Mikołaj I Groźny

I znowu wywaliło mi posta prawie całego. I to przy zapisywaniu. „Gupi” jakiś. No nic, napiszę jeszcze raz, a co mi tam.

To może zacznę od tytułu… Dlaczego Groźny? Bo robi groźną minę. I próbuje nas nią straszyć. Zresztą, nie tylko nas. Ktokolwiek do Micha podejdzie zostaje na dzień dobry postraszony. Generalnie widać, że Michu sobie jaja w ten sposób z ludzi robi. Po kim taki szyderca i jajcarz rośnie, tego nie wie nikt… ;)

Wizyta w Szczecinie. Udało nam się tam spotkać (dzięki p.Danusi i Monice) z neurologiem, logopedą i rehabilitantką. W skrócie wygląda to tak:
Neurolog stwierdziła opóźnienie 2-3 miesięczne, psychoruchowe. Zleciła nam badania krwi (zrobili je na miejscu następnego dnia) w kierunku cytomegalii i toksoplazmozy oraz sprawdzenie poziomu wit. D3. Generalnie szukamy przyczyny opóźnienia. A poziom D3 kazała zbadać dlatego, że Michu długo już przyjmuje dość wysoką dawkę i jest ryzyko, że poszło w nerki. Miejmy nadzieję, że nie. Ponadto zasugerowała rezygnację z Vojty na rzecz masażu suchego całego ciała. I jeśli Misiek po ukończeniu 18 miesięcy nie będzie jeszcze płynnie chodził to zleci wtedy rezonans pod narkozą.

Logopeda była z Micha zadowolona. Miś pokazał co potrafi, pogadał trochę. Pani z kolei pokazała nam jak się bawić, w co i co trenować. No to trenujemy :)

Rehabilitantka opracowała kilka ćwiczeń do wykonywania w domu oraz masaż. Mam nadzieję, że Michu da się przekonać do masażu, bo ostatnio wszelkie próby dotyku i robienia czegokolwiek z jego ciałem kończą się wrzaskiem – taki prezent od Vojty. Mam nadzieję, że tymi ćwiczeniami oraz Bobathami uda się Micha skłonić do płynnego chodzenia, bo wolałabym uniknąć rezonansu.

Ważnym elementem wizyty w Szczecinie był pies :) I spotkanie psa z Mikołajem. Albo raczej Mikołaja z psem. Ogólnie wywarli na sobie chyba pozytywne wrażenie. W każdym bądź razie Misiek psem zafascynowany. Bawił się z Indianą, pozwalał się zaczepiać i sam nie był dłużny. Co prawda widzieli się z doskoku – więcej nas w domu nie było niż byliśmy, ale jest szansa, że jak pojedziemy na Wielkanoc, to się więzi zacieśnią :)

We wtorek poza tym byliśmy u okulisty i ortopedy. Okulista w Spektrum na Olszewskiego. Już tam raz byliśmy, w czerwcu, gdy Michowi oczy ropiały. Teraz trafiliśmy do tej samej lekarki, bardzo sympatycznej zresztą. Zbadała Misiowi oczy i powiedziała, że wszystko jest ok, i że za rok do kontroli.
Co do ortopedy, to wizyta była koszmarna, bo Michu cały czas wył. Niezależnie od tego, czy go lekarz badał, czy tylko jego rentgen oglądał. W każdym razie ortopeda stwierdził, że Michu ma ogromny przykurcz na szyi (ten od kręcza szyi) i że on by radził naciąć mięsień chirurgicznie, ale najpierw mamy się skonsultować na Borowskiej u ortopedy. Ponadto wyczaił płaskostopie i zalecił buty – takie sandałki ortopedyczne. I do kontroli za trzy miesiące. Ciąć Micha nie zamierzamy, ale do tego ortopedy na Borowskiej pójdziemy. Nawet już skierowanie załatwiłam.

W piątek byliśmy u dr Kwapisz na kontroli. Szłam tam z nastawieniem bojowym, coby przeforsować rezygnację z Vojty i czaszkowo-krzyżowej, a tu szok! Albo pani doktor była w dobrym humorze, albo nie mam pojęcia co się stało. W każdym bądź razie wizyta była bardzo przyjemna, pani doktor super miła, Mikołaj płakał tylko podczas badania na stole, a tak to fikał i brykał na podłodze w samym pampersie i pokazywał lekarce na co go stać. Co do diagnozy, to jest pozytywna :) Nastąpiła duża poprawa. Dr Kwapisz jest przekonana, że trzeba dać Mikołajowi czas, to wszystko sobie nadrobi. Mówi tylko, żeby go nie prowadzać za ręce. Ma chodzić jak najwięcej przy meblach bokiem, bo wtedy sobie koryguje to koślawienie stóp. Mówi też, że buty od ortopedy mamy założyć dopiero wtedy, gdy Michu zacznie dobrze chodzić, czyli gdy chodzenie będzie przeważało w ciągu dnia. Bo dopóki głównie raczkuje, to raczkując w butach będzie sobie Michu jeszcze bardziej nogi koślawił. Ponadto stwierdziła poprawę jeśli chodzi o kręcz – jest już pełny obrót głową w obie strony, choć w lewą troszkę utrudniony. Ale nie ma już blokady. Wypas! Więc jak widać, ortopeda nie do końca miał świadomość z jakiego przykurczu Micha wyprowadziliśmy.
Co do Vojty, to dr Kwapisz stwierdziła, że jak chcemy, to możemy zrezygnować. No to powiedziałam, że rezygnujemy. Z czaszkowo-krzyżowej też rezygnujemy, tylko jeszcze raz, może dwa pójdziemy, coby się utrwaliło.

Wczoraj byłam na zajęciach w Poznaniu. Zrobił się syf z naszymi praktykami w szkole. Od listopada słyszeliśmy gadkę, że jeśli ktoś nie chce uprawnień do pracy w szkole, to nie musi robić praktyk. No to trzy osoby z naszej grupy (w tym ja, rzecz jasna), przestały o tym myśleć w ogóle. Mieliśmy tylko złożyć pismo do dziekana, że rezygnujemy z uprawnień. No i się wczoraj okazało, że jednak praktyki robić trzeba, bo jest za nie 8 punktów ECTS, a nie mają już nam ich na co zamienić. Super po prostu! Pojechaliśmy do dziekana, dziekan stwierdził, że nie ma pojęcia dlaczego opiekun praktyk wprowadził nas w błąd i że mamy pogadać ze Strykowskim, może coś nam pomoże. Wypas. Jeśli jemu się nie uda, to trzeba będzie pokombinować w tempie ekspresowym, bo nie zaliczenie praktyki oznacza nie wydanie dyplomu i nie ukończenie studiów. Po prostu sielanka.

A z innej beczki. Wróciłam wczoraj wieczorem do domu, Michu spał, więc nie zaglądałam już do niego. Dziś rano wchodzę do pokoiku, patrzę – Michu w samej piżamie. Myślę sobie – zdjął śpiworek (już mu się kiedyś zdarzyło). Rozglądam się za owym śpiworkiem, a on leży jakiś metr od łóżeczka. W dodatku to był śpiworek na zatrzaski, a Michu potrafi rozpiąć tylko ten na zamek. Na ale myślę: a nuż dzisiaj był ten pierwszy raz, gdy Michu rozpiął wszystkie zatrzaski? Ale skąd śpiworek wziął się tak daleko od łóżeczka? Przecież Michu jeszcze nie rzuca na taką odległość… „Mariuuuusz! Czy Ty założyłeś wczoraj śpiworek Miśkowi?” Przychodzi Mariusz, widzę konsternację na twarzy. Mówi: „Eee… Nie wiem, nie pamiętam. Ale możliwe, że nie” :) Masz ci los :) Zmęczony całodziennym trudem opiekuńczym nad Michem, Mariusz był tak szczęśliwy, że udało mu się złapać Miśka i ubrać go w piżamkę (to nie lada wyczyn, Michu notorycznie ucieka gdy się chce go ubrać lub przewinąć), że zapomniał o śpiworku i wrzucił po prostu Micha do łóżeczka do spania. Co prawda zimno Michowi jakoś szczególnie chyba nie było (mimo że śpi bez skarpetek), stopy miał rano w miarę ciepłe. No ale komfortowo się chyba raczej nie czuł :) W sumie to i tak dobrze, że piżamkę miał na sobie… ;) Tak się dziś nalewam cały dzień z małżonka. Niech ma!

Co do nowości Michowych, to mogę rzec, że się Misiu nauczył pokazywać brzuszek i serduszko. Powoli zaczyna łapać, że serduszko jest wyżej, a brzuszek niżej. No i pokazuje włosy – że się po nich można głaskać. Bierze moją albo Mariusza rękę, kładzie sobie na głowie i każe się w ten sposób głaskać :) Pieszczoch mały :) Czasem zdarza mu się nawet nas pogłaskać. Ale tylko chwilkę. Jednak bardziej lubi, gdy to my głaszczemy :)
Zauważyłam ponadto, że już nie trzeba Miśkowi podpowiadać przy ubieraniu. Już wyjaśniam o co chodzi. Generalnie gdy ubieram Micha, to Miś pomaga – tzn. podnosi ręce lub nogi, podnosi głowę kiedy trzeba. Zawsze popierałam słowo gestem. Np. gdy mówiłam: „Podnieś/podaj rękę” to delikatnie klepałam daną rękę. A dziś zauważyłam, że wystarczy powiedzieć: „Podnieś rękę” i Miś podaje rękę. Myślę, że dzięki temu nauczył się pokazywać, gdzie jest ręka. Ostatnio wałkujemy bowiem włosy, brzuch, serduszko, paluszki i nogi. Rąk jeszcze nie przerabialiśmy jakoś konkretniej. No i dziś na czuja mówię do Misia: „Pokaż, gdzie masz rękę”. A na to Miś z dziką radością zaczyna ruszać dłonią, a po chwili machać całą ręką :) Straszna ze mnie matka. nawet się nie spodziewałam, że mam takie mądre dziecko :)

Z kolejnych rzeczy to Miś nauczył się rzucać i popychać piłkę. Nie robi tego jakoś spektakularnie, odległości można mierzyć w kilkunastu centymetrach, ale potrafi i to się liczy! Reszta się udoskonali :)

Od jakichś dwóch tygodni ulubionym zajęciem naszego dziecięcia jest trafianie kluczem do dziury. Nieważne jakim kluczem i do jakiej dziury. Ważne, że jest klucz i jest dziura. Dzisiaj zajmował się tym ponad pół godziny. Miał do wyboru dwa pęki kluczy i cztery dziury (od śrubek, w puszce od kablówki), więc było co robić :) Może trza mu jaką wielką kłódkę kupić?

Mikołaj miał w sobotę 21 marca swój pierwszy poważny (bo krwawy) wypadek. Przygrzmocił twarzą w skrzynię na pościel w naszym tapczanie. W pierwszych chwilach wyglądało to naprawdę bardzo groźnie. Krew kapała, Misiek krzyczał, mnie się wydawało, że Michu uderzył nosem, i że nos ma złamany, Mariuszowi wydawało się, że Michu przegryzł sobie kawałek języka. Generalnie masakra. Po kilkunastu minutach uspokajania, po wypiciu przez Misia kubka zimnej wody, okazało się, że krew przestała lecieć i że generalnie nie wygląda to strasznie. Zęby wszystkie i całe, język i nos też. Tylko warga spuchnięta bardzo i otarta. Nasze pierwsze myśli, to: co i jak Misiek teraz będzie jadł? Stoimy tak nad nim i gadamy na głos, że może mleko mu na razie podać, bo nie będzie chciał jeść na pewno nic twardszego, bo go pewnie będzie boleć itd. A na to nasze dziecko patrzy na nas i od niechcenia ściąga ze stołu twardego suchara i gryzie aż mu się uszy trzęsą. I wszystko jasne!
Na dzień dzisiejszy Misiek wygląda jakby w ogóle już nie pamiętał co się stało, do skrzyni z pościelą ładuje się nadal, a opuchlizna z wargi zeszła. Tylko ślad po otarciu pozostał. Jakby nie patrzeć – goi się jak na psie ;)

Dobra, dosyć tego dobrego. Może w końcu dziś opublikuję tego posta, bo piszę go już równo tydzień. Jeśli dotarliście do tego miejsca, to gratuluję :) Mieliście co czytać :)

Huśtawkowo

Mikołaj skończył dzisiaj 15 miesięcy. Taka ze mnie wyrodna matka, że zapomniałabym o tym zupełnie, gdyby nie Mariusz, który mi przypomniał. Stary byk z niego. Z Miśka, oczywiście, bo małżonek mój jeszcze całkiem młody, buhahaha ;) W każdym razie dobrze się trzyma, jak na swoje lata ;)

Byliśmy dziś rano w aquaparku. Misiek przeszczęśliwy. Ostatnio przeprosił się z wodą i znowu zaczął pływać. Zarówno tydzień temu jak i przedwczoraj na zajęciach z pływania w Pulsantisie dawał czadu. Kwiczał z radości i całkiem sprawnie wykonywał polecenia. Mimo że był śpiący, bo ostatnio mamy w piątki tak, że po Bobathach nie ma czasu położyć Misia spać, tylko od razu jedziemy na pływalnię. Ale tak mu się spodobało na nowo pływanie, że aż miło patrzeć. Zresztą postępy też są – już go czasem można puścić, gdy jest w rękawkach i kółku, albo na makaronie. W ogóle to w aquaparku bardzo mu się podoba. Punkt obowiązkowy to zjeżdżalnia. Biedny tylko mój kręgosłup ;)

Po południu ruszyliśmy na spacerek do Parku Południowego. Mamy z tej wyprawy kilka zdjęć w galerii. W sumie to mamy ich o wiele więcej, ale nie chcieliśmy Was zanudzać. W parku jest plac zabaw, a na nim huśtawka. Pisałam o niej ostatnio. Dziś była do huśtawki kolejka, ale udało się dopchać. I pozjeżdżać na zjeżdżalni też trzeba było, bo by Michu chyba nam nie wybaczył.

Co do nowości Mikołajowych, to Miś potrafi pokazać włosy :) Kolejny sukces :) Dziś wypatrzony. No i Mariusz stwierdził po przeczytaniu ostatniego posta, że nie napisałam, że Michu coraz lepiej i pewniej stoi przy meblach i że się coraz sprawniej przy nich porusza. No to piszę: Mikołaj coraz lepiej i pewniej stoi przy meblach i coraz sprawniej się przy nich porusza. Fakt to niezaprzeczalny :) I dziś zaczął jeszcze mówić coś w stylu „ne-ne”, ale trochę bardziej miękko. W sumie trochę jak „ńe-ńe”. Bo „nie-nie” to jeszcze nie jest. Ale się zastanawiam, czy nie ma jakiegoś przekazu w tym. Ale muszę jeszcze poobserwować. Bo może to tylko zwykłe powtarzanie. A może to już całkiem świadome: „nie”? Dziś w ogóle Michu był świetny. Gdy weszliśmy na teren aquaparku to czekałam z nim na Mariusza. Siedzieliśmy sobie na murku i pokazuję Misiowi, że idzie Mariusz. A na to Miś: „Tata!” No rozwalił mnie tym kompletnie. Mariusza zresztą też. Ale nie ma się w umie co dziwić. Gdy wczoraj byłam na zajęciach to Mariusz cały dzień ćwiczył z Michem mówienie „tata” ;)

We wtorek jedziemy do Szczecina. Mama Szwagra załatwiła nam konsultację neurologiczną. Bardzo się cieszę. Z dwóch powodów: Po pierwsze, że Miśka obejrzy jeszcze ktoś poza doktor Dołyk, a po drugie, że się w końcu spotkam z naszymi ulubionymi Szczeciniakami. Bo bardzo się za nimi stęskniłam! I spotkam się też z mamą, bo akurat jest w Szczecinie. Super :)

Tyle na dziś. Reszta pewnie po powrocie ze Szczecina!

„No ile czasu można być at-at?”

Tak skwitował dziś Mikołaja Mariusz, gdy Miś w końcu powiedział: „tata”. Bo ostatnimi czasy dziecię nasze jakoś zaprzestało gadulstwa. Kiedyś było ma-ma-ma, ta-ta-ta, ba-ba-ba, ga-ga-ga i ich różne kombinacje. Potem zostało tylko bu i mama (całkiem już świadome :)). No i przez kilka ostatnich tygodni ćwiczymy ciągle ta-ta, coby się dziecięciu przypomniało. Cóż… Coś tam się przypominało, ale marnie – nie bójmy się tego powiedzieć. Co prawda Mariusz cały czas mówił, że mu się bardzo „at-at” podoba, ale jakoś mu nie wierzyłam ;) No i się dziś doczekał. W końcu Michu zaskoczył i Mariusz już nie jest „at-at” ale pełnowartościowy „tata” :))) Wypas!

W ogóle to nam się dzisiaj tak Michu rozgadał, że wręcz nie poznajemy faceta. Wszystko musiał skomentować po swojemu. Zresztą, on się dziś tak zachowuje, jakby jechał na jakichś prochach. Spał zaledwie dwie godziny w ciągu dnia, a przez cały dzień miał tyle energii, że szok. Może wiosnę czuje? W końcu niedźwiedzie budzą się ze snu zimowego. Więc Michu, jak na pełnowartościowego micha przystało, też się obudzić powinien :)

W końcu miałam dziś czas, żeby zabrać Misia na dłuższy spacer do parku. Ostatnio nam się bardzo nie składało. Albo pogoda brzydka, albo Miś chory, albo po prostu (i to przeważnie) Promyk Słońca. A dziś w Promyku byliśmy na 8, potem drzemka, obiadek i na spacer! Po drodze Michu dostał nową czapkę wiosenną, bo w zimowej było za gorąco (dwanaście stopni na plus!). Przy okazji kupiliśmy tez w Coccodrillo pierwsze Miśkowe trampki! I to nie byle jakie, bo w moro! Trochę są za duże (mniej-więcej o jeden numer), ale przynajmniej pochodzi w nich, jak się w końcu nauczy, na wiosnę. Kupiłam je bowiem z myślą o tym, żeby je zabierać do Promyka. Bo gdy czekamy na korytarzu na rehabilitację, to Miś zazwyczaj nie chce już siedzieć, tylko woli stać. No i wtedy ma do wyboru albo stać w skarpetkach na brudnej i zimnej podłodze, albo w swoich butach zimowych, w których się „koleboce”. No to teraz ma trampki :)

Przy okazji spacerku Mikołaj zaliczył huśtawkę na placu zabaw w parku. Już raz się huśtał na placu przy Parku Południowym. W niedzielę. Tamta huśtawka była dobra, bo Miś siedział w niej sam – taka dostosowana do małego dzieciaczka. Ta w naszym parku na razie nadaje się do huśtania na kolanach u mamy, co nie zmienia faktu, że frajda jest nadal wielka!
No i wiadomo – jak plac zabaw, to i piasek! I próba jedzenia kamieni, rzecz jasna :)

Mikołaj rozwija się artystycznie :) Zacięcie muzyczne to już fakt. Od kilku dni natomiast Miś zafascynowany jest rysownictwem! Zaczęło się od zwykłego trzymania długopisu. Mimo zachęt nie chciał nim wcześniej rysować, już sam długopis był wystarczająco ciekawy. Za to kilka dni temu Mikołaj odkrył, że jednak można więcej! Zaczął bardzo delikatnie mazać długopisem po papierze. Na początku nic nie było widać, bo Miś prawie wcale nie dociskał. Włączyliśmy do nauki kredki (pyszne są, mniam, mniam) i na dzień dzisiejszy mamy już efekty na około dwóch kartkach oraz na kocyku i śpiworku. Efekty z kartki zeskanuję i wrzucę tu któregoś dnia, bo to pamiątka wielka! Pierwsze plastyczne dzieło wielkiego Człowieka! :)
Rysowanie pochłania Misia bez reszty. Gdy dostaje kartkę i kredki to jest w stanie zabawiać się nimi kilkanaście minut. To naprawdę bardzo długo :)

Ponadto Mikołaj znowu nauczył się kilku rzeczy: Że kredki są w kubeczku. A jak nie są, to trzeba je do niego włożyć. Nawet, jeśli jest to kubeczek po świeżo wypitej kawie :) Wie też, gdzie ma paluszki :) Potrafi pokazać Kubusia Puchatka – już nie tylko maskotkę, ale również na kredkach, w książeczce oraz pasku na ścianie. Wie, do czego służy grzebień i spinka do włosów (czyżby miał być „z metra cięty”? ;)). Potrafi nanizać drewniane kółeczka ze swojej zabawki na patyk. I potrafi pokazać kurę w książeczce, mimo że wcześniej pokazywałam mu ją tylko dwa razy :) W ogóle zaczął wskazywać paluszkiem. W końcu. Często jeszcze jakieś większe rzeczy pokazuje całą ręką, ale jak ma pokazać coś w książeczce, to już potrafi paluszkiem :) Brawo Mikołaj! Jesteśmy z Ciebie bardzo dumni!

Tyle na dziś. Idę się uczyć, bo pojutrze mam egzamin.