Łyżeczka, jak to łyżeczka, zasto­so­wań może mieć wiele. W zależ­no­ści od kon­tek­stu, pre­fe­ren­cji, potrzeby… Można się w niej poprze­glą­dać. Rzu­cić można o posadzkę, żeby wszy­scy domow­nicy sły­szeli. Faj­nie jest ją po pro­stu potrzy­mać i pooglą­dać. Może też słu­żyć do poma­so­wa­nia dzią­seł, dłu­ba­nia w szpa­rach mię­dzy zębami, tudzież do zwy­kłego pod­gry­za­nia. Łyżeczką można stu­kać. I to nie byle jak! Stu­kać można nią w głowę. Swoją lub czy­jąś. Można też stu­kać w meble albo w drugą łyżeczkę. Ale naj­now­szym spo­so­bem wyko­rzy­sta­nia łyżeczki jest… posłu­gi­wa­nie się nią przy jedze­niu! Wyobraź­cie sobie, że tak można! I na to wpa­dło nasze dzie­cię kochane nie­dawno :)
Nie pamię­tam, czy pisa­łam już wcze­śniej o pró­bach prze­ko­na­nia Misia do korzy­sta­nia z tego cał­kiem poży­tecz­nego sztućca. W każ­dym bądź razie poprzed­nie próby speł­zały na niczym, aż w końcu coś zasko­czyło. Widocz­nie nad­szedł “ten czas”. Czas łyżeczki. A może moty­wa­cja była lep­sza, bo owego dnia na obiad Miś dostał swoje ulu­bione danie z rybką. Gene­ral­nie, jakby na to nie spoj­rzeć, Miko­łaj w ubie­głym tygo­dniu (we wto­rek 17 lutego, dokład­niej rzecz ujmu­jąc) pozwo­lił mi, przez pra­wie cały obiad, pro­wa­dzić swoją ręką, wypo­sa­żoną w łyżeczkę, od miski do otworu gębo­wego (resztę zro­biły sie­ka­cze, język i inne mię­śnie, soki tra­wienne, praca jelit, po czym na końcu znowu mia­łam w tym swój udział — nie­stety mało przy­jemny, bo śmier­dzący). I w dodatku powie­dzieć trzeba, że to nie było jed­no­ra­zowo! Misiowi tak się spodo­bało “samo­dzielne” jedze­nie, że z chę­cią racz­kuje do fote­lika, jak niosę miskę (to mi tro­chę zacho­wa­nie psa przy­po­mina… ;)), po czym grzecz­nie czeka na przy­pię­cie pasów, wpię­cie tacki, poło­że­nie miski i łyżeczki i już jest gotów do akcji! Od kilku dni, poza tym, stara się przej­mo­wać ini­cja­tywę i sam pró­buje nabie­rać jedze­nie i tra­fiać do buzi. Z tym idzie mu gorzej, bo zazwy­czaj po dro­dze łyżeczka zostaje obró­cona do góry dnem a jedze­nie w 99% ląduje na śliniaku, ale i tak jest eks­tra :) Dumni jeste­śmy z niego nie­sły­cha­nie! :))) Oczy­wi­ście w obwo­dzie musi być kilka łyże­czek, bo jedna to nudna jest zazwyczaj.

Kolejna ćwiczona ostat­nimi dniami umie­jęt­ność to picie z nor­mal­nego kubeczka. Z naszą pomocą wycho­dzi to Misiowi coraz lepiej, a frajdę ma przy tym nie­sa­mo­witą. A już naj­więk­szą radość miał Miko­łaj kilka dni temu, gdy mu Mariusz pozwo­lił pić her­batę z cytryną ze swo­jego kubka. Istne sza­leń­stwo — nie dość, że z kubka, to jesz­cze był to kubek taty! :)

Do łask wró­ciły też kubki-niekapki. W sumie, to nie było innego wyj­ścia. Po pro­stu poże­gna­li­śmy butelkę, kupi­łam w Asko­cie trzy nowe, kolo­rowe kubeczki i od tego momentu Miś dostaje pić albo w jed­nym z nich, albo w zwy­kłym kubeczku. I, o dziwo, nie maru­dzi. Oby tak dalej! :)

Byli­śmy już dwu­krot­nie na gru­po­wych zaję­ciach logo­pe­dycz­nych w Pro­myku. Pro­wa­dzi je p.Asia Stań­czak. Bar­dzo sym­pa­tyczna i zaan­ga­żo­wana kobietka. Zaję­cia trwają około 50 minut. Zaczy­nają się któ­rymś z pro­gra­mów Knilla, a potem jest jakaś gru­powa aktyw­ność — np wyła­wia­nie kamy­ków łyżką z miski z wodą. Miko­ła­jowi bar­dzo się te zaję­cia podo­bają. Jest zawsze mocno pod­eks­cy­to­wany i widać, że coraz bar­dziej się ośmiela w sto­sunku do innych dzieci i ich mam. Ostat­nio nawet zda­rzyło mu się bie­ga­nie ode mnie do p.Asi, które skoń­czyło się przy­tu­le­niem do tej dru­giej. Byłam w szoku :) Poza tym po tych zaję­ciach Miś jest zawsze bar­dziej roz­ga­dany.
Co do pro­gra­mów Knilla, to mamy je nagrane na cd. Kie­dyś pró­bo­wa­łam je z Misiem prze­pro­wa­dzać, ale zain­te­re­so­wa­nie malało z sekundy na sekundę. Ale w gru­pie, o dziwo, robi z moją pomocą więk­szość zadań. I w pozo­stałe dni tygo­dnia, gdy włą­czam to w domu, to sobie już koja­rzy melo­die, wie, co będzie, i jakoś lepiej współ­pra­cuje. Może nie tak, jak na zaję­ciach, ale na pewno lepiej, niż gdy to robi­li­śmy sami wcześniej.

Co do nowych umie­jęt­no­ści to doszło jesz­cze kon­kretne wspi­na­nie się na wszystko co się da. Nie­ważne, czy to coś jest sta­bilne czy nie. Miś wcho­dzi na tap­czan, żeby popstry­kać włącz­ni­kiem świa­tła, wcho­dzi na fotel w poko­iku, by poba­wić się lampką nocną… Wspina się już nie tylko przy takich powierzch­niach, przy któ­rych mógł się na czymś pod­cią­gnąć, ale także umie już wsta­wać przy powierzch­niach pła­skich — np ściana lodówki. Cza­sem ma jesz­cze pro­blemy z zej­ściem, gdy nie ma się o co oprzeć, ale coraz rza­dziej mu się to zda­rza. No i coraz wię­cej cho­dzi wzdłuż mebli.

Ostat­nio na nowo odkry­wamy nasz blo­kowy pokój zabaw. Miś lubi tam pozjeż­dżać ze zjeż­dżalni (wpada się w basen z piłecz­kami), poba­rasz­ko­wać na dywa­nie, a już naj­lep­szą zabawą jest… bie­ga­nie (zna­czy się racz­ko­wa­nie) wokół mał­piego gaju. Jak zacznie biec (run, Forest, run!) to prze­staje tylko w dwóch wypad­kach — pierw­szy to zna­le­zie­nie jakie­goś sma­ko­wi­tego kąska pod posta­cią papro­cha (co my wiemy na temat jedze­nia! taki paproch, to dopiero niebo w gębie! a że wygląda jak wygląda?… cóż…), a drugi to po pro­stu brak sił. W tym dru­gim wypadku Misiek pada na dywan, leży jakieś 5 sekund, po czym zrywa się i znowu: run, Forest, run! Ale jakby na to nie patrzeć, za każ­dym razem, gdy wra­camy z pokoju zabaw, Miś jest tak wymę­czony, że kła­dzie się spać bez marudzenia :)

W gale­rii jest kilka nowych zdjęć Miko­łaja. Pew­nie już oglą­da­li­ście, ale jeśli przy­pad­kiem nie, to zapraszam.

No i tyle na dziś. Pozdro­wie­nia dla Was :) I do prze­czy­ta­nia ponownie :)