Mariusz stwier­dził, że taki tytuł bloga źle się koja­rzy :) Chyba tro­chę ma rację, bo od razu na początku utknę­łam z pisa­niem i nie wiem, od czego by tu zacząć. No to może od tej Majówki na M ;)

Pogoda była śliczna, więc posta­no­wi­li­śmy to wyko­rzy­stać. Mariusz zro­bił wcze­śniej mały reko­ne­sans co do imprez majów­ko­wych na Dol­nym Śląsku. Wyszło nam, że naj­cie­ka­wiej może być w Klicz­ko­wie (Majówka Rycer­ska) i na zamku Książ (Festi­wal Kwia­tów i Sztuki). No więc klamka zapa­dła, poje­cha­lim. 1 maja spę­dzi­li­śmy w Klicz­ko­wie. To była chyba jedna z naj­cie­kaw­szych majó­wek do tej pory, jakie spę­dzi­łam. Nie sądzi­łam, że spodoba mi się kli­mat rycer­ski, a tu nie­spo­dzianka! Zabawa była przed­nia! Co prawda nie udało nam się zwie­dzić zamku jako takiego (z Miś­kiem to ciężko, bo po scho­dach w zamku się nie da wóz­kiem), ale za to na tere­nie wokół zamku było sporo cie­ka­wych imprez z udzia­łem ryce­rzy i dam dworu. Ludzie świet­nie poprze­bie­rani. Widać było dba­łość o każdy szcze­gół w stroju. Do tego sporo stra­ga­nów (czyli to, co Zosia lubi naj­bar­dziej :)) z róż­nego rodzaju cie­ka­wymi przed­mio­tami, stro­jami itd. Przy tej oka­zji zaku­pi­li­śmy sobie figurki ryce­rza i księż­niczki (na pamiątkę dla Miśka) oraz po świet­nym, ręcz­nie robio­nym i wypa­la­nym, kubku.

Jedyną chałą było żarcie. Widać było, że firma obsłu­gu­jąca tzw. sto­iska z gril­lem nie wyro­biła się z ilo­ścią. W związku z tym dowie­ziono gotowe żarcie z Wro­cła­wia (mał­żo­nek sto­jący w kolejce widział). To żarcie było w takim sta­nie, że szkoda gadać. Frytki tak napite ole­jem, że poszły całe do kosza (a kupi­li­śmy je z myślą o Miśku), gyros też, kar­kówka, którą jadł Mariusz w poło­wie też w koszu wylą­do­wała, bo gene­ral­nie wyglą­dała i sma­ko­wała jak pode­szwa. Jedyne, co dało radę to pajda chleba ze smal­cem. Przy­naj­mniej tym się zapcha­li­śmy. Wiemy już, że na majówkę do Klicz­kowa trzeba zabie­rać wła­sny pro­wiant, bo szkoda pie­nię­dzy na coś, co się wyrzuca do kosza po zamówieniu.

Książ. Wresz­cie tam dotar­li­śmy. Już chyba ze dwa lata się wybie­ra­li­śmy, by zwie­dzić ten zamek. Nie­stety, tak, jak Klicz­ków zro­bił na nas od razu świetne wra­że­nie, tak majówka w Książu to było nie­po­ro­zu­mie­nie. Sam zamek śliczny, teren wokół zamku rów­nież. Nawet nie udało nam się całego obejść, taki wielki. Ale tłum, jaki tam tego dnia spo­tka­li­śmy prze­szedł nasze wyobra­że­nie. Do tego naj­gor­sze były stra­gany z mydłem i powi­dłem (dosłow­nie i w prze­no­śni) roz­sta­wione przy leśnej ścieżce wio­dą­cej do zamku. Wyglą­dało to co naj­mniej jak stra­gany w Czę­sto­cho­wie. Pełno pla­stiku, sztucz­nych kwia­tów, dziw­nych ubrań za 5 zł i tan­det­nych zaba­wek. Widok pod­róby tele­tu­bi­sia oraz dmu­cha­nego Kubu­sia Puchatka (że to Pucha­tek doszli­śmy do tego po kolo­rach ubranka, bo gene­ral­nie wyglą­dał jak krzy­żówka świni z ufo­lud­kiem) dopeł­niał cało­ści kiczu.

Na zamku zasta­li­śmy już ten wła­ściwy Festi­wal. Ufff… Bo już mia­łam stres, że te stra­gany z pla­sti­kiem to ta “sztuka”… Na dzie­dziń­cach poroz­sta­wiane były sto­iska z róż­nymi sadzon­kami i krza­kami (tro­chę sobie ina­czej to wyobra­ża­łam, liczy­łam na sto­iska z kwia­tami w sta­nie bar­dziej cię­tym niż w nasio­nach i cebul­kach ;)). Do tego pełno róż­nego typu sponsorów-ściemniaczy wci­ska­ją­cych, że ich bank jest naj­lep­szy, ich ubez­pie­cze­nie jest naj­ko­rzyst­niej­sze i ich samo­chód jest naj­bez­piecz­niej­szy. Ech…

Na szczę­ście nie wszystko było do d… Mał­żo­nek posie­dział na ławeczce z Miś­kiem a ja poszłam zwie­dzać wnę­trze zamku. I oka­zało się, że to był dobry pomysł, bo tam wresz­cie zna­la­złam to, czego się spo­dzie­wa­łam po tym roz­re­kla­mo­wa­nym festi­walu. Kom­naty zam­kowe były wystro­jone pięk­nymi bukie­tami róż­nym pra­cowni flo­ry­stycz­nych. Do tego na kory­ta­rzach roz­sta­wiono sto­iska ze sztuką użyt­kową i biżu­te­rią. Naby­łam więc kolej­nego anioła do kolek­cji :) Zro­bi­łam kilka zdjęć i wró­ci­łam do moich dziel­nych chło­pa­ków. Potem zeszli­śmy do ogro­dów zam­ko­wych. Tam Misiek miał raj. Wyję­li­śmy go z wózka, w związku z czym Michu zaraz prze­szedł na czwo­raki. Ponie­waż nie było tam trawy (to zna­czy była, ale tylko taka do podzi­wia­nia), więc dziecko nasze odkryło kamyki. A z kamy­kami można robić różne fajne rze­czy. Na przy­kład można je wkła­dać na murek, a potem zrzu­cać. Albo wrzu­cać do fon­tanny. Można je też lizać, ale wtedy mama krzy­czy :) Naj­więk­szą frajdą były wła­śnie fon­tanny. Misiek nie prze­pu­ścił żadnej — przy każ­dej trzeba było postać kil­ka­na­ście minut, by Michu mógł nawrzu­cać do niej kamy­ków. Oczy­wi­ście każde odej­ście od fon­tanny koń­czyło się histe­rią i wyciem. Co za Misiek :)

W skró­cie naszą majówkę można uznać za bar­dzo udaną. Do Klicz­kowa na pewno jesz­cze poje­dziemy, i to wła­śnie też na Majówkę Rycer­ską, bo warto. Do Książa poje­dziemy rów­nież, ale na pewno nie na majówkę tudzież inny festi­wal, bo nie warto. Po Książu czu­jemy nie­do­syt. Tam trzeba poje­chać na cały dzień, w zwy­kłą nie­dzielę, bez kil­ku­dzie­się­ciu tysięcy ludzi, i spo­koj­nie pozwie­dzać i pospa­ce­ro­wać. Bo teraz się nie dało.

Cóż poza tym? Dziś byłam z Michem u kar­dio­loga na bada­niach kon­tro­l­nych. Przed­sionki jesz­cze nie zro­śnięte, ale szpara jest na 2mm, więc malutka, a że serce rośnie, więc jakby się zmniej­szała. Poza tym tej wiel­ko­ści szpara nie prze­szka­dza w niczym. No chyba że Michu za 20 lat zama­rzy sobie zostać nur­kiem. Wtedy, jeśli mu się jesz­cze do tego czasu nie zro­sną, to mu założą jakie­goś klipsa czy coś w tym stylu. A zresztą, nie będą mu musieli zakła­dać, bo już ja mu wybiję z głowy nur­ko­wa­nie ;)
Do ponow­nej kon­troli mamy zgło­sić się dopiero za rok.

Minione cie­płe dni (od przed­wczo­raj pogoda zbrzy­dła nagle) wyko­rzy­sty­wa­li­śmy na spa­cerki do parku i pia­skow­nicy. Michu co prawda stra­cił zain­te­re­so­wa­nie pia­skiem, ale bar­dzo chęt­nie poczy­niał róż­nego rodzaju samo­dzielne eks­pe­dy­cje. Gene­ral­nie po każ­dej takiej wypra­wie Michu nada­wał się do wrzu­ce­nia do wanny razem z ciu­chami. Taki był brudny. Ale nie ma co się dzi­wić, w końcu racz­ko­wa­nie po tra­wie w parku i kamie­niach przy huś­taw­kach musiało dać taki efekt. Mie­li­śmy nawet raz z Mariu­szem par­cie, by zabrać ze sobą koc, poło­żyć Micha na kocu a my paletki i jazda grać. No ale doszli­śmy do wnio­sku, że to się nie spraw­dzi. Koc by leżał, paletki też, a my i tak bie­ga­li­by­śmy za Miś­kiem po oko­licy. Taki się z niego wyciecz­ko­wicz zro­bił :) Byle go jakieś klesz­cze nie zaata­ko­wały, to będzie dobrze. Mie­li­śmy go zacze­pić, ale był chory, a potem już było podobno za późno. W przy­szłym roku trzeba będzie pamiętać.

Jutro idziemy do szcze­pie­nia. Przy­po­mi­na­jąca dawka infan­rixu hexa po roku. Jesz­cze zostaną nam poke­mony (pneu­mo­koki zna­czy się) i chyba koniec na ten rok. O ile cze­goś nie kręcę. W ogóle byłam u pedia­try jakiś czas temu w związku z kartą wypi­sową, która przy­szła ze Szcze­cina po bada­niach krwi zle­co­nych przez dr Hna­ty­szyn. Pedia­tra kazała odsta­wić wita­minę d (to zro­bi­łam już wcze­śniej, suge­ru­jąc się zale­ce­niami z karty) i dała skie­ro­wa­nie do poradni endo­kry­no­lo­gicz­nej. Mają tam dalej badać Miśka pod wzglę­dem prze­kro­czo­nego poziomu wita­miny. No ale dodzwo­nić się tam strasz­nie ciężko. Jak tak dalej pój­dzie to trzeba będzie się oso­bi­ście pofa­ty­go­wać i zapisać.

W przy­szłą środę idziemy na wizytę kon­tro­lną do dr Dołyk, neu­rolga. Zoba­czymy, co powie. Michu nadal nie cho­dzi samo­dziel­nie. Nawet się za to nie zabiera jesz­cze. Nasze próby zachę­ce­nia go nie dają żadnego efektu. No zoba­czymy. Pew­nie trzeba będzie zro­bić rezo­nans. Jeśli dr Dołyk nam go nie zleci to pew­nie zleci go dr Hna­ty­szyn, bo jakoś słabo moż­liwe jest, by Michu przez mie­siąc zaczął płyn­nie cho­dzić. Jeśli się w ogóle nauczy samo­dziel­nie cho­dzić przez ten mie­siąc, to będę uwa­żać to za duży sukces.

No, ale w innych spra­wach Michu jest mistrzem :) W ciągu kilku zale­d­wie minut zała­pał na czym polega picie przez słomkę. Mimo że nic na to nie wska­zy­wało, że rozu­mie jak to się robi. A tu dzielny chło­pak po kilku demon­stra­cjach mamy i przy kupie śmie­chu nagle poka­zał, że sam też potrafi! Tak samo było z jeź­dzi­kiem. Posa­dzi­łam go któ­re­goś dnia i poka­za­łam jak zejść. Po chwili Michu pięk­nie prze­ło­żył nogę i usiadł. W ten sam spo­sób zszedł po chwili. I nawet sam wykom­bi­no­wał, że jak się chwyci kie­row­nicy z dwu stron, to mu się nie wyko­pyrt­nie :) Do tego wszyst­kiego zaczął się na jeź­dziku prze­miesz­czać. Co prawda odpy­cha się na razie do tyłu, ale i tak zuch chłopak!

Nasze częst­sze wizyty na pły­walni dają zamie­rzony efekt. Michu przy­po­mniał sobie, że można pły­wać. Co prawda z koor­dy­na­cją rąk i nóg jest jesz­cze kiep­sko, ale nie można mieć wszyst­kiego od razu. Jakby na to nie spoj­rzeć, Michu ma dopiero 17 mie­sięcy. Wiele dzieci w jego wieku jesz­cze nigdy na pły­walni nie było. A nasze dzie­cię potrafi już utrzy­mać się samo­dziel­nie w rękaw­kach i kółku na wodzie, w samych rękaw­kach też już kom­bi­nuje. Powoli oswaja się z deseczką — że jak nie ma mamy, to się trzeba deseczki chwy­cić. Cały czas ćwiczymy też prze­miesz­cza­nie się. Coraz lepiej mu wycho­dzi. Cza­sem zda­rza mu się prze­pły­nąć bez mojej pomocy kawa­łek :) W ogóle Misiek kapi­tal­nie oswo­jony jest z wodą. Wie co robić przy nur­ko­wa­niu, żeby się nie zakrztu­sić. Nie robi tra­ge­dii gdy mu ktoś na gębę nachla­pie. Przy nie­spo­dzie­wa­nych pod­to­pie­niach tez świet­nie sobie radzi. Wodę jed­nym sło­wem uwiel­bia. I chwała nam za to! Moim ple­com w szcze­gól­no­ści, bo nie ma co ściem­niać — każda wyprawa z Michem na basen to dla mnie nie­zła fizyczna robota. Ale jak widać efekty, to i strzy­ka­nie w krzyżu mniej przeszkadza ;)

W ogóle to Michu na base­nie zna­lazł sobie kilka nowych atrak­cji (mam na myśli aqu­apark, bo tam jest pusz­czany w miarę swo­bod­nie). Pierw­sza to łaże­nie wzdłuż basenu z falami. Pusz­cza się go przy jed­nym końcu, a Michu sobie wędruje po brzegu basenu, chlu­stany falami, na drugi koniec. Przy oka­zji tej wycieczki staje na kilka minut przy ratow­niku i szcze­rzy do niego zęby. Auten­tycz­nie. Aż mi cza­sem głu­pio :) Bo Michu cen­tral­nie siada na klęcz­kach przed panem/panią, zadziera głowę i strzela swój uśmiech pod tytu­łem “policz wszyst­kie moje 20 zębów”. Ratow­nik ma polew, czym utwier­dza Miśka w prze­ko­na­niu, że ma tak dalej stać i się szcze­rzyć. Ech… ;)

Dalej, atrak­cyjna jest zjeż­dżal­nia przy bro­dziku. Tu już moje ręce i plecy po kilku zjaz­dach odma­wiają posłu­szeń­stwa. Nie­stety Michu też posłu­szeń­stwa odma­wia i nie chce sły­szeć, że ze zjeż­dżalni na dziś koniec.

Kilka razy, od kiedy zro­biło się cie­pło, wyszłam z Miś­kiem na basen zewnętrzny. Woda jest w nim pod­grzana, tyle, że jest się na dwo­rze. Zazwy­czaj wycho­dzimy na zwy­kły basen, ale ostat­nio poszli­śmy do solanki na zewnątrz. No i tu Michu czuł się jak na uczcie — jak tylko spró­bo­wał, że woda jest słona, to nie było siły — cały czas ją chłep­tał. Bleee :)

Misiek ma swo­jego ulu­bio­nego plu­szaka. Wiem to na pewno. Jakiś czas temu myśle­li­śmy, że takową rolę speł­nia kaczuszka. Ale zauwa­ży­łam, że jak jej nie ma, to gene­ral­nie Michu tego jakoś szcze­gól­nie nie zauważa. Nato­miast teraz jest ina­czej. Miko­łaj na Wiel­ka­noc dostał plu­szo­wego pie­ska od szcze­ciń­skiego zajączka. Pie­sek od razu przy­padł mu do gustu. Na początku nie kła­dłam mu go do łóżeczka na czas spa­nia, bo wyda­wał mi się za duży. Aż tu pew­nego dnia moje dziecko przed spa­niem poka­zuje na pie­ska. Poda­łam mu go i od tego czasu sprawa wygląda mniej-więcej tak: przed każ­dym zaśnię­ciem wszyst­kie “drobne” plu­szaki zostają wyrzu­cone z łóżeczka, nato­miast zostaje tylko pie­sek i poduszka. Miko­łaj kła­dzie na mate­racu poduszkę, na podusi pie­ska, na pie­sku głowę i tak zasy­pia naj­czę­ściej. Pie­sek ani razu nie wylą­do­wał na pod­ło­dze. To w przy­padku Miśka ozna­cza, że pie­sek ma spe­cjalne względy :) Bar­dzo mi się to podoba :)

Ostat­nio prze­ży­li­śmy z Mariu­szem chwilę grozy. Coś tam gadamy o obci­na­niu wło­sów i mówię do Mariu­sza: “Trzeba Ci w końcu ogo­lić te kudły”. Na to Misiek, który bawił się obok, łapie się za włosy. Mariusz i ja w szoku. Skąd Misiek zna słowo kudły? Czyżby aż tak czę­sto padało w naszym domu, że je przy­swoił? Od razu wnio­sek: trzeba się bar­dziej pil­no­wać co do tego, co mówimy przy Miśku, bo zaczyna coraz wię­cej łapać. Któ­re­goś dnia nas skom­pro­mi­tuje ;) Na szczę­ście następ­nego dnia oka­zało się, że musiał to być przy­pa­dek. Kil­ku­krot­nie pytany gdzie są kudły Misiek nie potra­fił poka­zać. Całe szczę­ście. Co prawda niby nic to strasz­nego, takie kudły, ale wola­ła­bym, aby nasze dzie­cię choć tro­chę potra­fiło wysło­wić się popraw­nie ;) Nie tak jak mama i tata ;)

Zaczę­li­śmy sadzać Miśka na noc­nik. Po tygo­dniu udało się raz wysi­kać, przy czym Michu nawet tego nie zare­je­stro­wał chyba. Z kon­kre­tami jest gorzej, bo Michu zazwy­czaj robi kupajcę jak śpi. Jak go rano wycią­gam z łóżka to już jest po wszyst­kim. No, ale może kie­dyś uda się tra­fić na czas w noc­nik i zakuma :)

To chyba tyle. W gale­rii są zdję­cia z Klicz­kowaKsiąża. I jesz­cze chyba jakieś Miko­ła­jowe, o ile dobrze koja­rzę. Zapra­szam serdecznie :)

P.S. Jakiś czas temu pisa­łam o uwiel­bie­niu Miśka do pisa­nia. Oto dwa dzieła, jedne z pierw­szych :) Dla wni­kli­wych — na tym dru­gim to kółko jest mojego autor­stwa. Miś jesz­cze nie “kół­kuje” :) A trzeci obra­zek to listy napi­sane przez Tosię, by Zają­czek nie pomy­lił się z wło­że­niem pre­zen­tów do koszyczków :)