowane przedmioty.

Wczoraj natomiast podczas spaceru z Mariuszem Mikołaj poprzedrzeźniał psa (też „ta-ta-ta”) i próbował wytłumaczyć Mariuszowi jak robi kot… Małżonek mój przez całe popołudnie potem starał się utrwalać to, co w jego uszach brzmiało jak „miaaaau”. Mały skubaniec jednakże nie chciał mi tego zaprezentować. No i dziś, niestety, wyszło szydło z worka… Rano, podczas zabawy puzzlami ze zwierzakami Mikołaj pokazuje na kota i mówi: „mniaaaam”. Na to ja: „Nie mniam, ale miau”. Więc Mikołaj: „Mniaaam”. Potem pokazuje mi innego kota na zdjęciu i też słyszę: „Mniaaam”. Tak sobie to „mniam” przeciąga, że rzeczywiście, w pierwszym momencie brzmi jak „miau”.

Tak więc, mimo że wszystkie koty w Polsce miauczą „miau”, koty w naszej okolicy miauczą „mniam”. Ot, skubany, sobie wykombinował. Posługiwał się już od dawna słowem „mniam”, więc co się będzie wysilał i nowych słów uczył… Można dostosować rzeczywistość do własnych umiejętności. Sprytnie… ;)

Z innych nowości to nam się Michu pochorował wczoraj. Po południu dostał wysokiej gorączki – 38,7. Udało mu się ją szybko zbić, ale dziś od rana znowu naszła, na szczęście już nie tak wysoka, ale 38 kresek przeszła. Zapisałam nas na jutro do lekarza. Niech obada i osłucha, bo w sumie to żadnych innych objawów nie ma. Trochę dzisiaj kichał, ale żeby jakiś katar miał wielki to nie widać. Wczoraj trochę na główkę się skarżył. I nic poza tym. Może to trzydniówka, a może początki grypy… Mam nadzieję, że się jutro dowiemy.

W związku z zachorowaniem Micha siedzimy teraz w domu (a za oknem piękna pogoda :( ). Dobrze, że mam Zabawy Fundamentalne pod ręką, bo już mi się momentami inwencja twórcza kończy ;) Chociaż trzeba przyznać, że Michu ostatnio się coraz bardziej kreatywny robi. Oto, co sobie dziś wymyślił:

Wysłałam podobny filmik Mariuszowi na telefon. Stwierdził, że scena rodem z Klątwy. Stąd też ten tytuł właśnie :)

Wczoraj miałam pierwsze w tym roku zajęcia z medycznych podstaw logopedii. Super zajęcia, świetna prowadząca, nic dodać, nic ująć :)

Jo-jo-jo

Dwa słówka tylko. Przybyło coś nowego do Miśkowego słownika. Jakiś miesiąc temu zaczął mówić, że kaczka robi „ta-ta-ta” (takim grubym, charczącym głosem ;)), a od kilku dni na odgłos przejeżdżającej karetki pogotowia słyszę: „jo-jo-jo” :)

Rozwijamy się… :)

Mamy wynik rezonansu :)

We wtorek moja siostra odebrała wynik rezonansu głowy Micha. Poza stanem zapalnym zatok szczękowych (Michu był wtedy świeżo po infekcji, jak widać jeszcze nie zaleczonej) reszta głowy jest ok!!!!!! Kamień z serca, choć ja i tak nie dopuszczałam jakichkolwiek złych myśli. No, ale upewnić się trzeba było. Za tydzień idziemy do dr Dołyk, więc obejrzy wynik i powie też, co myśli o Michu na tym etapie.

Więcej informacji o tym, jak przygotować dziecko do rezonansu magnetycznego mózgu możecie przeczytać w Dzieciowisku.

Wczoraj, podczas wizyty, pani psycholog stwierdziła, że jeszcze 2-3 miesiące i wypisze Micha z terapii, bo już nie ma wskazań. Na razie jeszcze będziemy chodzić, by mogła go poobserwować trochę, ale sama stwierdziła wczoraj, że zrobiliśmy z Michem duży krok do przodu, i że bardzo ładnie Miś nadrabia straty. Jest szansa, że dogoni rówieśników.

Na obecną chwilę, przy sprawdzaniu norm dla dwulatków (Michu ma 22 miesiące obecnie) Misiek jest na granicy normy w niektórych sferach, natomiast w niektórych jest w normie zupełnie (na przykład motoryka duża, co jest dla mnie szokiem, bo przecież to bardzo kulało. Ale widać, że szybko tu daje się nadrobić straty).

Najbardziej do tyłu jest Misiek w sferze mowy, ale to nas akurat nie bardzo dziwi. Rozwój mowy idzie w parze w rozwojem ruchowym. Jeśli ruchowy był opóźniony, to mowa też będzie. Póki co, nie ma jednak wielkich powodów do zmartwień, Michu mowę bierną ma opanowaną – rozumie dobrze. Porozumieć się z nami potrafi, dużo mówi po swojemu (w zasadzie to nieustannie), mówi kilka zrozumiałych słów, więc teraz teoretycznie wystarczy czekać na dalszy rozwój wypadków. Bo że zacznie mówić, to rzecz pewna. Zresztą od kilku dni znowu zaczyna mocniej kombinować ze słowotwórstwem, tworzy nowe zlepki, układa usta w nowy sposób… Coś się zaczyna dziać w tym kierunku :)

Pani psycholog kładzie nacisk na zajęcia grupowe, zresztą sami widzimy, że jak Michu ma więcej kontaktu z innymi dzieciakami, to jest to dla niego korzystne. Co prawda jest to nadal czas zabaw równoległych, a nie konkretnych interakcji z rówieśnikami, ale Misiek wiele podpatruje, co pozwala mu przełamywać niektóre bariery. Taką barierą było na przykład malowanie paluszkami. Za żadne skarby Michu nie chciał dotykać farb ręką. A tydzień temu, gdy w Urwisku wszystkie dzieci zaczęły babrać się w farbach, Michu też spróbował i nawet obyło się bez standardowego „bleee” :) Progres :)

No więc chodzimy i na grupowe do logopedy raz w tygodniu, i na grupę do Urwiska (Zabawy Fundamentalne), i na grupę na basenie. No a od września zacznie się na dobre, bo liczę, że uda się Micha zapisać do jakiegoś przedszkola. Obyśmy tylko znaleźli coś sensownego.

W poniedziałek skończyłam dziergać Makkę Pakkę. Na dzieciowisku wrzuciłam zdjęcie, tutaj też wrzucę, nie będę taka ;) Z dzieła jestem jak najbardziej dumna :) Można gratulować ;)

No i jeszcze zdanko dla lansu… ;) Kończy mi się umowa w Orange, więc standardowa pani z BOKu zadzwoniła w sprawie przedłużenia i takich tam… No i po konsultacji z małżonkiem (który przytaknął mojemu pomysłowi) zamówiłam sobie iPhone’a 3GS 16GB. Nie ma to jak lans ;)

A tak serio, to cóż. Zwyczajnie mi się ten telefon podoba, nigdy czegoś podobnego nie miałam, więc raz chciałabym spróbować z czym to się je. Jak się będzie psuć, to wiem, że już więcej nie kupię. A jak będę zadowolona, to zostanę wierna i tyle. No i swoją drogą przyznać muszę, że kuszą mnie też różne dostępne gadżety. A Mariusz się cieszy, że będzie miał konsolę do gier w ten sposób :) Czyli wszyscy zadowoleni :) Telefon jest prezentem gwiazdkowym, więc w Święta na nic innego już (no, może poza czekoladą i pomarańczami) nie liczę :)
Cudo ma przyjść na początku listopada. Czekam na nie niczym nastolatka na koncert Backstreet Boys ;)))

Koniec i kropka. Tyle na dziś.

Jesiennie.. A może nawet trochę zimowo :)

Czas ucieka, jesień niecały miesiąc się rządzi, a tu już deszcz ze śniegiem i śnieg zapowiadają. A wew Stolycy to ten śnieg już wręcz spadł rano (Stolyca zawsze przodować musi!). Ja tam jednak wolę jesień, zwłaszcza słoneczną. Przeciwko zimie nic niby nie mam… pod warunkiem, że trwa tylko przez kawałek grudnia (ten ze świętami) i styczeń, i że jest biała i śnieżna, a nie rozchlapana. No i nie zaczyna się w październiku.

Przy okazji jesieni w ubiegłym tygodniu udało mi się porobić trochę jesienno-złoto-parkowych zdjęć Michowi. Część jest z parku południowego, a część z Podwala.

Bo w niedzielę podjechaliśmy właśnie na Podwale. Zrobili tam bardzo ładny deptak; w sam raz na spacer. Co prawda efekt psuje owa wysławiana przez Urząd Wojewódzki kładka za grube pieniądze (szkoda, że jej nie dostosowali stylistycznie, tylko takie pleksi zrobili… kładka obok, taka starodawna, bardziej pasuje do klimatu miejsca), no ale cóż zrobić.

Za to zupełnie dobre wrażenie robi coś, co okazało się placem zabaw, mimo że wcale na niego nie wygląda przy pierwszym zetknięciu: przy deptaku, otoczone płotkiem stoją nowoczesne, metalowe, kolorowe sprzęty, które dopiero jak się podejdzie, obejrzy z bliska i wypróbuje, okazują się elementami iście futurystycznego placu zabaw. Bardzo nam przypadły do gustu. Chociaż Michowi to się chyba najbardziej podobała furtka z klamką do tego placyku. Podchodził, pukał we framugę, otwierał, przechodził na druga stronę, zamykał, pukał, znowu otwierał i przechodził z powrotem. I tak przez pół godziny :) Tu macie filmik:

Trochę mieliśmy pogodę kiepską na tym spacerku (mżyło, więc czasem zdjęcia niewyraźne wyszły), ale ogólnie zadowoleni jesteśmy z tego porannego niedzielnego szwędactwa.

W sobotę natomiast byliśmy w Głuchowie, bo moja babcia świętowała jednocześnie swoje imieniny i 80-te urodziny. Michu nabiegał się po całym mieszkaniu z pękiem kluczy (bo babcia ma kolorowe breloczki przy kluczach), najadł się tortu i mógł wracać do domu :)

W piątek byłam na oddziale jednodniowym w szpitalu wojskowym, bo robili mi biopsję. Jakiś czas temu okazało się, że mam guzki w lewej piersi. Na początku nikt się tym nie przejmował, ale teraz pojawił się drugi i ginekolog poradził je wyciąć, żeby się z tego kiedyś jakieś raczysko nie wywiązało.

Ogólnie bez obaw, nic to strasznego, podobno zwykłe włókniakogruczolaki, no ale stuprocentową pewność będziemy mieli jak zbadają wycinek, czyli za jakieś 1,5 tygodnia. Ogólnie luz :) Jak wygląda sama biopsja to zamierzam napisać więcej w dzieciowisku. Ale raczej jeszcze nie dzisiaj.
Biopsję drugiego guzka (bo robią tylko jeden jednorazowo) zrobią jak zaleczy się porządnie pierś po poprzedniej.

Michu trochę się podziębił. Przez to zrobił się marudny. Ale i tak ostatnio wszystkie terapeutki go chwalą. I w Urwisku na Zabawach Fundamentalnych też był bardzo grzeczny – nawet „świnkę grzeczności” pozwolił sobie przypieczętować na ręce.

W ogóle to Michu ostatnio śmieszne rzeczy wymyśla. Wymyślił sobie na przykład coś takiego: Mariusz siedzi na fotelu, opiera nogi o kanapę i blokuje tym samym przejście przez pokój. Michu podchodzi, naciska placem na nogę Mariusza jak na przycisk w windzie i czeka aż „drzwi z nóg” się otworzą i będzie mógł przejść. Robi tak za każdym razem :) A, i oczekuje jeszcze, by wydawać przy tym odpowiedni syk, bo przecież kto to widział, żeby się drzwi tak bezgłośnie zamykały?

Z Micha zrobił się też prawdziwy krecik, jeśli idzie o odgłosy. „Ojjj”, „ojej” i „o-o” są na porządku dziennym. Jeśli słyszymy któreś z wymienionych wyrażeń, to wiemy, że miała miejsce jakaś akcja. Najczęściej coś Michowi spada. Aczkolwiek „ojjj” woła z takim zadziorem w głosie, zazwyczaj jak coś komuś psoci :)

No i jeszcze zapamiętał z bajki „Kucharz duży, kucharz mały”, że nie wolno dotykać kuchenki elektrycznej, bo (cytując kucharza dużego) „kuchenka jest gorąca, oh-oh-oh”. I teraz chodzi Michu po kuchni, pokazuje na kuchenkę, grozi palcem (jako że nie wolno dotykać) i woła: „ho-ho-ho”. („Oh” widocznie okazało się za trudne, albo nie wiadomo jakie, na to by Michu zaszczycił świat wypowiadaniem go).

Poza tym ciągle się nie możemy napodziwiać, jak nasze dziecko pięknie zasypia wieczorem i w południe. Cały rytuał wygląda tak:
o 19.30 bajka na CBeebies: „Kucharz duży, kucharz mały”. W trakcie mleko. Po bajce (trwa około 20 minut) kąpiel – Michu daje pilota, żeby wyłączyć tv i leci do łazienki, czasem nawet w ciuchach próbuje władować się do wanny. Kąpiel trwa około 10-15 minut. Na koniec wypuszczamy wodę z wanny i jak już wanna jest pusta to Michu daje się wyciągnąć do wytarcia. Zawiniętego w ręcznik wrzucamy do łóżeczka. W tym czasie Mariusz już zasłania okno, włącza muzyczkę i wszystkie trzy małe lampki. Ja ubieram Micha w piżamkę i śpiworek, i możemy zaczynać czytanie. Czytamy co wieczór, obecnie książki z cyklu „Cała Polska czyta dzieciom”. Michu czasem tylko słucha (ostatnio coraz częściej mu się to zdarza), a czasem bawi się w międzyczasie zabawkami, które koniecznie muszą być w łóżeczku. Po czytaniu mówimy dobranoc, dostaję buziaka, po czym koniecznie trzeba nakręcić budzik-zabawkę, który leży w łóżeczku. Następnie Michu macha ręką „papa” i pokazuje na drzwi, że mamy je zamknąć. No to zamykamy. Wychodzimy z pokoju, jeszcze trochę słychać przez drzwi jak Michu się bawi i coś tam gada do siebie, po czym zalega cisza i dziecię zasypia. Po jakiejś godzinie wchodzę do pokoju, gaszę wszystkie lampki, ściszam radio, a dziecię śpi do rana. Ideał po prostu :) Trochę nas kosztowało czasu i cierpliwości osiągnięcie takiego modelu, ale warto było :)
W południe wszystko to wygląda w formie skróconej – bez kąpania i czytania książki.

Michu ostatnio zrobił się wymuszacz – kilka razy zdarzyło się, że się uderzył gdzieś lekko i my niepotrzebnie zareagowaliśmy całowaniem tego miejsca, no i teraz mamy. Michu ledwo się czymś dotknie, to już wyje, że „bamba” (boli) i koniecznie trzeba pocałować. Zaczęliśmy z tym walczyć, co by nam się dziecię zbyt płaczliwe nie zrobiło. Mam nadzieję, że szybko utniemy sprawę :)

Kupiłam dziś Michowi czapkę w KappAhl. Nawet tanią, o dziwo, jak na ten sklep – za 25 zł. Całkiem przyjemna, polar pod spodem, na wierzchu wełna, szaro-granatowa, ze smurfem na czole.

Ponadto odkrywam nowe hobby – szydełkowanie. Popełniłam już w tym kierunku jedno dzieło – miniczapkę. Teraz zamierzam wydziergać Michowi na którąś z grudniowych okazji Makka Pakkę z Dobranocnego Ogrodu. Wczoraj już nawet zaczęłam, ale okazało się, że włóczka z bawełny jest za cienka, więc dziś podjechałam po grubszą.

Wczoraj obejrzeliśmy z Mariuszem piąty odcinek 6 sezonu dr House’a. To jest straszne, że teraz nie mamy całej serii od razu, tylko musimy czekać co tydzień. Ale odbijamy to sobie, bo zaczęliśmy oglądać od początku pierwszy sezon.

Nalewka malinowa, którą robiłam w lipcu „doszła” i w ubiegłym tygodniu ją otworzyliśmy. Jest przepyszna! 2/3 już wypite :)

Tyle na dziś. Kończę, bo kto to potem przeczyta… ;)

Albo jeszcze jeden filmik – z radosnej pomysłowości naszego dziecka. W roli głównej: Mikołaj, rola drugoplanowa: puzzle piankowe z Krecikiem, złożone na kształt pudła:

A już naprawdę na koniec kilka skanów: Pierwszy to mój portret (nie można na to nie wpaść!) wykonany przez Tosię :) A kolejne to najnowsze prace naszego dziecięcia. Sami podziwiajcie!

Praskie tajemnice ;)

No to bylim w Pradze. Bardzo nam się podobało. Koniec :)

No dobra, napiszę trochę więcej.
Dojechaliśmy w piątek około 14.30. Droga zajęła nam mniej-więcej 4h, bo padało (do Wrocławia jechaliśmy 3,5h). Hotel bardzo przyzwoity, pokój przyjemny. Drink bar czynny do nocy, więc było gdzie siedzieć wieczorem :)

Szwędactwo po Pradze zaczęliśmy w sobotę od rana – chodziliśmy w sumie jakieś 8h. Mariusza do dziś bolą mięśnie po tych „spacerkach” ;) Połaziliśmy po Starówce, po Hradczanach, trochę po Malej Stranie i po jakimś wzgórzu, którego nazwy ciągle nie znam (i nie jest to wzgórze Petrin). Na owym wzgórzu stał niegdyś gigantyczny pomnik Stalina, który potem wysadzili w powietrze (jego części podobno do dziś leżą na dnie Wełtawy), a na jego miejscu postawili wielki metronom. Drogę na owo wzgórze odkryliśmy przypadkowo (jak i wiele innych miejsc w Pradze). Widać stamtąd piękną panoramę miasta.

Dalej szliśmy „na czuja” (z przerwą na kawkę) w stronę Hradczan i o dziwo udało nam się tam dotrzeć bez większych zgrzytów (choć były momenty, gdy myśleliśmy, że wybraliśmy jakąś baaardzo okrężną trasę). Na Hradczanach jak zawsze kolejka do katedry, więc się odbiliśmy i pozostawiliśmy ten punkt do zaliczenia jakimś innym razem.

Z Hradczan pomaszerowaliśmy w dół do ogrodów Wallensteina, a potem do metra i w stronę Wyszehradu. Niestety po dotarciu na stację Wyszehrad stwierdziliśmy, że jesteśmy masakrycznie zmęczeni i nie damy rady iść jeszcze taki kawał drogi na zamek, więc wróciliśmy na Malą Stranę i na Kampie zjedliśmy obiad. Potem poszwędaliśmy się jeszcze mostem Karola i Starówką, zrobiliśmy trochę zakupów i wróciliśmy na piwo i drinka do hotelu. W skrócie tak wyglądała sobota :)

W niedzielę po śniadaniu załadowaliśmy się do samochodu i w ramach pożegnania przejechaliśmy się samochodem po Starym Mieście i Malej Stranie. Dobrze, że był to niedzielny poranek (ruch sporadyczny), bo przynajmniej mogliśmy spokojnie pojeździć w miejsca, gdzie zwyczajowo są tłumy pieszych i samochodów.
Udało nam się też prawie wjechać na most Karola samochodem. O więcej nie pytajcie ;)

Generalnie po naszej drugie wizycie w tym mieście doszliśmy do wniosku, że wciąż jest tam wiele miejsc, które chcemy zobaczyć, więc nie jest to nasza ostatnia wyprawa.

A zdjęcia możecie obejrzeć w galerii.

Co do Micha, to dzielnie zniósł weekend z dziadkami. Przywieźliśmy mu torbę prezentów, no i jak to bywa, najbardziej ucieszył się z samej tej torby (taka do prezentów, tyle, że z Krecikiem). Dopiero potem zaczął się interesować zabawkami, które z torby zostały wyjęte.

A swoją drogą, jak wchodzę do czeskich sklepów z zabawkami, to mózg mi się lasuje. Mają tam tyle pięknych rzeczy. Na Starówce jest cale mnóstwo sklepów z zabawkami z drewna, wykonanymi ręcznie w Czechach. Owszem, mają swoje ceny, ale jakość rewelacyjna, no i są bardzo i przemyślane. A już Krecików to mają tony i to w każdej postaci (każdej, poza szklaną – Mariusz szukał szklanych Krecików, nie znalazł niestety).

W związku ze szwędactwem po czeskich sklepach z zabawkami Michu otrzymał: puzzle drewniane – cyferki, puzzle piankowe (takie duże, 8 sztuk 30cmx30cm jeden) z Krecikiem, pacynkę Jeżyka, sorter kształtów i wielkości oraz koparkę :)

Cóż poza tym… Dziś u nas padało, więc porobiły się kałuże. Misiek wcześnie zwlekł się z południowej drzemki, więc zanim pojechaliśmy po Mariusza przeszliśmy się na „kałużowy spacer”. Efekty są widoczne tutaj :) Miało dziecko frajdę. Ja, przyznam się, też, patrząc na jego radochę.

Na koniec oczywiście radość była pełna, bo dziecię nasze znalazło wieeelki kij. Na powrót do domu musiałam namawiać wizją cukierka i bajki. A i tak skończyło się wzięciem na ręce, bo nie było wózka (spacerek miał trwać kilka minut tylko), a gdybym liczyła na dobrą wolę naszego prawie dwulatka („nie!!!!”), to bym się przeliczyła.

W każdym razie moja kurtka, jakkolwiek wodoszczelna okazała się nie być błotoszczelna, co zaowocowało przeniesieniem części błota z Micha na mnie. No ale cóż. I tak warto było się poświęcić, by zobaczyć szczęście Micha tarzającego się błocie (nasuwa mi się tu tylko jedno skojarzenie – pewnego zwierzęcia tarzającego się w błocie, ale na tym poprzestanę ;))

Jutro zamierzam napisać coś wreszcie w dzieciowisku. Ale o czym, to jeszcze nie wiem – czas pokaże, a życie podpowie :)

Na koniec jeszcze filmik z błotnym Mikołajem. Jest na co popatrzeć. Dodam, że gdy wracaliśmy do domu Mikołaj miał też brudną twarz, a kurtka nadawała się tylko do prania (reszta odzieży zresztą też).

P.S. Jest jeszcze kilka zdjęć z naszej wrześniowej wyprawy na Ślężę – link macie tutaj.

Dlaczego???

Żyłaś lat wiele, Agnieszko, z nami,
Dziś twoi fani topią się łzami…
Śmierć samobójczą wybrałaś sobie
Wyjesz żałośnie w pop-disco grobie.
Już cię żegnamy z żalem głębokiem,
Pani pop-menko gardząca rockiem…

(Nie mogłam się powstrzymać przed tą próbką poezji epitafijnej… ;))

Dlaczego Agnieszka Chylińska nagrała takie badziewie???!!! Ratunku!!! Kiedy Mariusz puścił mi to kilka dni temu załamałam ręce, ale stwierdziłam, że trzeba wrócić raz jeszcze do tego kawałka – może moment był nie taki na słuchanie… Złudzenia…

To jest Chylińska jaką lubię i podziwiam za moc w głosie (nieważne, czy z O.N.A. czy bez):

Ale to:

…to jest masakra jakaś, nieporozumienie, żarty z ludzi po prostu… Natalka Kukulska i Gosia Andrzejewicz zgwałcone przez Kasię Skrzynecką… Nic, tylko płakać…

Kilka słów o Pradze w następnym poście (może nawet wieczorem), bo teraz idę zalewać się łzami żalu nad brakiem szacunku dla siebie i swojego stylu u Agnieszki Ch. :(