Miniony tydzień mie­li­śmy baaar­dzo inten­sywny. Co do jed­nego dnia :) No, ale za tydzień sobie odbi­jemy, bo wybie­ramy się z Mariu­szem do Pragi na week­end. W dodatku z Miś­kiem zostają Mariu­sza rodzice, więc będziemy mogli się swo­bod­nie poszwędać :)

No, ale wra­ca­jąc do sprawy — we wto­rek ruszy­li­śmy, Michu i ja, w stronę Szcze­cina. Bo w środę mie­li­śmy sta­wić się w szpi­talu na Unii Lubel­skiej na rezo­nans magne­tyczny. Po raz pierw­szy jecha­łam sama przez Niemcy. Emo­cji mia­łam sporo — bo zawsze pro­wa­dził Mariusz, a tu nagle ja sama! No, ale oka­zało się, że nie taki dia­beł straszny (nie takie Niemcy straszne ;))… Jazdę przez Niemcy poko­cha­łam bar­dzo szybko, zwłasz­cza, że cały czas jedzie się auto­stradą (a po Ber­li­ner Ring jedzie się trzema paskami!). I mimo że w sumie droga do Szcze­cina wie­dzie aż przez 4 auto­strady, to wszyst­kie pięk­nie się łączą, są dobrze ozna­ko­wane i nawet się nie pogubiłam :)

Sama droga, gdyby nie liczyć godzin­nego postoju w cen­trum han­dlo­wym A10 w Wil­dau, trwa około 4,5 — 5h. Nie­po­rów­ny­wal­nie kró­cej, niż przez Pol­skę. No i kom­fort też inny.

W A10 oczy­wi­ście prze­ma­sze­ro­wa­łam się z Michem po skle­pach. Kupi­łam mu orga­ni­zer na sie­dze­nie samo­cho­dowe z Puchat­kiem (na różne drobne rupie­cie, co to się zawsze walają po pod­ło­dze), świetną piłkę (nie będę opi­sy­wać, bo opi­sać się jej nie da, może kie­dyś zdję­cia zamiesz­czę) w skle­pie Nanu-Nana, a w dro­dze powrot­nej (też zro­bi­li­śmy tam postój) Michu sam wybrał sobie nową zabawkę. Jest to taki domek edu­ka­cyjny — z tele­fo­nem, zega­rem, tablicą do pisa­nia, liczy­dłem, pocią­giem z melo­dyj­kami, klu­czy­kiem i dziurką do otwie­ra­nia drzwi, z sor­te­rem do lite­rek i cyfr. Zabawka wpa­dła Michowi w oko od razu. Nie udało mi się prze­ko­nać go na coś tań­szego. Potem masze­ro­wał z tym cięż­kim kar­to­nem po pla­cyku przed cen­trum i nie chciał w ogóle zabawki puścić. W samo­cho­dzie bawił się nią całą drogę do domu (poza 1,5h, gdy spał) i w domu też ją męczył aż do momentu zaśnię­cia.
Gene­ral­nie nie wiemy, co ta zabawka w sobie ma, ze Michu tak długo się na niej sku­pia. Ma już jedną podobną, ale nigdy nie bawił się nią tyle godzin co tą. Szok!

No, ale idziemy dalej. W środę rano zwle­kli­śmy się z łóżka i przed ósmą byłam już z Michem w szpi­talu. Pie­lę­gniarka nas spi­sała i kazała cze­kać. Po około pół godziny przy­szła lekarka, zro­biła ze mną wywiad i oba­dała Micha. Następ­nie poszli­śmy do zabie­go­wego, gdzie Michowi zało­żono wenflon. Nie­stety, udało się to zro­bić dopiero za czwar­tym razem, w nogę, bo w poprzed­nich razach igła prze­bi­jała żyłkę. Cała sytu­acja zakła­da­nia wenflonu była o wiele bar­dziej dra­ma­tyczna z per­spek­tywy Micha, niż ostat­nie pobie­ra­nie krwi — wyry­wał się strasz­nie, wrzesz­czał, cały się spo­cił — a mimo to panie cały czas z uśmie­chem go zaga­dy­wały i jakoś nie prze­ra­stała ich sytu­acja, jak to miało miej­sce tydzień temu na Borowskiej.

W każ­dym razie, z zało­żo­nym wenflo­nem, około godziny 9 rano skie­ro­wano nas pod salę rezo­nansu. Tam, nie­stety, musie­li­śmy odcze­kać kolejne pra­wie 2 godziny, bo na ileś oddzia­łów dzie­cię­cych jest jedna ekipa ane­ste­zjo­lo­giczna do usy­pia­nia dzieci i aku­rat usy­piali w innym miej­scu. Poza tym przed nami na rezo­nans cze­kała jesz­cze jedna dziew­czynka, więc wia­domo było, że trzeba będzie cze­kać dość długo.

Michu był w cza­sie tego cze­ka­nia na kory­ta­rzu bar­dzo dzielny. Mimo że nie mógł cho­dzić (żeby wenflon nie wypadł), nie maru­dził jakoś szcze­gól­nie mocno. Tro­chę dał się zająć pisa­niem w moim kalen­da­rzu, no a resztę czasu to, nie­stety, musia­łam go nosić na rękach (następne dni upły­nęły mi pod hasłem bolą­cych ramion — pono­ście sobie 15 kilowe dziecko przez pół­to­rej godziny, to zro­zu­mie­cie).
Bar­dzo się stre­so­wa­łam tym rezo­nan­sem. W sumie to nie samym bada­niem, ale znie­czu­le­niem ogól­nym — czy wszystko pój­dzie gładko, bez kom­pli­ka­cji itd.

Za pięt­na­ście jede­na­sta przy­szła nasza kolej — ane­ste­zjo­log (bar­dzo sym­pa­tyczny czło­wiek, ze świet­nym podej­ściem do dzieci) kazał mi wziąć Micha na kolana i poka­zał mu taki klips na palec do mie­rze­nia tętna. W tym cza­sie pie­lę­gniarka wstrzyk­nęła Michowi tzw. “głu­piego jasia”, po czym Michu natych­miast się roz­luź­nił i zaczął z wszyst­kiego się śmiać — widok prze­ko­miczny. Wtedy lekarz pospraw­dzał wszyst­kie para­me­try życiowe i kazał mi poło­żyć Micha na łóżku do rezo­nansu. Pie­lę­gniarka wstrzyk­nęła Michowi znie­czu­le­nie, Michu zaczął zasy­piać a mnie wypro­sili na korytarz.

Po mniej-więcej 25 minu­tach wezwano mnie z powro­tem. Michu spał przy­kryty kocy­kiem na kozetce. Ane­ste­zjo­log powie­dział, że musiał podać Michowi bar­dzo dużą ilość leków, bo Michu tak szybko je prze­ra­biał, że nie mógł usnąć na dobre. Ale lekarz uspo­ka­jał, że nie ma się czym mar­twić, że tak się nie­kiedy zda­rza, i że jedyne co, to po pro­stu Michu będzie teraz dłu­żej się wybu­dzał. I rze­czy­wi­ście — wszyst­kie para­me­try miał w nor­mie, reak­cje też pra­wi­dłowe, więc nie było czym się mar­twić. Obu­dził się dopiero po godzi­nie — gdy go prze­no­sili z kozetki do łóżeczka, żeby prze­wieźć go na oddział dzienny na obserwację.

Po prze­bu­dze­niu Miś był ogól­nie osła­biony, tro­chę się sła­niał, ale nie było masa­kry. Sądzi­łam, że będzie gorzej — że będzie wymio­to­wał — ale zniósł to ok. Pro­blem był tro­chę z poda­niem kro­plówki, bo musiał sie­dzieć na łóżku pra­wie 1,5 godziny, co w przy­padku takiego małego dziecka nie jest try­wialne — utrzy­mać go na szpi­tal­nym łożu. No ale na szczę­ście po około pół godziny przy­szła moja sio­stra ze swoim eks­tra tele­fo­nem, co dało Michowi zaję­cie przez następną godzinę :) W ogóle dobrze, że Monika nas tam odwie­dziła, bo po pierw­sze dosta­ła­bym na głowę tyle czasu sama z Michem w tej sali, a po dru­gie padła­bym z głodu. Kochana siostra :)

Kro­plówka (glu­koza) zle­ciała do końca i Michu mógł się wresz­cie najeść i napić (nie jadł nic i nie pił od poprzed­niego wie­czora). Zjadł i wypił taką ilość, że byłam w szoku. No ale co się dzi­wić — wygło­dzone dziecię.

Gdy się najadł wró­ciły mu zupeł­nie siły i już nie było mowy o leże­niu w łóżku. Zaczął wędro­wać po sali z tym wenflo­nem w nodze (dobrze, że już był nie­po­trzebny). I tak wędro­wał do 16 pra­wie, bo przed 16 wyjęli mu wenflon, zmie­rzyli ciśnie­nie, stwier­dzili, że wszystko ok i wypu­ścili nas do domu. Ufff…

Wra­żeń było co nie­miara. Widok wła­snego dziecka śpią­cego w domu w łóżeczku zawsze mnie roz­czula, ale widok dziecka śpią­cego po jakiejś che­mii pod maseczką tle­nową bar­dzo nie­przy­jem­nie dźgał w sercu.

W dro­dze powrot­nej do Prze­cła­wia wstą­pi­łam z Michem do sklepu i Misiek sobie w nagrodę za to, że był dziel­nym pacjen­tem, wybrał zabawkę — taki budzik, z firmy Tolo.

Popo­łu­dnie i wie­czór minęły spo­koj­nie, Misiek padł o 19 bez zająk­nię­cia. Rano się spa­ko­wa­li­śmy i przed 10 ruszy­li­śmy na Wro­cław. Dobrze, że już po wszyst­kim. Wynik będzie za około 2 tygodnie.

Co do pobytu w Prze­cła­wiu, to Michu gene­ral­nie znowu eks­pe­ry­men­to­wał z psem :) Wkła­dał mu ręce do pyska i cze­kał na liza­nie i pod­gry­za­nie, i miał wielką ucie­chę, gdy się doczekał :)

Poza tym widać, jak wielki podziw Michu czuje w sto­sunku do Bartka. Patrzy na niego z uwiel­bie­niem, słu­cha go jak przy­sło­wiowa świnia grzmotu, ma respekt przed tym, co Bar­tek do niego mówi — ogól­nie szok :)
Bar­tek poczę­sto­wał Micha wodą gazo­waną (Michu do tej pory pił tylko nie­ga­zo­waną), więc Michu szczę­śliwy, że coś nowego wujek mu poka­zał. A następ­nego dnia Bar­tek poczę­sto­wał go kieł­kami fasoli mung — i Michu wcią­gał aż mu się uszy trzęsły :)

Tosia z kolei nakło­niła zupeł­nie bez­wied­nie Micha do kon­sump­cji obiadu (po pro­stu jadła i Michu też tak chciał :)) i nauczyła go obsłu­gi­wać swoje stare nie­mow­lęce zabawki, więc Michu szczę­śliwy całe trzy dni chodził :)

O rezo­nan­sie i poby­cie w Szcze­ci­nie tyle. Dziś nato­miast zaczę­łam moje pody­plo­mowe stu­dia logo­pe­dyczne. Od 9 do 15.30 był wykład z dr Mał­go­rzatą Mły­nar­ską — kie­row­niczką naszego stu­dium — z norm języ­ko­wych. Jak na razie jestem pod wra­że­niem, logo­pe­dia po pierw­szym dniu mi się podoba. Wykład był cie­kawy, dobrze pro­wa­dzony. Dok­tor popie­rała teo­rię przy­kła­dami z prak­tyki, więc dobrze się słu­chało. Jutro mamy też cały dzień wykła­dów — z psy­cho­lo­gii z dr Smerekiem.

No i tyle na dziś. Jesz­cze tylko fil­miki. W sumie będą trzy — pierw­szy ze zjeż­dżalni, bo Michu wykom­bi­no­wał, że na brzu­chu też się da zje­chać. Drugi z toru prze­szkód, z pnia­kiem w tle. Trzeci będzie z domu z ukła­da­nia puz­zli. Ten ostatni, nie­stety, nie powala jako­ścią, bo mi Michu ostat­nio poprze­sta­wiał apa­rat i nie zauwa­żyw­szy tego fil­mo­wa­łam go w kiep­skiej jako­ści. Ale mam nadzieję, że przeżyjecie :)