Harry Pot­ter i Książę Pół­krwi od trzech dni gości na ekranach kinowych w Pol­sce. Czekałam na tę ekranizację od długiego czasu, zwłasz­cza, że ta część nakręcona była dużo wcześniej, tylko zwlekano z premierą. No i cóż. Wybrałam się wczoraj wieczorem do kina, nastawiona na wartką akcję i por­cję adrenaliny (jak przy Czarze Ognia co naj­mniej) i zonk lekki! Kurde, po raz pierw­szy muszę zgodzić się z recen­zjami, które przed obej­rzeniem filmu prze­czytałam choćby w Wybor­czej. Fak­tycz­nie — film roz­czarował. Uwaga skupiała się więcej na miłost­kach uczniów Hogwartu niż na walce z Vol­demor­tem i tworzeniu ruchu oporu wal­czącego z maskującym wszystko Minister­stwem Magii. Nie pamiętam już za bar­dzo książki, czytałam ją dawno, ale kurde, ludzie, to jest przed­ostat­nia część serii, Vol­demort rośnie w siłę, więc czemu zrobiono z tego film obyczajowy zamiast mrocz­nego tril­lera? Jakoś tak to wszystko się roz­myło. Ech… No cóż, i tak przy­znać muszę, że mi się film podobał, mimo pew­nego roz­czarowania. Efekty specjalne na szczę­ście jak zwykle wymiatały, choć chyba nie mogłoby być już ina­czej. W końcu film miał ogromny budżet do wykorzystania, i z czę­ści na część efek­ciar­stwo i grafika były coraz lep­sze. No ale żeby z tego M jak Miłość zrobić?… Buuuu!

Cóż ponadto? Wczoraj zrobiliśmy sobie wycieczkę krajoznaw­czą po Górach Sowich. Pojechaliśmy rano do Kudowy, ale ponie­waż lało, więc ograniczyliśmy się tylko do przejechania przez miasto, pod­jechania do mar­ketu w czeskim Nachodzie (po słodycze i kilka faj­nych zabawek dla Miśka, które można tam kupić za 3/4 ceny pol­skiej) i stwier­dziliśmy, że w związku z tym pojeź­dzimy sobie po okolicy. Tak więc z Kudowy do Kar­łowa pod Szczeliniec, dalej przez Rad­ków, Kłodzko i w Ząb­kowicach skręciliśmy na Srebrną Górę. Tam wspinaczka nie­mal pod samą twier­dzę i zjazd w stronę Bielawy, dalej Dzier­żoniów i Wrocław. No i szczęki nam opadały na widok Gór Sowich. Mamy je w zasięgu ręki, godzinkę od domu, bo okolice Bielawy prze­cież. Górki śliczne, wcale nie niskie, a takie przez nas nie­do­cenione. Mamy postanowienie gorące, że trzeba nad­robić zaległo­ści i zamiast jeź­dzić po Szczaw­nicach i innych odległych górach, wybrać się w Góry Sowie na wycieczkę. Mam nadzieję, że uda się nam to zrealizować.

Z Miś­kiem zazwyczaj ok. Wczoraj spadł z tap­czanu i nabił sobie wiel­kiego guza na czole, ale to akurat nie pierw­szyzna ;) Poza tym roz­chodził się total­nie, w wózku siedzieć nie chce za bar­dzo, wszędzie go nosi. Roz­wija też swoją pasję związaną z sygnalizacją świetlną. Wydrukowałam mu ostat­nio 3 obrazki ze światłami, zalaminowałam i teraz je ciągle ogląda i powoli zaczyna łapać który kolor jak się nazywa. W dodatku jak bierze je do samo­chodu, to jak stoimy na światłach, to potrafi na swoim obrazku pokazać jakie światło akurat się świeci. Mała rzecz, a jak nas cieszy! :)

Do okularów już się chyba przy­zwyczaiłam. Na początku było ciężko, ale teraz to już nawet nie zwracam uwagi, że je mam.

Tyle na razie. Nic więcej nie przy­chodzi mi do głowy.