Wpis ten co prawda będzie głów­nie o naszym wyjeź­dzie do Gie­rał­towa, ale zacznę od wyja­śnie­nia tytułu. Michu wczo­raj pierw­szy raz zwiał z chaty. Zaczęło się. Dziecko dopiero 20-miesięczne, żaden tam nasto­la­tek, a jak widać już wizja wol­no­ści mie­sza mu w gło­wie! ;) A tak serio, to histo­ria wyglą­dała mniej-więcej tak:
Leżymy sobie wczo­raj z Mariu­szem na tap­cza­nie w pokoju. Nie­dzielne popo­łu­dnie, my zmę­czeni po wypo­czynku w Orliku, Michu lekko zre­ge­ne­ro­wany, bryka po cha­cie. Oglą­damy tv. Tak sobie leżymy, Michu sobie bryka (tak nam się wyda­wało przy­naj­mniej), aż tu nagle sły­szę, że jakieś dziecko gada na klatce scho­do­wej. Tak sobie słu­cham tego dzie­ciaka i myślę, że jakoś go wyraź­nie sły­chać, jakby drzwi były otwarte… W tym momen­cie mój pro­ces myślowy (trwa­jący tym razem, o dziwo, ułamki sekund) wyglą­dał tak: dziecko gada-głośno gada-wyraźnie słychać-dziecko brzmi jak Misiek-drzwi na klatkę otwarte-gdzie jest Misiek???? Lecę w dół po scho­dach, zaglą­da­jąc po dro­dze w boczne kory­ta­rze i pró­buję namie­rzyć Miśka. Sły­szę bar­dzo zado­wo­lone gada­nie gdzieś tam na dole, o, widzę jak mignęła mi za zakrę­tem czu­pryna Micha. Ostatni zakręt — jest. Dzie­cię nasze zeszło samo­dziel­nie (bez wypadku!!! ufff) z dru­giego pię­tra pra­wie na par­ter. Całe szczę­ście, że go usły­sza­łam, bo pew­nie zauwa­ży­li­by­śmy go na placu zabaw przez okno dopiero. Jezu. Gene­ral­nie to teraz mamy polew i cała ta sytu­acja jest dla nas zabawna, ale wolę nie myśleć, co by się mogło stać. Taki to Misiek. Wycho­dzi z domu, a nawet się nie spyta, czy może ;) Ale mamy nauczkę, że musimy pamię­tać o zamy­ka­niu drzwi na klucz. Bo Michu urósł i sięga do klamki.

Week­end spę­dzi­li­śmy w Gie­rał­to­wie Sta­rym, koło Lądka Zdroju, w Górach Bial­skich. Mariusz był tam kie­dyś w pen­sjo­na­cie Orlik na sfru­wie inte­gra­cyj­nym z firmy. A że jechali też zna­jomi, to posta­no­wi­li­śmy rów­nież poje­chać i wypró­bo­wać w tam­tej­szych gór­kach nowe nosi­dło Miś­kowe. No bo kupi­li­śmy je w zeszłym tygo­dniu, w Deca­th­lo­nie. Deu­ter Kid Com­fort czy jakoś tak.

Co do samego Orlika, to miej­sce fan­ta­styczne — hek­tar ogrodu do leże­nia nad stru­my­kiem, tudzież sie­dze­nia na kocyku, ławce, huś­tawce, czy na czym się chce. Michu miał bez­pieczny teren do cho­dze­nia, do tego cisza i spo­kój, bo ruch tam jest bar­dzo mały. Peł­nia szczę­ścia była w momen­cie wej­ścia do pokoju, gdy oka­zało się, że widok za oknem mamy na maksa odprę­ża­jący — wielka zie­lona góra. Wypas!

Co do nosi­dła, to my jeste­śmy z niego zado­wo­leni, Misiek mniej. Ryczy zazwy­czaj, jak ma do niego wsiąść. Spraw­dza­li­śmy wszystko, czy przy­pad­kiem nie uwiera, obciera i tak dalej. Ale doszli­śmy w końcu do wnio­sku, że Michu się po pro­stu w nosi­dle nudzi. Jak tylko nie jest zbyt­nio zmę­czony, to chce iść sam. Jakoś nie bar­dzo można mu tego zabra­niać, bo w końcu to świet­nie, że chce być samo­dzielny, ale cza­sem faj­nie by było pójść gdzieś dalej niż 100m od domu ;) Swoją drogą, jak Michu się wczo­raj zmę­czył, to pół godziny sie­dział w nosi­dle w dro­dze do pen­sjo­natu i nawet nie kwęk­nął, że chce zejść. Ot, taki Misiek samo­bież­nik :) Liczymy, że się przy­zwy­czai do nosi­dła. Na to, że będzie w nim wolał sie­dzieć niż iść to nie liczymy (zresztą lepiej, żeby się tak nie roz­le­ni­wiał), ale może jak mu coś zain­sta­lu­jemy cie­ka­wego w nosi­dle, w co by mógł podu­sić, co by grało i świe­ciło, to może kie­dyś uda nam się wejść na jakąś górkę :) Można by pró­bo­wać, by Michu szedł na górkę pie­szo, ale jak na razie to nasze dziecko ma swoją kon­cep­cję spa­ce­rów, nie­od­gad­nioną przez nikogo, i zazwy­czaj pro­wa­dzi ona w inną stronę niż ta, w którą zmie­rzamy my — Mariusz i ja. Cóż, można się przyzwyczaić :)

Ponadto Misiek przy­wiózł sobie z Gie­rał­towa nowego siniaka na czole, bo rąb­nął się głową w asfalt. Oczy­wi­ście nie przy­pad­kiem — ze zło­ści na nas. Ale przy­znać trzeba, że to tłu­cze­nie głową w co popad­nie i tak już jest rzad­sze niż wcze­śniej. Poza tym od dawna nie zda­rzyło się, żeby Michu mnie ze zło­ści ugryzł. Pro­gres. Zostało jesz­cze szczy­pa­nie i bicie, ale już też jakby tro­chę osła­bło. Oby udało się Miśka z tego wypro­wa­dzić. Po pro­stu nie umie sobie Miko­łaj radzić z nad­mia­rem nega­tyw­nych emo­cji. Gdy mu się cze­goś zabra­nia albo coś go zde­ner­wuje to tak wła­śnie się zacho­wuje. Wczo­raj jed­nakże doszli­śmy z Mariu­szem do pocie­sza­ją­cego wnio­sku, że Michu, cho­ciaż się tłu­cze głową i wku­rza na nas, że cze­goś mu nie pozwa­lamy, to jed­nak, jak sły­szy, że cze­goś nie wolno, to tego nie robi (zazna­czę, że jak sły­szy w porę, bo gdy już się do cze­goś dorwie i wtedy mu się mówi, że nie wolno, to już jest “po pto­kach”). Czyli nasza kon­se­kwen­cja daje jed­nak jakieś rezul­taty. Powoli Misiek uczy się też, że są rze­czy, któ­rych nie można doty­kać, tudzież miej­sca, w które nie można cho­dzić. Zda­rza się nawet, że potrafi to zaak­cep­to­wać bez żadnej reak­cji nega­tyw­nej. Co prawda jest to jesz­cze rzad­kie, ale i tak duży sukces :)

Misiu w ostat­nim tygo­dniu zro­bił się dłu­go­dy­stan­so­wym spa­ce­ro­wi­czem. Gdy jest ładna pogoda to cho­dzimy na spa­cer dwa razy dzien­nie — raz przed połu­dniem, drugi raz po wie­czór, przed spa­niem — i kilka ostat­nich wypraw osią­gało już czas około 2 godzin. Misiek ma swoją stałą trasę. Od naszej klatki scho­do­wej, po scho­dach w dół, przez ulicę, na plac zabaw do Osady, dalej takim tune­lem w bloku na schody przy skle­pie i albo znów na plac zabaw albo znów pod naszą klatkę i dalej. Coraz mniej woła na ręce — pamięta zazwy­czaj, że jak jest zmę­czony, to trzeba sobie usiąść i odpo­cząć. Siada więc na przy­kład na scho­dach, albo na środku chod­nika :) I uczy się, że jak pije wodę, to też powi­nien sie­dzieć. Cza­sem o tym zapo­mina, ale widzę, że się stara :)

Tyle na dziś. Jutro wybie­ram się z Michem na 3 noce do Głu­chowa. Mam nadzieję, że ta burz­liwa pogoda się uspo­koi, bo szkoda by było być w Głu­cho­wie i sie­dzieć w domu.

W gale­rii oczy­wi­ście nowe zdję­cia z Gie­rał­towa. No i są jesz­cze tro­chę mniej nowe — z ubie­głego tygo­dnia. Kto nie widział, niech zagląda. Link jest tutaj.

W sumie jesz­cze nie koniec. Jesz­cze kino :) Zgod­nie z obiet­nicą, zamiesz­czam kolejny fil­mik z Miś­kiem w roli głów­nej. Tym razem będzie to kino histo­ryczne, z cza­sów, gdy Miś jesz­cze peł­zał :) Przed­sta­wiamy talent muzyczny naszego syna: