O Mikołaju po prostu

Misiek ostatnio ma dobre dni. Pod każdym chyba względem :) Bardzo się rozgadał. Co prawda mówi w 99% po swojemu, ale przyznać trzeba, że słowotok ma niezły. Czasem można coś tam zrozumieć, że świeci (sici), że nie ma (ne-na) i że „nie, nie, nie”.

W ogóle co do słownictwa, to póki co nie ma za wiele nowości. Doszło „o-ooo” wypowiadane, gdy coś się dzieje – na przykład, gdy Misiek coś nabroi (czytaj „nasika na dywan”) lub gdy coś np. spadnie. Do tego dołączyć można grożenie palcem i mówienie w tym momencie „nie, nie, nie!” To ma miejsce zazwyczaj, gdy Michu przypomina sobie, że czegoś mu nie wolno.

Ostatnio też zaczęło mu się mylić „mama” z „tata”. Najśmieszniej jest, gdy widzi Mariusza powracającego z pracy i woła do niego: „Mamaaa!”. Na to ja mówię: „Tu jestem, to nie mama”. Na to Michu szybko się poprawia i woła z równym entuzjazmem: „Tataaa!” :) Kilka dni temu pomylił się w drugą stronę i na mój widok woła: „Taaa… Maaa!” Kupa śmiechu z takim Miśkiem :)

Misiek uczy nas porządku. Mariusz i ja generalnie do jakichś wielkich bałaganiarzy nie należymy, ale z pedantycznym porządkiem rzeczy też się raczej nie przyjaźnimy. Michu natomiast ostatnio ma jakieś natręctwa dotyczące porządkowania. Każda rzecz musi być na swoim miejscu. Wszystkie szafki zawsze muszą być zamknięte – gdy jakaś jest otwarta a Miś nie sięga, to ciągnie nas za rękę do tej szafki i pokazuje, że trzeba zamknąć. Wszystkie butelki muszą być pozakręcane, a pojemniki na mydło i szampon zamknięte i postawione zawsze na półce w łazience (broń Boże na wannie). Do tego ostatnio rozbroił Mariusza (wczoraj, aby być dokładną): Mariusz wstawił sobie w czajniku wodę na herbatę. W międzyczasie przygotował sobie kubek i włożył doń torebkę z suszem. Wyszedł z kuchni, po chwili słyszy, że do kuchni biegnie Misiek. Słychać jakiś ruch i stuknięcie szafki, w której stoi kosz na śmieci. Niczego nie świadomy małżonek podąża do kuchni zalać herbatę wodą i co? I widzi, że nie ma w kubku herbaty! Misiek wyrzucił mu ją do kosza – napatrzył się, jak przy sprzątaniu wyrzucamy torebki po herbacie do kosza i postanowił pomóc. Ech… :)

Misiek pomagał mi dziś przy czyszczeniu okien. Oto dowód:

Cóż jeszcze… Wczoraj obejrzeliśmy pierwszy odcinek 6 sezonu dr House’a. Ekstra!!! :) Bardzo mi się podobał. Dziś mam nadzieję, że obejrzymy drugi. Ciekawa jestem jak House poradzi sobie po powrocie z wariatkowa. Mam tylko nadzieję, że nie „znormalnieje” za bardzo :)

Pojutrze ruszamy do Pragi. Już nie mogę się doczekać :)

Wczoraj byłam u fryzjera ściąć i pofarbować włosy. Okazało się, że zapuszczanie włosów mnie przerosło. Nie ma to jak krótka czupryna :) Długie mi się podobają, ale posiadanie ich doprowadziłoby mnie do szewskiej pasji. A tak, problem z głowy (dosłownie :))

W poniedziałek udało mi się upolować w lumpeksie fajne dwie pary dżinsów dla Micha. Trochę są większe, ale już je nosi :)

Dziś dzień chłopaka. Wszystkim chłopakom sto lat! Moi panowie dostaną gofry z bitą śmietaną i owocami na tę okazję, bo jakoś wyleciało mi to święto z głowy i nie zdążyłam nic nabyć w tym kierunku.

Dzięki wszystkim za życzenia urodzinowe! :)

Tyle na dziś. Do przeczytania po powrocie z Pragi :)

Intensywny tydzień

Miniony tydzień mieliśmy baaardzo intensywny. Co do jednego dnia :) No, ale za tydzień sobie odbijemy, bo wybieramy się z Mariuszem do Pragi na weekend. W dodatku z Miśkiem zostają Mariusza rodzice, więc będziemy mogli się swobodnie poszwędać :)

No, ale wracając do sprawy – we wtorek ruszyliśmy, Michu i ja, w stronę Szczecina. Bo w środę mieliśmy stawić się w szpitalu na Unii Lubelskiej na rezonans magnetyczny. Po raz pierwszy jechałam sama przez Niemcy. Emocji miałam sporo – bo zawsze prowadził Mariusz, a tu nagle ja sama! No, ale okazało się, że nie taki diabeł straszny (nie takie Niemcy straszne ;))… Jazdę przez Niemcy pokochałam bardzo szybko, zwłaszcza, że cały czas jedzie się autostradą (a po Berliner Ring jedzie się trzema paskami!). I mimo że w sumie droga do Szczecina wiedzie aż przez 4 autostrady, to wszystkie pięknie się łączą, są dobrze oznakowane i nawet się nie pogubiłam :)

Sama droga, gdyby nie liczyć godzinnego postoju w centrum handlowym A10 w Wildau, trwa około 4,5 – 5h. Nieporównywalnie krócej, niż przez Polskę. No i komfort też inny.

W A10 oczywiście przemaszerowałam się z Michem po sklepach. Kupiłam mu organizer na siedzenie samochodowe z Puchatkiem (na różne drobne rupiecie, co to się zawsze walają po podłodze), świetną piłkę (nie będę opisywać, bo opisać się jej nie da, może kiedyś zdjęcia zamieszczę) w sklepie Nanu-Nana, a w drodze powrotnej (też zrobiliśmy tam postój) Michu sam wybrał sobie nową zabawkę. Jest to taki domek edukacyjny – z telefonem, zegarem, tablicą do pisania, liczydłem, pociągiem z melodyjkami, kluczykiem i dziurką do otwierania drzwi, z sorterem do literek i cyfr. Zabawka wpadła Michowi w oko od razu. Nie udało mi się przekonać go na coś tańszego. Potem maszerował z tym ciężkim kartonem po placyku przed centrum i nie chciał w ogóle zabawki puścić. W samochodzie bawił się nią całą drogę do domu (poza 1,5h, gdy spał) i w domu też ją męczył aż do momentu zaśnięcia.
Generalnie nie wiemy, co ta zabawka w sobie ma, ze Michu tak długo się na niej skupia. Ma już jedną podobną, ale nigdy nie bawił się nią tyle godzin co tą. Szok!

No, ale idziemy dalej. W środę rano zwlekliśmy się z łóżka i przed ósmą byłam już z Michem w szpitalu. Pielęgniarka nas spisała i kazała czekać. Po około pół godziny przyszła lekarka, zrobiła ze mną wywiad i obadała Micha. Następnie poszliśmy do zabiegowego, gdzie Michowi założono wenflon. Niestety, udało się to zrobić dopiero za czwartym razem, w nogę, bo w poprzednich razach igła przebijała żyłkę. Cała sytuacja zakładania wenflonu była o wiele bardziej dramatyczna z perspektywy Micha, niż ostatnie pobieranie krwi – wyrywał się strasznie, wrzeszczał, cały się spocił – a mimo to panie cały czas z uśmiechem go zagadywały i jakoś nie przerastała ich sytuacja, jak to miało miejsce tydzień temu na Borowskiej.

W każdym razie, z założonym wenflonem, około godziny 9 rano skierowano nas pod salę rezonansu. Tam, niestety, musieliśmy odczekać kolejne prawie 2 godziny, bo na ileś oddziałów dziecięcych jest jedna ekipa anestezjologiczna do usypiania dzieci i akurat usypiali w innym miejscu. Poza tym przed nami na rezonans czekała jeszcze jedna dziewczynka, więc wiadomo było, że trzeba będzie czekać dość długo.

Michu był w czasie tego czekania na korytarzu bardzo dzielny. Mimo że nie mógł chodzić (żeby wenflon nie wypadł), nie marudził jakoś szczególnie mocno. Trochę dał się zająć pisaniem w moim kalendarzu, no a resztę czasu to, niestety, musiałam go nosić na rękach (następne dni upłynęły mi pod hasłem bolących ramion – ponoście sobie 15 kilowe dziecko przez półtorej godziny, to zrozumiecie).
Bardzo się stresowałam tym rezonansem. W sumie to nie samym badaniem, ale znieczuleniem ogólnym – czy wszystko pójdzie gładko, bez komplikacji itd.

Za piętnaście jedenasta przyszła nasza kolej – anestezjolog (bardzo sympatyczny człowiek, ze świetnym podejściem do dzieci) kazał mi wziąć Micha na kolana i pokazał mu taki klips na palec do mierzenia tętna. W tym czasie pielęgniarka wstrzyknęła Michowi tzw. „głupiego jasia”, po czym Michu natychmiast się rozluźnił i zaczął z wszystkiego się śmiać – widok przekomiczny. Wtedy lekarz posprawdzał wszystkie parametry życiowe i kazał mi położyć Micha na łóżku do rezonansu. Pielęgniarka wstrzyknęła Michowi znieczulenie, Michu zaczął zasypiać a mnie wyprosili na korytarz.

Po mniej-więcej 25 minutach wezwano mnie z powrotem. Michu spał przykryty kocykiem na kozetce. Anestezjolog powiedział, że musiał podać Michowi bardzo dużą ilość leków, bo Michu tak szybko je przerabiał, że nie mógł usnąć na dobre. Ale lekarz uspokajał, że nie ma się czym martwić, że tak się niekiedy zdarza, i że jedyne co, to po prostu Michu będzie teraz dłużej się wybudzał. I rzeczywiście – wszystkie parametry miał w normie, reakcje też prawidłowe, więc nie było czym się martwić. Obudził się dopiero po godzinie – gdy go przenosili z kozetki do łóżeczka, żeby przewieźć go na oddział dzienny na obserwację.

Po przebudzeniu Miś był ogólnie osłabiony, trochę się słaniał, ale nie było masakry. Sądziłam, że będzie gorzej – że będzie wymiotował – ale zniósł to ok. Problem był trochę z podaniem kroplówki, bo musiał siedzieć na łóżku prawie 1,5 godziny, co w przypadku takiego małego dziecka nie jest trywialne – utrzymać go na szpitalnym łożu. No ale na szczęście po około pół godziny przyszła moja siostra ze swoim ekstra telefonem, co dało Michowi zajęcie przez następną godzinę :) W ogóle dobrze, że Monika nas tam odwiedziła, bo po pierwsze dostałabym na głowę tyle czasu sama z Michem w tej sali, a po drugie padłabym z głodu. Kochana siostra :)

Kroplówka (glukoza) zleciała do końca i Michu mógł się wreszcie najeść i napić (nie jadł nic i nie pił od poprzedniego wieczora). Zjadł i wypił taką ilość, że byłam w szoku. No ale co się dziwić – wygłodzone dziecię.

Gdy się najadł wróciły mu zupełnie siły i już nie było mowy o leżeniu w łóżku. Zaczął wędrować po sali z tym wenflonem w nodze (dobrze, że już był niepotrzebny). I tak wędrował do 16 prawie, bo przed 16 wyjęli mu wenflon, zmierzyli ciśnienie, stwierdzili, że wszystko ok i wypuścili nas do domu. Ufff…

Wrażeń było co niemiara. Widok własnego dziecka śpiącego w domu w łóżeczku zawsze mnie rozczula, ale widok dziecka śpiącego po jakiejś chemii pod maseczką tlenową bardzo nieprzyjemnie dźgał w sercu.

W drodze powrotnej do Przecławia wstąpiłam z Michem do sklepu i Misiek sobie w nagrodę za to, że był dzielnym pacjentem, wybrał zabawkę – taki budzik, z firmy Tolo.

Popołudnie i wieczór minęły spokojnie, Misiek padł o 19 bez zająknięcia. Rano się spakowaliśmy i przed 10 ruszyliśmy na Wrocław. Dobrze, że już po wszystkim. Wynik będzie za około 2 tygodnie.

Co do pobytu w Przecławiu, to Michu generalnie znowu eksperymentował z psem :) Wkładał mu ręce do pyska i czekał na lizanie i podgryzanie, i miał wielką uciechę, gdy się doczekał :)

Poza tym widać, jak wielki podziw Michu czuje w stosunku do Bartka. Patrzy na niego z uwielbieniem, słucha go jak przysłowiowa świnia grzmotu, ma respekt przed tym, co Bartek do niego mówi – ogólnie szok :)
Bartek poczęstował Micha wodą gazowaną (Michu do tej pory pił tylko niegazowaną), więc Michu szczęśliwy, że coś nowego wujek mu pokazał. A następnego dnia Bartek poczęstował go kiełkami fasoli mung – i Michu wciągał aż mu się uszy trzęsły :)

Tosia z kolei nakłoniła zupełnie bezwiednie Micha do konsumpcji obiadu (po prostu jadła i Michu też tak chciał :)) i nauczyła go obsługiwać swoje stare niemowlęce zabawki, więc Michu szczęśliwy całe trzy dni chodził :)

O rezonansie i pobycie w Szczecinie tyle. Dziś natomiast zaczęłam moje podyplomowe studia logopedyczne. Od 9 do 15.30 był wykład z dr Małgorzatą Młynarską – kierowniczką naszego studium – z norm językowych. Jak na razie jestem pod wrażeniem, logopedia po pierwszym dniu mi się podoba. Wykład był ciekawy, dobrze prowadzony. Doktor popierała teorię przykładami z praktyki, więc dobrze się słuchało. Jutro mamy też cały dzień wykładów – z psychologii z dr Smerekiem.

No i tyle na dziś. Jeszcze tylko filmiki. W sumie będą trzy – pierwszy ze zjeżdżalni, bo Michu wykombinował, że na brzuchu też się da zjechać. Drugi z toru przeszkód, z pniakiem w tle. Trzeci będzie z domu z układania puzzli. Ten ostatni, niestety, nie powala jakością, bo mi Michu ostatnio poprzestawiał aparat i nie zauważywszy tego filmowałam go w kiepskiej jakości. Ale mam nadzieję, że przeżyjecie :)

Kino Bambino :)

Dzisiaj mamy dzień pod hasłem „kino”. Oczywiście kino z Miśkiem w roli głównej. Poranek spędziliśmy w parku skowronim. Najpierw wybraliśmy się na poszukiwanie kasztanów, a potem podeszliśmy na plac zabaw. Misiek odkrył dziś działanie karuzeli – sam, bez mojej pomocy, nauczył się nią kręcić! Dowód tutaj:

Kolejną rzeczą ze spacerku jest filmik ze sprzątania świata ;) Misiek postanowił pozbierać wszystkie kije z okolicy i nakarmić nimi kosz na śmieci. Czyścioch nam chyba rośnie.

A tu kino sprzed kilku dni – Misiek był przeziębiony, ja też, coś trzeba było robić, by dziecko w domu utrzymać:

Ale, kochani, nie myślcie, że przyjmiemy w prezencie dla dziecka perkusję. Co to, to nie! Niech mu na razie garnki wystarczą. Za lat kilka kupimy mu bongosy i na tym poprzestańmy :)

Zdjęcia z dzisiejszego spacerku do obejrzenia tutaj.

Krwawa historia z Wrocławia rodem

Byłam dziś z Michem u pobrania krwi. Niby nic takiego… A jednak! Okazuje się, że pobranie krwi u 21-miesięcznego dziecka nie jest sprawą trywialną. Poczytajcie:

Miejsce: Akademicki Szpital Kliniczny, ul. Borowska, Wrocław, laboratorium analityczne

Przygoda zaczyna się już przy windzie, która to nie działa. Więc cóż – biorę wózek z Michem i drałuję na drugie piętro schodami ustawić się w kolejce do rejestracji laboratorium. Kolejka o dziwo krótka, więc punkt 8 rano jesteśmy przy okienku.

„Jakie badanie?” – pyta pani.
„Morfologia krótka i jonogram krótki” – odpowiadam.
„A ten jonogram krótki, to co to jest dokładnie?” – słyszę.
„Nooo, nie wiem, znalazłam w Internecie, że sód i potas, ale czy coś jeszcze to nie wiem, bo się na tym nie znam” – mówię.

Pani zasępiła się, po chwili pyta koleżankę, koleżanka równie zasępiona odpowiada, że tak, że to chyba tylko sód i potas… Ech… No dobra. Brniemy dalej.

Pani z okienka mówi, że mamy wejść bez kolejki do pobrania (bo z dzieckiem). Wchodzę więc i pytam, czy pani pobierze tutaj (bo jak byliśmy kilka tygodni temu to musieliśmy iść do pokoju zabiegowego 2 piętra niżej, bo ta pielęgniarka nie pobierała dzieciom krwi). Pani mówi, że pobierze i że mam podwinąć Micha rękawy.

(Michu generalnie nie jest głupi i od momentu wejścia do gabinetu płacze, bo wie, co go czeka.)

Pani zaczyna oglądać żyły. Mówię, że ostatnio Michu miał pobraną krew z dłoni, bo w zgięciach łokci pani nie mogła znaleźć żyłki. No to pani przerywa oględziny i stwierdza, że ona sobie nie poradzi i że mamy z nią iść do zabiegowego, tam pobiorą.

No to idziemy. Tam trzy panie od nowa macają ręce Micha w poszukiwaniu żyły. Michu oczywiście wyrywa się z moich kolan i wrzeszczy wniebogłosy. Nie działa żadna próba uspokojenia. No ale cóż – krew pobrać trzeba, tylko czemu to tak długo trwa???

Michu wrzeszczy, panie macają głośno zastanawiając się, czy dadzą radę, czy też mamy czekać na panią Basię (ktokolwiek by to miał być). W końcu pani położna środowiskowa (znamy, bo była u nas z wizytą patronażową po urodzeniu Micha) stwierdza, że w zgięciu lewej ręki chyba namacała żyłę i że ona się wkłuje. Żyłę ową próbuje tez namacać jej koleżanka, ale nie może znaleźć. No ale położna twierdzi, że żyła jest.

Ufff – myślę sobie -Jeszcze chwila i się skończy ta mordęga (Michu cały czas regularnie krzyczy).

Więc: ja z całej siły trzymam wijącego się Micha, pielęgniarka trzyma Michową rękę, a położna wbija igłę. Wbija… i nic. Nie trafiła. Szuka więc przez kolejne dobre trzy minuty tej żyły grzebiąc w Micha ręce igłą. Michu przerażony. W końcu pani stwierdza, że się nie da i że mamy czekać na panią Basię.

No to czekamy. Michu nie wie o co chodzi – w końcu już była igła w ręce, więc co my tu jeszcze robimy?

W tym czasie trwają poszukiwania pani Basi. W końcu się zjawia i znowu wchodzimy do gabinetu. Michu znów zaczyna płakać. No ale co zrobić – badanie jest pilne, trzeba je wykonać.

Powtórka: ja trzymam wijącego się Micha, pielęgniarka Michową rękę, a pani Basia wbija igłę. Nie trafia. Ale ma widać więcej szczęścia, bo po chwili grzebania jest sukces – zaczyna coś tam kapać.

Michu oczywiście rozwył się jeszcze bardziej (nie dziwię mu się wcale). Na to panie na niego z gębą, że ma się natychmiast uspokoić, bo przez to, że się tak wierci to słabo krew leci.

Michu się więc jeszcze bardziej drze, bo nie dość, że nic nie kuma z tego, co do niego mówią, to jeszcze jest przerażony i zmęczony 40-toma minutami pobierania krwi (tyle w sumie trwała cała ta akcja od momentu odejścia od okienka rejestracji).

Po kilku minutach i jękach pani, że prawie zakrzepło jej w probówce, udaje się nakapać tyle, ile trzeba i możemy iść.

Trochę już mi emocje opadły, ale rano chętnie wskoczyłabym z kałasznikowem i wystrzelała całe laboratorium na Borowskiej. Ludzie!!! Tam jest szpital i przychodnia. Codziennie zdarza się jakieś dziecko, któremu trzeba pobrać krew. Nie rozumiem, jak można nie mieć odpowiednio do tego przeszkolonej osoby. Przecież wiadomo, że niespełna dwuletniemu dziecku nie da się wytłumaczyć, że ma siedzieć spokojnie i się nie bać. Dorośli niekiedy boją się pobierania krwi, a co dopiero taki maluch? Do tego jeszcze to przeciąganie w nieskończoność, łażenie od gabinetu do gabinetu w celu poszukiwania kogoś, kto tę krew pobierze.

Żenująco niski poziom obsługi i przygotowania do pracy.

Kiedy idę z dzieckiem na takie badanie oczekuję, że:

  • nie będę musiała biegać od gabinetu do gabinetu w poszukiwaniu osoby, która zgodzi się pobrać dziecku krew
  • osoba pobierająca dziecku krew jest profesjonalistą i nie dopuści do sytuacji, że grzebie w ręce dziecka kilka minut igłą, by znaleźć żyłę (jeśli nie jest pewna, czy ta żyła jest „na miejscu” to niech poszuka takiej, którą będzie dobrze widzieć)
  • osoba pobierająca krew oraz jej towarzysząca nie będą wrzeszczeć na dziecko, które jest przerażone i nie rozumie, o co chodzi, a jedyną reakcją jaka przychodzi mu do głowy jest właśnie płacz i krzyk
  • To naprawdę niewiele, wydawać by się mogło. A jednak na tak dużą placówkę, jaką jest AM na Borowskiej okazuje się, że to już zbyt wiele. To była ostatnia nasza wizyta w tym laboratorium.

    Tylko Miśka najbardziej żal. Chodzi po domu trzymając się za lewą rękę i mówi „baba”, co znaczy, że go boli. Nie dziwota – tak mu pani pogrzebała w środku, że boli, co zrobić. Nic, tylko wysadzić w powietrze!

Nowy wpis na dzieciowisku

Jak ktoś chce poczytać o tym, jak dobrać odpowiednie obuwie dla swojego dziecięcia, to w dzieciowisku można znaleźć.

Mam nadzieję, że podoba Wam się nowa grafika bloga Zosi. Stwierdziłam, że trzeba trochę „świeżości” tu wrzucić, bo mi się stary temat już opatrzył.

Z ostatniej chwili, to chorzy jesteśmy ciągle – Misiek i ja. Co prawda jest lepiej niż tydzień temu, ale do zupełnego wyzdrowienia jeszcze chyba daleko. Michu bierze antybiotyk, ja się leczę „domowo”. Oby do przyszłego tygodnia przeszło zupełnie.

Coś więcej napiszę może jutro albo wieczorem, a teraz wybaczcie, ale położę się spać. Michu zasnął „okołopołudniowo”, a mnie tak w nocy kaszel męczył, że ledwo na oczy widzę. Do przeczytania niebawem!

Kolejny miesiąc życia z Miśkiem za nami

Wczoraj Michowi stuknęło oczko – 21 miesięcy. Za trzy miesiące drugie urodziny. Ale ten czas leci…

W poniedziałek byłam z Michem u endokrynologa – dr Barg w Onkomedzie. Pani doktor bardzo, bardzo sympatyczna i miła. Udało jej się odwieść Micha od rozpłakania się podczas badania – szacun :) Ogólnie dr Barg stwierdziła, że wyniki hormonalne są ok, ale w związku z opóźnieniem rozwoju włączyła Miśkowi 1/4 tabletki hormonów tarczycy na dzień – by trochę popchnąć jego rozwój. Mamy dawać mu tabsy przez 2 miesiące, potem kontrola.

Wczoraj opuściliśmy zajęcia logopedyczne, bośmy się zakatarzyli – Michu bardziej niż ja. Ale dziś poszliśmy do pani psycholog, bo już jest troszkę lepiej. Na szczęście obeszło się bez gorączki.

Misiek ostatnio rozwala wszystkich układaniem puzzli z alfabetem. Dostał w spadku po Tosi takie drewniane literki i bardzo mu się to spodobało. Zaskakuje najbardziej tym, że tak dobrze zapamiętuje miejsce ułożenia poszczególnych liter. Nie kojarzy jeszcze wszystkich, ale te, które częściej układa (takie ulubione) ma w małym palcu :) Zachęcam go też do innych układanek, ale na razie te są dla Miśka najciekawsze i chyba najprostsze do wkładania, bo wyraźne kształty mają. Te ze zwierzątkami, które mamy, są trudniejsze, bo kształt mają bardziej „rozmazany”. Spróbuję któregoś dnia nagrać filmik puzzlowy i wrzucić go na stronę, to sami zobaczycie :)
Zabawa układanką cieszy nas bardzo z dwóch powodów – po pierwsze Michu świetnie ćwiczy tu motorykę małą, a z tym ma spore problemy jeszcze; po drugie pokazuje nam, że potrafi się skupić na czymś naprawdę długo. Jak mu pierwszy raz pokazałam te puzzle, to siedzieliśmy nad nimi około 40 minut. Teraz czas się trochę skrócił (bo szybciej Misiek je układa), ale i tak zajmuje to około 20 minut. Mikołaj ćwiczy też dzięki temu cierpliwość i przyznać trzeba, że całkiem nieźle mu idzie.

Najbliższy weekend spędzamy w domu – nareszcie! Ostatnie dwa weekendy mieliśmy wyjazdowe i trochę czujemy się przemęczeni. Mieliśmy co prawda plan, by przejechać się któregoś dnia pospacerować po Ślęży, ale w związku z naszym przeziębieniem nie wiem, co z tego wyjdzie. Zamierzamy jednak wykorzystać weekend twórczo – chcemy pobawić się z Michem w pieczenie ciastek, by dalej przełamywać go do „brudzenia” rąk. Pomyśleliśmy z Mariuszem, że jeśli Mikołaj będzie uczestniczył od samego początku w przygotowaniu ciasta, i jeśli zobaczy, że my to ciasto ugniatamy rękami, to może się trochę przełamie i też spróbuje? Mamy foremki do ciasta, mamy wałek, więc powinien chociaż tym się zainteresować. No i kupiłam pisaki z lukrem do zdobienia ciastek. No, ale wszystko „wyjdzie w praniu”. Może się przypadkiem okazać, że Michu nawet nie będzie chciał wejść do kuchni. Nie do ogarnięcia jest taki prawie dwulatek.

W Dzieciowisku nowy wpis. Odnośnie karmienia piersią, zainspirowany dyskusją na forum edziecko. Jak ktoś dzieciaty i zainteresowany, to posta można przeczytać tutaj.

Tyle na dziś. Pozdrowienia i do miłego!

P.S. Oldze i Mateuszowi jeszcze raz gratulujemy i życzymy wszystkiego dobrego z okazji ślubu. :)
P.S.2 Na koniec jeszcze filmik z domowych harców Miśka :) Świeżynka z minionego poniedziałku:

Postwakacyjny post

Wakacje się skończyły. Niektórzy odczuli to na własnej skórze (na przykład ci, co poszli do szkoły ;)), niektórzy trochę bardziej pośrednio (wzmogły się korki na mieście przez to). My zakończyliśmy wakacje w Gnieźnie i Poznaniu, co zresztą możecie obejrzeć na zdjęciach w galerii.

W Poznaniu byliśmy w zoo na Malcie. Jak bardzo by tam nie było ładnie, to trzeba powiedzieć, że nachodzić się można za wszystkie czasy. No i niestety, jeśli idzie o oznakowanie ścieżek w tym zoo to… mizerota. Owszem, są gdzieniegdzie jakieś mapki, ale mało czytelne. Do tego brak podstawowej rzeczy – dobrego, jasnego oznakowania drogi do wyjścia. Aż dziwne, że to jest zgodne z przepisami BHP. Zoo wrocławskie, mimo że o wiele mniejsze, na każdym chyba „drogowskazie” ma też strzałki informujące w którą stronę należy udać się do wyjścia. Ale poznańskie zoo stwierdziło widocznie, że nie jest to nikomu potrzebne. No i niestety to jest błąd. Rodzina z małym dzieckiem nie zawsze jest w stanie obejść cały obiekt i w momencie, gdy owo dziecko zaczyna wrzeszczeć i chcieć do domu, chętnie chciałaby szybko dotrzeć do bramy i się ewakuować. Nie wspominając już o sytuacjach, kiedy coś się komuś stanie, tudzież należy natychmiast opuścić zoo. W celu szukania wyjścia można sobie pobiegać dookoła jeziora; może cudem trafi się do wyjścia. Generalnie jeśli porównam zoo wrocławskie z poznańskim nowym, to Wrocław jest ciekawszy i bardziej przyjazny. No i jeszcze kwestia placu zabaw przy sławetnej słoniarni. Niech ktoś spróbuje wytłumaczyć uwielbiającemu zjeżdżalnie dwulatkowi, że jedyna zjeżdżalnia na placu zabaw jest przeznaczona dla dzieci od lat 6. Co za imbecyl to tam wstawił? Swoją drogą, zjeżdżalnia jest tak stroma, że nawet dzieci 6-i-więcej-letnie odbijają na niej swoje tyłki.

W związku z rozpoczęciem się nowego roku szkolnego nasze dziecię otrzymało nowe „obowiązki”. Pierwszym jest kontynuacja zajęć na basenie w Pulsantisie (tam, gdzie chodziliśmy przed wakacjami), drugim są zajęcia pt. „Zabawy fundamentalne” w Urwisku, dla dzieci w wieku 18-24 miesiące. Jeśli chodzi o pływanie to trochę się stresowałam przed tymi pierwszymi (po przerwie) zajęciami – czy Misiek usiedzi tyle czasu w wodzie, czy nie będzie chciał wychodzić i się szwędać na brzegu itd. Ale moje obawy okazały się bezpodstawne. Misiek, jak na pierwszy raz, dał radę swobodnie. Trochę zapomniał jak się pływa, ale, o dziwo, chętnie bawił się przy deseczce. W ubiegłym sezonie to było nie do pomyślenia. No i niestety była dziś inna pani. Nie wiem, czy to już na stałe zmiana, ale nowa pani chyba nie przypadła Miśkowi do gustu tak, jak poprzednia. No ale na to już nie mamy wpływu niestety.

Co do zajęć w Urwisku to muszę przyznać, że są rewelacyjne. Chodzimy na nie w czwartki na 17.30. Pani prowadząca zajęcia jest kapitalna – świetnie przygotowana, cały czas w dobrym kontakcie z dziećmi. Poza tym nieustannie podczas zajęć coś się dzieje – nie ma zbyt wielkiej szansy by taki Misiek się nudził i gdzieś przez to łaził. Nawet jak odejdzie na chwilę od grupy to zaraz pani wyskakuje z jakąś fajną zabawą i Misiek od razu do niej leci. Szok! :) Naprawdę wiemy za co płacimy. Zajęcia trwają pełną godzinę i naprawdę jest to czas wykorzystany. Jak sobie przypomnę zajęcia dla dzieci, na których byliśmy kilka razy w ubiegłym roku w Stumilowym Gaju, to nie ma porównania. W Gaju pani nie bardzo wiedziała co robić z tymi maluszkami, więcej gadała z rodzicami, niż organizowała zabawy dla dzieci. W Urwisku pani jest przygotowana na całą godzinę zajęć, ma mnóstwo pomysłów i potrafi je zrealizować z grupą takich maluszków. Nic tylko pozbierać szczękę z podłogi i pogratulować :)

Miałam trochę obaw o dojazd – na Wejherowską mamy dość daleko i bałam się, że będziemy długo jechać, ale skończyło się na 40 minutach, co jak na wrocławskie warunki jest w normie.

A wracając jeszcze do zajęć to nasze dziecko wczoraj nawet przełamało się, by malować farbami. Misio nasz bardzo nie lubi brudzić rąk – czy to zabawa z kisielem, czy malowanie rączkami czy ciastolina… Nic, co przykleja mu się do rąk nie jest mile widziane. Powoli przełamuje się, by na przykład wykrawać z masy solnej foremką – ale bez dotykania ciasta. No i wczoraj też udało się go zachęcić do robienia pieczątek farbkami. I mimo że miał kilka razy pobrudzone ręce obyło się bez wrzasku, tylko pokazał spokojnie, że ma brudne i żeby mu wytrzeć. Kulturka :)

Cóż jeszcze? Tyle mniej więcej. Wczoraj byłam z Michem na badaniach krwi. Żelazo już ma w normie, resztę też, więc nie trzeba już więcej kropli podawać. Ekstra! W przyszłym tygodniu za to idziemy do endokrynologa i do dr Kwapisz. Zobaczymy, co powiedzą.

Jeszcze coś na koniec. Słownik Mikołajowy :) Misiek rozwija powoli swój język, coś tam zaczyna więcej gadać. W ostatnim czasie ustabilizowało się, że coś „sieci” – to znaczy świeci (lampa, światła drogowe, światła w samochodach, słoneczko). Sporo rzeczy jest nadal nazywanych „tata”. Ale powoli ogólnie rozumiane „tata” zostaje wypierane słowem „baba”. Baba znaczy już nie tylko „żaba” ale także: biedronka, bajka, Cbeebies, czasem nawet lampa, płatki i klamka.
Niekiedy zdarza się usłyszeć „leci” (jak Miś widzi samolot) albo „jedzie” (pociąg). Jest jeszcze „ne-na” czyli „nie ma”, do tego poparte gestem rozłożonych rąk. Poza tym naśladuje Miś wszelkie nasze intonacje, i zawołania typu „ojej”, „o-oo”, „ojojoj” :) No i gada caaały czas. W domu nie jest to tak zauważalne, ale jak jechaliśmy tydzień temu do Gniezna, to myślałam, że w samochodzie zwariujemy przez tego gadułę! :)