Frustracje pacjenta polskiej służby zdrowia czyli jak szybko wykończyć się nerwowo albo umrzeć czekając na swoją kolejkę

Każdy kontakt ze służbą zdrowia kończy się u mnie nie lada wkurwieniem. Tak, brzydko piszę, ale to mój blog i pisać mi wolno nawet nieparlamentarnie. Jak komuś przeszkadza, niech nie czyta. A dzieci przepraszam. Zresztą wątpliwe, by dziecię jakieś czytało moje wypociny…

Wracając do wkurwienia… Od urodzenia Micha kontakt z lekarzami jest na porządku dziennym. Nie ma miesiąca, który byłby wolny od chociaż jednej wizyty (nie licząc tych rehabilitacyjnych w Promyku Słońca, do którego chodzimy trzy razy w tygodniu). Zawsze coś – neurolog, kardiolog, okulista, pediatra, lekarz rehabilitacji, ortopeda, strutypierduty… i tak w kółko. Obecnie poszukujemy endokrynologa. Mamy skierowanie od lekarza POZ, więc cóż, może się uda na nfz? Po dwóch tygodniach dodzwaniania się do szpitala na Wrońskiego (a to zajęte, a to nikt nie odbiera, a to nie wiem co…) wreszcie ktoś podnosi słuchawkę i co słyszę? – termin na 3 listopada… Co mam zrobić? Rejestruję Miśka, ale jednocześnie szukam dalej, może coś prywatnie? Znalazłam dobre opinie o jednym doktorze – niestety nie przyjmuje prywatnie (aż dziwne), a przez przychodnię kolejki takie jak na Wrońskiego. Pytam pediatry czy może kogoś prywatnie polecić. Dr Barg z Onkomedu. Dzwonię. Termin – 10 września. Rejestruję Miśka. Zawsze to dwa miechy wcześniej. Ale szukam dalej. Google – dr Barg przyjmuje jeszcze w Medicoverze. Dzwonię. Po milionie informacji od automatu typu: jak chcesz porozmawiać z satanistą naciśnij 666, w końcu udaje mi się połączyć z rejestracją. Termin – 28 lipca. No, to już całkiem nieźle. Póki co, sprawa nie wydaje się super paląca, więc dwa miesiące możemy poczekać. Rejestruję Miśka. To już trzecie miejsce. Zastanawiam się, czy odwołać w Onkomedzie, ale myślę sobie, że nie, że zostawię, odwołam po wizycie w Medicoverze. No i miałam rację. Po dwóch godzinach telefon. Medicover bardzo przeprasza, ale dr Barg nie przyjmuje pacjentów prywatnych, jedynie tych, którzy mają wykupiony abonament ubezpieczenia zdrowotnego. Ręce opadają. Podobnie zresztą było z ortopedą – najlbliższy termin, gdy pytałam o to w marcu – sierpień, więc jak Michu zacznie dobrze chodzić to i tak będzie trzeba iść prywatnie. To jakieś kpiny. Pomijam fakt, że 4 maja, pierwszego dnia rejestracji na terminy czerwcowe w Promyku Słońca, stałam od wpół do szóstej rano w kolejce, żeby się załapać na wizytę w czerwcu u dr Kwapisz. Stałam tylko trzy godziny w sumie, bo o wpół dziewiątej dotarłam do rejestracji (czynna od 7). Ale jak wychodziłam to kolejka ciągnęła się w dół po schodach jeszcze. A ci, co w ogóle byli na samym początku tej długiej kolejki stali tam już od wieczora dnia poprzedniego. Zresztą, co tu gadać, ja stałam od wpół szóstej, w związku z czym udało mi się tylko zapisać do dr Kwapisz i raz w tygodniu na Bobathy. Mimo że jesteśmy tzw. ośrodkowi, i mamy zlecone Bobathy dwa razy w tygodniu. Nasza terapeutka wyjeżdża na cały czerwiec na kurs, w związku z czym musieliśmy się na ten miesiąc zapisać do kogoś innego. No ale na ile się to udało, sami widzicie.

I powiedzcie – jak tu nie przeklinać? Jak się nie wkurzać? Ręce opadają po prostu.

Obliczyłam składkę w Medicoverze, można to zrobić na stronie. Niestety, nie można zapisać samego dzieciaka, musi być też rodzic jeden. W każdym razie przy ubezpieczeniu zupełnie podstawowym dla dorosłego (internista bez ograniczeń, ginekolog b.o., podstawowe badania krwi i coś tam jeszcze) oraz full wypas ubezpieczenie dla Miśka (z wszelkimi konsultacjami specjalistycznymi i badaniami typu rezonanse i tak dalej) wychodzi jakieś 310-330 zł miesięcznie. Wydaje się trochę drogo. Chociaż, jak pomyślę, że i tak miesięcznie wydajemy sporą kasę na leczenie poza nfz, plus wydzwanianie po przychodniach i googlanie do kogo pójść, to zaczynam rozumieć ten cennik. Może można znaleźć coś tańszego, sprawdziłam parę ofert, ale Medicover wydaje się najsensowniejszy. Może kiedyś… Generalnie masakra. Najgorsze, że i tak trzeba płacić ubezpieczenie zdrowotne państwowe. Dziady parszywe!

Z innej beczki – Misiek zaczął chodzić prowadzany za ręce (16 maja 2009). Za sprawą mamy Mariusza. Po pierwszych wzruszeniach i radościach okazało się, że mamy zakaz prowadzania, bo Micha nogi nie przygotowane do chodzenia do przodu zupełnie. Lewą tak strasznie koślawi, że jak terapeutka zobaczyła to się za głowę złapała. Zabroniła prowadzać, bo robimy krecią robotę – to, co udało się nam wspólnymi siłami u Miśka przez ostatnie miesiące naprawić jeśli chodzi o stopy, przez prowadzanie spartaczymy z powrotem. Bo przy meblach chodząc i stając to Miś już naprawdę dobrze stawia stopy. No a jak go zaczniemy teraz ciągać w przód, to wrócimy do stanu sprzed rehabilitacji, dodatkowo psując coś tam w miednicy i kręgosłupie. Szkoda. Miśkowi bardzo spodobał się chodzenie za ręce i jak mu się przypomni, to tak z raz dziennie bierze mnie za rękę i pokazuje, że chce iść. Nie zawsze uda się odwrócić uwagę. Czasem, przyznaję, że go prowadzę. Chociaż i tak myślę, że najważniejsze w tym wszystkim jest to, że Michu się przełamał i przestał się bać zrobić krok. Miejmy nadzieję, że reszta przyjdzie z czasem. Zasada jest taka, że Michu ma najpierw stanąć pewnie na obydwu stopach, stanąć samodzielnie, i zacząć robić samodzielnie kroki do przodu. Choć jeden. I wtedy można mu pomóc. Do tego czasu – zakaz prowadzania. Nie jest lekko.

Michu się rozgaduje poza tym. Do „mama”, „tata”, „baba”, „ne” (nie) od wczoraj (19 maja 2009) dołączyć można „koko”. Nie bezmyślnie. Pytany „Jak robi kurka?” odpowiada „koko” :) Wypas po prostu. W ogóle to ciągle obserwuję i nadziwić się nie mogę, jak taka prosta rzecz jak pochwała i bicie brawo motywuje dzieciaka. Widzę po Michu, że gdy pochwalę jakąś jego czynność i w dodatku dorzucę brawa, to zaraz piętnaście razy powtórzy oczekując na ciąg dalszy braw. Czasem to się nawet domaga – zrobi coś i jak nie ma reakcji, to sam sobie bije brawo i pokazuje mi, że też mam bić :) Świetne to jest. Czasem, jak się da, próbuję podwyższyć poprzeczkę – mówię na przykład: Misiu, wiem już, że potrafisz świetnie to zrobić. Teraz brawo będzie gdy zrobisz to tak i tak. No i Misiu próbuje :) Nie zawsze zaczai od razu, o co mi chodzi, ale zdarza się, że zrobi coś więcej. Mądry facet :)

Do tego wszystkiego należy dorzucić buziaki. Raz na kilka dni zdarzy się, że Miś da buziaka, takiego standardowego. Wie o co chodzi, gdy proszę: daj buziaka, ale nie zawsze buziak jest. Widać, że facet nie taki łatwy, nie całuje na prawo i lewo ;) Ale za to, gdy z Misiem gdzieś wychodzimy, albo ktoś wychodzi, to na słowo: buziak, Misiek posyła całusa :) Bestia pocieszna :)

Jutro idziemy do kina. Do Micha przyjdzie Ola, a my do Mongolii na „Anioły i demony”. Ciekawe, czy mocno się rozczaruję…

W galerii jest trochę nowych zdjęć. Są tu i tu. Oczywiście Miśkowe. Zapraszam!

Takie tam

Wczoraj byłam z Michem u doktor Dołyk, neurologa. Generalnie znowu mnie zdołowała, powiedziała, że nadal trudno konkrety podać, ale obawia się, że owo opóźnienie u Miśka może przerodzić się w upośledzenie lekkiego stopnia. Mam nadzieję, że się myli, i że jednak Misiek wyrówna wszystkie straty.

Zaleciła zrobić ponowne badania na hormony tarczycy, spróbować jeszcze pochodzić z Miśkiem na zajęcia do psychologa (żeby ktoś mu indywidualny program ułożył), no i położyć Miśka na oddziale neurologii dziecięcej w celu głębszej diagnostyki problemu. Bo ciągle nie wiemy, co tak Micha opóźnia. Co do tego oddziału, to nie jest to konieczne, ale zalecone, więc na razie z Mariuszem postanowiliśmy poczekać do czerwcowej wizyty w Szczecinie u dr Hnatyszyn. Chcemy zobaczyć, co ona zaleci i wtedy zadecydujemy. Pewnie koniec końców Michu i tak wyląduje na oddziale. Póki co to muszę się bardzo spiąć z pracą magisterską, napisać to badziewie jak najszybciej, żeby w razie czego, nie mieć już na głowie pisania, tylko samego Miśka.

Dr Dołyk radzi też powoli rozejrzeć się za odpowiednim przedszkolem dla Miśka. Mówi, żebyśmy dobrze je wybrali, z nastawieniem na przedszkole z dużym wyborem zajęć rozwijających poznawczo, z opieką psychologa i logopedy. Na moje oko to optymalne byłoby jakieś przedszkole montessoriańskie, ale nie wiem, czy jest takie we Wrocławiu. Muszę poszukać. Wiem, że jest jedno – Klub Krasnoludka, które opiera się na pedagogice Montessori i Wygotskiego. Myślę, że i to byłoby ok. Trzeba będzie się rozejrzeć.

Misiek ma ostatnio pęd na robienie „papa” :) Zrozumiał sytuację, w której „papa” zrobić należy i ostatnio macha łapskami wszystkim i wszędzie :) Nawet już mu czasem nie trzeba mówić, żeby zrobił, tylko tak sam z siebie macha :)

Michu dostał w prezencie od dziadków z Gniezna tablicę. Wypatrzyliśmy ją niedawno w Smyku i pomyśleliśmy, że mogłaby się Michowi przydać. Z jednej strony jest czarna, do pisania kredą, z drugiej strony biała – suchościeralna, na pisaki. Do tego na tej białej stronie są klipsy do zawieszania papieru, no i jest namagnesowana. W pakiecie było chyba z pięć kompletów z literkami i cyferkami, które można na magnes przyczepiać. Na razie Michu rysuje kredą (rysuje, kruszy, łamie, zjada i co jeszcze tylko można z kredą robić) i frajdę ma z tego niesamowitą :) Przy okazji ćwiczy też stawanie, może w końcu zaczai, że można stać nie opierając się o nic.

Za tydzień w sobotę mam absolutorium w Poznaniu. W końcu koniec!

No i tyle chyba na dziś. A nie, jeszcze jedno. Wczoraj byliśmy z Mariuszem w kinie na „Star Trek”. Jestem w szoku, bo mi się ten film autentycznie spodobał! Mnie – Zosi, która za fantastyką z kosmosu nie przepada za bardzo! Tak więc polecam, bo warto obejrzeć. Co prawda istnieje ryzyko, że obejrzany w domu na tv nie zrobi już takiego wrażenia, ale do kina na pewno warto się na niego pofatygować :)

M jak Majówka ;)

Mariusz stwierdził, że taki tytuł bloga źle się kojarzy :) Chyba trochę ma rację, bo od razu na początku utknęłam z pisaniem i nie wiem, od czego by tu zacząć. No to może od tej Majówki na M ;)

Pogoda była śliczna, więc postanowiliśmy to wykorzystać. Mariusz zrobił wcześniej mały rekonesans co do imprez majówkowych na Dolnym Śląsku. Wyszło nam, że najciekawiej może być w Kliczkowie (Majówka Rycerska) i na zamku Książ (Festiwal Kwiatów i Sztuki). No więc klamka zapadła, pojechalim. 1 maja spędziliśmy w Kliczkowie. To była chyba jedna z najciekawszych majówek do tej pory, jakie spędziłam. Nie sądziłam, że spodoba mi się klimat rycerski, a tu niespodzianka! Zabawa była przednia! Co prawda nie udało nam się zwiedzić zamku jako takiego (z Miśkiem to ciężko, bo po schodach w zamku się nie da wózkiem), ale za to na terenie wokół zamku było sporo ciekawych imprez z udziałem rycerzy i dam dworu. Ludzie świetnie poprzebierani. Widać było dbałość o każdy szczegół w stroju. Do tego sporo straganów (czyli to, co Zosia lubi najbardziej :)) z różnego rodzaju ciekawymi przedmiotami, strojami itd. Przy tej okazji zakupiliśmy sobie figurki rycerza i księżniczki (na pamiątkę dla Miśka) oraz po świetnym, ręcznie robionym i wypalanym, kubku.

Jedyną chałą było żarcie. Widać było, że firma obsługująca tzw. stoiska z grillem nie wyrobiła się z ilością. W związku z tym dowieziono gotowe żarcie z Wrocławia (małżonek stojący w kolejce widział). To żarcie było w takim stanie, że szkoda gadać. Frytki tak napite olejem, że poszły całe do kosza (a kupiliśmy je z myślą o Miśku), gyros też, karkówka, którą jadł Mariusz w połowie też w koszu wylądowała, bo generalnie wyglądała i smakowała jak podeszwa. Jedyne, co dało radę to pajda chleba ze smalcem. Przynajmniej tym się zapchaliśmy. Wiemy już, że na majówkę do Kliczkowa trzeba zabierać własny prowiant, bo szkoda pieniędzy na coś, co się wyrzuca do kosza po zamówieniu.

Książ. Wreszcie tam dotarliśmy. Już chyba ze dwa lata się wybieraliśmy, by zwiedzić ten zamek. Niestety, tak, jak Kliczków zrobił na nas od razu świetne wrażenie, tak majówka w Książu to było nieporozumienie. Sam zamek śliczny, teren wokół zamku również. Nawet nie udało nam się całego obejść, taki wielki. Ale tłum, jaki tam tego dnia spotkaliśmy przeszedł nasze wyobrażenie. Do tego najgorsze były stragany z mydłem i powidłem (dosłownie i w przenośni) rozstawione przy leśnej ścieżce wiodącej do zamku. Wyglądało to co najmniej jak stragany w Częstochowie. Pełno plastiku, sztucznych kwiatów, dziwnych ubrań za 5 zł i tandetnych zabawek. Widok podróby teletubisia oraz dmuchanego Kubusia Puchatka (że to Puchatek doszliśmy do tego po kolorach ubranka, bo generalnie wyglądał jak krzyżówka świni z ufoludkiem) dopełniał całości kiczu.

Na zamku zastaliśmy już ten właściwy Festiwal. Ufff… Bo już miałam stres, że te stragany z plastikiem to ta „sztuka”… Na dziedzińcach porozstawiane były stoiska z różnymi sadzonkami i krzakami (trochę sobie inaczej to wyobrażałam, liczyłam na stoiska z kwiatami w stanie bardziej ciętym niż w nasionach i cebulkach ;)). Do tego pełno różnego typu sponsorów-ściemniaczy wciskających, że ich bank jest najlepszy, ich ubezpieczenie jest najkorzystniejsze i ich samochód jest najbezpieczniejszy. Ech…

Na szczęście nie wszystko było do d… Małżonek posiedział na ławeczce z Miśkiem a ja poszłam zwiedzać wnętrze zamku. I okazało się, że to był dobry pomysł, bo tam wreszcie znalazłam to, czego się spodziewałam po tym rozreklamowanym festiwalu. Komnaty zamkowe były wystrojone pięknymi bukietami różnym pracowni florystycznych. Do tego na korytarzach rozstawiono stoiska ze sztuką użytkową i biżuterią. Nabyłam więc kolejnego anioła do kolekcji :) Zrobiłam kilka zdjęć i wróciłam do moich dzielnych chłopaków. Potem zeszliśmy do ogrodów zamkowych. Tam Misiek miał raj. Wyjęliśmy go z wózka, w związku z czym Michu zaraz przeszedł na czworaki. Ponieważ nie było tam trawy (to znaczy była, ale tylko taka do podziwiania), więc dziecko nasze odkryło kamyki. A z kamykami można robić różne fajne rzeczy. Na przykład można je wkładać na murek, a potem zrzucać. Albo wrzucać do fontanny. Można je też lizać, ale wtedy mama krzyczy :) Największą frajdą były właśnie fontanny. Misiek nie przepuścił żadnej – przy każdej trzeba było postać kilkanaście minut, by Michu mógł nawrzucać do niej kamyków. Oczywiście każde odejście od fontanny kończyło się histerią i wyciem. Co za Misiek :)

W skrócie naszą majówkę można uznać za bardzo udaną. Do Kliczkowa na pewno jeszcze pojedziemy, i to właśnie też na Majówkę Rycerską, bo warto. Do Książa pojedziemy również, ale na pewno nie na majówkę tudzież inny festiwal, bo nie warto. Po Książu czujemy niedosyt. Tam trzeba pojechać na cały dzień, w zwykłą niedzielę, bez kilkudziesięciu tysięcy ludzi, i spokojnie pozwiedzać i pospacerować. Bo teraz się nie dało.

Cóż poza tym? Dziś byłam z Michem u kardiologa na badaniach kontrolnych. Przedsionki jeszcze nie zrośnięte, ale szpara jest na 2mm, więc malutka, a że serce rośnie, więc jakby się zmniejszała. Poza tym tej wielkości szpara nie przeszkadza w niczym. No chyba że Michu za 20 lat zamarzy sobie zostać nurkiem. Wtedy, jeśli mu się jeszcze do tego czasu nie zrosną, to mu założą jakiegoś klipsa czy coś w tym stylu. A zresztą, nie będą mu musieli zakładać, bo już ja mu wybiję z głowy nurkowanie ;)
Do ponownej kontroli mamy zgłosić się dopiero za rok.

Minione ciepłe dni (od przedwczoraj pogoda zbrzydła nagle) wykorzystywaliśmy na spacerki do parku i piaskownicy. Michu co prawda stracił zainteresowanie piaskiem, ale bardzo chętnie poczyniał różnego rodzaju samodzielne ekspedycje. Generalnie po każdej takiej wyprawie Michu nadawał się do wrzucenia do wanny razem z ciuchami. Taki był brudny. Ale nie ma co się dziwić, w końcu raczkowanie po trawie w parku i kamieniach przy huśtawkach musiało dać taki efekt. Mieliśmy nawet raz z Mariuszem parcie, by zabrać ze sobą koc, położyć Micha na kocu a my paletki i jazda grać. No ale doszliśmy do wniosku, że to się nie sprawdzi. Koc by leżał, paletki też, a my i tak biegalibyśmy za Miśkiem po okolicy. Taki się z niego wycieczkowicz zrobił :) Byle go jakieś kleszcze nie zaatakowały, to będzie dobrze. Mieliśmy go zaczepić, ale był chory, a potem już było podobno za późno. W przyszłym roku trzeba będzie pamiętać.

Jutro idziemy do szczepienia. Przypominająca dawka infanrixu hexa po roku. Jeszcze zostaną nam pokemony (pneumokoki znaczy się) i chyba koniec na ten rok. O ile czegoś nie kręcę. W ogóle byłam u pediatry jakiś czas temu w związku z kartą wypisową, która przyszła ze Szczecina po badaniach krwi zleconych przez dr Hnatyszyn. Pediatra kazała odstawić witaminę d (to zrobiłam już wcześniej, sugerując się zaleceniami z karty) i dała skierowanie do poradni endokrynologicznej. Mają tam dalej badać Miśka pod względem przekroczonego poziomu witaminy. No ale dodzwonić się tam strasznie ciężko. Jak tak dalej pójdzie to trzeba będzie się osobiście pofatygować i zapisać.

W przyszłą środę idziemy na wizytę kontrolną do dr Dołyk, neurolga. Zobaczymy, co powie. Michu nadal nie chodzi samodzielnie. Nawet się za to nie zabiera jeszcze. Nasze próby zachęcenia go nie dają żadnego efektu. No zobaczymy. Pewnie trzeba będzie zrobić rezonans. Jeśli dr Dołyk nam go nie zleci to pewnie zleci go dr Hnatyszyn, bo jakoś słabo możliwe jest, by Michu przez miesiąc zaczął płynnie chodzić. Jeśli się w ogóle nauczy samodzielnie chodzić przez ten miesiąc, to będę uważać to za duży sukces.

No, ale w innych sprawach Michu jest mistrzem :) W ciągu kilku zaledwie minut załapał na czym polega picie przez słomkę. Mimo że nic na to nie wskazywało, że rozumie jak to się robi. A tu dzielny chłopak po kilku demonstracjach mamy i przy kupie śmiechu nagle pokazał, że sam też potrafi! Tak samo było z jeździkiem. Posadziłam go któregoś dnia i pokazałam jak zejść. Po chwili Michu pięknie przełożył nogę i usiadł. W ten sam sposób zszedł po chwili. I nawet sam wykombinował, że jak się chwyci kierownicy z dwu stron, to mu się nie wykopyrtnie :) Do tego wszystkiego zaczął się na jeździku przemieszczać. Co prawda odpycha się na razie do tyłu, ale i tak zuch chłopak!

Nasze częstsze wizyty na pływalni dają zamierzony efekt. Michu przypomniał sobie, że można pływać. Co prawda z koordynacją rąk i nóg jest jeszcze kiepsko, ale nie można mieć wszystkiego od razu. Jakby na to nie spojrzeć, Michu ma dopiero 17 miesięcy. Wiele dzieci w jego wieku jeszcze nigdy na pływalni nie było. A nasze dziecię potrafi już utrzymać się samodzielnie w rękawkach i kółku na wodzie, w samych rękawkach też już kombinuje. Powoli oswaja się z deseczką – że jak nie ma mamy, to się trzeba deseczki chwycić. Cały czas ćwiczymy też przemieszczanie się. Coraz lepiej mu wychodzi. Czasem zdarza mu się przepłynąć bez mojej pomocy kawałek :) W ogóle Misiek kapitalnie oswojony jest z wodą. Wie co robić przy nurkowaniu, żeby się nie zakrztusić. Nie robi tragedii gdy mu ktoś na gębę nachlapie. Przy niespodziewanych podtopieniach tez świetnie sobie radzi. Wodę jednym słowem uwielbia. I chwała nam za to! Moim plecom w szczególności, bo nie ma co ściemniać – każda wyprawa z Michem na basen to dla mnie niezła fizyczna robota. Ale jak widać efekty, to i strzykanie w krzyżu mniej przeszkadza ;)

W ogóle to Michu na basenie znalazł sobie kilka nowych atrakcji (mam na myśli aquapark, bo tam jest puszczany w miarę swobodnie). Pierwsza to łażenie wzdłuż basenu z falami. Puszcza się go przy jednym końcu, a Michu sobie wędruje po brzegu basenu, chlustany falami, na drugi koniec. Przy okazji tej wycieczki staje na kilka minut przy ratowniku i szczerzy do niego zęby. Autentycznie. Aż mi czasem głupio :) Bo Michu centralnie siada na klęczkach przed panem/panią, zadziera głowę i strzela swój uśmiech pod tytułem „policz wszystkie moje 20 zębów”. Ratownik ma polew, czym utwierdza Miśka w przekonaniu, że ma tak dalej stać i się szczerzyć. Ech… ;)

Dalej, atrakcyjna jest zjeżdżalnia przy brodziku. Tu już moje ręce i plecy po kilku zjazdach odmawiają posłuszeństwa. Niestety Michu też posłuszeństwa odmawia i nie chce słyszeć, że ze zjeżdżalni na dziś koniec.

Kilka razy, od kiedy zrobiło się ciepło, wyszłam z Miśkiem na basen zewnętrzny. Woda jest w nim podgrzana, tyle, że jest się na dworze. Zazwyczaj wychodzimy na zwykły basen, ale ostatnio poszliśmy do solanki na zewnątrz. No i tu Michu czuł się jak na uczcie – jak tylko spróbował, że woda jest słona, to nie było siły – cały czas ją chłeptał. Bleee :)

Misiek ma swojego ulubionego pluszaka. Wiem to na pewno. Jakiś czas temu myśleliśmy, że takową rolę spełnia kaczuszka. Ale zauważyłam, że jak jej nie ma, to generalnie Michu tego jakoś szczególnie nie zauważa. Natomiast teraz jest inaczej. Mikołaj na Wielkanoc dostał pluszowego pieska od szczecińskiego zajączka. Piesek od razu przypadł mu do gustu. Na początku nie kładłam mu go do łóżeczka na czas spania, bo wydawał mi się za duży. Aż tu pewnego dnia moje dziecko przed spaniem pokazuje na pieska. Podałam mu go i od tego czasu sprawa wygląda mniej-więcej tak: przed każdym zaśnięciem wszystkie „drobne” pluszaki zostają wyrzucone z łóżeczka, natomiast zostaje tylko piesek i poduszka. Mikołaj kładzie na materacu poduszkę, na podusi pieska, na piesku głowę i tak zasypia najczęściej. Piesek ani razu nie wylądował na podłodze. To w przypadku Miśka oznacza, że piesek ma specjalne względy :) Bardzo mi się to podoba :)

Ostatnio przeżyliśmy z Mariuszem chwilę grozy. Coś tam gadamy o obcinaniu włosów i mówię do Mariusza: „Trzeba Ci w końcu ogolić te kudły”. Na to Misiek, który bawił się obok, łapie się za włosy. Mariusz i ja w szoku. Skąd Misiek zna słowo kudły? Czyżby aż tak często padało w naszym domu, że je przyswoił? Od razu wniosek: trzeba się bardziej pilnować co do tego, co mówimy przy Miśku, bo zaczyna coraz więcej łapać. Któregoś dnia nas skompromituje ;) Na szczęście następnego dnia okazało się, że musiał to być przypadek. Kilkukrotnie pytany gdzie są kudły Misiek nie potrafił pokazać. Całe szczęście. Co prawda niby nic to strasznego, takie kudły, ale wolałabym, aby nasze dziecię choć trochę potrafiło wysłowić się poprawnie ;) Nie tak jak mama i tata ;)

Zaczęliśmy sadzać Miśka na nocnik. Po tygodniu udało się raz wysikać, przy czym Michu nawet tego nie zarejestrował chyba. Z konkretami jest gorzej, bo Michu zazwyczaj robi kupajcę jak śpi. Jak go rano wyciągam z łóżka to już jest po wszystkim. No, ale może kiedyś uda się trafić na czas w nocnik i zakuma :)

To chyba tyle. W galerii są zdjęcia z Kliczkowa i Książa. I jeszcze chyba jakieś Mikołajowe, o ile dobrze kojarzę. Zapraszam serdecznie :)

P.S. Jakiś czas temu pisałam o uwielbieniu Miśka do pisania. Oto dwa dzieła, jedne z pierwszych :) Dla wnikliwych – na tym drugim to kółko jest mojego autorstwa. Miś jeszcze nie „kółkuje” :) A trzeci obrazek to listy napisane przez Tosię, by Zajączek nie pomylił się z włożeniem prezentów do koszyczków :)